Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
Kategorie: Wszystkie | HISTORIA WILNA I WILNIAN | LIETUVIŠKAI (LT+) | RECENZJE | TOP OF THE POPS
RSS

HISTORIA WILNA I WILNIAN

wtorek, 05 września 2017
Przyszedł wreszcie czas na Białoruś. Wiem, że to brzmi zaskakująco, ale po raz pierwszy wybrałem się do naszego wschodniego sąsiada dopiero w sierpniu br. Przed kilkoma miesiącami powstał w naszych z Pacem głowach pomysł odwiedzenia rodzinnych stron naszego dziadka, który urodził się na wschodzie Białorusi, we wsi Małaja Bahaćkauka. Do Bahaćkauki GPS poprowadził nas takimi dróżkami, że czasami w dżungli traw i chaszczy nie było widać nawet śladów koleiny. Ale jednak trafiliśmy. Sięgająca co najmniej XVIII w. wieś okazała się dokładnie taką, jak w opowiadaniach dziadka, który uciekł z niej po wojnie przed nędzą i nigdy w ojczyste strony nie powrócił. Kilka zapadłych chat, sześciu stałych mieszkańców w kilku bardziej zadbanych gospodarstwach, tonące w chaszczach i brzozach porzucone cmentarzyki z pomalowanymi na niebiesko krzyżami bez żadnych tabliczek. Autobus z odległego o 30 km Mścisławia przyjeżdża tu dwa razy na tydzień. W jednej z bardziej zadbanych chat jest muzeum klasyka białoruskiej literatury, krytyka literackiego, językoznawcy i działacza społecznego Maksima Hareckiego. O swoim wybitnym krajanie ani dziadek, ani pradziad nigdy nam nie opowiadali, a przecież musieli się znać. Przynajmniej pradziad na pewno, bo pochodzili nie tylko z tej samej wsi, ale i z bliskich roczników. Zainteresowała mnie więc historia Maksima Hareckiego i po kilku tygodniach szperania po Internetach chciałbym ją tutaj przedstawić, szczególnie, że był on — jak większość białoruskich literatów XX w. — przez pewien dłuższy okres z Wilnem związany.
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Obecnie się uważa, że na napięcie w stosunkach polsko-litewskich w międzywojniu najbardziej rzutował problem państwowej przynależności Wilna. Niewielu jednak dziś już pamięta, ze nie mniej poważnym cierniem w tych stosunkach był już obecnie nieco zapomniany epizod z przełomu sierpnia/września 1919 roku, który kto wie, czy nie wzbudził w Litwinach większych wątpliwości, co do polskich intencji niż „bunt” Żeligowskiego. W kwietniu 1919 r., Polska zajęła Wilno. Litwini uważali miasto za swoją historyczną stolicę oraz integralną część Litwy, podczas gdy dla Polaków, którzy stanowili większość jego mieszkańców, było miastem polskim. Tymczasem Józef Piłsudski wysłał do Kowna Aleksandra Lednickiego, aby wybadał możliwość zawarcia z Litwą unii: „Jedź pan do Kowna - Litwa jak ta kurwa, leży i czeka kto ją weźmie". Mylił się, Litwini do unii się nie palili. Gdy rozmowy z litewskim rządem Mykolasa Sleževičiusa zaszły w ślepy zaułek, pojawił w lipcu 1919 r. się w Warszawie — jak się wówczas wydawało genialny — pomysł osadzenia w Kownie bardziej przychylnego unii polsko-litewskiej rządu. Polskiemu wywiadowi udało się wciągnąć do współpracy kilku litewskich (sowicie opłacanych) aktywistów. Problem polegał na tym, iż nie mieli oni żadnego oparcia ani w masach, ani w wojsku. Początkowy plan więc zmodyfikowano — coup d’etat postanowiono przeprowadzić siłami kowieńskiego oddziału Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) w nocy z 28 na 29 sierpnia 1919 r. Spiskowcy mieli przejąć kontrolę nad Kownem i utrzymać je do czasu przybycia regularnych wojsk polskich, które miały zostać wezwane do ochrony miasta. Taryba oraz rząd Litwy miały zostać obalone i zastąpione przez gabinet nastawiony propolsko. Dyktatorem nowego rządu litewskiego miał zostać gen. Silvestras Žukauskas, a szefem władz cywilnych Stanisław Narutowicz. Stanowiska w nowym rządzie zamierzano powierzyć Mykolasowi Biržišce, Jonasowi Vileišisowi, Steponasowi Kairysowi oraz Juozasowi Tūbelisowi. O „genialności” planu świadczy fakt, iż ani przyszły dyktator, ani szef władz cywilnych, ani przyszli ministrowie nic o planowanym zamachu stanu nie wiedzieli. Wiedziały natomiast o nim litewskie służby specjalne. Wiedziały dzięki pięknym Litwinkom i zakochanym w nich polskim oficerom.
czwartek, 03 sierpnia 2017
Był nieustraszony. Taranował koniem, rąbał szablą, strzelał z rewolwerów. Bardzo często wybierał spośród swoich ludzi najdzielniejszych i znikał z nimi na kilka lub kilkanaście dni na tyłach wrogich armii. Wracał w glorii bohaterskiej chwały i obwieszony trofeami. Wychodził cało z najgorszych potyczek, wylizywał się z najbardziej paskudnych ran. Dla Niemców był uosobieniem dzikiego barbarzyńcy rodem z azjatyckich stepów, bolszewicy pewnie nazwaliby go biczem Bożym, gdyby w Boga wierzyli. Natomiast żołnierze gotowi byli za „Baćką” skoczyć w ogień. Jadł z nimi z jednego kotła, dzielił z nimi trudy przemarszu, wdawał się z nimi w dyskusje, czytał im gazety, a wieczorami, nad obozowym ogniskiem, opowiadał anegdoty. Ale „baćka“ — to nie tylko ojciec, w nomenklaturze rosyjskiej wojny domowej tak właśnie nazywano leśnych i stepowych atamanów — odważnych, krwiożerczych, bezlitosnych i jednocześnie sentymentalnych zarządców olbrzymich czasami niczyich przestrzeni, z łatwością zmieniających sojuszników i opiekunów, ideologie i idee. Machno, Grigorjew, Dutow, Krasnow. Wilniucy też mieli takiego atamana — idealnego partyzanta, który niezbyt się sprawdzał w wojnie okopowej, ale był niezamienialny w różnego rodzaju dywersjach na tyłach wroga. Ostatniego Kmicica Najjaśniejszej. Na imię miał Stanisław, na nazwisko Bałachowicz, do którego dodał sobie fantazyjny przydomek Bułak-Bej, a pochodził z Wileńszczyzny.
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Gdy czytam wspomnienia moich rówieśników o latach 90., mam czasami nieodparte wrażenie, że mieszkaliśmy w dwóch różnych Wilnach Tak różnych, jakby należały do równoległych wszechświatów. Opisują oni jakieś bójki z Litwinami, jakąś wszechogarniającą falę litewskiego nacjonalizmu na ulicach, w trolejbusach, szykany i negatywne komentarze. Wierzę im na słowo, bo rzeczywiście tego nacjonalizmu nie brakowało: w mediach, w mowach i działaniach polityków, ale na poziomie ulicy paradoksalnie nigdy niczego podobnego nie doświadczyłem. A przecież jeździłem tymi samymi trolejbusami ze szkoły do domu, rozmawialiśmy (głośno!) z kolegami po polsku, śpiewaliśmy (może raczej wrzeszczeliśmy?) polskie i rosyjskie piosenki pod gitarę na ulicy Zamkowej (Pilies). Nikt nigdy nie zwrócił nam z tego powodu uwagi… Pewien znajomy zasugerował: „To dlatego, że przebywałeś w punkowym towarzystwie, a punkom narodowość zwisa…” Być może ma racje, chociaż mogę zapewnić, że przebywałem nie tylko w punkowym towarzystwie. A nawet najczęściej przebywałem nie w punkowym towarzystwie. Punków-Polaków wówczas w Wilnie było można policzyć na palcach jednej ręki. Ale rzeczywiście z tym środowiskiem się utożsamiałem. Było wariackie, buntownicze, wolnościowe i totalnie antynacjonalistyczne czyli takie jak ja. Sporą jego część w Wilnie stanowili Rosjanie, a jednym z najważniejszych, najciekawszych i najbardziej wpływowych artystów rosyjskiego pochodzenia w wileńskim undergroundzie był niewątpliwie Sanycz. Urodzony 7 czerwca 1973 roku Aleksandr "Sanycz" Kozulin, nomen omen absolwent legendarnej „Piątki”, o którym obrońcy szkoły (jak i o fakcie, że to szkoła polsko-rosyjska) starają się nie wspominać. Tymczasem jeśli popytać wśród uczestników wileńskiego undergroundu z przełomu lat 80.-90. ubiegłego wieku — rzadko o kim odzywają się z większym szacunkiem. Sanycz tworzył prawdziwy Rock’n’Roll, na koncertach wykładał się na 110 proc. Spalał się. Był rockowym szamanem. Wileńskim Sidem Viciuosem i Jimem Morisonem jednocześnie. Do końca swojego krótkiego życia pozostał wierny muzyce punkowej, chociaż w rzeczywistości bardziej go ciągnęło w stronę „The Doors”. Umiał dwuminutową piosenkę przekształcić w dwudziestominutową improwizację. W czasach, gdy większość punkowych kapel po prostu stała na scenie i wykrzykiwała słowa, jego koncerty były Show, a jego teksty — prawdziwą poezją.
wtorek, 25 kwietnia 2017
Trudno znaleźć na Litwie osobę, która nie słyszałaby o Tadeuszu Wróblewskim. Wybitny teoretyk prawa, adwokat, polityk, bibliofil, jeden z liderów krajowców, niestrudzony orędownik porozumienia polsko-litewsko-białoruskiego nawet w czasach, gdy takie porozumienie wydawało się być totalną utopią. Ostatecznie jego imię nosi jedna z głównych ulic na wileńskiej Starówce, biegnąca obok Katedry w stronę Wilii. Niewielu natomiast zapewne wie, iż Tadeusz Wróblewski miał jeszcze dwie siostry i pięciu braci. Siostra i dwaj bracia umarli, natomiast trzeci brat – Augustyn Wróblewski – zapisał się w historii nie tylko jako wybitny biochemik, autor przełomowych prac w zakresie fermentacji drożdżowej, ale i jako – obok Edwarda Abramowskiego – klasyk polskiej myśli… anarchistycznej. „Jestem anarchistą i szczycę się tym, i wy musicie wreszcie uszanować tę nazwę, to miano, bo ono okrywa najlepszych i najszlachetniejszych ludzi” – napisał w eseju „Jestem anarchistą”. Był synem znanego wileńskiego lekarza homeopaty oraz entomologa Eustachego Wróblewskiego, który jeszcze jako student, wziął udział antyrosyjskim spisku i został zesłany na Syberię. Gdy po 8 latach wrócił do Wilna - ożenił się z Emilią z Beniowskich (jej dziadkiem był słynny poszukiwacz przygód, król Madagaskaru Maurycy August Bieniowski), która prowadziła w Wilnie pensję dla dziewcząt. W 1858 roku urodził im się syn, Tadeusz, a 8 lat później, 20 lipca 1866 roku, Augustyn. Eustachy i Emilia Wróblewscy pasjonowali się zbieraniem książek, przede wszystkim przyrodniczych, w 1912 roku ich potężny księgozbiór przekształcono w bibliotekę publiczną, która w 1926 roku została upaństwowiona, a obecnie nosi nazwę Biblioteki Wróblewskich Litewskiej Akademii Nauk. Zamiłowanie rodziców do książek i nauk przyrodniczych wpłynęło na Augustyna, który od dziecka zaczytywał się Moleschottem i Vogtem, zbierał owady i rośliny. Jednocześnie nasiąkał patriotyzmem i… nastrojami rewolucyjnymi. Ostatecznie jego dziadkiem był Bartłomiej Bieniowski, uczestnik powstania listopadowego, który na emigracji w Anglii został jednym z liderów ruchu czartystów, zaś stryj, Walery Antoni Wróblewski, był jednym z generałów Komuny Paryskiej.
poniedziałek, 27 lutego 2017
„Paganini XX wieku”, „Tylko trzej ludzie liczą się w historii skrzypiec: Paganini, Ysaye i on”, „Kreisler był królem, on prorokiem, a inni tylko skrzypkami” – pisano o nim. Właśnie genialny skrzypek Fritz Kreisler, po wysłuchaniu jego gry, zapytał swoich kolegów: „Panowie, czy nie czas nam połamać nasze skrzypce o kolano?” Już jako nastolatek grał koncerty w całej Europie, zaś w roku 1911 po jego koncercie w Sankt-Petersburgu, policja musiała zapewnić mu ochronę przed 25-tysięcznym tłumem rozentuzjazmowanych melomanów. Grał na skrzypcach legendarnego Antonio Stradivariusa, posiadał skrzypce nie mniej legendarnych Carlo Tononi i Bartolameo Guarneri. Tę ostatnią zapisał w spadku muzeum w San Francisko pod warunkiem, że będą na niej grali tylko „dostojni wykonawcy” i tylko w pomieszczeniach muzeum. Mowa oczywiście o Jaschy Heifetzu — genialnym amerykańskim skrzypku pochodzenia żydowskiego, który 2 lutego 1901 (lub 1899) roku urodził się Wilnie. Nieprzypadkowo więc luty w Wilnie jest miesiącem Heifetza — od 2001 roku w lutym odbywają się w litewskiej stolicy Międzynarodowe Konkursy Skrzypcowe im. Jaschy Heifetza. Interesujące, że w rzeczywistości na imię miał Josif, a Jaszą — od starożydowskiego odpowiednika imienia „Józef” — „Jaszap”, nazywała go mama. Nie lubił tego zdrobnienia, od studentów i sług wymagał, aby nazywali go panie Heifetz, przyjaciele nazywali go panem H. lub Jimem, ale cały świat znal go jako Jaschę.
środa, 05 października 2016
„Proletariacka Nowa Wilejka i punkowy Antokol – to dwie dzielnice, które miały największy wpływ na osobowość Aleksandra Pawłowskiego – niezależnego dziennikarza współpracującego ze „Słowem Wileńskim”, najbardziej pracowitego i zarazem najbardziej leniwego człowieka, jakiego Wileńszczyzna widziała. Poza tym, jak wszyscy Aleksandrowie w redakcji, jest miłośnikiem piwa – Tauras (bo patriotyczne i tanie) oraz Starovar (bo smaczne)”. Tak rozpocząłem opisywanie sylwetki Aleksa Pawłowskiego na potrzeby jubileuszowego numeru „Słowa Wileńskiego”, który ukazał się 17 listopada 1995 roku. Kierownictwo gazety zdecydowało wówczas, by z okazji pierwszej rocznicy wydawania tygodnika przedstawić czytelnikom zespół tworzący „Słowo Wileńskie”. Każdy z dziennikarzy dostał kilku swoich kolegów do opisania. Mnie w udziale przypadli Aleksandrowie – Borowik i Pawłowski. Teraz znów napiszę o jednym z nich – Aleksie Pawłowskim – bo on sam już nic o sobie nie napisze. Zginął tragicznie potrącony przez samochód, gdzieś w okolicach Solecznik, 5 października 1998 roku. Bardzo rzadko pisuję wspomnienia o osobach, które znam czy znałem, lub które były dla mnie autorytetem. Bo nie umiem pisać laurek, panegiryków, laudacji i innych tego typu utworów, na które zapotrzebowanie – w odróżnieniu od zapotrzebowania na obiektywne dziennikarstwo – jest na Wileńszczyźnie niezmiennie duże od ponad 60 lat. Dlatego nie wiem, od czego miałbym zacząć ten tekst o moim przyjacielu, najlepszym przyjacielu, jakiego miałem: Aleksandrze Pawłowskim...
wtorek, 21 czerwca 2016
„W roku 1947 wykonywałem z Leszkiem Międzybrodzkim próby samolotu Chipmunk, który przysłano nam do oceny z Kanady. Byliśmy zachwyceni jego cechami, a wkrótce potem Chipmunk został przyjęty jako podstawowy samolot treningowy w lotnictwie angielskim. Konstruktorem tej świetnej maszyny był inżynier Jakimiuk, przedwojenny twórca samolotu myśliwskiego Jastrząb w Państwowych Zakładach Lotniczych w Warszawie” — wspominał w książce „Nie tylko o lataniu” znakomity kanadyjski pilot i oblatywacz samolotów Janusz Żurakowski. Rzeczywiście Chipmunk (Wiewiórka) był świetnym samolotem, samolotem-legendą, o czym może świadczyć również między innymi to, że właśnie ten typ samolotu używany był na Szybowcowych Mistrzostwach Świata w 1965 r., w Anglii, do holowania szybowców. Samolot ten stał się podstawową maszyną treningową najpierw w Kanadzie i w Wielkiej Brytanii, a następnie w Portugalii, Egipcie, Indach, Tajlandii. Na Chipmunku uczyli się latać członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej, m.in. książę Filip czyli książę-małżonek Elżbiety II i książę Karol, następca tronu. W lotnictwie brytyjskim samoloty Chipmunk używane były aż do połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Twórcą tej supermaszyny lotniczej (jak i kilku innych) był Wsiewołod Jan Jakimiuk — genialny inżynier i konstruktor przez kilka ładnych lat związany z Wilnem. W niektórych opracowaniach można nawet spotkać informacje, iż Wsiewołod Jakimiuk urodził się w Wilnie. W rzeczywistości urodził się 5 stycznia 1902 roku (niektóre źródła podają rok 1905) w Kożynie na Podlasiu w rodzinie prawosławnego duchownego. Miał piękny operowy głos, bas – baryton, ale wybrał karierę inżyniera. W Wilnie ukończył szkołę średnią w roku 1920, tu też wstąpił na studia i w roku 1925 uzyskał magisterium z matematyki na Uniwersytecie Stefana Batorego, a po studiach prze dwa lata pracował jako nauczyciel matematyki w wileńskich gimnazjach.
czwartek, 19 maja 2016
„Polacy są jak woły w ludzkiej formie (...). Ubierają się źle, szczególnie niewiasty. Wszystko leży na nich jak złoty łańcuszek na świni. A gdy wyczesują włosy, spada z nich chmara żyjątek...“ — tak opisywał XVIII-wiecznych Polaków Johannes Georgius Adamus Forster. Z powodu tych słów jest uważany często za „antyPolaka” i protoplastę niemieckiego nacjonalizmu. Wątpię jednak, że taki pogląd jest słuszny. Szczególnie, że wydaje się być w rażącej sprzeczności z poglądami, które Forster przez całe życie wyznawał. „Wszyscy ludzie na ziemi mają takie samo prawo do mojej dobrej woli..., a moje chwalenie i ganienie jest niezależne od narodowych uprzedzeń" — pisał. Forster jest raczej powszechnie na świecie uważany za jednego z głównych reprezentantów kosmopolityzmu, a więc całkowitego przeciwieństwa nacjonalizmu. A jego słowa o Polakach, zawarte zresztą w listach opublikowanych w wiele lat po śmierci, są może dosadną i niezbyt politycznie poprawną generalizacją, ale czy napewno bezpodstawną?... Pal zresztą licho ten cały „polnische Wirtschaft”, bo Georg Forster — przyrodnik, etnolog, podróżnik, pisarz i mason — zasłynął przede wszystkim jako autor książki „A Voyage Toward the South Pole and Round the World“, opisującej druga podróż kapitana Jamesa Cooka. Dzięki tej publikacji dwudziestodwuletni Georg Forster został przyjęty do Royal Society of London for Improving Natural Knowledge i uważa się, że położył podwaliny pod nowoczesną naukową literaturę podróżniczą. O tej książce wiedzą wszyscy, którzy się interesują geografią, zoologią, botaniką i przygodami. Nawet dziś, po ponad 200 latach od napisania, czyta się ją z zapartym tchem. Natomiast przypuszczam niewiele osób wie, że urodzony na Pomorzu Gdańskim Georg Forster był przez kilka lat związany z Wilnem, w latach 1784-1787 wykładał historię naturalną w Szkole Głównej Litewskiej w Wilnie, która następnie przyjęła nazwę Uniwersytetu Wileńskiego.
środa, 16 marca 2016
De mortuis aut bene, aut nihil. O zmarłych należy mówić dobrze albo wcale – głosi stara łacińska paremia. Są jednak osoby, o których nawet gdybyś chciał nie jesteś w stanie powiedzieć niczego złego. Jedną z takich osób, które w swiom życiu poznałem, był zmarły przed kilkoma dniami Zdzisław Tryk. Był po prostu naprawdę bardzo dobrym, łagodnym i światłym człowiekiem. I trochę szkoda, że jego śmierć pozostała praktycznie niezauważona przez nasze lokalne polskie media. Bądź co bądź Zdzisław Tryk nie był osobą nieznaną. Wilnianin z dziada pradzida, w swoim czasie aktor Polskiego Studia Teatralnego w Wilnie, muzyk w licznych zespołach polskich, animator kultury, polityk, radny wileńskiego samorządu, przedsiębiorca, jeden z twórców dwutygodnika „Znad Wilii“ (pierwszego niezależnego od komunistów powojennego tytułu polskiego w ZSSR). Jego jedynym „mankamentem“ — w oczach „orlich piór“ — był zapewne fakt, iż w latach 90. ubiegłego wieku zaangażował się w politykę nie w szeregach AWPL, tylko Związku Liberałów, a na początku XXI w. był jednym z liderów liberalnej opozycji na Wileńszczyźnie, ostatnim prezesem Klubu Polskich Liberałów „ProLibera“. Organizacji, która w swoim czasie miłościwie nam panujących nie na żarty przestraszyła, posiadała bowiem kilku radnych i posła na Sejm, prężnie działała i cieszyła się sporymi wpływami. Prezesowania takim inicjatywom u nas się nie wybacza nawet po śmierci?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7