Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 27 lutego 2017
„Paganini XX wieku”, „Tylko trzej ludzie liczą się w historii skrzypiec: Paganini, Ysaye i on”, „Kreisler był królem, on prorokiem, a inni tylko skrzypkami” – pisano o nim. Właśnie genialny skrzypek Fritz Kreisler, po wysłuchaniu jego gry, zapytał swoich kolegów: „Panowie, czy nie czas nam połamać nasze skrzypce o kolano?” Już jako nastolatek grał koncerty w całej Europie, zaś w roku 1911 po jego koncercie w Sankt-Petersburgu, policja musiała zapewnić mu ochronę przed 25-tysięcznym tłumem rozentuzjazmowanych melomanów. Grał na skrzypcach legendarnego Antonio Stradivariusa, posiadał skrzypce nie mniej legendarnych Carlo Tononi i Bartolameo Guarneri. Tę ostatnią zapisał w spadku muzeum w San Francisko pod warunkiem, że będą na niej grali tylko „dostojni wykonawcy” i tylko w pomieszczeniach muzeum. Mowa oczywiście o Jaschy Heifetzu — genialnym amerykańskim skrzypku pochodzenia żydowskiego, który 2 lutego 1901 (lub 1899) roku urodził się Wilnie. Nieprzypadkowo więc luty w Wilnie jest miesiącem Heifetza — od 2001 roku w lutym odbywają się w litewskiej stolicy Międzynarodowe Konkursy Skrzypcowe im. Jaschy Heifetza. Interesujące, że w rzeczywistości na imię miał Josif, a Jaszą — od starożydowskiego odpowiednika imienia „Józef” — „Jaszap”, nazywała go mama. Nie lubił tego zdrobnienia, od studentów i sług wymagał, aby nazywali go panie Heifetz, przyjaciele nazywali go panem H. lub Jimem, ale cały świat znal go jako Jaschę.
czwartek, 23 lutego 2017
Rozpatrując skargę apelacyjną rodziców Litewski Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) 20 lutego orzekł, że podejmując decyzję o reorganizacji szkoły średniej im. Joachima Lelewela, która wymusiła przeprowadzkę podstawowego pionu szkoły z Antokola na Żyrmuny, Rada Miasta Wilna w uchwale z 15 lipca 2015 r. nie dotrzymała wszystkich obowiązujących norm prawnych. W związku z powyższym sąd uznał, że decyzja Rady Miasta jest nieważna. Orzeczenie NSA świadczy o tym, że — wbrew temu, co wypisują niektórzy lokalni polscy publicyści, którzy w każdym sądzie widzą kumpli Šimašiusa — Polak w litewskim sądzie może zwyciężyć. O ile oczywiście ku takiemu zwycięstwu są podstawy prawne, a pozew jest profesjonalnie sporządzony. I to jest wiadomość budująca. Czy orzeczenie NSA oznacza więc, że „Lelewel” wróci do budynku na Antokolu? Obawiam się, że nie. W międzyczasie bowiem cała szkoła przeniosła się już do budynku na Żyrmunach, a jej pomieszczenia na Antokolu zajęły klasy z przepełnionej sąsiedniej szkoły litewskiej. Kolejne przenosiny setek uczniów dwóch szkół z jednego budynku do drugiego są trudne do wyobrażenia. Szczególnie, że w gruncie rzeczy — przynajmniej tak wynika z doniesień medialnych, bo orzeczenie nie jest jeszcze opublikowane — NSA doszukał się w anulowanej decyzji Rady Miasta Wilna jedynie uchybień proceduralnych. Uchybień, które były znane już podczas podejmowania decyzji, które naglasniali przeciwni reorganizacji, ale które obecni włodarze Wilna (i sąd pierwszej instancji) uznali za nieistotne. Mówiąc bardziej kolokwialnie NSA ukarał samorząd za to, o czym i ja, i wiele innych polskich publicystów pisaliśmy od lipca 2015 roku wielokrotnie — za pychę, arogancję i wprowadzanie reorganizacji w życie metodą buldożera. Takie uchybienia proceduralne mogą być jednak naprawione po przez podjęcie nowej, ale de facto identycznej w swoich skutkach do tej z 15 lipca 2015 r., uchwały Rady Miejskiej.
wtorek, 21 lutego 2017
Niemal w samym sercu Kairu, nieopodal monumentalnej cytadeli Salah al-Dina z alabastrowym meczetem, ruch praktycznie nie ustaje ani w dzień, ani w nocy. Przez niewielki most prowadzący na wzgórze Mukattam przejeżdżają codziennie tysiące pikapów i osiołków załadowanych ponad miarę.... odpadami. To właśnie tu działa bowiem nieformalny system zarządzania miejskimi odpadami, przez miejscowych nazywany „Miastem Śmieciarzy”. Śmieci się tu segreguje, spala, przetwarza, układa się w przemyślne konstrukcje o wysokości nawet kilku metrów. A organizacją tego cuchnącego, ale niezbędnego dla blisko 20-milionowego, tonącego w śmieciach miasta, przemysłu, zajmują się Zabbalini – najsłynniejsi śmieciarze na świecie. Zresztą samo określenie „Zabbalin” pochodzi od arabskiego słowa „zibala” oznaczającego śmieci. W zdecydowanej większości są Koptami - największą mniejszością w Egipcie. Mniejszością chrześcijańską w muzułmańskim kraju, a więc nie mającą łatwego życia. Na Mukattam trafili pod koniec lat 60. w wyniku przesiedleń. Szacuje się, że w Kairze mieszka ich dziś około 60 tysięcy i zbierają ponad 60 procent wszystkich miejskich śmieci. Po ich przetworzeniu na Mukattamie, do powtórnego użytku wraca blisko 90 procent. Władze Kairu traktują Zabbalinich trochę jak pariasów lub trędowatych, u szeregowych kairczyków samo pytanie o Mukattam wywołuje grymas wstrętu, a taksówkarze, jeśli już zdecydują się na kurs, każą zazwyczaj wysiąść pasażerom koło bramy dzielnicy. A przecież bez Zabbalinich życie kairczyków zamieniłoby się w śmierdzące piekło. Nie piramidy, nie świątynie w Luksorze czy Abu Simbel, tylko właśnie wizyta na Mukattamie była najbardziej wstrząsającym przeżyciem w czasie mojej niedawnej podróży po Egipcie. Przeżyciem tym ciekawszym, że Mukattam skojarzył mi się nieoczekiwanie z… Wileńszczyzną.
piątek, 17 lutego 2017

„Organizacja Narodów Zjednoczonych zaliczyła Litwę do krajów Europy Północnej!” — przed kilkoma tygodniami grzmiały pełne euforii litewskie media i internetowi komentatorzy. W rzeczywistości ONZ zmieniła naszą pozycję w klasyfikatorze państw i regionów świata z Europy Wschodniej na Północną przed blisko 15 laty, w 2002 roku, a litewskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych od dawna zaleca litewskim dyplomatom podkreślanie, że Litwa jest krajem północnym, a nie wschodnioeuropejskim. Ostatnio ambasadorowie Litwy, Łotwy i Estonii w Berlinie poszli nawet jeszcze dalej i zaapelowali do niemieckich mediów, aby w odniesieniu do państw bałtyckich nie stosowali określenia „republiki postsowieckie"… Pomijając jednak poziom naszego dziennikarstwa, do którego wiadomość sprzed 15 lat dotarła dopiero dzisiaj, trzeba przyznać, że nie bardzo wiadomo, skąd euforia. Mógłbym ją zrozumieć, gdybyśmy na Litwie mieli taki system socjalny jak w Szwecji, takie wynagrodzenia jak w Norwegii, taki szacunek wobec praw mniejszości jak w Finlandii. Mógłbym zrozumieć, gdybyśmy przynajmniej zmierzali w tym skandynawskim kierunku nie tylko za pomocą politycznych deklaracji o tzw. skandynawskiej dymensji, ale i kroków praktycznych, jak Estonia. Tymczasem zaś cała sytuacja z naszym miejscem w Europie Północnej przypomina zaklinanie rzeczywistości i stary rosyjski kawał: На сарае вон чё написано, а там у меня дрова… Podobnie jak i walka z nazwą „kraje postsowieckie”. Bo sowietyzm nie zniknie z naszej mentalności narodowej po przez samą tylko deklarację, że nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy krajem postsowieckim.

środa, 01 lutego 2017
Lubię filmy Emilisa Vėlyvisa. „Redirected” jest chyba najlepszą litewską czarną komedią, jaką kiedykolwiek widziałem. A i podobnym zachodnim produkcjom niewiele ustępuje. Emilis Vėlyvis jest często nazywany litewskim Quentinem Tarantino bądź litewskim Guy’em Ritchiem. Trochę na wyrost, bo z Tarantino łączy go jedynie fakt, że obaj są samoukami, a z Ritchiem – zamiłowanie do kryminalistów, wulgaryzmów i absurdalnego humoru. Mnie Vėlyvis napomina bardziej Władysława Pasikowskiego, który w swoim czasie też sporo od Tarantino zaczerpnął i tworzył w Polsce kino komercyjne, męskie, amerykańskie, a jednocześnie prawdziwie polskie. „Psy” (szczególnie pierwsza część) – to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów o Polsce okresu transformacji ustrojowej. Podobnie „Zero” i „Zero II” Emilisa Vėlyvisa – to najlepsze filmy o Litwie początku XXI wieku. Postsowieckiej Litwie prostytutek, skorumpowanych policjantów i sadystycznych gangsterów, która próbuje stać się Zachodem. Gdy więc przed rokiem Vėlyvis ogłosił, iż w ramach „urlopu twórczego” zamierza nakręcić trzecią część tej serii – odliczałem dni do premiery. Szczególnie, że Vėlyvis – to jeden z najlepszych marketingowców w naszym kinie. Umie dawkować informacje, kampanie reklamowe jego filmów są przemyślane do najdrobniejszych szczegółów, doskonale zaplanowane i wzorcowo przeprowadzone. Po obejrzeniu „Zero III” mam mieszane uczucia. Czarny humor, znani z poprzednich filmów aktorzy oraz scenariusz oparty na litewskich aktualiach – to sprawdzony schemat, który Vėlyvis wykorzystuje w każdym swoim filmie. Tym razem jednak jakoś nie jest śmiesznie. To znaczy widz się śmieje i ty razem z nim, ale przez wszystkie 90 minut masz niepokojące wrażenie, że to wcale nie jest – wbrew temu, co twierdzą anonse i plakaty - komedia, tylko nieco przeszarżowane główne wydanie wiadomości na jakimś litewskim kanale telewizyjnym. Oglądając „Zero” i „Zero II” wiedziałem, że opisują świat, który już przemija, że to takie echa lat 90. „Zero III” – to film o Litwie teraźniejszej, a kto wie, czy nie o Litwie przyszłości.
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Głupota ludzka nie zna granic. Gdy się już wydaje, że osiągnęła tę ostatnią granicę, przekracza ją i przesuwa tę granicę jeszcze dalej. Tylko taki wniosek mogę wyciągnąć na podstawie argumentów przedstawionych dzisiaj (30 stycznia) w wileńskim okręgowym sądzie administracyjnym przez przedstawicielkę rządu na powiat wileński Vildę Vaičiūnienė. W ubiegłym roku mer Wilna Remigijus Šimašius rozpoczął realizację jednej ze swoich obietnic przedwyborczych złożonych w Polskim Klubie Dyskusyjnym — na niektórych ulicach Wilna obok oficjalnych nazw ulic w języku litewskim pojawiły sie ozdobne (nieoficjalne) tabliczki z nazwami najpierw w języku islandzkim i angielskim, następnie zaś polskim, rosyjskim, tatarskim, karaimskim, niemieckim i innych. Społeczeństwo wileńskie — niezależnie od narodowości i orientacji politycznej — przywitało inicjatywę mera bardzo pozytywnie i entuzjastycznie. Przeciwko byli tylko litewscy i… polscy narodowcy. Okazało się, że znaleźli też wpływowego sojusznika w osobie nadgorliwej przedstawicielki rządu na powiat wileński, której nie przeszkadzały jakoś przez pół roku tabliczki po islandzku i angielsku, ale gdy pojawiły się w językach polskim i rosyjskim — natychmiast przeszła do ataku. We wrześniu ub.r. Vaičiūnienė zażądała od samorządu miasta Wilna usunięcia wszystkich tabliczek z nielitewskimi nazwami ulic w ciągu 10 dni, a ponieważ Wilno odmówiło wykonania nakazu — zwróciła się w tej sprawie do sądu. Z odsieczą przedstawicielce rządu przyszli, oczywiście, Inspekcja Języka Państwowego i Państwowa Komisja Języka Litewskiego (przewodnicząca tej ostatniej, co prawda, wcześniej przyklasnęła pomysłowi Remigijusa Šimašiusa, ale najwyraźniej zmieniła zdanie i dziś argumentuje, ze była to tylko jej prywatne opinia). Dziś sąd rozpoczął rozpatrywanie sprawy.
czwartek, 26 stycznia 2017
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że spotkanie (20 stycznia) ministra spraw zagranicznych Litwy Linasa Linkevičiusa z ministrem spraw zagranicznych Polski Witoldem Waszczykowskim w Warszawie, przebiegło w tradycyjnym dla stosunków polsko-litewskich stylu „gadał dziad do obrazu…”. „Problemy geopolityczne i kwestie bezpieczeństwa regionalnego jakie stoją przed Polską i Litwą, nie mogą być wymówką do nierozwiązywania naszych problemów bilateralnych, szczególnie kwestii dotyczących statusu Polaków mieszkających na Litwie” – podkreślił minister Witold Waszczykowski. „Sprawy bilateralne nigdy nie zostaną zaniedbane, nie powinny jednak warunkować naszej współpracy w regionie” – odpowiedział mu minister spraw zagranicznych Litwy. Dla Warszawy warunkiem sine qua non ocieplenia stosunków z Litwą jest zrealizowanie przynajmniej części postulatów polskiej mniejszości na Litwie, Wilno póki co w tej kwestii może zaproponować jedynie wznowienia dialogu oraz pracy grup roboczych i komisji dwustronnych. Interesujące, że po tej wizycie media litewskie ogłosiły przełom w relacjach Litwy z Polską, a polscy obserwatorzy naszych relacji dwustronnych stwierdzili, że jakiekolwiek marzenia strony litewskiej o resecie są marzeniami ściętej głowy. Nie podzielam optymizmu litewskich mediów, ale nie odrzucam i możliwości resetu. Tyle że klucz do niego leży nie w rękach Linkevičiusa czy Waszczykowskiegom, tylko lidera Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związku Chrześcijańskich Rodzin. A w chwili obecnej mamy rozejm między AWPL-ZChR i nowymi władzami litewskimi. Posłowie polskiej partii chętnie wspierają inicjatywy ustawodawcze rządu, przewodnicząca sejmowej Komisji ds. Etyki Rita Tamašunienė (AWPL-ZChR) nie wykorzystała swojego stanowiska do wzmocnienia swojej popularności kosztem uwikłanych w tzw. skandal samochodowy lidera zielonych chłopów Ramūnasa Karbauskisa i jego prawą rękę w partii Gretę Kildišienė. Zaś „orle pióra” dalej się koncentrują na zwalczaniu opozycyjnych konserwatystów i liberałów, Litewskiemu Związkowi Chłopów i Zielonych dając carte blanche na rządzenie.
wtorek, 24 stycznia 2017
„Jeżeli nie zajmujemy tutaj strefy informacyjnej, robi to kto inny. Jeżeli tutaj mieszkańcy nie oglądają litewskich czy polskich telewizji, a rosyjskie, to kształtuje pewne opinie, bo media mają duży wpływ. (…) Będziemy szukali możliwości sfinansowania retransmisji polskiej telewizji na Litwie” – powiedział premier Saulius Skvernelis podczas wizyty w Solecznikach. Były premier i szef grupy parlamentarnej „Trzeciego Maja” Andrius Kubilius jest jeszcze bardziej optymistyczny - od 1 czerwca retransmisja polskich telewizji na Wileńszczyźnie będzie realizowana. Oczywiście jest cholernie przyjemnie, gdy premier i jeden z liderów opozycji nie tylko mówią jednym głosem, ale i mówią to do czego nawoływałem od wielu lat. Nie podzielam co prawda optymizmu Andriusa Kubiliusa co do daty wznowienia nadawania polskich kanałów telewizyjnych na Litwie, ale dziś rzeczywiście jesteśmy dużo bliżej takiej decyzji niż na przykład w roku 2015, gdy Polski Klub Dyskusyjny zwrócił się o to do litewskich i polskich instytucji państwowych i telewizyjnych. Litewskie Centrum Radia i Telewizji twierdzi, że jest w stanie w ciągu 6 miesięcy stworzyć odpowiednią infrastrukturę, która pozwoli na nadawanie na Wileńszczyźnie (bądź nawet na całej Litwie) od 3 do 8 polskich kanałów telewizyjnych. Ewentualnie także opozycyjnych do kremlowskiej propagandy telewizji rosyjskojęzycznych. Koszty takiego przedsięwzięcia również nie są astronomiczne. Oczywiście pozostaje kwestia opłat licencyjnych, praw autorskich i wiele innych kwestii technicznych. Do ich rozwiązania potrzebna jest nie tylko dobra wola oficjalnych czynników w Wilnie, ale i Warszawy. Jednak niewątpliwie szansa na bezpłatne polskie kanały w wileńskich odbiornikach telewizyjnych jest dziś jak nigdy dotąd realistyczna. Te kanały byłyby poważną odtrutką na kremlowską propagandę. Przestrzegałbym jedynie przed popadaniem w życzeniowe myślenie, że byłyby panaceum na wszystkie bolączki kraju wileńskiego.
czwartek, 19 stycznia 2017
Przez ładnych kilka tygodni się wahałem, czy iść do kina na najnowsze dzieło Algisa „Greitai” Ramanauskasa pt. „12 kėdžių” („12 krzeseł”). Recenzje nie były zbytnio zachęcające. Właściwie wszyscy recenzenci (z wyjątkiem kumpli Greitai, którzy dziwnym trafem dostali w tym filmie także nieduże epizody do zagrania) nie zostawili na litewskiej ekranizacji nieśmiertelnej powieści satyrycznej Ilji Ilfa i Eugeniusza Pietrowa suchej nitki. Z drugiej strony czuję wobec Algisa Ramanauskasa duży respekt jeszcze z czasów „Radijo šou”. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej utalentowanych litewskich humorzystów, komentatorów i muzyków, nawet jeśli jego twórczość bardzo często ociera się, a nawet przekracza granice dobrego smaku. Po obejrzeniu tego niespełna dwugodzinnego obrazu muszę przyznać, że… nie było wcale tak źle, jak się spodziewałem. Owszem arcydzieło to nie jest. Nie jest to nawet film dobry. Ale nie jest też beznadziejnie zły. Reżyseria, montaż, gra aktorów są bardzo nierówne — czasami wznoszą się na wyżyny, ale zazwyczaj wołają o pomstę do nieba. Podobnie jest i z komediowymi elementami — zazwyczaj mamy tu do czynienia albo z n-tą powtórką drewnianych, głupich i prostackich żartów z innych projektów Algisa Ramanauskasa, albo z nie zawsze odpowiednio dopasowanymi cytatami z książki Ilfa i Pietrowa. Ale są też w filmie momenty dosadne, nowe i autentycznie śmieszne. Przynajmniej kilka razy wywołały u mnie uśmiech, a to już nieźle. Doskonale dopasowana do obrazu jest ścieżka dźwiękowa, na którą składają się szlagiery litewskiej sowieckiej estrady i współczesne „popsowe” kompozycje. Jednak to co wznosi film Algisa Ramanauskasa ponad wysypisko śmieci — to idea. Greitai spróbował wykorzystać sztandarowe dzieło sowieckiego literacko-filmowego panteonu do… walki z nostalgią za ZSRS. Z braku kasy i warsztatu nie wszystko mu się udało, ale za sam pomysł — szacun!
poniedziałek, 16 stycznia 2017
W Dniu Obrońców Wolności, który Litwa obchodzi 13 stycznia na cześć tych, którzy zginęli w styczniu 1991 roku pod wileńską wieżą telewizyjną, minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkevičius zwrócił się do Polski i Polaków z podziękowaniami za wsparcie dla Litwy w tamtych strasznych czasach. Zwrócił się po polsku. Dzień wcześniej zapowiedział w litewskim parlamencie oficjalną wizytę w Warszawie w ramach, której zamierza się starać o reset w stosunkach polsko-litewskich, po raz kolejny podkreślając, że jest mu wstyd, iż Litwa do dnia dzisiejszego nie rozwiązała problemu oryginalnej pisowni nielitewskich imion i nazwisk. Mnie też jest wstyd. Za moich rodaków, którzy ten dzień wykorzystali do kolejnych polsko-litewskich porachunków. Są bowiem w roku kalendarzowym dni, gdy trzeba pokazać, że jesteśmy w stanie wznieść się ponad codzienne krzywdy, że wszyscy razem tworzymy wolną, niepodległą, demokratyczną Litwę. 13 stycznia, 16 lutego, 11 marca nie zważając na nic mówię: right or wrong, but this is my country. Bo to są nasze wspólne święta. To są nasze wspólne zwycięstwa. Wśród sygnatariuszy Aktu 16 lutego był Polak, wśród sygnatariuszy Aktu 11 marca było 4 Polaków, Polacy byli na barykadach w styczniu 1991 roku. I dlatego mamy prawo, mamy wręcz obowiązek, te święta obchodzić razem z naszymi współobywatelami-Litwinami. Niestety nie wszyscy umiemy zachować się tego dnia godnie.