Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
środa, 03 maja 2017
„Po raz kolejny w tym roku obchody Konstytucji 3 Maja przeprowadzono na cmentarzu na Rossie, po raz kolejny złożyła się na nie niekończąca się kolejka samorządowych, partyjnych i szkolnych delegacji składająca kwiaty u mauzoleum Matki i Serca Syna. Od lat się zastanawiam, dlaczego np. we Lwowie obchody Święta Konstytucji są zgodnie z logiką przeprowadzane pod pomnikiem Adama Mickiewicza, który przynajmniej żył w czasach bliskich Konstytucji, zaś u nas wszystko (nawet spotkania endeków!) się dzieje przy grobie Józefa Piłsudskiego. Piłsudski niewątpliwie wybitnym mężem stanu był, ale symbolem zgody polsko-litewskiej — w odróżnieniu od Konstytucji 3 Maja i Adama Mickiewicza — nigdy nie był. I nie będzie“ — tak napisałem przed rokiem. I w zasadzie mógłbym te słowa powtórzyć dziś, gdyż wszystko na co w tym dniu z okazji Trzeciego Maja było stać ambasadę RP i niezliczone rzesze polskich organizacji na Litwie — to kwiaty dla Marszałka i msza za Ojczyznę. Na szczęście były tego dnia i inne gesty: życzenia złożyli Dalia Grybauskaitė, Viktoras Prancketis, Remigijus Šimašius, Andrius Kubilius, Linas Linkevičius i inni politycy litewscy, przy placu Europy wileński samorząd wywiesił flagę Polski (tym razem policja nie miała problemu z odróżnieniem jej od flagi ZSRS), a tymczasowa grupa parlamentarna Trzeciego Maja i Polski Klub Dyskusyjny zorganizowali w Sejmie konferencję na temat europejskiego znaczenia Trzeciego Maja i historycznej bliskości Polski i Litwy. Nie twierdzę, że jest to najlepszy sposób upamiętnienia jednej z najważniejszych i najświatlejszych dat w polsko-litewskiej historii, jednak przynajmniej podjęto jakąś próbę wyjścia sobie naprzeciw. Potrzebujemy jakiegoś ogólnonarodowego, jednoczącego i Polaków, i Litwinów symbolu i miejsca (w 2007 r. był pomysł nazwania skweru przy wileńskim samorządzie imieniem Konstytucji 3 Maja — być moźe warto do niego powrócić?) upamiętniającego Konstytucję 3 Maja. Potrzebujemy obchodów mniej patetycznych, oficjalnych, wymuszonych i trącących myszką, ale jeszcze bardziej potrzebujemy przełamania murów etnicznych gett, w których i Polacy, i Litwini tkwią.
wtorek, 25 kwietnia 2017
Trudno znaleźć na Litwie osobę, która nie słyszałaby o Tadeuszu Wróblewskim. Wybitny teoretyk prawa, adwokat, polityk, bibliofil, jeden z liderów krajowców, niestrudzony orędownik porozumienia polsko-litewsko-białoruskiego nawet w czasach, gdy takie porozumienie wydawało się być totalną utopią. Ostatecznie jego imię nosi jedna z głównych ulic na wileńskiej Starówce, biegnąca obok Katedry w stronę Wilii. Niewielu natomiast zapewne wie, iż Tadeusz Wróblewski miał jeszcze dwie siostry i pięciu braci. Siostra i dwaj bracia umarli, natomiast trzeci brat – Augustyn Wróblewski – zapisał się w historii nie tylko jako wybitny biochemik, autor przełomowych prac w zakresie fermentacji drożdżowej, ale i jako – obok Edwarda Abramowskiego – klasyk polskiej myśli… anarchistycznej. „Jestem anarchistą i szczycę się tym, i wy musicie wreszcie uszanować tę nazwę, to miano, bo ono okrywa najlepszych i najszlachetniejszych ludzi” – napisał w eseju „Jestem anarchistą”. Był synem znanego wileńskiego lekarza homeopaty oraz entomologa Eustachego Wróblewskiego, który jeszcze jako student, wziął udział antyrosyjskim spisku i został zesłany na Syberię. Gdy po 8 latach wrócił do Wilna - ożenił się z Emilią z Beniowskich (jej dziadkiem był słynny poszukiwacz przygód, król Madagaskaru Maurycy August Bieniowski), która prowadziła w Wilnie pensję dla dziewcząt. W 1858 roku urodził im się syn, Tadeusz, a 8 lat później, 20 lipca 1866 roku, Augustyn. Eustachy i Emilia Wróblewscy pasjonowali się zbieraniem książek, przede wszystkim przyrodniczych, w 1912 roku ich potężny księgozbiór przekształcono w bibliotekę publiczną, która w 1926 roku została upaństwowiona, a obecnie nosi nazwę Biblioteki Wróblewskich Litewskiej Akademii Nauk. Zamiłowanie rodziców do książek i nauk przyrodniczych wpłynęło na Augustyna, który od dziecka zaczytywał się Moleschottem i Vogtem, zbierał owady i rośliny. Jednocześnie nasiąkał patriotyzmem i… nastrojami rewolucyjnymi. Ostatecznie jego dziadkiem był Bartłomiej Bieniowski, uczestnik powstania listopadowego, który na emigracji w Anglii został jednym z liderów ruchu czartystów, zaś stryj, Walery Antoni Wróblewski, był jednym z generałów Komuny Paryskiej.
czwartek, 20 kwietnia 2017
"Polski Klub Dyskusyjny odrodził myśl intelektualną Polaków na Litwie. Niegdyś zniszczona przez bolszewików, następnie sprowadzona do poziomu nagłówków w gazecie Czerwony Sztandar, jeszcze później notorycznie punktowana przez patriotów-garszwistów ze stowarzyszenia „Vilnija“, ta myśl stała się dzięki Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu częścią składową politycznego i kulturalnego krajobrazu Litwy" — powiedział w swoim laudatio znany litewski historyk Eligijus Raila podczas wręczania Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu Nagrody Klanu Gailiusów. Przed kilkoma dniami byliśmy świadkami jak te słowa stały się faktem. PKD — oskarżany przez awupeelowskie trolle o działalność dywersyjną, agenturalną i antypolską — umiał wznieść się ponad podziałami i udzielić wsparcia decyzji radnych AWPL-ZChR z rejonu wileńskiego, którzy zostali zatakowani przez litewskich nacjonalistów z powodu nazwania ulicy imieniem Tadeusza Konwickiego. Za sprawą PKD takiego poparcia udzielili i politycy litewscy: konserwatysta Andrius Kubilius oraz liberał Remigijus Šimašius. Ostatecznie przed kilkoma dniami i przedstawicielka rządu na okręg wileński pod tą presją również uznała, że taka nazwa jest zgodna z prawem. Mer Wilna i były premier Litwy poparli i pomysł nazwania imieniem wybitnego polskiego pisarza i reżysera ulicy w Kolonii Wileńskiej, co skrupulatnie odnotowały lokalne polskie media. Równie skrupulatnie pomijając fakt, iż jest to również propozycja PKD. Te same zresztą media równie skrupulatnie pomijają informacje o tym, że to PKD zainicjował dyskusję na temat wznowienia nadawania na Litwie polskich telewizji, która powoli nabiera realnych kształtów. Pomijają, bo PKD zadał kłam całej ich dotychczasowej filozofii, że z Litwinami nie da się rozmawiać, a lokalnych polskich liderów nie można krytykować. PKD, jak to ujął Eligijus Raila i co wielu na Wileńszczyźnie nie w smak, "przeciwstawił wciąż żywej tradycji „Dzierżyńskiego i kołchozu czterech pancernych“ antysowiecki kulturalny paradygmat Józefa Mackiewicza — „Rojstów“, rozerwał czerwoną chustę Wileńszczyzny". Zresztą proponuje zapoznać się z całym tekstem jego laudatio. Nawet w moim nienajlepszym tłumaczeniu robi duże wrażenie.
wtorek, 18 kwietnia 2017
Mam nieodparte wrażenie, że reforma oświaty jest na Litwie procesem wiecznym. Trwa już nieprzerwanie od roku 1990 i końca jej nie widać. Nawet nie reforma, tylko niekończący się ciąg reform. Każdy kolejny minister przekreśla wszystko, co zrobili jego poprzednicy i rozpoczyna kolejną reformę. A sytuacja robi się coraz gorsza. Przed kilkoma miesiącami OECD ogłosiła wyniki badania PISA za rok 2015. Wśród 70 krajów uczestniczących w badaniu Litwa zajęła 36 miejsce, tuż za Łotwą i Rosją, daleko za Polską oraz o lata świetlne od Estonii. Średnia unijna uczniów ze słabymi ogólnymi umiejętnościami wynosi 12 proc., na Litwie — 15 proc. W ciągu ostatnich trzech lat o blisko 4 proc. zwiększył się na Litwie odsetek uczniów mających najsłabsze umiejętności czytania ze zrozumieniem. Minister oświaty i nauki proponuje ze spadającymi wskaźnikami walczyć wydłużając o dwa tygodnie rok szkolny. Nie jest to pomysł nowy, jednak bez szerszego kontekstu, bez wiedzy o tym, jakie kolejne, obok wydłużenia roku szkolnego, zmiany są przewidziane (przede wszystkim w programach nauczania), jest tak samo użyteczny, jak lansowany przez polskich działaczy na Litwie pomysł na zachowanie polskiej szkoły po przez przekształcenie niemalże wszystkich szkół polskich w tzw. długie gimnazja.
czwartek, 13 kwietnia 2017
Krew mnie zalewa, gdy czytam narzekania na ćwiczenia przeprowadzone we wtorek (11 kwietnia) w Solecznikach. Ach, ach, jakie to politycznie niepoprawne, że ćwiczenia odbyły się na Wileńszczyźnie! O mój Boże, jakie to dyskryminacyjne, że to właśnie w zamieszkałych przez Polaków Solecznikach ogłoszono na potrzeby ćwiczeń „republikę ludową”! Ośmieszyliśmy sie przed całym światem (bo tak podała kremlowska telewizja NTV)! Oczywiście należało je przeprowadzić w Balberiškės. Pojawienie się bowiem tam „zielonych ludzików” i ogłoszenie „republiki ludowej” nikogo by nie uraziło i nie zakrawałoby na cyrk. A najlepiej w ogóle nie przeprowadzać takich ćwiczeń albo przeprowadzać je w sztabie na mapach i przebywać w przekonaniu o własnej niezwyciężalności. Krytycy nie chcą dostrzec, że na tym właśnie polega sedno zarządzonych przez ministra spraw wewnętrznych Eimutisa Misiūnasa ćwiczeń, iż maksymalnie przypominały sytuację rzeczywistego zagrożenia. Zgodnie ze scenariuszem wydarzeń, oddziały „zielonych ludzików” nielegalnie przekroczyły granicę i zajęły komisariat w centrum Solecznik, „zabijając” lub unieszkodliwiając większość funkcjonariuszy. O ćwiczeniach zawczasu zostało poinformowane tylko dowództwo policji, Służby Ochrony Granicy Państwowej i Służby Porządku Publicznego. Szeregowi funkcjonariusze zostali zaskoczeni totalnie i reagowali dokładnie tak, jak zareagowaliby w sytuacji, gdyby prawdziwi dywersanci przekroczyli granicę litewsko-białoruską. Autentyczna była i reakcja lokalnych mieszkańców. Ćwiczenia wykazały, iż istnieją potężne luki w wyszkoleniu i uzbrojeniu policjantów. Potężne są też braki w koordynowaniu działań poszczególnych służb i przepływie informacji pomiędzy różnymi ośrodkami decyzyjnymi. Godzinny marsz uzbrojonego po zęby oddziału nie wzbudził też żadnych wątpliwości u miejscowych mieszkańców.
wtorek, 11 kwietnia 2017
Wygląda na to, że odnaleziony przez profesora Liudasa Mažylisa oryginał Aktu Niepodległości Litwy z 16 lutego 1918 roku czyni cuda. Pod Aktem stoi bowiem podpis litewskiego Polaka Stanisława Narutowicza z zakazanymi w obecnej Litwie „cz” oraz „w”. I ten fakt – okazuje się, że można mieć „w” w nazwisku i być prawdziwym litewskim patriotą - najwyraźniej przekonał niezdecydowanych posłów do złożenia swoich podpisów pod projektem Ustawy o pisowni imion i nazwisk, złożonym w ubiegłym tygodniu pod obrady litewskiego parlamentu przez byłego premiera i obecnego przewodniczącego parlamentarnej grupy Trzeciego Maja Andriusa Kubiliusa. Projekt zezwala na oryginalny zapis nielitewskich imion i nazwisk z użyciem nie tylko dwuznaków, ale i nieistniejących w litewskim alfabecie literek Q, X i W. Projekt poparło 70 posłów. Połowa litewskiego Sejmu! Praktycznie z wszystkich frakcji sejmowych: konserwatyści, liberałowie, socjaldemokraci i chłopi. Gediminas Kirkilas, Gabrielius Landsbergis i premier Saulius Skvernelis. Ten ostatni osobiście zaangażował się w zbieranie podpisów pod projektem we frakcji Litewskiego Związku Chłopów i Zielonych, i połowa posłów tej frakcji projekt poparła, mimo iż jest sprzeczny z oficjalnym programem partii, który głosi „żadnych ustępstw Polakom”. Po raz pierwszy w litewskim parlamencie pojawiła się większość pozwalająca na przyjęcie Ustawy o pisowni imion i nazwisk, a biorąc pod uwagę, że pod projektem się nie podpisali, ale obiecują mu poparcie w głosowaniu, posłowie AWPL-ZChR – jest to większość wystarczająca nawet do odrzucenia możliwego prezydenckiego weta.
piątek, 07 kwietnia 2017
Tzw. prawo Szota brzmi: Liczba donosów w stylu „Radia „Znad Wilii” prosimy nie finansować”, kierowanych do posłów, senatorów i polityków w Polsce przez polityków AWPL-ZChR, jest wprost proporcjonalna do bliskości dnia podziału przez Warszawę kasy na media polskojęzyczne na Litwie. Już wkrótce ten okres przesilenia wiosennego będziemy mieli za sobą i można będzie przyglądać się osiągnięciom polskich mediów na Litwie bez większych emocji. W tym celu polecam skorzystać z jednej z aplikacji webowych. Moją ulubioną jest ostatnio SimilarWeb.com. Raz że jest za darmo, dwa, że niezwykle łatwa w obsłudze. Wystarczy wpisać adres strony WWW, zatwierdzić i przeanalizować wyświetlone wyniki. Z jego to właśnie danych jednoznacznie wynika, że niekwestionowanym liderem wśród portali internetowych w języku polskim na Litwie jest nadal zw.lt. Miejsce drugie należy do l24.lt, który bardzo szybko traci pozycje - stracił blisko 40 tys. czytelników wciągu ostatnich 6 miesięcy. Różnica pomiędzy nim i zw.lt to jednak ponad 10 tysięcy czytelników. Pozostale media raczej mają stabilne czytelnictwo. Miejsce trzecie dierży wilnoteka.lt, która jednak w porównaniu z liderem ma czytelników prawie o połowę mniej. Natomiast kurierwilenski.lt, który przed 10 laty i zapoczątkował swego rodzaju modę na portale internetowe na Wileńszczyźnie, jest dopiero czwarty.
środa, 05 kwietnia 2017
Ryzykując kolejne oskarżenia o bycie agentem Saugumy, uważam, że tegoroczny raport litewskiego wywiadu i kontrwywiadu na temat zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego, jest w zasadzie realistycznym spojrzeniem na sytuację geopolityczną. Nie zawiera, co prawda, materiałów sensacyjnych. Islamski terroryzm, grupy prawicowych i lewicowych radykałów, kremlowska propaganda, wzmożona działalność rosyjskich i białoruskich służb wywiadowczych, cyberataki — przed tymi wszystkimi zagrożeniami ostrzegały nas raporty służb specjalnych i przed rokiem, i przed dwoma laty. Jedynym nieprzyjemnym zgrzytem jest kawałek o „wyjątkowych prawach”. W raporcie można bowiem przeczytać, iż „Rosja dąży do wciągnięcia do agendy polityki wobec swoich sooteczestwiennikow także postulatów nadania polskiej społeczności na Wileńszczyźnie wyjątkowych praw. Gdyby takich wyjątkowych praw udzielono wspólnocie polskiej, stworzyłoby to podstawy dla Rosji i jej grup wpływu do żądania takich samych praw, a następnie i specjalnego statusu dla wspólnot rosyjskich we wszystkich krajach bałtyckich. Te rosyjskie dążenia potwierdza współpraca polityczna pomiędzy sooteczestwiennikami, nadzorowanymi przez ambasadę Rosji w Wilnie, i działaczami reprezentującymi wspólnotę polską na Wileńszczyźnie.” Zabrzmiało to tak, jakby Departament Bezpieczeństwa Państwowego przestrzegał np. przed oryginalną pisownią polskich imion i nzwisk. Dyrektor Departamentu Darius Jauniškis, co prawda, natychmiast wyjaśnił, że mówiąc o „wyjątkowych prawach”, jego instytucja nie miała na myśli pisowni nazwisk, tylko „ewentualne zagrożenie separatyzmem”, ale jakiś nieprzyjemny osad pozostał. Należało to bowiem wyjaśniać nie post factum, tylko w samym raporcie.
poniedziałek, 03 kwietnia 2017
Gdy w sobotę, nomen omen 1 kwietnia, usłyszałem wiadomość, iż przedstawicielka rządu na powiat wileński Vilda Vaičiūnienė zamierza zbadać decyzję Rady Samorządu Rejonu Wileńskiego o nadaniu jednej z ulic we wsi Pustołówka imienia Tadeusza Konwickiego pod kątem możliwych „zagrożeń dla porządku publicznego”, wydało mi się, że to może i nie najwyższych lotów, ale żart primaaprilisowy. Niestety nie jest to żart. Vaičiūnienė całkiem serio stwierdziła dzień wcześniej podczas posiedzenia rady samorządowej: „Tadeusz Konwicki jest to postać kontrowersyjna, gdyż należała do AK, która nie uznawała faktu zwrócenia Wilna Litwie, walczyła z litewskością w Litwie Wschodniej i przygotowywała się do ponownego oderwania Wilna i zagrażała litewskiej suwerenności. Ponadto nie mamy informacji o zasługach tej osoby dla Litwy.” Prezydent Valdas Adamkus, gdy w 2006 roku odznaczył Tadeusza Konwickiego Krzyżem Komandorskim Orderu za Zasługi dla Litwy, takich wątpliwości nie miał. Ale najwyraźniej Valdas Adamkus dla Vaičiūnienė, która już zasłynęła jako bojowniczka z dekoracyjnymi dwujęzycznymi tabliczkami w Wilnie, to żaden autorytet. Dla niej autorytetem jest raczej opozycyjny radny tegoż samorządu Gintaras Karosas, który i rozpętał przed kilkoma dniami histerię wokół ulicy Tadeusza Konwickiego. „Tadeusz Konwicki działał w Armii Krajowej, a uczestnictwo w takich organizacjach, jak Armia Krajowa pozostawia piętno na całe życie” – uważa Karosas, który zresztą nie po raz pierwszy trafia na łamy mediów z uwagi na swoje antypolskie i nacjonalistyczne wypowiedzi. Przy okazji warto też sprostować powielaną przez polskie media informację o tym, iż radny Gintaras Karosas jest liberałem, bo nie jest. Został rzeczywiście wybrany z listy Koalicji Centroprawicowej, którą utworzyli w 2015 roku w rejonie wileńskim konserwatyści i liberałowie, ale „od zawsze” był i nadal jest związany właśnie z konserwatystami, a nie Ruchem Liberałów. Co zresztą nie oznacza, że przedstawiciel liberałów w samorządzie rejonu wileńskiej Artūras Želnys w tej sprawie zachował się dużo lepiej.
piątek, 31 marca 2017
Gdy się poczyta polskie media, może powstać wrażenie, że pokazy „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego w Wilnie przeszły w atmosferze konfrontacji, sporów, pikiet i nagonki ze strony Litwinów i Ukraińców. Jest to jednak wrażenie błędne. Rzeczywiście film został dostrzeżony, wywołał dyskusję, ale generalnie wypowiedzi na jego temat były bardzo stonowane. Owszem dwie (z 19 działających na Litwie!) organizacje ukraińskie, o których nikt za bardzo nic nie wie, wystosowały do organizatorów pokazu pisemny protest. Nie było jednak pikiet, strajków okupacyjnych i rzucania jajkami czy granatami. Natomiast odbyła się spokojna i merytoryczna dyskusja z udziałem prof. Grzegorza Motyki, dr. Wołodymyra Wiatrowycza oraz litewskiego historyka prof. Alvydasa Nikžentaitisa i publicysty Rimvydasa Valatki. W ogóle „Wołyniowi” poświęca się jednak na Litwie stosunkowo niedużo uwagi, chociaż sale są pełne. I słychać na nich polską mowę, co niestety na pokazach polskich filmów w Wilnie nie jest rzeczą częstą. Po obejrzeniu wczoraj „Wołynia" mam mieszane uczucia. Na pewno nie jest to film antyukraiński, jak twierdzą Ukraińcy. Nie jest to też film, który pokazuje, że każdy nacjonalizm jest zły, jak chce jego autor. Jest to film próbujący spojrzeć na tragedię wołyńską obiektywnie, ale oczyma Polaka. I polski reżyser ma do tego prawo. Podobnie jak ukraiński reżyser chyba miałby prawo nakręcić ten film nieco inaczej. Bardzo lubię filmy Wojciecha Smarzowskiego. Uważam go za jednego z najciekawszych, najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów polskich, ale z jego filmow historycznych jednoznacznie wolę „Różę", która opowiada pewną ludzką historię niż „Wołyń", który na skutek niekończącego się ważenia argumentów, proporcji i racji, popadł w... banał. Wbrew sloganowi reklamowemu nie jest to „film o miłości w nieludzkich czasach", tylko przydługą rekonstrukcja wydarzeń historycznych. Historia Zosi Głowackiej-Skiby, która próbuje przeżyć w piekle, jest tylko tłem do przedstawienia podręcznikowych prawd. Podręcznik - to jednak słaby scenariusz, więc „Wołyń" staje się przez to filmem z tezą, tylko tezą banalną, że zło rodzi zło.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71