Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 13 marca 2017
„Litwa dla wszystkich" („Lietuva visiems"), „Nasza wolność" („Mūsų laisvė") - pod takimi hasłami przemaszerował w sobotę (11 marca) po raz trzeci ulicami Wilna Marsz Niepodległości. Nieformalny, bo w gruncie rzeczy przez nikogo nie organizowany wyraz szacunku i miłości obywateli wobec swojego kraju. Alternatywny wobec odbywającej się od lat w Dniu Odrodzenia Niepodległego Państwa Litewskiego bakchanalii litewskich nazioli pod hasłem „Litwa dla Litwinów". Tym razem naciki wyprowadzili na ulice zaledwie 500 osób, a my około 3 tysiące! I po raz trzeci w antynacjonalistycznym Marszu Niepodległości szli obok siebie Polacy i Litwini, z polskimi i litewskimi flagami, z hasłem „Wolność = Laisvė". Dzięki Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu (PKD). W tym dniu, gdy na ścianach większości posłów AWPL-ZChR nadal wisiały życzenia z okazji... 8 marca (sic!) (Dzień Niepodległości zignorowali wszyscy, nawet Jarosław Narkiewicz, który przed rokiem gratulował biało-czerwonych barw na pochodzie), nas było nas na alei Giedymina 1,5-2 razy więcej niż przed rokiem. 80, może nawet 100 osób! Starzy i młodzi, inteligencja i robotnicy, uczniowie, harcerze, studenci i emeryci. Mój 70-letni ojciec i 5-miesięczny bratanek Bruno też byli na Marszu!!! Jestem dumny, że mogłem być z Wami! I z tej okazji chciałbym przypomnieć mowę dziękczynną, wygłoszoną w imieniu PKD przez Mariusza Antonowicza podczas wręczania Nagrody Klanu Gailiusów, bo najlepiej wyjaśnia dlaczego od trzech lat zapraszamy Polaków i Litwinów na ten przemarsz i dlaczego za rok także będziemy szli z naszymi braćmi-Litwinami aleją Giedymina. I będzie nas jeszcze więcej. Bo Litwa - to nasza wspólna sprawa!
czwartek, 09 marca 2017
Podczas ceremonii wręczania Nagrody Klanu Gailiusów Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu, która odbyła się we wtorek (7 marca), pewien znajomy dziennikarz zapytal mnie: Dlaczego na ceremonii nie ma polskich dziennikarzy? Odpowiedziałem, że polscy dziennikarze na Litwie dzielą się na trzy grupy. Jedni nienawidzą PKD, bo takie mają wytyczne — uniewiarygadniać każdą polską inicjatywę nie uzgodnioną z Wodzem i Partią. Tym bardziej inicjatywę, która jest nastawiona na poszukiwanie porozumienia polsko-litewskiego. Drudzy, aspirujący do umiarkowanej niezależności od Wodza i Partii, zazdroszczą PKD odwagi posiadania i głoszenia własnych poglądów, bo pokazuje, że ich tchórzliwe „liberalne" frondy i figi między wierszami do pary z publicznym wazeliniarstwem nie są ani jedynym, ani najlepszym sposobem na zachowanie twarzy. Trzeci, prawdziwi dziennikarze, na ceremonii byli obecni. W gruncie rzeczy jednak mógłbym to ująć bardziej dosadnie — piszące na Wileńszczyźnie dzielą się zaledwie na dwie grupy: Dziennikarzy i propagan... przepraszam... „orle pióra". Dziennikarze po prostu rzetelnie wykonują swój obowiązek informowania o wszystkich ważnych wydarzeniach, a „orle pióra" charakteryzują się olbrzymim zamiłowaniem do donosów, post-prawdy i alternatywnych faktów (mówiąc prościej: kłamstw) oraz moralnością Kalego.
wtorek, 07 marca 2017
Zawsze mnie się wydawało, że bycie Polakiem na Litwie (jak i bycie mniejszością w każdym innym zakątku świata), owszem, wymaga pewnego wysiłku. Kultywowania tradycji, języka, historii. O wiele łatwiej jest zlać się z masą, rozpłynąć się w większości niż pielęgnować własną odrębność. Jednak nigdy nie myślałem, że bycie Polakiem na Litwie wymaga jakiejś szczególnej odwagi. Aż do czasu, gdy niejaka Fundacja Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich przyznała działaczce AWPL-ZChR Renacie Cytackiej nagrodę „Honor i Prawda”. Aleksandra Biniszewska, prezes Fundacji, na łamach lie24 uzasadniła decyzję następująco: „Pani Renata otrzymała tę nagrodę za obronę polskiej tożsamości, za obronę polskiej rodziny, polskiej szkoły, polskiej tradycji, że ma odwagę być Polką. Bycie patriotą w Polsce nie jest żadnym bohaterstwem. Być polskim patriotą na Wschodzie, na naszych dawnych Kresach, to jest dopiero bohaterstwo i patriotyzm”. Nie mam wątpliwości, co do patriotyzmu Renaty Cytackiej, nawet jeśli rozumiemy go na diametralnie różne sposoby, ale bohaterstwo? Owszem, nie brakuje pod jej adresem w litewskich mediach i internetach sporadycznej ostrej krytyki. Ale czyż krytyka nie jest częścią składową zawodu polityka? Waldemar Tomaszewski czy Zbigniew Jedziński są krytykowani jeszcze ostrzej i częściej, a najostrzej w litewskich mediach są krytykowani politycy-Litwini. Pierwszy z brzegu — Ramūnas Karbauskis. Jeśli uznamy, że stawianie krytyce czoła - to bohaterstwo, w takim razie jak nazwać postawę Żołnierzy Niezłomnych, powstańców warszawskich czy antysowieckich dysydentów? Zresztą Ramūnas Karbauskis, Waldemar Tomaszewski czy ta sama Renata Cytacka tę krytykę przynajmniej rekompensują błyskotliwą karierą polityczną. Mnie (mimo że nie jestem politykiem) lie24, portale pseudokresowe i litewscy nacjonaliści codziennie polewają pomyjami bez żadnego zadośćuczynienia. Cóż posiadanie wyrazistych poglądów i ich publiczne głoszenie zawsze wystawia na atak.
czwartek, 02 marca 2017
Gdy w maju 2014 roku, na obchodach sowieckiego Dnia Zwycięstwa w Wilnie, Waldemar Tomaszewski zaczepił wstążkę gieorgijewską, pomyślałem: samo pisanie o problemie już nie wystarczy. Zacząłem rozmawiać ze znajomymi i znajomymi znajomych, i okazało się, że wiele osób ma podobne odczucia. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że na polu politycznym AWPL, dysponująca nieprzebranymi zasobami administracyjnymi, medialnymi i finansowymi, jest niezwyciężalna. Zresztą w odróżnieniu od tzw. nieprzejednanej opozycji nigdy nie uważaliśmy, że Kartagena... tj. AWPL... powinna być zniszczona. AWPL jest ważna częścią politycznego systemu. Chodziło nam o zachęcenie partii do większej otwartości, do dyskusji. Potrzebna więc jest nie kolejna kanapowa organizacja polityczna, polska frakcja, tylko niezależna platforma, która pokazałaby urbi et orbi, że nie wszyscy Polacy na Litwie się zgadzaja się na takie gesty. Niezależnie od tego, czy były zawczasu przemyślane, czy tylko wypadkiem przy pracy. Platforma, która pozwoliłaby polskim liderom usłyszeć coś poza zwyczajowym "Славься, славься", ale i politykom litewskim zrozumieć, że postulaty polskie to nie tylko fanaberie Tomaszewskiego. Z tych konsultacji kilka miesięcy później, we wrześniu 2014 roku, powstał Polski Klub Dyskusyjny. Przed kilkoma dniami Klub został laureatem prestiżowej Nagrody Klanu Gailiusów, która po raz siódmy zostanie uroczyście wręczona 7 marca w Litewskim Muzeum Narodowym. Polski Klub Dyskusyjny jest pierwszą organizacją wśród wyróżnionych tą nagrodą. Tym przyjemniej, że jest to organizacja mniejszości narodowej. Ale ważniejsze od nagrody jest jej uzasadnienie — PKD został wyróżniony za „wolną i godną dyskusję” czyli dokładnie za to, do czego został powołany.
poniedziałek, 27 lutego 2017
„Paganini XX wieku”, „Tylko trzej ludzie liczą się w historii skrzypiec: Paganini, Ysaye i on”, „Kreisler był królem, on prorokiem, a inni tylko skrzypkami” – pisano o nim. Właśnie genialny skrzypek Fritz Kreisler, po wysłuchaniu jego gry, zapytał swoich kolegów: „Panowie, czy nie czas nam połamać nasze skrzypce o kolano?” Już jako nastolatek grał koncerty w całej Europie, zaś w roku 1911 po jego koncercie w Sankt-Petersburgu, policja musiała zapewnić mu ochronę przed 25-tysięcznym tłumem rozentuzjazmowanych melomanów. Grał na skrzypcach legendarnego Antonio Stradivariusa, posiadał skrzypce nie mniej legendarnych Carlo Tononi i Bartolameo Guarneri. Tę ostatnią zapisał w spadku muzeum w San Francisko pod warunkiem, że będą na niej grali tylko „dostojni wykonawcy” i tylko w pomieszczeniach muzeum. Mowa oczywiście o Jaschy Heifetzu — genialnym amerykańskim skrzypku pochodzenia żydowskiego, który 2 lutego 1901 (lub 1899) roku urodził się Wilnie. Nieprzypadkowo więc luty w Wilnie jest miesiącem Heifetza — od 2001 roku w lutym odbywają się w litewskiej stolicy Międzynarodowe Konkursy Skrzypcowe im. Jaschy Heifetza. Interesujące, że w rzeczywistości na imię miał Josif, a Jaszą — od starożydowskiego odpowiednika imienia „Józef” — „Jaszap”, nazywała go mama. Nie lubił tego zdrobnienia, od studentów i sług wymagał, aby nazywali go panie Heifetz, przyjaciele nazywali go panem H. lub Jimem, ale cały świat znal go jako Jaschę.
czwartek, 23 lutego 2017
Rozpatrując skargę apelacyjną rodziców Litewski Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) 20 lutego orzekł, że podejmując decyzję o reorganizacji szkoły średniej im. Joachima Lelewela, która wymusiła przeprowadzkę podstawowego pionu szkoły z Antokola na Żyrmuny, Rada Miasta Wilna w uchwale z 15 lipca 2015 r. nie dotrzymała wszystkich obowiązujących norm prawnych. W związku z powyższym sąd uznał, że decyzja Rady Miasta jest nieważna. Orzeczenie NSA świadczy o tym, że — wbrew temu, co wypisują niektórzy lokalni polscy publicyści, którzy w każdym sądzie widzą kumpli Šimašiusa — Polak w litewskim sądzie może zwyciężyć. O ile oczywiście ku takiemu zwycięstwu są podstawy prawne, a pozew jest profesjonalnie sporządzony. I to jest wiadomość budująca. Czy orzeczenie NSA oznacza więc, że „Lelewel” wróci do budynku na Antokolu? Obawiam się, że nie. W międzyczasie bowiem cała szkoła przeniosła się już do budynku na Żyrmunach, a jej pomieszczenia na Antokolu zajęły klasy z przepełnionej sąsiedniej szkoły litewskiej. Kolejne przenosiny setek uczniów dwóch szkół z jednego budynku do drugiego są trudne do wyobrażenia. Szczególnie, że w gruncie rzeczy — przynajmniej tak wynika z doniesień medialnych, bo orzeczenie nie jest jeszcze opublikowane — NSA doszukał się w anulowanej decyzji Rady Miasta Wilna jedynie uchybień proceduralnych. Uchybień, które były znane już podczas podejmowania decyzji, które naglasniali przeciwni reorganizacji, ale które obecni włodarze Wilna (i sąd pierwszej instancji) uznali za nieistotne. Mówiąc bardziej kolokwialnie NSA ukarał samorząd za to, o czym i ja, i wiele innych polskich publicystów pisaliśmy od lipca 2015 roku wielokrotnie — za pychę, arogancję i wprowadzanie reorganizacji w życie metodą buldożera. Takie uchybienia proceduralne mogą być jednak naprawione po przez podjęcie nowej, ale de facto identycznej w swoich skutkach do tej z 15 lipca 2015 r., uchwały Rady Miejskiej.
wtorek, 21 lutego 2017
Niemal w samym sercu Kairu, nieopodal monumentalnej cytadeli Salah al-Dina z alabastrowym meczetem, ruch praktycznie nie ustaje ani w dzień, ani w nocy. Przez niewielki most prowadzący na wzgórze Mukattam przejeżdżają codziennie tysiące pikapów i osiołków załadowanych ponad miarę.... odpadami. To właśnie tu działa bowiem nieformalny system zarządzania miejskimi odpadami, przez miejscowych nazywany „Miastem Śmieciarzy”. Śmieci się tu segreguje, spala, przetwarza, układa się w przemyślne konstrukcje o wysokości nawet kilku metrów. A organizacją tego cuchnącego, ale niezbędnego dla blisko 20-milionowego, tonącego w śmieciach miasta, przemysłu, zajmują się Zabbalini – najsłynniejsi śmieciarze na świecie. Zresztą samo określenie „Zabbalin” pochodzi od arabskiego słowa „zibala” oznaczającego śmieci. W zdecydowanej większości są Koptami - największą mniejszością w Egipcie. Mniejszością chrześcijańską w muzułmańskim kraju, a więc nie mającą łatwego życia. Na Mukattam trafili pod koniec lat 60. w wyniku przesiedleń. Szacuje się, że w Kairze mieszka ich dziś około 60 tysięcy i zbierają ponad 60 procent wszystkich miejskich śmieci. Po ich przetworzeniu na Mukattamie, do powtórnego użytku wraca blisko 90 procent. Władze Kairu traktują Zabbalinich trochę jak pariasów lub trędowatych, u szeregowych kairczyków samo pytanie o Mukattam wywołuje grymas wstrętu, a taksówkarze, jeśli już zdecydują się na kurs, każą zazwyczaj wysiąść pasażerom koło bramy dzielnicy. A przecież bez Zabbalinich życie kairczyków zamieniłoby się w śmierdzące piekło. Nie piramidy, nie świątynie w Luksorze czy Abu Simbel, tylko właśnie wizyta na Mukattamie była najbardziej wstrząsającym przeżyciem w czasie mojej niedawnej podróży po Egipcie. Przeżyciem tym ciekawszym, że Mukattam skojarzył mi się nieoczekiwanie z… Wileńszczyzną.
piątek, 17 lutego 2017

„Organizacja Narodów Zjednoczonych zaliczyła Litwę do krajów Europy Północnej!” — przed kilkoma tygodniami grzmiały pełne euforii litewskie media i internetowi komentatorzy. W rzeczywistości ONZ zmieniła naszą pozycję w klasyfikatorze państw i regionów świata z Europy Wschodniej na Północną przed blisko 15 laty, w 2002 roku, a litewskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych od dawna zaleca litewskim dyplomatom podkreślanie, że Litwa jest krajem północnym, a nie wschodnioeuropejskim. Ostatnio ambasadorowie Litwy, Łotwy i Estonii w Berlinie poszli nawet jeszcze dalej i zaapelowali do niemieckich mediów, aby w odniesieniu do państw bałtyckich nie stosowali określenia „republiki postsowieckie"… Pomijając jednak poziom naszego dziennikarstwa, do którego wiadomość sprzed 15 lat dotarła dopiero dzisiaj, trzeba przyznać, że nie bardzo wiadomo, skąd euforia. Mógłbym ją zrozumieć, gdybyśmy na Litwie mieli taki system socjalny jak w Szwecji, takie wynagrodzenia jak w Norwegii, taki szacunek wobec praw mniejszości jak w Finlandii. Mógłbym zrozumieć, gdybyśmy przynajmniej zmierzali w tym skandynawskim kierunku nie tylko za pomocą politycznych deklaracji o tzw. skandynawskiej dymensji, ale i kroków praktycznych, jak Estonia. Tymczasem zaś cała sytuacja z naszym miejscem w Europie Północnej przypomina zaklinanie rzeczywistości i stary rosyjski kawał: На сарае вон чё написано, а там у меня дрова… Podobnie jak i walka z nazwą „kraje postsowieckie”. Bo sowietyzm nie zniknie z naszej mentalności narodowej po przez samą tylko deklarację, że nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy krajem postsowieckim.

środa, 01 lutego 2017
Lubię filmy Emilisa Vėlyvisa. „Redirected” jest chyba najlepszą litewską czarną komedią, jaką kiedykolwiek widziałem. A i podobnym zachodnim produkcjom niewiele ustępuje. Emilis Vėlyvis jest często nazywany litewskim Quentinem Tarantino bądź litewskim Guy’em Ritchiem. Trochę na wyrost, bo z Tarantino łączy go jedynie fakt, że obaj są samoukami, a z Ritchiem – zamiłowanie do kryminalistów, wulgaryzmów i absurdalnego humoru. Mnie Vėlyvis napomina bardziej Władysława Pasikowskiego, który w swoim czasie też sporo od Tarantino zaczerpnął i tworzył w Polsce kino komercyjne, męskie, amerykańskie, a jednocześnie prawdziwie polskie. „Psy” (szczególnie pierwsza część) – to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów o Polsce okresu transformacji ustrojowej. Podobnie „Zero” i „Zero II” Emilisa Vėlyvisa – to najlepsze filmy o Litwie początku XXI wieku. Postsowieckiej Litwie prostytutek, skorumpowanych policjantów i sadystycznych gangsterów, która próbuje stać się Zachodem. Gdy więc przed rokiem Vėlyvis ogłosił, iż w ramach „urlopu twórczego” zamierza nakręcić trzecią część tej serii – odliczałem dni do premiery. Szczególnie, że Vėlyvis – to jeden z najlepszych marketingowców w naszym kinie. Umie dawkować informacje, kampanie reklamowe jego filmów są przemyślane do najdrobniejszych szczegółów, doskonale zaplanowane i wzorcowo przeprowadzone. Po obejrzeniu „Zero III” mam mieszane uczucia. Czarny humor, znani z poprzednich filmów aktorzy oraz scenariusz oparty na litewskich aktualiach – to sprawdzony schemat, który Vėlyvis wykorzystuje w każdym swoim filmie. Tym razem jednak jakoś nie jest śmiesznie. To znaczy widz się śmieje i ty razem z nim, ale przez wszystkie 90 minut masz niepokojące wrażenie, że to wcale nie jest – wbrew temu, co twierdzą anonse i plakaty - komedia, tylko nieco przeszarżowane główne wydanie wiadomości na jakimś litewskim kanale telewizyjnym. Oglądając „Zero” i „Zero II” wiedziałem, że opisują świat, który już przemija, że to takie echa lat 90. „Zero III” – to film o Litwie teraźniejszej, a kto wie, czy nie o Litwie przyszłości.
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Głupota ludzka nie zna granic. Gdy się już wydaje, że osiągnęła tę ostatnią granicę, przekracza ją i przesuwa tę granicę jeszcze dalej. Tylko taki wniosek mogę wyciągnąć na podstawie argumentów przedstawionych dzisiaj (30 stycznia) w wileńskim okręgowym sądzie administracyjnym przez przedstawicielkę rządu na powiat wileński Vildę Vaičiūnienė. W ubiegłym roku mer Wilna Remigijus Šimašius rozpoczął realizację jednej ze swoich obietnic przedwyborczych złożonych w Polskim Klubie Dyskusyjnym — na niektórych ulicach Wilna obok oficjalnych nazw ulic w języku litewskim pojawiły sie ozdobne (nieoficjalne) tabliczki z nazwami najpierw w języku islandzkim i angielskim, następnie zaś polskim, rosyjskim, tatarskim, karaimskim, niemieckim i innych. Społeczeństwo wileńskie — niezależnie od narodowości i orientacji politycznej — przywitało inicjatywę mera bardzo pozytywnie i entuzjastycznie. Przeciwko byli tylko litewscy i… polscy narodowcy. Okazało się, że znaleźli też wpływowego sojusznika w osobie nadgorliwej przedstawicielki rządu na powiat wileński, której nie przeszkadzały jakoś przez pół roku tabliczki po islandzku i angielsku, ale gdy pojawiły się w językach polskim i rosyjskim — natychmiast przeszła do ataku. We wrześniu ub.r. Vaičiūnienė zażądała od samorządu miasta Wilna usunięcia wszystkich tabliczek z nielitewskimi nazwami ulic w ciągu 10 dni, a ponieważ Wilno odmówiło wykonania nakazu — zwróciła się w tej sprawie do sądu. Z odsieczą przedstawicielce rządu przyszli, oczywiście, Inspekcja Języka Państwowego i Państwowa Komisja Języka Litewskiego (przewodnicząca tej ostatniej, co prawda, wcześniej przyklasnęła pomysłowi Remigijusa Šimašiusa, ale najwyraźniej zmieniła zdanie i dziś argumentuje, ze była to tylko jej prywatne opinia). Dziś sąd rozpoczął rozpatrywanie sprawy.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69