Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u

RECENZJE

poniedziałek, 02 lipca 2018
„Nie wiem dotychczas: żartował czy mówił poważnie (…) gdy zjawiłem się u niego na wysokim piętrze bloku w centrum Gdyni i usłyszałem, że za wywiad będę musiał zapłacić” – pisze znany wileński dziennikarz Tadeusz Tomaszewski w książce „Wracając do Wilna” o swoim spotkaniu z Franciszkiem Walickim. Gdy czytałem wywiad, który powstał w wyniku tego spotkania – miałem w głowie to samo pytanie. Historie tego niesamowitego działacza kulturalnego, autora piosenek, dziennikarza i impresaria, są bowiem tak niesamowite, że trudno się oprzeć wrażeniu, iż konfabuluje. Pływał po Karaibach na „Darze Pomorza”, ilustrował felietony Leopolda Tyrmanda, grał w drugiej reprezentacji Litwy w koszykówce, ożenił się z Żydówką i w 1941 roku udał się wraz z nią do getta wileńskiego. Uciekł. Ukrył się w Zakopanem i ponownie trafił w ręce Niemców. I ponownie uciekł… A to zaledwie ułamek, kilkanaście pierwszych, powiązanych z Wilnem lat długiego życia Franciszka Walickiego. I w zasadzie jeśli nie każdy, to co drugi życiorys z 21 rozmówców Tadeusza Tomaszewskiego mógłby zostać kanwą filmu sensacyjnego. „Wracając do Wilna” – zbiór fachowo przeprowadzonych i literacko opracowanych przez Tadeusza Tomaszewskiego wywiadów radiowych z byłymi Wilniukami czyta się jednym tchem, jak książkę przygodową. Te wspomnienia bardzo różnych osób, których łączy tylko czas i miejsce - początek XX wieku w Wilnie – to chyba jedna z najciekawszych pozycji książkowych na temat Wilna jaka ukazała się w tym roku. I nie jest to tylko moja opinia – wszak książkę wydało zasłużone i prestiżowe polskie wydawnictwo „Czytelnik”, a nie któraś z marginesowych oficyn wydawniczych, specjalizujących się w drukowaniu „dzieł” kresowych grafomanów. Jak żartuje sam Tadeusz Tomaszewski – umowę z tym wydawnictwem podpisał siedząc w tym samym fotelu, co przed laty Jarosław Iwaszkiewicz. A może mówi poważnie?...
wtorek, 17 kwietnia 2018
Nežinoma žemė. Šalčia. Nieznana ziemia. Solcza. To przedstawienie Jonasa Tertelisa już wywołało skandal. A w naszym przesyconym epatowaniem świecie – to nie lada osiągnięcie. „To półtorej godziny samego negatywu", „Nie tylko nie obaliliście żadnego ze stereotypów, ale przykleiliście Solecznikom nowe nalepki" - nie kryli rozczarowania przedstawiciele solecznickiej elity politycznej po obejrzeniu premierowego pokazu spektaklu w lokalnym Centrum Kultury. To naturalne, że każdy z nas chciałby, żeby o nim, o jego miasteczku bądź kraju mówiono jedynie w samych superlatywach. Niestety prawda, jak i medal, ma zawsze dwie strony. Pozytywną i negatywną. I bez tej drugiej jest nieciekawa. Jednak i litewscy krytycy teatralni także przyjęli tę sztukę dosyć chłodno, a sale na przedstawieniu wcale nie pękają w szwach. Interesujące, że pierwszy spektakl dokumentalny reżysera Jonasa Tertelisa - wystawiona w ubiegłym roku „Žalioji pievelė” („Zielona łączka”), opowiadająca historię pracowników byłej Ignalińskiej Elektrowni Atomowej i mieszkańców Wisagini - został przyjęty bardzo pozytywnie i przez mieszkańców Wisagini, i przez krytyków teatralnych. Jonas Tertelis został nawet za sprawą tego przedstawienia nominowany do Narodowej Nagrody Równości i Różnorodności. Dlaczego więc w przypadku „Nieznanej ziemi” to się nie udało? Po obejrzeniu w ubiegłą sobotę (14 kwietnia) przedstawienia chyba znam odpowiedź.
wtorek, 06 marca 2018
Zawsze mam problem, gdy piszę o wydarzeniach na Litwie z lat 1988-1992. Szczególnie tych związanych ze stosunkami polsko-litewskimi. Informacji jest niewiele, źródła są chaotyczne, częstokroć ze sobą sprzeczne, więc volens nolens trzeba się posiłkować własna pamięcią, a ta bywa zawodna i subiektywna. W przypadku takiego publicysty jak ja być może nie jest to duży problem, ale dla zawodowego historyka – to nie lada wyzwanie. Być może właśnie dlatego historycy starają się takie niezbyt odległe czasowo okresy omijać szerokim łukiem. Przynajmniej historycy litewscy jak dotychczas okres polskiej autonomii na Wileńszczyźnie i konfliktu etnicznego z czasów transformacji ustrojowej omijali, pozostawiając go publicystom. Bardzo się cieszę, że z tego nurtu wyłamał się znakomity litewski historyk Vladas Sirutavičius, którego monografia „Litwini i Polacy na Litwie, Litwa i Polska w latach 1988-1994” właśnie trafiła na półki wileńskich księgarni, a więc i w moje ręce. Zabrzmi to w przypadku monumentalnego dzieła o objętości blisko 500 stron, ale przeczytałem tę książkę… jednym tchem! I na pewno będę jeszcze do niej wielokrotnie wracał. Przede wszystkim dlatego, że jest to dzieło obiektywne. Sirutavičius nie szafuje wyrokami i nie zamiata problemy pod dywan. I co ważne nie zrzuca wszystkiego na cudowny wytrych wschodnioeuropejski na wszystkie etniczne problemy – „rękę Moskwy”. Nieprzypadkowo na motto książki wybrał słowa Bronisława Lagowskiego: „Rzeczy realne mają wiele stron, jedynie fikcje są jednowymiarowe".
czwartek, 01 lutego 2018
Rzadko mi się zdarza, żebym książkę, którą zacząłem czytać odstawiałb co jakiś czas na półkę, znów do niej wracał i ponownie odstawiał. Zazwyczaj czytam jednym tchem (jeśli mi się podoba), a jeśli mi się nie podoba – odstawiam na zawsze. „Czarnobylską modlitwę” Swietłany Aleksijewicz czytałem jednak bardzo długo, przez kilka miesięcy, z długimi przerwami, wracałem do niej i odstawiałem ją. Bo to książka przerażająca. Nie jestem osoba sentymentalną, ale ta książka doprowadzała mnie do łez. Książka o katastrofie w Czarnobylu i jej skutkach, widzianych oczyma naocznych świadków: żołnierzy, którzy zostali rzuceni w wir walki z atomowym monstrum bez żadnych środków ochronnych, strażaków, którzy dosłownie własnymi ciałami zasłaniali najbardziej niebezpieczne odcinki awarii, pilotów, którzy rzucali ze śmigłowców na płonący reaktor worki z piaskiem w promieniowaniu tysiąc razy przekraczającym wszelkie dozwolone normy, mieszkańców pobliskich wiosek, których najpierw przez wiele dni okłamywano, że nic się nie stało, a następnie błyskawicznie ewakuowano, ponownie kłamiąc, że „wyjeżdżają na trzy dni”. Ta ewakuacja była dla nich często straszniejszym dramatem niż życie w napromieniowanym miejscu, więc wracają do swoich wiosek, na tereny nieprzydatne do życia, jak partyzanci leśnymi ścieżkami uciekając milicji... Rozmówcy Swietłany Aleksijewicz non stop porównują Czarnobyl do wojny. II światowej, afgańskiej. I jednocześnie rozumieją jak bardzo niepoprawne, nieodpowiednie jest to porównanie — na wojnie, nawet najbardziej przerażającej, wszystko jest czarno-białe. Tam wróg, tu swoi. A w Czarnobylu wróg jest niewidzialny. Lasy są pełne jagód i grzybów, rzeki – ryb, ziemniaki obrodziły wspaniale, pogoda słoneczna i piękna. I to wszystko zabija. Powoli, ale nieuchronnie. To także książka o ponad dwóch milionach Białorusinów, których zapomniano przesiedlić poza strefę skażoną, o dzieciach bez włosów, o zwierzętach o smutnych oczach, które zamieszkały w porzuconych domach, o bohaterach, którzy rzucali się bez zabezpieczeń tam, gdzie automaty odmawiali posłuszeństwa. Nie dla 100 rubli premii, tylko bbo tak ich wychowano, w kulcie czynu bohaterskiego, lub aby nadać swojemu życiu sens. „Czarnobylska modlitwa” — to zbiór monologów osób, które dotknięte zostały tragedią, zebranych przez Swietłanę Aleksijewicz w ciągu 20 lat żmudnej kronikarsko-dziennikarskiej pracy.
poniedziałek, 30 października 2017
Piątek. Noc. Wileński klub „nArauti”. Na scenie Will’n’Ska świętuje swoje piąte urodziny i prezentuje swój debiutancki krążek „1A”. Stoimy razem z kilkoma starymi punkowcami z fali lat 90. Przyglądamy się fantastycznemu pogo pod sceną. Z pogo wyrośliśmy, z punku – jeszcze nie. „Kurcze, chłopaki wymiatają jak Dr.Green!” – nieoczekiwanie stwierdza mój sąsiad. „Fakt. Pokolenia się zmieniają, a punk pozostaje wciąż taki sam!” – zgadza się z nim drugi punkowy „dziadek”. I to chyba najlepsza recenzja tej punkowej feerii, którą zafundował sztandarowy, przełomowy i jedyny polski zespół ska-punkowy na Litwie. Will’n’Ska gra z każdym koncertem coraz lepiej, coraz bardziej rasowo, coraz profesjonalniej. To nie są komplementy – mnie Will’n’Ska podobała się już wtedy, gdy pięć lat temu weszli na „scenę” Baru Wszystkich Świętych i walnęli „Pierwszy Autobus” oraz kilka coverów – tylko konstatacja faktu. Jeśli na początku ich kariery każdy utwór był w innym stylu, zdradzał różne fascynacje różnych członków zespołu – od The Beatles, Black Sabbath po Leningrad i Billy Idola – to z każdym kolejnym utworem są coraz bliżej wypracowania swojego własnego, rozpoznawalnego stylu. I najlepszym tego świadectwem jest debiutancki album „1A”.
piątek, 31 marca 2017
Gdy się poczyta polskie media, może powstać wrażenie, że pokazy „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego w Wilnie przeszły w atmosferze konfrontacji, sporów, pikiet i nagonki ze strony Litwinów i Ukraińców. Jest to jednak wrażenie błędne. Rzeczywiście film został dostrzeżony, wywołał dyskusję, ale generalnie wypowiedzi na jego temat były bardzo stonowane. Owszem dwie (z 19 działających na Litwie!) organizacje ukraińskie, o których nikt za bardzo nic nie wie, wystosowały do organizatorów pokazu pisemny protest. Nie było jednak pikiet, strajków okupacyjnych i rzucania jajkami czy granatami. Natomiast odbyła się spokojna i merytoryczna dyskusja z udziałem prof. Grzegorza Motyki, dr. Wołodymyra Wiatrowycza oraz litewskiego historyka prof. Alvydasa Nikžentaitisa i publicysty Rimvydasa Valatki. W ogóle „Wołyniowi” poświęca się jednak na Litwie stosunkowo niedużo uwagi, chociaż sale są pełne. I słychać na nich polską mowę, co niestety na pokazach polskich filmów w Wilnie nie jest rzeczą częstą. Po obejrzeniu wczoraj „Wołynia" mam mieszane uczucia. Na pewno nie jest to film antyukraiński, jak twierdzą Ukraińcy. Nie jest to też film, który pokazuje, że każdy nacjonalizm jest zły, jak chce jego autor. Jest to film próbujący spojrzeć na tragedię wołyńską obiektywnie, ale oczyma Polaka. I polski reżyser ma do tego prawo. Podobnie jak ukraiński reżyser chyba miałby prawo nakręcić ten film nieco inaczej. Bardzo lubię filmy Wojciecha Smarzowskiego. Uważam go za jednego z najciekawszych, najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów polskich, ale z jego filmow historycznych jednoznacznie wolę „Różę", która opowiada pewną ludzką historię niż „Wołyń", który na skutek niekończącego się ważenia argumentów, proporcji i racji, popadł w... banał. Wbrew sloganowi reklamowemu nie jest to „film o miłości w nieludzkich czasach", tylko przydługą rekonstrukcja wydarzeń historycznych. Historia Zosi Głowackiej-Skiby, która próbuje przeżyć w piekle, jest tylko tłem do przedstawienia podręcznikowych prawd. Podręcznik - to jednak słaby scenariusz, więc „Wołyń" staje się przez to filmem z tezą, tylko tezą banalną, że zło rodzi zło.
czwartek, 23 marca 2017
Obejrzałem wczoraj nareszcie „Powidoki” Andrzeja Wajdy. Ostatni film Mistrza. Powiem szczerze: nie przekonał mnie. Niewątpliwie kolejna świetna rola Bogusława Lindy, ale scenariusz jednak zbyt schematyczny. Władysław Strzemiński jawi się w nim jako niezłomny bohater, stawiający twardy opór komunistycznemu aparatowi, nawet za cenę utraty pracy oraz środków do życia i tworzenia. Każdy kto chociaż pobieżnie zna jego biografię, wie, że nie była tak jednoznaczna. Zresztą Andrzejowi Wajdzie najwyraźniej nie chodzilo o film biograficzny, tylko o film z tzw. tezą. Pod koniec życia Andrzej Wajda, który w swoim czasie poszedł z Systemem na wiele kompromisów, aby mieć szansę tworzyć i żyć, postanowił nakręcić swój artystyczny testament — jak ma się zachować artysta wobec totalitaryzmu. I w tym sensie jest to film ważny, chociaż jak każda opowieść o bohaterach niezłomnych — powtórzę się — schematyczny. Jednak nie zamierzam pisać recenzji na film, bo też i szansy na to, że go w Wilnie jeszcze zdążycie obejrzeć praktycznie nie ma. Po zaledwie dwóch tygodniach od wejścia do normalnej dystrybucji kinowej, film schodzi z afisza. Z braku zainteresowania wśród widzów. Wczoraj akurat na sali nie było tragicznie, ale i tłumów nie było. Na poprzednich pokazach, jak wynika z relacji znajomych, było gorzej. Od kilku dni toczą się więc na portalach społecznościowych dyskusje: dlaczego? Wersje padają różne, więc spróbuję przedstawić też własną. Moim zdaniem przyczyny pustych sal na pokazach (nie tylko) „Powidoków” są trzy.
środa, 01 lutego 2017
Lubię filmy Emilisa Vėlyvisa. „Redirected” jest chyba najlepszą litewską czarną komedią, jaką kiedykolwiek widziałem. A i podobnym zachodnim produkcjom niewiele ustępuje. Emilis Vėlyvis jest często nazywany litewskim Quentinem Tarantino bądź litewskim Guy’em Ritchiem. Trochę na wyrost, bo z Tarantino łączy go jedynie fakt, że obaj są samoukami, a z Ritchiem – zamiłowanie do kryminalistów, wulgaryzmów i absurdalnego humoru. Mnie Vėlyvis napomina bardziej Władysława Pasikowskiego, który w swoim czasie też sporo od Tarantino zaczerpnął i tworzył w Polsce kino komercyjne, męskie, amerykańskie, a jednocześnie prawdziwie polskie. „Psy” (szczególnie pierwsza część) – to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów o Polsce okresu transformacji ustrojowej. Podobnie „Zero” i „Zero II” Emilisa Vėlyvisa – to najlepsze filmy o Litwie początku XXI wieku. Postsowieckiej Litwie prostytutek, skorumpowanych policjantów i sadystycznych gangsterów, która próbuje stać się Zachodem. Gdy więc przed rokiem Vėlyvis ogłosił, iż w ramach „urlopu twórczego” zamierza nakręcić trzecią część tej serii – odliczałem dni do premiery. Szczególnie, że Vėlyvis – to jeden z najlepszych marketingowców w naszym kinie. Umie dawkować informacje, kampanie reklamowe jego filmów są przemyślane do najdrobniejszych szczegółów, doskonale zaplanowane i wzorcowo przeprowadzone. Po obejrzeniu „Zero III” mam mieszane uczucia. Czarny humor, znani z poprzednich filmów aktorzy oraz scenariusz oparty na litewskich aktualiach – to sprawdzony schemat, który Vėlyvis wykorzystuje w każdym swoim filmie. Tym razem jednak jakoś nie jest śmiesznie. To znaczy widz się śmieje i ty razem z nim, ale przez wszystkie 90 minut masz niepokojące wrażenie, że to wcale nie jest – wbrew temu, co twierdzą anonse i plakaty - komedia, tylko nieco przeszarżowane główne wydanie wiadomości na jakimś litewskim kanale telewizyjnym. Oglądając „Zero” i „Zero II” wiedziałem, że opisują świat, który już przemija, że to takie echa lat 90. „Zero III” – to film o Litwie teraźniejszej, a kto wie, czy nie o Litwie przyszłości.
czwartek, 19 stycznia 2017
Przez ładnych kilka tygodni się wahałem, czy iść do kina na najnowsze dzieło Algisa „Greitai” Ramanauskasa pt. „12 kėdžių” („12 krzeseł”). Recenzje nie były zbytnio zachęcające. Właściwie wszyscy recenzenci (z wyjątkiem kumpli Greitai, którzy dziwnym trafem dostali w tym filmie także nieduże epizody do zagrania) nie zostawili na litewskiej ekranizacji nieśmiertelnej powieści satyrycznej Ilji Ilfa i Eugeniusza Pietrowa suchej nitki. Z drugiej strony czuję wobec Algisa Ramanauskasa duży respekt jeszcze z czasów „Radijo šou”. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej utalentowanych litewskich humorzystów, komentatorów i muzyków, nawet jeśli jego twórczość bardzo często ociera się, a nawet przekracza granice dobrego smaku. Po obejrzeniu tego niespełna dwugodzinnego obrazu muszę przyznać, że… nie było wcale tak źle, jak się spodziewałem. Owszem arcydzieło to nie jest. Nie jest to nawet film dobry. Ale nie jest też beznadziejnie zły. Reżyseria, montaż, gra aktorów są bardzo nierówne — czasami wznoszą się na wyżyny, ale zazwyczaj wołają o pomstę do nieba. Podobnie jest i z komediowymi elementami — zazwyczaj mamy tu do czynienia albo z n-tą powtórką drewnianych, głupich i prostackich żartów z innych projektów Algisa Ramanauskasa, albo z nie zawsze odpowiednio dopasowanymi cytatami z książki Ilfa i Pietrowa. Ale są też w filmie momenty dosadne, nowe i autentycznie śmieszne. Przynajmniej kilka razy wywołały u mnie uśmiech, a to już nieźle. Doskonale dopasowana do obrazu jest ścieżka dźwiękowa, na którą składają się szlagiery litewskiej sowieckiej estrady i współczesne „popsowe” kompozycje. Jednak to co wznosi film Algisa Ramanauskasa ponad wysypisko śmieci — to idea. Greitai spróbował wykorzystać sztandarowe dzieło sowieckiego literacko-filmowego panteonu do… walki z nostalgią za ZSRS. Z braku kasy i warsztatu nie wszystko mu się udało, ale za sam pomysł — szacun!
wtorek, 15 listopada 2016
Souvlaki, tzatziki, Baba Ghanoush, dolmados, Vpilaf z chorizo, pannacotta, mus z mango i marakui I tunezyjska zupa jarzynowa z ciecierzycą. Oto co jedli w Warszawie polscy biznesmeni-patrioci 11 listopada na tegorocznym przyjęciu „Noc wolności” z okazji Święta Niepodległości Polski. Gdyby wpadła w ich ręce książka Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej pt. „Wilno.Rodzinna historia smaków” mogło być i smaczniej, i ciekawiej, i patriotyczniej. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to pierwsza od wielu miesięcy książka, którą wciągnąłem jednym tchem. Biorąc pod uwagę, że — było nie było — to książka kucharska, a ja z kuchnią mam tyle wspólnego, że umiem nastawić czajnik i zrobić sobie kanapkę z serem twarogowym — to wręcz czyn bohaterski. Oczywiście, żartuję, bo „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to nie jest wbrew pozorom książka kucharska, mimo, iż przepisy Genowefy Wołkanowskiej (oraz piękne zdjęcia Waldemara Gorlewskiego i Łukasza Falkowskiego je ilustrujące) stanowią blisko połowy objętości. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to przede wszystkim wspaniały reportaż literacki w najlepszych tradycjach polskiej szkoły reportażu, i tej pisanej dużymi, i tej pisanej małymi literkami, której zresztą Ewa Wołkanowska-Kołodziej jest adeptką i absolwentką. Powiem więcej: wydaje mi się, że Ewa Wołkanowska-Kołodziej — to najlepsze polskojęzyczne pióro reporterskie jakie Wileńszczyzna w ostatnich dziesięcioleciach wydała. Czytając jej książki i reportaże zawsze mam chęć odstawić pisanie na zawsze, bo czuję się jak nędzny wyrobnik przy mistrzu.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6