Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
Kategorie: Wszystkie | HISTORIA WILNA I WILNIAN | LIETUVIŠKAI (LT+) | RECENZJE | TOP OF THE POPS | WILEŃSZCZYZNA 2040
RSS

HISTORIA WILNA I WILNIAN

piątek, 01 czerwca 2018
Dokładnie przed 20 laty, 1 czerwca 1998 roku, zdałem egzamin magisterski, obroniłem pracę na temat Sądu Konstytucyjnego Republiki Litewskiej i ukończyłem z drugą lokatą na roku Uniwersytet Gdański. W odróżnieniu od dzisiejszej młodzieży, która w wieku 15 lat już doskonale wie nie tylko, co chce studiować, ale i na jakim uniwersytecie, i w kierunku wymarzonych studiów sukcesywnie podąża, moje pokolenie w 15 lat jeszcze się bawiło pistoletami lub lalkami. W swojej klasie byłem, chyba jeśli nie jedynym, to na pewno jednym z nielicznych, którzy w tym wieku przynajmniej wiedzieli, co chcą studiować. Pamiętam, że po ukończeniu klasy 9, nasza wychowawczyni, Elena Prochorowa, przeprowadziła wśród nas sondę na temat „Kim chcesz być?”, gdy przyszła moja kolei odpowiadać, powiedziałem bez najmniejszego wahania: „Prawnikiem". Wychowawczyni była najwyraźniej zaskoczona: „Prawnikiem? Nie, ty zostaniesz podróżnikiem!" Rzeczywiście geografia (obok historii) była moim ulubionym przedmiotem szkolnym, zaś książki podróżnicze pochłaniałem masowo, jednak nawet mając 15 lat doskonale zdawałem sobie sprawę, że na podróże trzeba jednak jakoś zarobić, a prawnicy zarabiają całkiem nieźle. Więc po dziecięcych marzeniach o zostaniu – kolejno – traktorzystą, kosmonautą, leśniczym, chemikiem i policjantem, mniej więcej w okolicach 14 roku życia byłem już pewien, że chcę być prawnikiem. Gdy rok później leżałem w szpitalu z powodu jaskry, leżący obok mnie emerytowany nauczyciel z Uciany, zadał mi to samo pytanie i uzyskał tę samą odpowiedź. Był przerażony: „Prawo? Z twoim wzrokiem? To jest niemożliwe! Przecież tam trzeba tak wiele czytać! Wybierz lepiej zawód nauczyciela”. Ja jednak byłem nieugięty: chcę być prawnikiem i tylko prawnikiem! I mimo, iż — z reka na sercu — niezbyt się przykładałem, żeby ten swój cel życiowy zrealizować, ostatecznie prawnikiem jednak zostałem. Podróżnikiem zresztą również.
sobota, 13 stycznia 2018
W tym roku niezapominajki – symbol litewskiego Dnia Obrońców Wolności – są i w języku polskim. Każdy może ściągnąć odpowiedni obrazek w odpowiednim języku z profilu „Neužmirštuolė” na FB i zamieścić na swoim profilu. I przynajmniej w ten sposób uczcić pamięć tych Czternastu Wspaniałych, co zginęli przed 27 laty w wydarzeniach styczniowych. Ambasada RP na Litwie, Polski Klub Dyskusyjny, wielu moich znajomych Polaków z tej możliwości skorzystało. Przejrzałem pobieżnie profile największych i najczęściej na FB udzielających się naszych działaczy: Tomaszewskiego, Narkiewicza, Cytackiej, Jedzińskiego, Rybaka, Tamošunaitė… Nie ma niezapominajek. Mówiąc ściślej: w ogóle nic tam na temat 13 stycznia nie ma. Żadnych wspomnień, żadnych życzeń. Nic. Być może jeden czy drugi z nich zapomnieli, są w wyjeździe służbowym, ale wszyscy naraz? I wywiadów na ten temat w Radio Wilno nie słychać. I l24, który cytowaniu Wodza jest w stanie poświęcić tysiące znaków, jedynie kilka zdań - o tym że z okazji kolejnej rocznicy krwawych wydarzeń msza św. w Katedrze Wileńskiej się odbędzie – zamieścił. Wyobrażacie sobie, żeby ci wszyscy, „najlepsi ludzie Wileńszczyzny”, nie zamieścili żadnego wpisu np. z okazji 11 listopada?... A przecież mowa o tych samych działaczach, którzy non stop powtarzają mantrę, że litewscy Polacy są lojalnymi obywatelami Litwy. Tylko gdy się ich zapyta na czym ta lojalność polega – zaczynają się schody. I po dłuższej dyskusji wychodzi, że w zasadzie tylko na tym, iż płacimy podatki. To się oczywiście chwali, ale bądźmy szczerzy płacenie podatków jest jak śmierć – to zjawisko nieuchronne. To obowiązek prawny. Nie ma nic wspólnego z lojalnością. Nieważne czy jesteś lojalny czy nielojalny – i tak będziesz musiał zapłacić. Stwierdzić, że lojalność sprowadza się jedynie do uczciwego płacenia podatków, to tak jak stwierdzić, że do bycia lojalnym obywatelem wystarczy przechodzić ulicę na zielonym świetle. W rzeczywistości lojalność – to coś więcej. To gotowość do oddania swojego mienia, zdrowia, czasami życia za swój kraj. Ale przede wszystkim to wyznawanie wartości, które ten kraj wyznaje.
wtorek, 05 września 2017
Przyszedł wreszcie czas na Białoruś. Wiem, że to brzmi zaskakująco, ale po raz pierwszy wybrałem się do naszego wschodniego sąsiada dopiero w sierpniu br. Przed kilkoma miesiącami powstał w naszych z Pacem głowach pomysł odwiedzenia rodzinnych stron naszego dziadka, który urodził się na wschodzie Białorusi, we wsi Małaja Bahaćkauka. Do Bahaćkauki GPS poprowadził nas takimi dróżkami, że czasami w dżungli traw i chaszczy nie było widać nawet śladów koleiny. Ale jednak trafiliśmy. Sięgająca co najmniej XVIII w. wieś okazała się dokładnie taką, jak w opowiadaniach dziadka, który uciekł z niej po wojnie przed nędzą i nigdy w ojczyste strony nie powrócił. Kilka zapadłych chat, sześciu stałych mieszkańców w kilku bardziej zadbanych gospodarstwach, tonące w chaszczach i brzozach porzucone cmentarzyki z pomalowanymi na niebiesko krzyżami bez żadnych tabliczek. Autobus z odległego o 30 km Mścisławia przyjeżdża tu dwa razy na tydzień. W jednej z bardziej zadbanych chat jest muzeum klasyka białoruskiej literatury, krytyka literackiego, językoznawcy i działacza społecznego Maksima Hareckiego. O swoim wybitnym krajanie ani dziadek, ani pradziad nigdy nam nie opowiadali, a przecież musieli się znać. Przynajmniej pradziad na pewno, bo pochodzili nie tylko z tej samej wsi, ale i z bliskich roczników. Zainteresowała mnie więc historia Maksima Hareckiego i po kilku tygodniach szperania po Internetach chciałbym ją tutaj przedstawić, szczególnie, że był on — jak większość białoruskich literatów XX w. — przez pewien dłuższy okres z Wilnem związany.
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Obecnie się uważa, że na napięcie w stosunkach polsko-litewskich w międzywojniu najbardziej rzutował problem państwowej przynależności Wilna. Niewielu jednak dziś już pamięta, ze nie mniej poważnym cierniem w tych stosunkach był już obecnie nieco zapomniany epizod z przełomu sierpnia/września 1919 roku, który kto wie, czy nie wzbudził w Litwinach większych wątpliwości, co do polskich intencji niż „bunt” Żeligowskiego. W kwietniu 1919 r., Polska zajęła Wilno. Litwini uważali miasto za swoją historyczną stolicę oraz integralną część Litwy, podczas gdy dla Polaków, którzy stanowili większość jego mieszkańców, było miastem polskim. Tymczasem Józef Piłsudski wysłał do Kowna Aleksandra Lednickiego, aby wybadał możliwość zawarcia z Litwą unii: „Jedź pan do Kowna - Litwa jak ta kurwa, leży i czeka kto ją weźmie". Mylił się, Litwini do unii się nie palili. Gdy rozmowy z litewskim rządem Mykolasa Sleževičiusa zaszły w ślepy zaułek, pojawił w lipcu 1919 r. się w Warszawie — jak się wówczas wydawało genialny — pomysł osadzenia w Kownie bardziej przychylnego unii polsko-litewskiej rządu. Polskiemu wywiadowi udało się wciągnąć do współpracy kilku litewskich (sowicie opłacanych) aktywistów. Problem polegał na tym, iż nie mieli oni żadnego oparcia ani w masach, ani w wojsku. Początkowy plan więc zmodyfikowano — coup d’etat postanowiono przeprowadzić siłami kowieńskiego oddziału Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) w nocy z 28 na 29 sierpnia 1919 r. Spiskowcy mieli przejąć kontrolę nad Kownem i utrzymać je do czasu przybycia regularnych wojsk polskich, które miały zostać wezwane do ochrony miasta. Taryba oraz rząd Litwy miały zostać obalone i zastąpione przez gabinet nastawiony propolsko. Dyktatorem nowego rządu litewskiego miał zostać gen. Silvestras Žukauskas, a szefem władz cywilnych Stanisław Narutowicz. Stanowiska w nowym rządzie zamierzano powierzyć Mykolasowi Biržišce, Jonasowi Vileišisowi, Steponasowi Kairysowi oraz Juozasowi Tūbelisowi. O „genialności” planu świadczy fakt, iż ani przyszły dyktator, ani szef władz cywilnych, ani przyszli ministrowie nic o planowanym zamachu stanu nie wiedzieli. Wiedziały natomiast o nim litewskie służby specjalne. Wiedziały dzięki pięknym Litwinkom i zakochanym w nich polskim oficerom.
czwartek, 03 sierpnia 2017
Był nieustraszony. Taranował koniem, rąbał szablą, strzelał z rewolwerów. Bardzo często wybierał spośród swoich ludzi najdzielniejszych i znikał z nimi na kilka lub kilkanaście dni na tyłach wrogich armii. Wracał w glorii bohaterskiej chwały i obwieszony trofeami. Wychodził cało z najgorszych potyczek, wylizywał się z najbardziej paskudnych ran. Dla Niemców był uosobieniem dzikiego barbarzyńcy rodem z azjatyckich stepów, bolszewicy pewnie nazwaliby go biczem Bożym, gdyby w Boga wierzyli. Natomiast żołnierze gotowi byli za „Baćką” skoczyć w ogień. Jadł z nimi z jednego kotła, dzielił z nimi trudy przemarszu, wdawał się z nimi w dyskusje, czytał im gazety, a wieczorami, nad obozowym ogniskiem, opowiadał anegdoty. Ale „baćka“ — to nie tylko ojciec, w nomenklaturze rosyjskiej wojny domowej tak właśnie nazywano leśnych i stepowych atamanów — odważnych, krwiożerczych, bezlitosnych i jednocześnie sentymentalnych zarządców olbrzymich czasami niczyich przestrzeni, z łatwością zmieniających sojuszników i opiekunów, ideologie i idee. Machno, Grigorjew, Dutow, Krasnow. Wilniucy też mieli takiego atamana — idealnego partyzanta, który niezbyt się sprawdzał w wojnie okopowej, ale był niezamienialny w różnego rodzaju dywersjach na tyłach wroga. Ostatniego Kmicica Najjaśniejszej. Na imię miał Stanisław, na nazwisko Bałachowicz, do którego dodał sobie fantazyjny przydomek Bułak-Bej, a pochodził z Wileńszczyzny.
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Gdy czytam wspomnienia moich rówieśników o latach 90., mam czasami nieodparte wrażenie, że mieszkaliśmy w dwóch różnych Wilnach Tak różnych, jakby należały do równoległych wszechświatów. Opisują oni jakieś bójki z Litwinami, jakąś wszechogarniającą falę litewskiego nacjonalizmu na ulicach, w trolejbusach, szykany i negatywne komentarze. Wierzę im na słowo, bo rzeczywiście tego nacjonalizmu nie brakowało: w mediach, w mowach i działaniach polityków, ale na poziomie ulicy paradoksalnie nigdy niczego podobnego nie doświadczyłem. A przecież jeździłem tymi samymi trolejbusami ze szkoły do domu, rozmawialiśmy (głośno!) z kolegami po polsku, śpiewaliśmy (może raczej wrzeszczeliśmy?) polskie i rosyjskie piosenki pod gitarę na ulicy Zamkowej (Pilies). Nikt nigdy nie zwrócił nam z tego powodu uwagi… Pewien znajomy zasugerował: „To dlatego, że przebywałeś w punkowym towarzystwie, a punkom narodowość zwisa…” Być może ma racje, chociaż mogę zapewnić, że przebywałem nie tylko w punkowym towarzystwie. A nawet najczęściej przebywałem nie w punkowym towarzystwie. Punków-Polaków wówczas w Wilnie było można policzyć na palcach jednej ręki. Ale rzeczywiście z tym środowiskiem się utożsamiałem. Było wariackie, buntownicze, wolnościowe i totalnie antynacjonalistyczne czyli takie jak ja. Sporą jego część w Wilnie stanowili Rosjanie, a jednym z najważniejszych, najciekawszych i najbardziej wpływowych artystów rosyjskiego pochodzenia w wileńskim undergroundzie był niewątpliwie Sanycz. Urodzony 7 czerwca 1973 roku Aleksandr "Sanycz" Kozulin, nomen omen absolwent legendarnej „Piątki”, o którym obrońcy szkoły (jak i o fakcie, że to szkoła polsko-rosyjska) starają się nie wspominać. Tymczasem jeśli popytać wśród uczestników wileńskiego undergroundu z przełomu lat 80.-90. ubiegłego wieku — rzadko o kim odzywają się z większym szacunkiem. Sanycz tworzył prawdziwy Rock’n’Roll, na koncertach wykładał się na 110 proc. Spalał się. Był rockowym szamanem. Wileńskim Sidem Viciuosem i Jimem Morisonem jednocześnie. Do końca swojego krótkiego życia pozostał wierny muzyce punkowej, chociaż w rzeczywistości bardziej go ciągnęło w stronę „The Doors”. Umiał dwuminutową piosenkę przekształcić w dwudziestominutową improwizację. W czasach, gdy większość punkowych kapel po prostu stała na scenie i wykrzykiwała słowa, jego koncerty były Show, a jego teksty — prawdziwą poezją.
wtorek, 25 kwietnia 2017
Trudno znaleźć na Litwie osobę, która nie słyszałaby o Tadeuszu Wróblewskim. Wybitny teoretyk prawa, adwokat, polityk, bibliofil, jeden z liderów krajowców, niestrudzony orędownik porozumienia polsko-litewsko-białoruskiego nawet w czasach, gdy takie porozumienie wydawało się być totalną utopią. Ostatecznie jego imię nosi jedna z głównych ulic na wileńskiej Starówce, biegnąca obok Katedry w stronę Wilii. Niewielu natomiast zapewne wie, iż Tadeusz Wróblewski miał jeszcze dwie siostry i pięciu braci. Siostra i dwaj bracia umarli, natomiast trzeci brat – Augustyn Wróblewski – zapisał się w historii nie tylko jako wybitny biochemik, autor przełomowych prac w zakresie fermentacji drożdżowej, ale i jako – obok Edwarda Abramowskiego – klasyk polskiej myśli… anarchistycznej. „Jestem anarchistą i szczycę się tym, i wy musicie wreszcie uszanować tę nazwę, to miano, bo ono okrywa najlepszych i najszlachetniejszych ludzi” – napisał w eseju „Jestem anarchistą”. Był synem znanego wileńskiego lekarza homeopaty oraz entomologa Eustachego Wróblewskiego, który jeszcze jako student, wziął udział antyrosyjskim spisku i został zesłany na Syberię. Gdy po 8 latach wrócił do Wilna - ożenił się z Emilią z Beniowskich (jej dziadkiem był słynny poszukiwacz przygód, król Madagaskaru Maurycy August Bieniowski), która prowadziła w Wilnie pensję dla dziewcząt. W 1858 roku urodził im się syn, Tadeusz, a 8 lat później, 20 lipca 1866 roku, Augustyn. Eustachy i Emilia Wróblewscy pasjonowali się zbieraniem książek, przede wszystkim przyrodniczych, w 1912 roku ich potężny księgozbiór przekształcono w bibliotekę publiczną, która w 1926 roku została upaństwowiona, a obecnie nosi nazwę Biblioteki Wróblewskich Litewskiej Akademii Nauk. Zamiłowanie rodziców do książek i nauk przyrodniczych wpłynęło na Augustyna, który od dziecka zaczytywał się Moleschottem i Vogtem, zbierał owady i rośliny. Jednocześnie nasiąkał patriotyzmem i… nastrojami rewolucyjnymi. Ostatecznie jego dziadkiem był Bartłomiej Bieniowski, uczestnik powstania listopadowego, który na emigracji w Anglii został jednym z liderów ruchu czartystów, zaś stryj, Walery Antoni Wróblewski, był jednym z generałów Komuny Paryskiej.
poniedziałek, 27 lutego 2017
„Paganini XX wieku”, „Tylko trzej ludzie liczą się w historii skrzypiec: Paganini, Ysaye i on”, „Kreisler był królem, on prorokiem, a inni tylko skrzypkami” – pisano o nim. Właśnie genialny skrzypek Fritz Kreisler, po wysłuchaniu jego gry, zapytał swoich kolegów: „Panowie, czy nie czas nam połamać nasze skrzypce o kolano?” Już jako nastolatek grał koncerty w całej Europie, zaś w roku 1911 po jego koncercie w Sankt-Petersburgu, policja musiała zapewnić mu ochronę przed 25-tysięcznym tłumem rozentuzjazmowanych melomanów. Grał na skrzypcach legendarnego Antonio Stradivariusa, posiadał skrzypce nie mniej legendarnych Carlo Tononi i Bartolameo Guarneri. Tę ostatnią zapisał w spadku muzeum w San Francisko pod warunkiem, że będą na niej grali tylko „dostojni wykonawcy” i tylko w pomieszczeniach muzeum. Mowa oczywiście o Jaschy Heifetzu — genialnym amerykańskim skrzypku pochodzenia żydowskiego, który 2 lutego 1901 (lub 1899) roku urodził się Wilnie. Nieprzypadkowo więc luty w Wilnie jest miesiącem Heifetza — od 2001 roku w lutym odbywają się w litewskiej stolicy Międzynarodowe Konkursy Skrzypcowe im. Jaschy Heifetza. Interesujące, że w rzeczywistości na imię miał Josif, a Jaszą — od starożydowskiego odpowiednika imienia „Józef” — „Jaszap”, nazywała go mama. Nie lubił tego zdrobnienia, od studentów i sług wymagał, aby nazywali go panie Heifetz, przyjaciele nazywali go panem H. lub Jimem, ale cały świat znal go jako Jaschę.
środa, 05 października 2016
„Proletariacka Nowa Wilejka i punkowy Antokol – to dwie dzielnice, które miały największy wpływ na osobowość Aleksandra Pawłowskiego – niezależnego dziennikarza współpracującego ze „Słowem Wileńskim”, najbardziej pracowitego i zarazem najbardziej leniwego człowieka, jakiego Wileńszczyzna widziała. Poza tym, jak wszyscy Aleksandrowie w redakcji, jest miłośnikiem piwa – Tauras (bo patriotyczne i tanie) oraz Starovar (bo smaczne)”. Tak rozpocząłem opisywanie sylwetki Aleksa Pawłowskiego na potrzeby jubileuszowego numeru „Słowa Wileńskiego”, który ukazał się 17 listopada 1995 roku. Kierownictwo gazety zdecydowało wówczas, by z okazji pierwszej rocznicy wydawania tygodnika przedstawić czytelnikom zespół tworzący „Słowo Wileńskie”. Każdy z dziennikarzy dostał kilku swoich kolegów do opisania. Mnie w udziale przypadli Aleksandrowie – Borowik i Pawłowski. Teraz znów napiszę o jednym z nich – Aleksie Pawłowskim – bo on sam już nic o sobie nie napisze. Zginął tragicznie potrącony przez samochód, gdzieś w okolicach Solecznik, 5 października 1998 roku. Bardzo rzadko pisuję wspomnienia o osobach, które znam czy znałem, lub które były dla mnie autorytetem. Bo nie umiem pisać laurek, panegiryków, laudacji i innych tego typu utworów, na które zapotrzebowanie – w odróżnieniu od zapotrzebowania na obiektywne dziennikarstwo – jest na Wileńszczyźnie niezmiennie duże od ponad 60 lat. Dlatego nie wiem, od czego miałbym zacząć ten tekst o moim przyjacielu, najlepszym przyjacielu, jakiego miałem: Aleksandrze Pawłowskim...
wtorek, 21 czerwca 2016
„W roku 1947 wykonywałem z Leszkiem Międzybrodzkim próby samolotu Chipmunk, który przysłano nam do oceny z Kanady. Byliśmy zachwyceni jego cechami, a wkrótce potem Chipmunk został przyjęty jako podstawowy samolot treningowy w lotnictwie angielskim. Konstruktorem tej świetnej maszyny był inżynier Jakimiuk, przedwojenny twórca samolotu myśliwskiego Jastrząb w Państwowych Zakładach Lotniczych w Warszawie” — wspominał w książce „Nie tylko o lataniu” znakomity kanadyjski pilot i oblatywacz samolotów Janusz Żurakowski. Rzeczywiście Chipmunk (Wiewiórka) był świetnym samolotem, samolotem-legendą, o czym może świadczyć również między innymi to, że właśnie ten typ samolotu używany był na Szybowcowych Mistrzostwach Świata w 1965 r., w Anglii, do holowania szybowców. Samolot ten stał się podstawową maszyną treningową najpierw w Kanadzie i w Wielkiej Brytanii, a następnie w Portugalii, Egipcie, Indach, Tajlandii. Na Chipmunku uczyli się latać członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej, m.in. książę Filip czyli książę-małżonek Elżbiety II i książę Karol, następca tronu. W lotnictwie brytyjskim samoloty Chipmunk używane były aż do połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Twórcą tej supermaszyny lotniczej (jak i kilku innych) był Wsiewołod Jan Jakimiuk — genialny inżynier i konstruktor przez kilka ładnych lat związany z Wilnem. W niektórych opracowaniach można nawet spotkać informacje, iż Wsiewołod Jakimiuk urodził się w Wilnie. W rzeczywistości urodził się 5 stycznia 1902 roku (niektóre źródła podają rok 1905) w Kożynie na Podlasiu w rodzinie prawosławnego duchownego. Miał piękny operowy głos, bas – baryton, ale wybrał karierę inżyniera. W Wilnie ukończył szkołę średnią w roku 1920, tu też wstąpił na studia i w roku 1925 uzyskał magisterium z matematyki na Uniwersytecie Stefana Batorego, a po studiach prze dwa lata pracował jako nauczyciel matematyki w wileńskich gimnazjach.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8