Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u

RECENZJE

piątek, 31 marca 2017
Gdy się poczyta polskie media, może powstać wrażenie, że pokazy „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego w Wilnie przeszły w atmosferze konfrontacji, sporów, pikiet i nagonki ze strony Litwinów i Ukraińców. Jest to jednak wrażenie błędne. Rzeczywiście film został dostrzeżony, wywołał dyskusję, ale generalnie wypowiedzi na jego temat były bardzo stonowane. Owszem dwie (z 19 działających na Litwie!) organizacje ukraińskie, o których nikt za bardzo nic nie wie, wystosowały do organizatorów pokazu pisemny protest. Nie było jednak pikiet, strajków okupacyjnych i rzucania jajkami czy granatami. Natomiast odbyła się spokojna i merytoryczna dyskusja z udziałem prof. Grzegorza Motyki, dr. Wołodymyra Wiatrowycza oraz litewskiego historyka prof. Alvydasa Nikžentaitisa i publicysty Rimvydasa Valatki. W ogóle „Wołyniowi” poświęca się jednak na Litwie stosunkowo niedużo uwagi, chociaż sale są pełne. I słychać na nich polską mowę, co niestety na pokazach polskich filmów w Wilnie nie jest rzeczą częstą. Po obejrzeniu wczoraj „Wołynia" mam mieszane uczucia. Na pewno nie jest to film antyukraiński, jak twierdzą Ukraińcy. Nie jest to też film, który pokazuje, że każdy nacjonalizm jest zły, jak chce jego autor. Jest to film próbujący spojrzeć na tragedię wołyńską obiektywnie, ale oczyma Polaka. I polski reżyser ma do tego prawo. Podobnie jak ukraiński reżyser chyba miałby prawo nakręcić ten film nieco inaczej. Bardzo lubię filmy Wojciecha Smarzowskiego. Uważam go za jednego z najciekawszych, najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów polskich, ale z jego filmow historycznych jednoznacznie wolę „Różę", która opowiada pewną ludzką historię niż „Wołyń", który na skutek niekończącego się ważenia argumentów, proporcji i racji, popadł w... banał. Wbrew sloganowi reklamowemu nie jest to „film o miłości w nieludzkich czasach", tylko przydługą rekonstrukcja wydarzeń historycznych. Historia Zosi Głowackiej-Skiby, która próbuje przeżyć w piekle, jest tylko tłem do przedstawienia podręcznikowych prawd. Podręcznik - to jednak słaby scenariusz, więc „Wołyń" staje się przez to filmem z tezą, tylko tezą banalną, że zło rodzi zło.
czwartek, 23 marca 2017
Obejrzałem wczoraj nareszcie „Powidoki” Andrzeja Wajdy. Ostatni film Mistrza. Powiem szczerze: nie przekonał mnie. Niewątpliwie kolejna świetna rola Bogusława Lindy, ale scenariusz jednak zbyt schematyczny. Władysław Strzemiński jawi się w nim jako niezłomny bohater, stawiający twardy opór komunistycznemu aparatowi, nawet za cenę utraty pracy oraz środków do życia i tworzenia. Każdy kto chociaż pobieżnie zna jego biografię, wie, że nie była tak jednoznaczna. Zresztą Andrzejowi Wajdzie najwyraźniej nie chodzilo o film biograficzny, tylko o film z tzw. tezą. Pod koniec życia Andrzej Wajda, który w swoim czasie poszedł z Systemem na wiele kompromisów, aby mieć szansę tworzyć i żyć, postanowił nakręcić swój artystyczny testament — jak ma się zachować artysta wobec totalitaryzmu. I w tym sensie jest to film ważny, chociaż jak każda opowieść o bohaterach niezłomnych — powtórzę się — schematyczny. Jednak nie zamierzam pisać recenzji na film, bo też i szansy na to, że go w Wilnie jeszcze zdążycie obejrzeć praktycznie nie ma. Po zaledwie dwóch tygodniach od wejścia do normalnej dystrybucji kinowej, film schodzi z afisza. Z braku zainteresowania wśród widzów. Wczoraj akurat na sali nie było tragicznie, ale i tłumów nie było. Na poprzednich pokazach, jak wynika z relacji znajomych, było gorzej. Od kilku dni toczą się więc na portalach społecznościowych dyskusje: dlaczego? Wersje padają różne, więc spróbuję przedstawić też własną. Moim zdaniem przyczyny pustych sal na pokazach (nie tylko) „Powidoków” są trzy.
środa, 01 lutego 2017
Lubię filmy Emilisa Vėlyvisa. „Redirected” jest chyba najlepszą litewską czarną komedią, jaką kiedykolwiek widziałem. A i podobnym zachodnim produkcjom niewiele ustępuje. Emilis Vėlyvis jest często nazywany litewskim Quentinem Tarantino bądź litewskim Guy’em Ritchiem. Trochę na wyrost, bo z Tarantino łączy go jedynie fakt, że obaj są samoukami, a z Ritchiem – zamiłowanie do kryminalistów, wulgaryzmów i absurdalnego humoru. Mnie Vėlyvis napomina bardziej Władysława Pasikowskiego, który w swoim czasie też sporo od Tarantino zaczerpnął i tworzył w Polsce kino komercyjne, męskie, amerykańskie, a jednocześnie prawdziwie polskie. „Psy” (szczególnie pierwsza część) – to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów o Polsce okresu transformacji ustrojowej. Podobnie „Zero” i „Zero II” Emilisa Vėlyvisa – to najlepsze filmy o Litwie początku XXI wieku. Postsowieckiej Litwie prostytutek, skorumpowanych policjantów i sadystycznych gangsterów, która próbuje stać się Zachodem. Gdy więc przed rokiem Vėlyvis ogłosił, iż w ramach „urlopu twórczego” zamierza nakręcić trzecią część tej serii – odliczałem dni do premiery. Szczególnie, że Vėlyvis – to jeden z najlepszych marketingowców w naszym kinie. Umie dawkować informacje, kampanie reklamowe jego filmów są przemyślane do najdrobniejszych szczegółów, doskonale zaplanowane i wzorcowo przeprowadzone. Po obejrzeniu „Zero III” mam mieszane uczucia. Czarny humor, znani z poprzednich filmów aktorzy oraz scenariusz oparty na litewskich aktualiach – to sprawdzony schemat, który Vėlyvis wykorzystuje w każdym swoim filmie. Tym razem jednak jakoś nie jest śmiesznie. To znaczy widz się śmieje i ty razem z nim, ale przez wszystkie 90 minut masz niepokojące wrażenie, że to wcale nie jest – wbrew temu, co twierdzą anonse i plakaty - komedia, tylko nieco przeszarżowane główne wydanie wiadomości na jakimś litewskim kanale telewizyjnym. Oglądając „Zero” i „Zero II” wiedziałem, że opisują świat, który już przemija, że to takie echa lat 90. „Zero III” – to film o Litwie teraźniejszej, a kto wie, czy nie o Litwie przyszłości.
czwartek, 19 stycznia 2017
Przez ładnych kilka tygodni się wahałem, czy iść do kina na najnowsze dzieło Algisa „Greitai” Ramanauskasa pt. „12 kėdžių” („12 krzeseł”). Recenzje nie były zbytnio zachęcające. Właściwie wszyscy recenzenci (z wyjątkiem kumpli Greitai, którzy dziwnym trafem dostali w tym filmie także nieduże epizody do zagrania) nie zostawili na litewskiej ekranizacji nieśmiertelnej powieści satyrycznej Ilji Ilfa i Eugeniusza Pietrowa suchej nitki. Z drugiej strony czuję wobec Algisa Ramanauskasa duży respekt jeszcze z czasów „Radijo šou”. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej utalentowanych litewskich humorzystów, komentatorów i muzyków, nawet jeśli jego twórczość bardzo często ociera się, a nawet przekracza granice dobrego smaku. Po obejrzeniu tego niespełna dwugodzinnego obrazu muszę przyznać, że… nie było wcale tak źle, jak się spodziewałem. Owszem arcydzieło to nie jest. Nie jest to nawet film dobry. Ale nie jest też beznadziejnie zły. Reżyseria, montaż, gra aktorów są bardzo nierówne — czasami wznoszą się na wyżyny, ale zazwyczaj wołają o pomstę do nieba. Podobnie jest i z komediowymi elementami — zazwyczaj mamy tu do czynienia albo z n-tą powtórką drewnianych, głupich i prostackich żartów z innych projektów Algisa Ramanauskasa, albo z nie zawsze odpowiednio dopasowanymi cytatami z książki Ilfa i Pietrowa. Ale są też w filmie momenty dosadne, nowe i autentycznie śmieszne. Przynajmniej kilka razy wywołały u mnie uśmiech, a to już nieźle. Doskonale dopasowana do obrazu jest ścieżka dźwiękowa, na którą składają się szlagiery litewskiej sowieckiej estrady i współczesne „popsowe” kompozycje. Jednak to co wznosi film Algisa Ramanauskasa ponad wysypisko śmieci — to idea. Greitai spróbował wykorzystać sztandarowe dzieło sowieckiego literacko-filmowego panteonu do… walki z nostalgią za ZSRS. Z braku kasy i warsztatu nie wszystko mu się udało, ale za sam pomysł — szacun!
wtorek, 15 listopada 2016
Souvlaki, tzatziki, Baba Ghanoush, dolmados, Vpilaf z chorizo, pannacotta, mus z mango i marakui I tunezyjska zupa jarzynowa z ciecierzycą. Oto co jedli w Warszawie polscy biznesmeni-patrioci 11 listopada na tegorocznym przyjęciu „Noc wolności” z okazji Święta Niepodległości Polski. Gdyby wpadła w ich ręce książka Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej pt. „Wilno.Rodzinna historia smaków” mogło być i smaczniej, i ciekawiej, i patriotyczniej. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to pierwsza od wielu miesięcy książka, którą wciągnąłem jednym tchem. Biorąc pod uwagę, że — było nie było — to książka kucharska, a ja z kuchnią mam tyle wspólnego, że umiem nastawić czajnik i zrobić sobie kanapkę z serem twarogowym — to wręcz czyn bohaterski. Oczywiście, żartuję, bo „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to nie jest wbrew pozorom książka kucharska, mimo, iż przepisy Genowefy Wołkanowskiej (oraz piękne zdjęcia Waldemara Gorlewskiego i Łukasza Falkowskiego je ilustrujące) stanowią blisko połowy objętości. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to przede wszystkim wspaniały reportaż literacki w najlepszych tradycjach polskiej szkoły reportażu, i tej pisanej dużymi, i tej pisanej małymi literkami, której zresztą Ewa Wołkanowska-Kołodziej jest adeptką i absolwentką. Powiem więcej: wydaje mi się, że Ewa Wołkanowska-Kołodziej — to najlepsze polskojęzyczne pióro reporterskie jakie Wileńszczyzna w ostatnich dziesięcioleciach wydała. Czytając jej książki i reportaże zawsze mam chęć odstawić pisanie na zawsze, bo czuję się jak nędzny wyrobnik przy mistrzu.
czwartek, 10 listopada 2016
Przed chwilą wróciłem z premierowego pokazu „Smoleńska” w Wilnie. Mam mieszane uczucia. I wcale nie z powodu teorii spiskowej, która legła u podstaw tego obrazu. „JFK” Olivera Stone’a — to też film oparty na teorii spiskowej, co do której można mieć wiele zastrzeżeń, ale jednocześnie arcydzieło. Film Antoniego Krauze arcydziełem na pewno nie jest. Z jednej strony film stawia ważne pytania, na które odpowiedzi mogą być różne. Z drugiej - to jednak bardzo przeciętny thriller polityczny. Nie propagandowy, jak twierdzą przeciwnicy, ale dramaturgicznie zbyt rozlazły i dosyć średnio zagrany. A jednak bardzo się cieszę, że ten film trafił do Wilna. I wręcz wołam o więcej! Po pierwsze, dlatego, że wilniucy też mają prawo na własne oczy zobaczyć i wyrobić zdanie na temat najbardziej kontrowersyjnych i dyskutowanych dzieł współczesnej kultury polskiej. I być może też zadać sobie jakieś pytania, które nie przyjda do głowy jeśli non stop oglądać tylko Pierwyj Bałtijskij Kanał. Po drugie, jeśli chcemy konkurować z propagandą rosyjską, która coraz bardziej się rozpowszechnia na Wileńszczyźnie, warto zaserwować polskojęzyczną odtrutkę. Cieszę się, że Instytut Polski w Wilnie sprowadza do Wilna filmy, wystawy i muzyków z najwyższej półki, bo budują na Litwie (nie ma co się oszukiwać — przede wszystkim w litewskich elitach) wizerunek Polski jako kraju o wysokiej kulturze, jako wzór do naśladowania, zmuszają do przemyśleń i refleksji. Ale dla mas ani „Baby bump” Kacpera Olszewskiego, ani Wojtek Mazolewski nigdy nie staną się alternatywą dla Nikołaja Baskowa, Ałły Pugaczowej czy „Bumera”. A „Smoleńsk” — z wartką akcją i walącym w łeb przekazem — być może tak. I fakt, że wejściówki na ten film rozeszły się w trzy dni — najlepszym na to dowodem.
środa, 02 listopada 2016
Książka „Mūsiškiai” Rūty Vanagaitė — która została przyjęta na Litwie z niezbyt ukrywaną niechęcią — wywołała dyskusje, zmusiła niektóre władze miejscowe do uporządkowania żydowskich mogił zbiorowych, ale też wielu Litwinów do odkrycia prawdy o części historii swojego kraju i narodu. I właśnie to odkrycie było dla mnie zupełnie nie zrozumiałe. „Mūsiškiai” jest porównywana do książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”, opowiadającej o pogromie w Jedwabnym. Jednak „Sąsiedzi” rzeczywiście otworzyła Polakom oczy na wydarzenia, które przez wiele lat były okryte zmową milczenia, przełamała tabu na mówienie o udziale Polaków w Holokauście. Przez dziesiątki lat wmawiano nam, że byliśmy takimi samymi ofiarami niemieckiej okupacji jak Żydzi i o to okazało się, że rzeczywistość wcale nie jest czarno-biała. Zrozumiała jest więc niechęć sporej części polskiego społeczeństwa do Grossa i jego książek, odzierających nas z narodowej martyrologii, męczeństwa i bohaterstwa, z wizji historii do której przyzwyczaiło się kilka pokoleń. Nie mogłem natomiast zrozumieć, dlaczego podobna reakcja spotkała książkę Rūty Vanagaitė. Bo przecież współudział Litwinów w Holokauście nigdy nie był „białą plamą”. Mówiło się o tym nawet w szkolnych podręcznikach historii. Owszem ukrywano skalę tego współudziału, mówiono o „garstce przestępców”, o „niemieckich kolaborantach”, ale samego współudziału nigdy nie kwestiowano. Ponary, IX fort, Ypatingasis Burys — każdy kto minimalnie się interesował historią Litwy z czasów II wojny światowej znał te nazwy. Po przeczytaniu „Mūsiškiai” zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. To, że Litwini i Polacy na Litwie żyją w równoległych wszechświatach.
poniedziałek, 25 lipca 2016
Nie jestem osobą sentymentalną. Bez większych emocji wspominam wydarzenia w których uczestniczyłem w przeszłości. Po prostu cieszę się jeśli czegoś mnie nauczyły. Więc bez większego entuzjazmu podchodzę i do wszelkiego rodzaju inicjatyw wspomnieniowych. Dlatego, gdy przed rokiem Wanda Zajączkowska zaproponowała wydanie książki o „Słowie Wileńskim” byłem wobec tego pomysłu dosyć sceptyczny, ale pomocy nie odmówiłem. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że ta pomoc będzie potrzebna, gdyż znając z własnego doświadczenia jak wiele czasu i forsy potrzeba na przygotowanie takiej pozycji książkowej nie sądziłem, że pomysł wypali. Nie doceniłem jednak determinacji Wandy Zajączkowskiej — książka „Na początku było Słowo. „Słowo Wileńskie” 1994-1996” została napisana, złamana, wydrukowana, a w ubiegły piątek (22 lipca) w Instytucie Polskim w Wilnie odbyła się jej uroczysta prezentacja. Moja pomoc przy jej wydaniu sprowadziła się do napisania kilku tekstów i udzielenia kilku porad. Podobnie jak pomoc większości pozostałych „Słowian”. Ta książka to niewątpliwie osobisty sukces i zasługa Wandy Zajączkowskiej, która odwaliła kawał doskonałej roboty. I trzeba przyznać, źe po przeczytaniu książki trochę zmieniłem swoje sceptyczno-antysentymentalne nastawienie. Nie będę kłamał, że łezka mi się oku zakręciła, ale książka przypomniała mi kilka zabawnych anegdotek redakcyjnych, których czasami i ja byłem bohaterem, a o których całkowicie zapomniałem.
poniedziałek, 18 lipca 2016
Dlaczego AWPL notuje lepsze wyniki w wyborach samorządowych niż parlamentarnych? Dlaczego partię popiera tylko część mniejszości polskiej na Litwie? Jaki wpływ ma zapraszanie na listy wyborcze AWPL działaczy rosyjskich? Na te i wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć Paweł Sobik w swojej rozprawie doktorskiej pt. „Akcja Wyborcza Polaków na Litwie w systemie politycznym Republiki Litewskiej (1994-2014)”. To w moim odczuciu jedna z najlepszych prac nie tylko o AWPL, ale i Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich. Wyważona, obiektywna, oparta na bogatym materiale socjologicznym i stroniąca sie od przyznawania jednoznacznych racji komukolwiek. Paweł Sobik podjął się niełatwego zadania skonfrontowania propagandowych wypowiedzi, wywiadów, oświadczeń działaczy AWPL-ZPL z niemniej propagandowymi oświadczeniami, wywiadami i artykułami przeciwników AWPL-ZPL i wbrnął z tego zadania z sukcesem. Ramy chronologiczne pracy to rok 1994, gdy zjazd założycielski powołał w sierpniu 1994 roku polską partię polityczną na Litwie i rok 2014, gdy świętująca 20-lecie istnienia AWPL opuściła koalicję rządową (pierwszą w której miała rzeczywisty wpływ na państwo litewskie). Ale dr Paweł Sobik nie ogranicza się tylko do tej cezury czasowej. Przedstawia krótką charakterystykę mniejszości polskiej na Litwie: jej liczebność, dylematy językowe, postulaty zgłaszane władzom litewskim, najważniejsze organizacje społeczne, inicjatywy medialne, relacje Polaków z Litwinami. Wnikliwie analizując udział Akcji Wyborczej w wyborach samorządowych, parlamentarnych, prezydenckich i do Parlamentu Europejskiego, jednocześnie przedstawia też polskie inicjatywy polityczne alternatywne wobec AWPL: od Wspólnoty Litwy Wschodniej po przez Alians Obywateli Litwy aż po Polską Partię Ludową.
wtorek, 24 maja 2016
Moja debiutancka powieść „Cień Słońca“ ukazała się przed rokiem. W ciągu roku zeszło ponad 170 książek i to — jak twierdza znajomi wileńscy autorzy — wynik całkiem spoko. Napływają też kolejne recenzje, które wskazują, że każdy czytelnik nie tylko po swojemu, nie tylko inaczej niż ja tę książke odbiera, ale też częstokroć są to opinie różniące się między sobą diametralnie w ocenie wydźwięku tych lub innych wątków, postaci i rozwiązań literackich. „Cień Słońca....hm.. hm... hm.... — takie miałam refleksje podczas czytania. Przy czym te „hm” są bardzo różne, bo książka też jest bardzo zróżnicowana... Gangsterzy, wiedźmy, trolejbusy i rzyganie... bynajmniej nie od choroby lokomocyjnej... (…) Bawiła mnie odwaga i te postacie, które są oczywiste... chwilami zhistoryzowany czas, który był naszym! moim! udziałem. Na końcu trzy odrębne opowiadania i depresja. Naprawdę Dziura wprawiła mnie w depresję aż nie chciało mi się ani mówić, ani pisać o tej książce przez jakiś czas. Cóż, takie życie... jestem z tych przewrażliwionych, i unikam dziur, zwłaszcza tych czarnych i bezdennych, ale tak na poważnie to opowiadanie „Głowa Murzyna” jest super, właśnie w sposób wyciszony, powtarzalny, jakiś taki wyobcowany zmierza obsesyjnie i dotyka tego czegoś, co chyba jest transcendencją...” — napisała Elwira Krupowicz. Wygląda na to, że opowiadanie „Głowa Murzyna” to najlepsze co udało mi się dotychczas sklecić. Zresztą to chyba nic dziwnego, bo pomiędzy napisaniem „Cienia Słońca” i napisaniem „Głowy Murzyna” minęło (bagatela!) jakieś 15 lat.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5