Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
czwartek, 26 października 2017
„Jeżeli mer nie ufa wyznaczonemu przez siebie dyrektorowi administracji, a mer został wybrany w wyborach bezpośrednich, popieramy stanowisko mera” – uważa Edyta Tamošiūnaitė, wicemer Wilna z ramienia wciąż jeszcze formalnie opozycyjnej AWPL-ZChR. Poszło o wczorajsze (25 października) głosowanie w sprawie odwołania dyrektor administracji samorządowej Wilna Almy Vaitkunskienė, które mer Wilna przegrał 24:23. Wcześniej bezpośredni wybór Remigijusa Šimašiusa wcale nie przeszkadzał radnym AWPL-ZChR w kontestowaniu każdej jego inicjatywy. I oto od kilku tygodni mamy zupełnie nową, alternatywna wręcz rzec można, rzeczywistość. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki umilkli dyżurni trolle, nie widać na łamach lie24 i „Tygodnika Wileńszczyzny” elaboratów Tadeusza Andrzejewskiego i Bogusława Rogalskiego o „polakożerczych i skorumpowanych liberałach” i „antypolskim Szymaszoidzie”. Dziś chyba nawet ja – liberasta i tolerasta według nomenklatury miłościwie Wileńszczyźnie panującej opcji – jestem wobec poszczególnych działań Šimašiusa i Co. bardziej krytyczny niż AWPL-ZChR i jego „orle pióra”. W 1939 roku prezydent USA Franklin Delano Roosevelt zapytany o stosunek administracji Białego Domu do krwawego nikaraguańskiego dyktatora Anastasio Samozy Garcii, bez owijanie w bawełnę odparł: „Somoza may be a son of a bitch, but he’s our son of a bitch.” I zaprosił Somozę do Białego Domu, ten z kolei odwdzięczył się przyszłemu przyjacielowi Stalina nazywając jedną z centralnych ulic managuańskich Aleją Roosevelta. Słowa Roosevelta stały się podręcznikową prawdą politologiczną, która najwyraźniej sprawdza się i na Litwie, i na Wileńszczyźnie. Wystarczyło jedno stanowisko, a „polakożerca” stał się „naszym polakożercą”. Zresztą to działa i w drugą stronę - przed dwoma laty Šimašius przysięgał na Hayeka i von Misesa, że z „AWPL i Zuokasem nigdy przenigdy koalicji nie stworzy", a teraz Tomaszewski stał się w jego oczach uczciwym i poszukiwanym partnerem koalicyjnym…
wtorek, 24 października 2017
„Grass” po angielsku oznacza trawę, „roots” — korzenie. W marketingu politycznym terminem „grassroots” określa się autentyczne, spontaniczne ruchy obywatelskie, wskazując na to, iż jak trawa wyrastają samoistnie. Przeciwieństwem ruchów typu grassroots jest zjawisko astroturfingu, który nazwa pochodzi od nazwy największego amerykańskiego producenta sztucznych trawników firmy Astro Turf. Protesty czy akcje typu astroturfing jedynie symulują obywatelskość i spontaniczność w rzeczywistości będąc jedynie dobrze zaplanowaną, zorganizowana i opłaconą akcją polityczną. A jego nieodłączną pochodną są wojny internetowych trolli. Czy zauważyliście Państwo, że w polskojęzycznych mediach na Litwie pod każdym wpisem dotyczącym jakiegoś bardziej skomplikowanego problemu lub – nie daj Boże! – krytycznego wobec włodarzy Wileńszczyzny, natychmiast pojawia się mnóstwo anonimowych komentarzy wyzywających autora tekstu lub wypowiedzi od zdrajców, masonów, liberastów, lewaków? Wbrew pozorom trolling i astroturfing wcale nie są tak niewinnymi zjawiskami na jakie wyglądają. Ja już się zdążyłem przyzwyczaić, że każdy mój komentarz wywołuje do tablicy internetowych trolli. Jest to nawet w jakimś stopniu… nobilitujące. Wielotysięczna partia z ferajną koalicjantów musi się ciągle wysilać, tworzyć coraz to nowe fake profile i nickname’y, żeby ukąsić według ich własnej nomenklatury — muchomora, blagiera i kundla. Jednak osoba mniej zaprawiona w internetowych i medialnych wojnach pewnie z siedem razy się zastanowi, czy warto się wypowiadać i pewnie ostatecznie uzna, że nie warto. Nasi raczkujący wileńscy trolle próbują przenieść na Wileńszczyznę kremlowskie standardy prowadzenia „dyskusji”, sprawdzone w Rosji, gdzie bandy wynajętych internautów toczą między sobą niekończące się internetowe wojny. W putinowskiej Rosji funkcjonują nawet całe fabryki trolli. Ich cel jest jeden — za pomocą astroturfingu, podszywania się pod oddolne inicjatywy, zalewania Internetu bluzgami i fake protestami, sprawić wrażenie olbrzymiego społecznego poparcia dla władzy i totalnej nienawiści do jej krytyków. Podobno taka minifabryczka istnieje i na Wileńszczyźnie.
wtorek, 17 października 2017
Nienawidzę tego naszego wiecznego okrzyku: „Walka trwa!“ Tej całej hurrapatriotycznej, sienkiewiczowskiej, romantycznej, pseudobohaterskiej narracji. Walczymy o szkoły, walczymy o polonistykę, walczymy o język, walczymy o ziemię, walczymy o tabliczki, walczymy o nazwiska. W jednosci siła! Bagnet na broń! Wszyscy na wiec, wznieśmy pięści. Litwina goń, goń, goń... Hurrpatriotom sie zawsze wydaje, że to oni będą leli innych, w rzeczywistości zazwyczaj inni leją nas. Jestem gotów przypuścić, iż istnieją patriotyczni masochiści, którym takie notoryczne dostawanie w ryj w imię polskości, może się podobać. Jednak masochiści w każdym narodzie stanowią zaledwie ułamek społeczności. Większość z nas bólu — ani fizycznego, ani metafizycznego — nie lubi, a więc i walki nie lubi, a po politykach oczekuje nie „bohaterskiego” rzucania się z gołą piersią na bagnety, tylko najszybszego rozwiązania problemów. Permanentna walka — to wymysł trockistów. Jednak jego autor, Lew Trocki, okazał się zbyt radykalny nawet dla swoich byłych towarzyszy broni, którzy mu ostatecznie złamali czaszkę czekanem.
niedziela, 15 października 2017
O man kaip tik atrodo, jog dabartiniai procesai vykstantys Lietuvos socialdemokratų partijoje (LSDP) galų gale sukurs mūsų politinėje padangėje tikrąją kairiąją jėgą. „Savanoriškas“ keliolikos socialdemokratų Seimo narių pasišalinimas iš partijos buvo — anksčiau ar vėliau — neišvengiamas. Madinga sakyti, kad jie buvo ne socialdemokratai, bet neoliberalai, bet iš tikrųjų nebuvo jie nei „neo“, nei „liberalai“. Lenkijoje tokius vadina „grupa trzymająca wladzę“ — „grupė besilaikanti valdžios“. Berods tokiai Lietuvos socialdemokratų partijai atėjo galas. Kokia bus naujoji? Sunku spręsti. Paskelbtame Manifesto „Už teisingą, klestinčią ir jungiančią Lietuvą“ projekte yra daug teigiamų dalykų ir nemažai nuostatų, keliančių daugiau klaustukų negu susižavėjimo. Man atrodo, kad aklas Podemos ar Syrizos imitavimas Lietuvos aplinkybėmis — tai kelias į niekur. Šį kelią jau patikrino mūsų kaimynės Lenkijos kairieji — partija Razem, kuri labai energingai prieš pora metų įsibrovė į Lenkijos politinę sceną, taip ir nesugebėjo pelnyti visuomenės palankumo ir balansuoja ties 5 proc. rinkiminio slenksčio. Kitą vertus Manifesto projekte labai teisingai atkreipiamas dėmesys į tai, kad „LSDP privalo kalbėti ne tik apie fizinį darbą dirbančius darbininkus, bet ir apie kūrybinę klasę“. Jeigu ši kryptis bus vystoma, jeigu naujoji LSDP ras tinkamą balansą savo programoje tarp atstovaujančios fizinį darbą dirbančių darbininkų interesus tradicinės kairės ir „liberal left“, kuri yra labiau priimtina šiuo metu už liberalus dažniausiai balsuojančiai kūrybinei klasei, manau, kad visos kalbos apie socialdemokratų mirtį pasirodys pernelyg ankstyvos. Bet kuriuo atveju ne man spręsti apie ekonominę ir socialinę atsinaujinusios LSDP programą. Man įdomios šios partijos nuostatos tautinių mažumų teisių srityje. Ir mano giliu įsitikinimu šiai temai Manifeste skiriama per mažai dėmesio ir siūlomi sprendimai nėra pakankami partijai svajojančiai ir (kaip rodo visuomenės apklausos) galinčiai tapti Lietuvos rusams ir lenkams jeigu ne pirmojo, tai bent antrojo pasirinkimo partija.
poniedziałek, 02 października 2017
Stała się rzecz, którą przed dwoma miesiącami uznałem za absolutnie niemożliwą. Liberałowie zerwali koalicję rządzącą Wilnem z konserwatystami i rozpoczęli rozmowy o utworzeniu nowej z „Porządkiem i Sprawiedliwością” oraz Akcją Wyborczą Polaków na Litwie-Związkiem Chrześcijańskich Rodzin. A więc stara prawda, iż w polityce nigdy nie należy nie mówić „nigdy" znalazła swoje kolejne potwierdzenie. Z wyborczej zapowiedzi Šimašiusa, że z Zuokasem i Tomaszewskim nie połączy sił nigdy, pozostał już tylko sam Zuokas. Jeszcze w marcu 2015 r. pisałem, iż koalicja liberałów z socjaldemokratami i AWPL-ZChR jest dla nas, wileńskich Polaków, koalicją idealną. Nadal tak uważam. Podobnie uważam, że Polakom bardziej opłaca się być w rządzie niż w opozycji. I coraz częściej się mówi i o możliwości wejścia AWPL-ZChR do koalicji rządowej. Przed kilkoma miesiącami rozważając taką możliwość twierdziłem, że jest to koalicja niemożliwa, chyba że „„zieloni chłopi” są w stanie wyprowadzić z frakcji LSDP co najmniej 7 posłów.” Okazało się, że Sauliusowi Skvernelisowi udało się doprowadzić do rozłamu we frakcji sejmowej Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej i wyprowadzić z niej 10 parlamentarzystów. Chęć przywalenia młodemu przywódcy i zachowania stanowisk, okazała się ważniejsza niż interes partyjny. Nie wiem, jak ten wewnętrzny kryzys w LPSD zostanie rozwiązany, natomiast AWPL-ZChR znalazła się na jego skutek przed historyczną szansą po raz czwarty wejść do rządu Republiki Litewskiej. Bo nowej koalicji „zielonych chłopów” z socjaldemokratami-rozłamowcami najwyraźniej brakuje głosów. Wejść dokładnie na takich warunkach, jakie uważał za komfortowe przywódca partii Waldemar Tomaszewski: „Być języczkiem u wagi.” A jednak Waldemar Tomaszewski o takich formalnych porozumieniach mówi z wyraźną niechęcią. Dlaczego?
wtorek, 26 września 2017
Wizyta marszałka Sejmu RP Marka Kuchcińskiego — to swojego rodzaju przełom w stosunkach polsko-litewskich. Symboliczny powrót - o czym wspomniała dziś ambasador RP na Litwie Urszula Doroszewska - do polityki wschodniej Lecha Kaczyńskiego. Wizyt takiej rangi funkcjonariuszy państwowych RP nie było na Litwie od bardzo dawna. Ta wizyta stała się możliwa z kilku powodów. Po pierwsze, sytuacja geopolityczna zmusza nasze kraje do szukania porozumienia. Jeśli przed 2014 roku można się było bawić w piaskownicy w wyjaśnianie czyje zabawki są ładniejsze, to obecnie taka polityka — to woda na młyn Kremla. Po drugie, litewskie elity nareszcie zrozumiały z kim w Polsce należy rozmawiać — dwa spotkania premiera Sauliusa Skvernelisa z Jarosławem Kaczyńskim są na to dowodem. I po trzecie, najważniejsze, Litwa rozwiązała kilka kwestii problematycznych w naszych relacjach. Już poprzedni rząd Algirdasa Butkevičiusa zwrócił większą uwagę na potrzeby mniejszości narodowych. Został odrodzony Departament Mniejszości Narodowych przy Rządzie RL, rozwiązano (przynajmniej częściowo) problem dwujęzycznych tabliczek z nazwami ulic, w urzędach państwowych i samorządowych zezwolono na obsługę klientów w językach mniejszości narodowych. Rząd Sauliusa Skvernelisa poszedł jeszcze dalej — uregulowano spór Orlenu Lietuva z litewskimi kolejami państwowymi, zakończono spór o akredytację wileńskich szkół polskich jako długich gimnazjów, od przyszłego roku trzy polskie telewizje powrócą na ekrany odbiorników telewizyjnych na Wileńszczyźnie. Nie można oczywiście jeszcze mówić o pełnokrwistym resecie polsko-litewskim, ale na pewno mamy do czynienia z odwilżą. To czy odwilż stanie się resetem, a reset - strategicznym partnerstwem, będzie zależało od rozwiązania pozostałych kwestii spornych. Marek Kuchciński powiedział o tym w Wilnie bardzo przejrzyście: „Polacy mieszkający na Litwie, podobnie jak Litwini mieszkający w Polsce, są dziedzicami tego samego państwa, które powstało w XIV wieku. Tym obywatelom należy się poszanowanie praw w zakresie własności, kultury, oświaty, języka i obecnosci w przestrzeni publicznej".
poniedziałek, 25 września 2017
„Nacjonalizm – to absurd” – powiedział podczas ostatniego spotkania w Polskim Klubie Dyskusyjnym znany polski pisarz i publicysta Piotr Zychowicz. Trudno nie przyznać mu rację, gdy się widzi jak – przerażeni możliwością odwilży w stosunkach między Polską i Litwą - polscy i litewscy nacjonaliści się jednoczą w celu psucia tych stosunków. Po litewskiej stronie zaktywizowała się ostatnio Tłoka przeciwko oryginalnemu zapisowi nielitewskich nazwisk, po polskiej pikietę pod ambasadą RL w Warszawie zapowiada Młodzież Wszechpolska. Polskich i litewskich nacjonalistów łączy też chęć niszczenia tych, których uważają za zagrożenie dla swojej polityki skłócania Polaków i Litwinów. Tak się składa, że za takie zagrożenie i jedni, i drudzy uważają także mnie. Przed dwoma tygodniami oburzał się na zgłoszone przeze mnie na festiwalu dyskusji w Birsztanach postulaty poszanowania praw mniejszości narodowych portal litewskich narodowców alkas.ru. Według ich publicysty postulat zapewnienia mniejszościom komfortowych warunków – to… szkalowanie Litwy. W ubiegłym tygodniu zarzuty zdrady stawiał mi odpowiednik alkasa po stronie polskiej – portal kresy.ru. Tym razem poszło o mój udział w spotkaniu działaczy polskich z Litwy z delegacją polskich parlamentarzystów, które odbyło się 17 września. Kresy.ru próbują przedstawić spotkanie jako swojego rodzaju benefis Roberta Winnickiego, który zaorał „ugodowców” wezwaniem do „twardego żądania zaprzestania lituanizacji i spełnienia naszych oczekiwań” i „zebrał burzę braw od zgromadzonych”. Być może tak i było na jakimś spotkaniu, które w tym samym czasie odbyło się w jakimś innym wymiarze. W Wilnie nic podobnego się nie wydarzyło. Byłem na tym spotkaniu, więc mogę poświadczyć, iż nie było na nim niczego szczególnie emocjonującego. Owszem było trochę chamstwa w wykonaniu Roberta Winnickiego, który najpierw na spotkanie się spóźnił, a następnie bezpardonowo przerywał każdemu, kto mówił nie to, co poseł chciał usłyszeć. Jednak jego wystąpienie było w sumie nijakie i ogólnikowe, sprowadzające się do tradycyjnej mantry o twardej linii wobec Litwinów bez konkretów. I z powszechnym aplauzem nie przesadzałbym – Winnickiemu brawa biła co najwyżej jedna trzecia zebranych, skupionych wokół Renaty Cytackiej.
wtorek, 19 września 2017
Litewskie Ministerstwo Łączności ogłosiło przetarg publiczny na dostarczenie usługi nadawania na Wileńszczyźnie trzech kanałów polskich telewizji. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem zwycięzca przetargu zostanie wyłoniony w grudniu, a od 1 lutego 2018 roku trzy polskie telewizje powrócą na ekrany litewskich odbiorników telewizyjnych. Powrócą po 24 latach. W 1994 roku władze Telewizji Polskiej podjęły decyzję o wycofaniu się z nadawania TVP 1 na Litwie. Litewskie władze wówczas ochoczo tej decyzji przyklasnęły w nadziei, iż litewscy Polacy zaczną masowo oglądać telewizje litewskie. Stało się jednak inaczej – miejsce TVP w telewizorach Polaków na Litwie zajęły kanały rosyjskie. Na skutki takiego stanu rzeczy nie trzeba było długo czekać – dziś Putin cieszy się na Wileńszczyźnie olbrzymią popularnością, a język rosyjski świeci tryumfy. Powrotu polskich telewizji na litewskie ekrany nie należy traktować w kategoriach panaceum na te problemy, ale niewątpliwie jest to jeden z pierwszych kroków, mających na celu przeciwdziałanie kremlowskiej propagandzie w sposób praktyczny, a nie teoretyczny. Interesujące, że wynikający nie z zabiegów Akcji Wyborczej Polaków na Litwie-Związku Chrześcijańskich Rodzin. Pierwszy apel o wznowienie nadawania na Litwie polskich telewizji wystosował do władz Polski i Litwy w maju 2015 roku Polski Klub Dyskusyjny. PKD następnie konsekwentnie o to zabiegał, organizował dyskusje publiczne i nieformalne z litewskimi decydentami, politykami i dziennikarzami, publikował teksty w mediach polskich i litewskich. W ubiegłym roku dzięki tym zabiegom postulat wznowienia nadawania na Litwie polskich telewizji znalazł się najpierw w programie wyborczym litewskich konserwatystów, a następnie w programie działania założonej przez Andriusa Kubiliusa, ale zrzeszającej posłów z wszystkich frakcji sejmowych, tymczasowej grupy parlamentarnej im. Trzeciego Maja. Na początku roku bieżącego pomysłowi przyklasnął premier Saulius Skvernelis, rozpoczęły się rozmowy z Warszawą, a teraz już jesteśmy na prostej. Litewski rząd przeznacza w przyszłym roku na ten cel 350 tys. euro czyli blisko 1,5 miliona złotych. AWPL-ZChR dopiero w maju 2017 roku zaangażowała się w ten proces, zgłaszając pomysł nadawania na Litwie… internetowej TVP Parlament i nieistniejącej TVP Religia. Dobre zresztą, że w ogóle zaangażowała, bo jak dotychczas była bardziej znana z obrony i hojnego finansowania telewizji rosyjskojęzycznych.
wtorek, 12 września 2017
Każdego roku, w czerwcu, do Visby, stolicy szwedzkiej wyspy Gotlandii, przybywa kilkadziesiąt tysięcy osób, aby wziąć udział w festiwalu Almedalen. Festiwal jest organizowany od 1982 r. (chociaż tradycyjnie wiąże się go z jeszcze wcześniejszymi wystąpieniami Olofa Palme z drugiej połowy lat 60-tych XX w.). W trakcie jednego tygodnia odbywa się kilka tysięcy debat, seminariów, dyskusji, projekcji i innych eventów. Almedalen jest jednym z najważniejszych wydarzeń politycznych w Szwecji, skupiającym polityków, dziennikarzy, naukowców i aktywistów nie tylko z całego kraju, ale i z całego świata. Porównać je można do szwajcarskiego Davos czy polskiej Krynicy. W tym roku postanowiono przenieść szwedzkie doświadczenia na grunt litewski i 8-9 września zorganizowano w Birsztanach podobny festiwal dyskusji pod nazwą „Būtent” czyli „Dokładnie”. Almadalen — to jeszcze nie jest, było sporo chaosu organizacyjnego, ale „Būtent” zgromadził ponad 200 prelegentów i kilka tysięcy uczestników, którzy wzięli udział w ponad 70 dyskusjach podzielonych na 6 bloków tematycznych. Wśród prelegentów byli m.in. Edward Lucas, Arnoldas Pranckevičius, Donatas Puslys, Justinas Žilinskas, Nerija Putinaitė. Byli liderzy wszystkich partii parlamentarnych, od konserwatystów po socjaldemokratów. Nie zabrakło w Birsztanach i przedstawicieli mniejszości narodowych. W debacie liderów partii parlamentarnych wzięła udział Rita Tamašunienė, w debacie dziennikarzy - szefowie Radia „Znad Wilii"/zw.lt Mirosław Juchniewicz i Antoni Radczenko, dwie dyskusje — o mniejszościach narodowych oraz o relacjach polsko-litewskich — zorganizował Polski Klub Dyskusyjny. W tej pierwszej wziąłem — obok politologa i publicysty Karolisa Dambrauskasa i dziennikarza Olega Jerofiejewa — udział i ja jako prelegent.
wtorek, 05 września 2017
Przyszedł wreszcie czas na Białoruś. Wiem, że to brzmi zaskakująco, ale po raz pierwszy wybrałem się do naszego wschodniego sąsiada dopiero w sierpniu br. Przed kilkoma miesiącami powstał w naszych z Pacem głowach pomysł odwiedzenia rodzinnych stron naszego dziadka, który urodził się na wschodzie Białorusi, we wsi Małaja Bahaćkauka. Do Bahaćkauki GPS poprowadził nas takimi dróżkami, że czasami w dżungli traw i chaszczy nie było widać nawet śladów koleiny. Ale jednak trafiliśmy. Sięgająca co najmniej XVIII w. wieś okazała się dokładnie taką, jak w opowiadaniach dziadka, który uciekł z niej po wojnie przed nędzą i nigdy w ojczyste strony nie powrócił. Kilka zapadłych chat, sześciu stałych mieszkańców w kilku bardziej zadbanych gospodarstwach, tonące w chaszczach i brzozach porzucone cmentarzyki z pomalowanymi na niebiesko krzyżami bez żadnych tabliczek. Autobus z odległego o 30 km Mścisławia przyjeżdża tu dwa razy na tydzień. W jednej z bardziej zadbanych chat jest muzeum klasyka białoruskiej literatury, krytyka literackiego, językoznawcy i działacza społecznego Maksima Hareckiego. O swoim wybitnym krajanie ani dziadek, ani pradziad nigdy nam nie opowiadali, a przecież musieli się znać. Przynajmniej pradziad na pewno, bo pochodzili nie tylko z tej samej wsi, ale i z bliskich roczników. Zainteresowała mnie więc historia Maksima Hareckiego i po kilku tygodniach szperania po Internetach chciałbym ją tutaj przedstawić, szczególnie, że był on — jak większość białoruskich literatów XX w. — przez pewien dłuższy okres z Wilnem związany.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76