Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
środa, 21 grudnia 2016
„W lokalnej gazecie, którą czytałem dziś w Maroku, trzy informacje ze świata. W tym o „populistycznym rządzie polskim”, który zamachnął się na wolność prasy“ — napisał przed kilkoma dniami znany polski dziennikarz Jerzy Haszczyński. Na Litwie sytuacja jest bardzo podobna. Wiadomości z Polski i o Polsce nigdy nie miały tu wydźwięku szczególnie pozytywnego. Być może nie tyle z powodu antypolskiego nastawienia redaktorów, co z uwagi na zwykłą klikalność — złe wiadomości (szczególnie dotyczące sąsiadów) na Litwie tradycyjnie sprzedają się lepiej niż dobre. Przed kilkoma laty sytuacja się zaczęła zmieniać, o Polsce pisano coraz więcej i nie tylko w kontekście antylitewskich wybryków polskich kiboli, ale też przedstawiając polskie osiągnięcia. Litewscy komentatorzy podawali Polskę jako przykład rozwiązań demokratycznych, w tym między innymi w dziedzinie ochrony praw mniejszości narodowych. Od roku sytuacja jest inna. Od samego początku pisania tego bloga trzymam się zasady niekomentowania polityki wewnętrznej — nieważne polskiego czy litewskiego państwa — jeśli nie ma wpływu na relacje polsko-litewskie. I w odróżnieniu od Tadeusza Andrzejewskiego nie zamierzam tej zasady naginać w celu dowalenia niesympatycznej opcji, więc i tym razem też nie będę oceniał ani działań polskiego rządu, ani opozycji. Jednak jedno nie ulega wątpliwości — te działania są dla Litwy niezrozumiałe. Litewskie media i politycy starają się komentować te wydarzenia bez koloryzowania i dramatyzowania, w miarę szczegółowo i obiektywnie (trzeba przyznać, że to spora zmiana, jeśli chodzi o pisanie o Polsce w porównaniu z sytuacja sprzed 10 lat), ale w zasadzie poza eurosceptycznymi i antypolskimi litewskimi narodowcami, którzy czas od czasu organizują pikiety z poparciem dla rządu Beaty Szydło, działania PiS nie cieszą na Litwie poparciem. Nie oznacza to zresztą, że cieszy się takim poparciem opozycja. Litewska klasa polityczna doskonale bowiem zdaje sobie sprawę, iż destabilizacja najważniejszego gracza w Europie Wschodniej i jednocześnie — niezależnie od tego jak zimne są nasze stosunki dwustronne — najważniejszego naszego sojusznika i partnera, nie leży w interesie Litwy.
poniedziałek, 19 grudnia 2016
Polska szkoła – to klucz do przetrwania polskości na Litwie. Jest to jedna z nielicznych kwestii, w której się w zupełności zgadzam z działaczami AWPL-ZChR. To w czym się z tymi działaczami różnimy diametralnie — na czym mają polegać priorytety w dziedzinie zachowania polskiego szkolnictwa na Litwie. Dla nich priorytetem jest zachowanie budynków szkolnych i miejsc pracy nauczycieli, dla mnie — jakość nauczania w tych szkołach oraz przyciągnięcie do nich jak największej liczby uczniów. Oczywiście, że cieszy fakt, iż w rejonie solecznickim jest dziś 8 gimnazjów z polskim językiem nauczania, a w rejonie wileńskim — 17. Tylko czy za kilka lat nie będą te gimnazja pustostanami, jeśli nie zrobimy niczego, żeby szkoła polska stała się atrakcyjną alternatywą dla rodziców? W Wilnie, gdzie mieszka połowa litewskich Polaków, już dziś jest zaledwie 6 polskich gimnazjów (wliczając dwa, ktore zostały akredytowane w ubieglym tygodniu), zaś do polskich szkół uczęszcza zaledwie 1/3 dzieci z polskich rodzin. Mimo iż właśnie szkoły z Wilna przodują we wszystkich rankingach polskich szkół na Litwie. Zawsze uważałem, że ich niska popularność wiąże się przede wszystkim z nieumiejętnością sprzedawania swoich osiągnięć. I w dużym stopniu nadal tę opinię podtrzymuję. Trzeba jednak przyznać, że cechuje nas, Polaków na Litwie, i jakiś olbrzymi kompleks niższości. Niegdyś wobec Rosjan, obecnie wobec Litwinów. Kompleks, który w czasach ZSRS „zmuszał” do oddawania dzieci do szkół rosyjskojęzycznych, a dzisiaj — do litewskojęzycznych. Kompleks, który stanowi, że wbrew oczywistym faktom, badaniom statystycznym i naukowym, nie wierzymy w atrakcyjność polskiego szkolnictwa i jednocześnie wierzymy w „lepszy start” po szkole litewskojęzycznej.
czwartek, 15 grudnia 2016
Wiemy, jak odpowie NATO na zagrożenie wojną konwencjonalną, ale co z konfliktem hybrydowym? Czy w przypadku takiego konfliktu zostanie zastosowany artykuł 5 Traktatu o Sojuszu Północnoatlantyckim? Szczególnie, że też wachlarz form takiego konfliktu hybrydowego również jest niezwykle szeroki: od cyberataków, agresywnej propagandy po zbrojny bunt „ochotników”. Między innymi i nad takimi kwestiami debatowali dzisiaj (15 grudnia) w Wilnie uczestnicy polsko-litewskiego okrągłego stołu. Wachlarz form konfliktu hybrydowego nie tylko jest niezwykle szeroki, ale i nie do końca określony. Bo czy nie jest też częścią takiego konfliktu prowokacja polityczna? To pytanie przyszło mi do głowy, gdy usłyszałem o projekcie, który miał być dzisiaj debatowany w polskim Sejmie. Mianowicie projekt poprawek do Ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej. Ustawa ta, przyjęta 1 kwietnia br., stanowi, iż w Polsce „nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, w tym dróg, ulic, mostów i placów, nadawane przez jednostki samorządu terytorialnego nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny, ani w inny sposób takiego ustroju propagować”. Przed kilkoma miesiącami senator Jerzy Czerwiński jednak zgłosił do niej poprawki — poparte przez dwie senackie komisje — definiujące czym jest „inny ustrój totalitarny”: „Za inny ustrój totalitarny uważa się w szczególności faszyzm, nazizm niemiecki, nacjonalizm ukraiński i litewski, militaryzm pruski, rosyjski i niemiecki”. Na oburzoną reakcję Litwinów nie trzeba było długo czekać. I jest to oburzenie całkowicie usprawiedliwione.
poniedziałek, 12 grudnia 2016
Okres świąteczny — to czas, gdy się chce mówić i pisać wyłącznie o rzeczach pozytywnych, przekazywać jedynie dobre wiadomości. Niestety wiadomości zazwyczaj chodzą parami, a dobrej prawie zawsze towarzyszy zła. Opiniotwórcze litewskie czasopismo „Reitingai” ogłosiło właśnie ranking szkół ogólnokształcących na Litwie. W każdej kategorii w pierwszej pięćdziesiątce znalazło się przynajmniej po kilka szkół polskich: wśród 50 szkół, które najlepiej uczą języka litewskiego, są trzy polskie (szkoła średnia im. św. Kazimierza w Miednikach (13 miejsce), gimnazjum w Rukojniach (19 miejsce) i Gimnazjum im. J. Słowackiego w Bezdanach, a w roku ubiegłym nie było żadnej. Wśród 50 z najlepszym poziomem znajomości języka angielskiego są dwie polskie (Gimnazjum im. Jana Pawła II i „syrokomlówka”). Jeśli chodzi o historię, na liście 50 szkół, które najlepiej przygotowały uczniów do egzaminu, jest tylko jedna polska - Szkoła Średnia im. J. Lelewela w Wilnie. Pięć polskich szkół wymieniono wśród szkół z najlepszymi wynikami z matematyki („Lelewel”, Gimnazjum im. Jana Pawła II, Gimnazjum im. ks. J. Obrembskiego w Mejszagole, Gimnazjum im. J. I. Kraszewskiego i „syrokomlówka”). Wśród szkół z najlepszymi wynikami z egzaminu z informatyki na 5-6 miejscu jest Gimnazjum im. św. Urszuli Ledóchowskiej w Czarnym Borze, na 22 miejscu - Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wilnie. Tę wyliczankę można kontynuować jeszcze bardzo długo. Co prawda biorąc ogólna liczbę polskich szkół na Litwie — dwie-trzy w pierwszej pięćdziesiątce to stanowczo za mało („tradycyjnie” jesteśmy liderami jedynie wśród szkół, które miały najlepsze wyniki z egzaminu państwowego z języka rosyjskiego —w pierwszej pięćdziesiątce znalazło się aż 16 placówek z polskim językiem nauczania). Jednak tendencja jest generalnie rzecz ujmując pozytywna. Gorzej, że jednocześnie od lat spada ogólny poziom nauczania w szkołach ogólnokształcących na Litwie. Przed kilkoma dniami OECD ogłosiła wyniki badania PISA (Programme for International Student Assessment) – międzynarodowego badania, którego celem jest uzyskanie porównywalnych danych o umiejętnościach w zakresie nauk przyrodniczych (biologia, geografia, fizyka, chemia) oraz matematyki i czytania ze zrozumieniem uczniów, którzy ukończyli 15. rok życia —za rok 2015. Wyniki wielce dla Litwy niepocieszające.
piątek, 09 grudnia 2016
W latach 30. ubiegłego wieku pewien brytyjski premier odrzucił propozycję zakupu dla armii brytyjskiej amerykańskich pistoletów maszynowych Thompson, gdyż uznał, że „brytyjski żołnierz nie będzie strzelał z „gangsterskiej” broni”. W rzeczywistości w Stanach Zjednoczonych Thompson był początkowo używany przez siły porządkowe, przede wszystkim przez FBI, następnie przez amerykańskich marines w tzw. wojnach bananowych i dopiero w czasach prohibicji, kiedy bardzo często występował w filmach jako broń zarówno gangsterów, stał się ulubioną bronią mafii. Pistolety maszynowe jednak wykazały swoją wyższość nad innymi karabinami już wkrótce, między innymi podczas kampanii wrześniowej 1939 roku, więc kolejny brytyjski rząd musiał wstydliwie zapomnieć o swoich komentarzach sprzed kilku lat i zakupić w USA kilkadziesiąt tysięcy Tommy guns. Przypomniała mnie się ta historia, gdy czytałem na łamach lrt.lt rozważania lidera AWPL-ZChR Waldemara Tomaszewskiego o Facebooku. Lider polskiej partii stwierdził mianowicie, że partia nie ma swojego profilu na tym portalu społecznościowym (nie wspominając już o Twitterze czy Instagramie), bo to wymaga zatrudnienia dodatkowej osoby do prowadzenia takiego profilu, dodatkowych pieniędzy, a „partia żyje bardzo skromnie”, a poza tym i tak poparcie wśród młodzieży dla AWPL-ZChR rośnie jak na drożdżach, więc po co? „Przede wszystkim stawiamy na bezpośredni kontakt z wyborcą, który daje dużo więcej korzyści, gdyż można wyborcą wysłuchać” — zauważył Waldemar Tomaszewski.
środa, 07 grudnia 2016
„Będę się starał zresetować relacje z Polską” – zapowiada w co drugim wywiadzie szod kilku tygodni nowy premier Litwy Saulius Skvernelis. To, czy mu się ten fant powiedziecie zależy od kilku czynników. Po pierwsze, czy takiego resetu będzie chciała Polska, czy nasze kraje znajdą wspólną płaszczyznę do działania, na której potrzebna będzie bliższa współpraca dwustronna. Jak dotychczas głosozne przez Warszawę koncepcje międzymorza czy trójmorza, nie wyszły poza ramy deklaracji. Po drugie, jaki będzie stosunek AWPL-ZChR do nowego litewskiego rządu. Czy dalej będzie kontynuowana akcja protestacyjna, czy raczej przeważą wspólne konserwatywne wartości. Po trzecie, co się uda nowemu litewskiemu rządowi zrobić w sprawie tzw. polskich postulatów. Tymczasem w tej ostatniej kwestii możemy jedynie wróżyć z fusów czyli projektu programu rządowego, który wczoraj (6 grudnia) przedstawił Sejmowi premier Saulius Skvernelis. Eksperci, którzy liczyli przed wyborami po cichu, że „zieloni chłopi” jedynie dadzą trochę głosów dla koalicji centroprawicowej i pozwolą Landsbergisowi Jr. zostać premierem, załamują ręce, że program jest tak ogólnikowy, że da się pod jego założenia podpiąć wszystko. W rzeczywistości program rządu i powinien zawierać jedynie deklaracje programowe, ogólne kierunki i priorytety, zaś resztę życie i tak ułoży po swojemu. I wszystkie programy rządowe do roku 2008 takimi ogólnikowymi zbiorami deklaracji były. To dopiero Andrius Kubilius zmienił tę litewską tradycję polityczną – program jego rządu był niezwykle drobiazgowy, szczegółowy i ostatecznie w dużym stopniu nie został wykonany, gdyż kryzys gospodarczy podyktował zupełnie inne rozwiązania niż zakładaliśmy (uczestniczyłem w pisaniu części dotyczącej wymiaru sprawiedliwości i praworządności) w listopadzie 2008 roku pisząc go. W tym sensie program przedstawiony przez Skvernelisa jest wariantem kompromisowym. Jest wystarczająco szczegółowy w jednych kwestiach i niezwykle ogólnikowy w innych. Najbardziej chyba ogólnikowy w kwestiach właśnie dotyczących mniejszości narodowych.
czwartek, 01 grudnia 2016

W kilku kolejnych numerach kwartalnika „Znad Wilii” Romuald Mieczkowski wysunął teorię o dwóch biegunach i trzech Wileńszczyznach, z którą chciałbym nieco popolemizować: „Niektórzy reprezentanci Polaków robią wszystko, by strona litewska nie chciała z nimi prowadzić jakiejkolwiek rozmów. Problemy, owszem istnieją, i niemałe, ale to jest zupełnie „inna bajka”. Natomiast coraz bardziej uwypuklają się, stają się namacalne i nie do ukrycia flirty z „rosyjskimi kolegami” (…). To jeden z biegunów. Drugi, określmy go umownie jako „europejski”, na pewno jest w konfrontacji z pierwszym. Właściwie „kanapowy”. Należą do niego Polacy głównie na dobrych posadach w administracji litewskiej, choć nie tylko, reprezentacyjni na zewnątrz. Jak to Europejczycy. Pomiędzy tymi dwoma biegunami znajduje się reszta Polaków — uczestnicząca w wiecach protestu i manifestacjach patriotycznych. Pracowita i głosująca na „swoich”, ale tak naprawdę wyboru większego niemająca.” „Dla czytelnika spoza Litwy wyjaśnię w wielkim uproszczeniu co to za bieguny. Jeden z nich — partyjny, nie wie, czy słusznie zwany narodowym; drugi — „liberalny” i niby „europejski”. „Europejczycy” bywają zmienni i w każdej sytuacji potrafią zaistnieć. Oba bieguny łączy krótka pamięć, tworzenie legend o sobie i żądza sprawowania dusz” — pisze Romuald Mieczkowski. Nie będę polemizował z teorią dwóch biegunów, bo rzeczywiście istnieją. Nie będę też polemizował z „wieczną” tezą o opłacanych przez administrację litewską „kanapowych” Europejczykach. Zapewniam, że Polacy na dobrych posadach w administracji litewskiej (z wyjątkiem może kilku osób) w żadną działalność się nie angażują i są niestety bardziej Litwinami niż Polakami. Swoją drogą Wileńszczyzna jest bodajże jedynym miejscem na Ziemi, gdzie osoba, która zrobiła karierę w strukturach państwowych swojej ojczyzny musi się z tego… tłumaczyć! Szczególnie jeśli jednocześnie stać ja na aktywną pozycję obywatelską. I tłumaczyć się nie tylko przed pseudonarodowcami dla których lojalność wobec swojej ojczyzny jest chyba kwestią dwuznaczną, ale i przed osobami uważającymi się za patriotów Litwy. Zamierzam polemizować z mitem o istnieniu jakiejś warstwy średniej, która znajduje się poza lub pomiędzy tymi dwoma biegunami.

wtorek, 22 listopada 2016
Wstydliwie milczymy o tym, że blisko 40 proc. litewskich Polaków popiera aneksję Krymu, że polska młodzież na Litwie czerpie informacje o świecie przede wszystkim z rosyjskich telewizji i vKontakte, że z listy krajowej polskiej partii kandydują dziennikarze prokremlowskiej telewizji i nagradzani przez Putina żelbetonowi marksiści. Milczymy, bo nie wypada o tym głośno mówić. Milczymy, bo to może zaszkodzić Sprawie. Milczymy, bo wreszcie nie ma komu o tym mówic i pisać. Książka pt. „Na początku było Słowo”, która ukazała się przed kilkoma miesiącami, stała się okazją do dyskusji na temat, jak wyglądałaby Wileńszczyzna, gdyby „Słowo Wileńskie" przetrwało. W zasadzie wszyscy obecni na prezentacji — byli pracownicy i czytelnicy gazety — przyznali, że byłaby inna. Bo „Słowo Wileńskie” było gazetą w języku polskim, patrzącą i władzy, i opozycji, i biznesowi na ręce, stanowiło zalążek prawdziwej czwartej władzy na Wileńszczyźnie, ale upadło przed 20 laty. Właśnie czując tę próżnię i próbując przedstawić inny, nieobecny w lokalnych mediach punkt widzenia, w listopadzie 2010 roku założyłem tego bloga i mimo iż prowadzę go już od sześciu lat, i napisałem 640 wpisów – nadal chyba jest aktualny. Bo w światowym rankingu wolności słowa Wileńszczyzna zajęłaby zapewne miejsce gdzieś pomiędzy Zimbabwe i Białorusią.
czwartek, 17 listopada 2016
Są dwa sposoby oceny swoich oponentów. Jedni uważają swoich przeciwników za kretynów i głupków. Wtedy świat jest czarno-biały, prosty, łatwy: po jednej stronie my czyli dobro, po drugiej stronie — oni czyli zło. Wszystko, co robią „oni” jest z założenia złe, wszystko co się robi przeciwko „nim” — dobre. Jednak takie czarno-białe myślenie nijak się ma do rzeczywistości. Dlatego jestem zwolennikiem opcji drugiej. Próbuję zrozumieć motywacje moich oponentów, ich racje, nie zakładam z góry, że są idiotami nawet jeśli zachowują się jak idioci. I nie odrzucam idealizmu jako czynnika determinującego zachowania ludzi, w tym polityków. Nikt z liczących się polityków nie przyszedł do polityki po władzę i kasę, tylko każdy z nich chciał realizować jakieś swoje ideały. I Waldemar Tomaszewski, moim zdaniem, jest autentycznym idealistą. Jestem przekonany, że w odróżnieniu od karmiących się wokół niego politycznych przydupasów, autentycznie wierzy w to, że jest mężem opatrznościowym wileńskich Polaków, że gdyby nie jego działania — sytuacja Polaków na Litwie byłaby dużo gorsza. Jestem też przekonany, że jego katolicyzm nie jest pustym gestem na pokaz, tylko autentyczną wiarą, która napędza też jego inicjatywy polityczne. W rzeczywistości, gdyby Waldemarowi Tomaszewskiemu jedynie chodziło o głosy — najlepszym rozwiązaniem byłoby w ogóle nie poruszać ani tematu aborcji, ani tematu in vitro, ani obowiązkowej nauki religii w szkołach, bo w tych tematach ani wśród Litwinów, ani wśród Rosjan, ani wśród nawet Polaków na Litwie nie ma konsensusu. Dla zdobycia głosów wystarczyłyby same nazwiska, tabliczki, szkoły, zwrot ziemi i obietnica 120 euro na każde dziecko. Tomaszewski jednak z uporem wałkuje te tematy, bo jest autentycznie przekonany, że są ważne. To budzi szacunek, nawet jeśli masz na te kwestie inne spojrzenie. Jednocześnie Waldemar Tomaszewski jest doskonałym praktykiem politycznym. Stworzył na Wileńszczyźnie niezwykle sprawną maszynkę do głosowania, umie puścić oko, wykonać gest do każdego elektoratu, w razie potrzeby zaostrzyć lub złagodzić swoją retorykę. W ostatnich wyborach parlamentarnych noga mu się nieco podwinęła, ale to nie Waterloo. Jestem pewien, że jest jeszcze w stanie wyciągnąć z tego potknięcia się wnioski, przegrupować siły i poprowadzić AWPL-ZChR do kolejnych zwycięstw. Podobnie jak jestem pewien, że jednak pewnego dnia przegra.
wtorek, 15 listopada 2016
Souvlaki, tzatziki, Baba Ghanoush, dolmados, Vpilaf z chorizo, pannacotta, mus z mango i marakui I tunezyjska zupa jarzynowa z ciecierzycą. Oto co jedli w Warszawie polscy biznesmeni-patrioci 11 listopada na tegorocznym przyjęciu „Noc wolności” z okazji Święta Niepodległości Polski. Gdyby wpadła w ich ręce książka Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej pt. „Wilno.Rodzinna historia smaków” mogło być i smaczniej, i ciekawiej, i patriotyczniej. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to pierwsza od wielu miesięcy książka, którą wciągnąłem jednym tchem. Biorąc pod uwagę, że — było nie było — to książka kucharska, a ja z kuchnią mam tyle wspólnego, że umiem nastawić czajnik i zrobić sobie kanapkę z serem twarogowym — to wręcz czyn bohaterski. Oczywiście, żartuję, bo „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to nie jest wbrew pozorom książka kucharska, mimo, iż przepisy Genowefy Wołkanowskiej (oraz piękne zdjęcia Waldemara Gorlewskiego i Łukasza Falkowskiego je ilustrujące) stanowią blisko połowy objętości. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to przede wszystkim wspaniały reportaż literacki w najlepszych tradycjach polskiej szkoły reportażu, i tej pisanej dużymi, i tej pisanej małymi literkami, której zresztą Ewa Wołkanowska-Kołodziej jest adeptką i absolwentką. Powiem więcej: wydaje mi się, że Ewa Wołkanowska-Kołodziej — to najlepsze polskojęzyczne pióro reporterskie jakie Wileńszczyzna w ostatnich dziesięcioleciach wydała. Czytając jej książki i reportaże zawsze mam chęć odstawić pisanie na zawsze, bo czuję się jak nędzny wyrobnik przy mistrzu.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69