Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
czwartek, 13 kwietnia 2017
Krew mnie zalewa, gdy czytam narzekania na ćwiczenia przeprowadzone we wtorek (11 kwietnia) w Solecznikach. Ach, ach, jakie to politycznie niepoprawne, że ćwiczenia odbyły się na Wileńszczyźnie! O mój Boże, jakie to dyskryminacyjne, że to właśnie w zamieszkałych przez Polaków Solecznikach ogłoszono na potrzeby ćwiczeń „republikę ludową”! Ośmieszyliśmy sie przed całym światem (bo tak podała kremlowska telewizja NTV)! Oczywiście należało je przeprowadzić w Balberiškės. Pojawienie się bowiem tam „zielonych ludzików” i ogłoszenie „republiki ludowej” nikogo by nie uraziło i nie zakrawałoby na cyrk. A najlepiej w ogóle nie przeprowadzać takich ćwiczeń albo przeprowadzać je w sztabie na mapach i przebywać w przekonaniu o własnej niezwyciężalności. Krytycy nie chcą dostrzec, że na tym właśnie polega sedno zarządzonych przez ministra spraw wewnętrznych Eimutisa Misiūnasa ćwiczeń, iż maksymalnie przypominały sytuację rzeczywistego zagrożenia. Zgodnie ze scenariuszem wydarzeń, oddziały „zielonych ludzików” nielegalnie przekroczyły granicę i zajęły komisariat w centrum Solecznik, „zabijając” lub unieszkodliwiając większość funkcjonariuszy. O ćwiczeniach zawczasu zostało poinformowane tylko dowództwo policji, Służby Ochrony Granicy Państwowej i Służby Porządku Publicznego. Szeregowi funkcjonariusze zostali zaskoczeni totalnie i reagowali dokładnie tak, jak zareagowaliby w sytuacji, gdyby prawdziwi dywersanci przekroczyli granicę litewsko-białoruską. Autentyczna była i reakcja lokalnych mieszkańców. Ćwiczenia wykazały, iż istnieją potężne luki w wyszkoleniu i uzbrojeniu policjantów. Potężne są też braki w koordynowaniu działań poszczególnych służb i przepływie informacji pomiędzy różnymi ośrodkami decyzyjnymi. Godzinny marsz uzbrojonego po zęby oddziału nie wzbudził też żadnych wątpliwości u miejscowych mieszkańców.
wtorek, 11 kwietnia 2017
Wygląda na to, że odnaleziony przez profesora Liudasa Mažylisa oryginał Aktu Niepodległości Litwy z 16 lutego 1918 roku czyni cuda. Pod Aktem stoi bowiem podpis litewskiego Polaka Stanisława Narutowicza z zakazanymi w obecnej Litwie „cz” oraz „w”. I ten fakt – okazuje się, że można mieć „w” w nazwisku i być prawdziwym litewskim patriotą - najwyraźniej przekonał niezdecydowanych posłów do złożenia swoich podpisów pod projektem Ustawy o pisowni imion i nazwisk, złożonym w ubiegłym tygodniu pod obrady litewskiego parlamentu przez byłego premiera i obecnego przewodniczącego parlamentarnej grupy Trzeciego Maja Andriusa Kubiliusa. Projekt zezwala na oryginalny zapis nielitewskich imion i nazwisk z użyciem nie tylko dwuznaków, ale i nieistniejących w litewskim alfabecie literek Q, X i W. Projekt poparło 70 posłów. Połowa litewskiego Sejmu! Praktycznie z wszystkich frakcji sejmowych: konserwatyści, liberałowie, socjaldemokraci i chłopi. Gediminas Kirkilas, Gabrielius Landsbergis i premier Saulius Skvernelis. Ten ostatni osobiście zaangażował się w zbieranie podpisów pod projektem we frakcji Litewskiego Związku Chłopów i Zielonych, i połowa posłów tej frakcji projekt poparła, mimo iż jest sprzeczny z oficjalnym programem partii, który głosi „żadnych ustępstw Polakom”. Po raz pierwszy w litewskim parlamencie pojawiła się większość pozwalająca na przyjęcie Ustawy o pisowni imion i nazwisk, a biorąc pod uwagę, że pod projektem się nie podpisali, ale obiecują mu poparcie w głosowaniu, posłowie AWPL-ZChR – jest to większość wystarczająca nawet do odrzucenia możliwego prezydenckiego weta.
piątek, 07 kwietnia 2017
Tzw. prawo Szota brzmi: Liczba donosów w stylu „Radia „Znad Wilii” prosimy nie finansować”, kierowanych do posłów, senatorów i polityków w Polsce przez polityków AWPL-ZChR, jest wprost proporcjonalna do bliskości dnia podziału przez Warszawę kasy na media polskojęzyczne na Litwie. Już wkrótce ten okres przesilenia wiosennego będziemy mieli za sobą i można będzie przyglądać się osiągnięciom polskich mediów na Litwie bez większych emocji. W tym celu polecam skorzystać z jednej z aplikacji webowych. Moją ulubioną jest ostatnio SimilarWeb.com. Raz że jest za darmo, dwa, że niezwykle łatwa w obsłudze. Wystarczy wpisać adres strony WWW, zatwierdzić i przeanalizować wyświetlone wyniki. Z jego to właśnie danych jednoznacznie wynika, że niekwestionowanym liderem wśród portali internetowych w języku polskim na Litwie jest nadal zw.lt. Miejsce drugie należy do l24.lt, który bardzo szybko traci pozycje - stracił blisko 40 tys. czytelników wciągu ostatnich 6 miesięcy. Różnica pomiędzy nim i zw.lt to jednak ponad 10 tysięcy czytelników. Pozostale media raczej mają stabilne czytelnictwo. Miejsce trzecie dierży wilnoteka.lt, która jednak w porównaniu z liderem ma czytelników prawie o połowę mniej. Natomiast kurierwilenski.lt, który przed 10 laty i zapoczątkował swego rodzaju modę na portale internetowe na Wileńszczyźnie, jest dopiero czwarty.
środa, 05 kwietnia 2017
Ryzykując kolejne oskarżenia o bycie agentem Saugumy, uważam, że tegoroczny raport litewskiego wywiadu i kontrwywiadu na temat zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego, jest w zasadzie realistycznym spojrzeniem na sytuację geopolityczną. Nie zawiera, co prawda, materiałów sensacyjnych. Islamski terroryzm, grupy prawicowych i lewicowych radykałów, kremlowska propaganda, wzmożona działalność rosyjskich i białoruskich służb wywiadowczych, cyberataki — przed tymi wszystkimi zagrożeniami ostrzegały nas raporty służb specjalnych i przed rokiem, i przed dwoma laty. Jedynym nieprzyjemnym zgrzytem jest kawałek o „wyjątkowych prawach”. W raporcie można bowiem przeczytać, iż „Rosja dąży do wciągnięcia do agendy polityki wobec swoich sooteczestwiennikow także postulatów nadania polskiej społeczności na Wileńszczyźnie wyjątkowych praw. Gdyby takich wyjątkowych praw udzielono wspólnocie polskiej, stworzyłoby to podstawy dla Rosji i jej grup wpływu do żądania takich samych praw, a następnie i specjalnego statusu dla wspólnot rosyjskich we wszystkich krajach bałtyckich. Te rosyjskie dążenia potwierdza współpraca polityczna pomiędzy sooteczestwiennikami, nadzorowanymi przez ambasadę Rosji w Wilnie, i działaczami reprezentującymi wspólnotę polską na Wileńszczyźnie.” Zabrzmiało to tak, jakby Departament Bezpieczeństwa Państwowego przestrzegał np. przed oryginalną pisownią polskich imion i nzwisk. Dyrektor Departamentu Darius Jauniškis, co prawda, natychmiast wyjaśnił, że mówiąc o „wyjątkowych prawach”, jego instytucja nie miała na myśli pisowni nazwisk, tylko „ewentualne zagrożenie separatyzmem”, ale jakiś nieprzyjemny osad pozostał. Należało to bowiem wyjaśniać nie post factum, tylko w samym raporcie.
poniedziałek, 03 kwietnia 2017
Gdy w sobotę, nomen omen 1 kwietnia, usłyszałem wiadomość, iż przedstawicielka rządu na powiat wileński Vilda Vaičiūnienė zamierza zbadać decyzję Rady Samorządu Rejonu Wileńskiego o nadaniu jednej z ulic we wsi Pustołówka imienia Tadeusza Konwickiego pod kątem możliwych „zagrożeń dla porządku publicznego”, wydało mi się, że to może i nie najwyższych lotów, ale żart primaaprilisowy. Niestety nie jest to żart. Vaičiūnienė całkiem serio stwierdziła dzień wcześniej podczas posiedzenia rady samorządowej: „Tadeusz Konwicki jest to postać kontrowersyjna, gdyż należała do AK, która nie uznawała faktu zwrócenia Wilna Litwie, walczyła z litewskością w Litwie Wschodniej i przygotowywała się do ponownego oderwania Wilna i zagrażała litewskiej suwerenności. Ponadto nie mamy informacji o zasługach tej osoby dla Litwy.” Prezydent Valdas Adamkus, gdy w 2006 roku odznaczył Tadeusza Konwickiego Krzyżem Komandorskim Orderu za Zasługi dla Litwy, takich wątpliwości nie miał. Ale najwyraźniej Valdas Adamkus dla Vaičiūnienė, która już zasłynęła jako bojowniczka z dekoracyjnymi dwujęzycznymi tabliczkami w Wilnie, to żaden autorytet. Dla niej autorytetem jest raczej opozycyjny radny tegoż samorządu Gintaras Karosas, który i rozpętał przed kilkoma dniami histerię wokół ulicy Tadeusza Konwickiego. „Tadeusz Konwicki działał w Armii Krajowej, a uczestnictwo w takich organizacjach, jak Armia Krajowa pozostawia piętno na całe życie” – uważa Karosas, który zresztą nie po raz pierwszy trafia na łamy mediów z uwagi na swoje antypolskie i nacjonalistyczne wypowiedzi. Przy okazji warto też sprostować powielaną przez polskie media informację o tym, iż radny Gintaras Karosas jest liberałem, bo nie jest. Został rzeczywiście wybrany z listy Koalicji Centroprawicowej, którą utworzyli w 2015 roku w rejonie wileńskim konserwatyści i liberałowie, ale „od zawsze” był i nadal jest związany właśnie z konserwatystami, a nie Ruchem Liberałów. Co zresztą nie oznacza, że przedstawiciel liberałów w samorządzie rejonu wileńskiej Artūras Želnys w tej sprawie zachował się dużo lepiej.
piątek, 31 marca 2017
Gdy się poczyta polskie media, może powstać wrażenie, że pokazy „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego w Wilnie przeszły w atmosferze konfrontacji, sporów, pikiet i nagonki ze strony Litwinów i Ukraińców. Jest to jednak wrażenie błędne. Rzeczywiście film został dostrzeżony, wywołał dyskusję, ale generalnie wypowiedzi na jego temat były bardzo stonowane. Owszem dwie (z 19 działających na Litwie!) organizacje ukraińskie, o których nikt za bardzo nic nie wie, wystosowały do organizatorów pokazu pisemny protest. Nie było jednak pikiet, strajków okupacyjnych i rzucania jajkami czy granatami. Natomiast odbyła się spokojna i merytoryczna dyskusja z udziałem prof. Grzegorza Motyki, dr. Wołodymyra Wiatrowycza oraz litewskiego historyka prof. Alvydasa Nikžentaitisa i publicysty Rimvydasa Valatki. W ogóle „Wołyniowi” poświęca się jednak na Litwie stosunkowo niedużo uwagi, chociaż sale są pełne. I słychać na nich polską mowę, co niestety na pokazach polskich filmów w Wilnie nie jest rzeczą częstą. Po obejrzeniu wczoraj „Wołynia" mam mieszane uczucia. Na pewno nie jest to film antyukraiński, jak twierdzą Ukraińcy. Nie jest to też film, który pokazuje, że każdy nacjonalizm jest zły, jak chce jego autor. Jest to film próbujący spojrzeć na tragedię wołyńską obiektywnie, ale oczyma Polaka. I polski reżyser ma do tego prawo. Podobnie jak ukraiński reżyser chyba miałby prawo nakręcić ten film nieco inaczej. Bardzo lubię filmy Wojciecha Smarzowskiego. Uważam go za jednego z najciekawszych, najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów polskich, ale z jego filmow historycznych jednoznacznie wolę „Różę", która opowiada pewną ludzką historię niż „Wołyń", który na skutek niekończącego się ważenia argumentów, proporcji i racji, popadł w... banał. Wbrew sloganowi reklamowemu nie jest to „film o miłości w nieludzkich czasach", tylko przydługą rekonstrukcja wydarzeń historycznych. Historia Zosi Głowackiej-Skiby, która próbuje przeżyć w piekle, jest tylko tłem do przedstawienia podręcznikowych prawd. Podręcznik - to jednak słaby scenariusz, więc „Wołyń" staje się przez to filmem z tezą, tylko tezą banalną, że zło rodzi zło.
poniedziałek, 27 marca 2017
O problemie oryginalnej pisowni polskich imion i nazwisk na Litwie Warszawa z Wilnem dyskutuje od blisko 27 lat. Złożono już w tej kwestii mnóstwo obietnic i wyjaśnień, ale nie udało się problemu rozwiązać. Co gorsza piszący i debatujący na ten temat bardzo często nie mają zielonego pojęcia o co w tym sporze chodzi. Na Litwie z jednej strony istnieje przeświadczenie, iż Polacy próbują wprowadzić do języka litewskiego „polskie literki” (co oczywiście, zdaniem narodowych językoznawców, oznaczałoby ostateczny krach i języka, i narodu litewskiego), z drugiej zaś równie powszechnie — nawet w środowiskach Polakom przychylnych — się uważa, że jest to tylko problem trzech liter: Q, X i W oraz woli politycznej. Ani jedno, ani drugie uogólnienie nie jest prawdziwe. W Polsce natomiast panuje powszechne przeświadczenie, że Litwini ustawowo lituanizują imiona i nazwiska Polaków na Litwie. Co również nie jest prawdą. „W paszportach, dowodach osobistych i oficjalnych pismach spolegliwi urzędnicy litewskiej administracji wykoślawiali na swoją modłę stare polskie nazwiska i imiona dodając litewskie końcówki męskie bądź żeńskie w zależności od płci delikwenta. I tak np. moje nazwisko według przepisów uchwalonych przez wileński Sejm brzmiałoby Andrius Potockas. Nadgorliwcy litewscy, których naprawdę wielu nosiło polskie nazwiska tłumaczyli jeszcze na swój język rzeczownik, od którego nazwisko pochodzi. Ponieważ po litewsku potok, strumyk nazywa się upokšnis, to gdybym posiadał litewskie zacietrzewienie nacjonalistyczne zażyczyłbym sobie by w moich dokumentach wpisywać Andrius Upokšnisas, gdzie końcówka „as” wskazuje na rodzaj męski. Natomiast moja małżonka nosiłaby nazwisko po mężu Upokšniskaite. Analogicznie „kaite” określa jako końcówka rodzaj żeński” — napisał ostatnio na przykład na łamach portalu wpolityce.pl Andrzej Potocki, publicysta tygodnika „W Sieci”. I, oczywiście pomylił się praktycznie we wszystkim.
czwartek, 23 marca 2017
Obejrzałem wczoraj nareszcie „Powidoki” Andrzeja Wajdy. Ostatni film Mistrza. Powiem szczerze: nie przekonał mnie. Niewątpliwie kolejna świetna rola Bogusława Lindy, ale scenariusz jednak zbyt schematyczny. Władysław Strzemiński jawi się w nim jako niezłomny bohater, stawiający twardy opór komunistycznemu aparatowi, nawet za cenę utraty pracy oraz środków do życia i tworzenia. Każdy kto chociaż pobieżnie zna jego biografię, wie, że nie była tak jednoznaczna. Zresztą Andrzejowi Wajdzie najwyraźniej nie chodzilo o film biograficzny, tylko o film z tzw. tezą. Pod koniec życia Andrzej Wajda, który w swoim czasie poszedł z Systemem na wiele kompromisów, aby mieć szansę tworzyć i żyć, postanowił nakręcić swój artystyczny testament — jak ma się zachować artysta wobec totalitaryzmu. I w tym sensie jest to film ważny, chociaż jak każda opowieść o bohaterach niezłomnych — powtórzę się — schematyczny. Jednak nie zamierzam pisać recenzji na film, bo też i szansy na to, że go w Wilnie jeszcze zdążycie obejrzeć praktycznie nie ma. Po zaledwie dwóch tygodniach od wejścia do normalnej dystrybucji kinowej, film schodzi z afisza. Z braku zainteresowania wśród widzów. Wczoraj akurat na sali nie było tragicznie, ale i tłumów nie było. Na poprzednich pokazach, jak wynika z relacji znajomych, było gorzej. Od kilku dni toczą się więc na portalach społecznościowych dyskusje: dlaczego? Wersje padają różne, więc spróbuję przedstawić też własną. Moim zdaniem przyczyny pustych sal na pokazach (nie tylko) „Powidoków” są trzy.
wtorek, 21 marca 2017
Kilka miesięcy temu Kostek Gryniewicz – tak jak my wszyscy – żył w biegu. Zawsze wesoły, pełen pomysłów na życie, otoczony kochająca rodzina i przyjaciółmi. Początkowo więc nie zwracał uwagi na sporadyczne poranne bóle głowy – każdemu się przecież zdarza. Aż sytuacja zaczęła gwałtownie się pogarszać... Zdiagnozowano u Kostka glejak wielopostaciowy, który został zoperowany. Po operacji Konstanty przeszedł kurs radio i chemioterapii, i ta ostatnia okazała się niestety nieskuteczna. Najnowsze zdjęcia rezonansu magnetycznego potwierdziły wznowienie się choroby. Nowe leczenie zaproponowane przez lekarzy kosztuje blisko 20 tysięcy euro i… nie jest refundowane z Litewskiej Kasy Chorych. Rodziny Kostka nie było stać na taki wydatek. Zwróciła się więc o pomoc do przyjaciół, znajomych, ludzi dobrej woli. Pojawiła się internetowa inicjatywa „Szansa na życie”. I stał się cud. Zaledwie w kilka tygodni zebrano ponad 15 tysięcy euro! W ramach prywatnej zbiórki, imprezy Polskiego Klubu Dyskusyjnego oraz koncertu charytatywnego „Walę tynki dla Kostka”. W najbliższą sobotę, 25 marca, w polskiej galerii artystycznej „Znad Wilii” odbędzie się kolejny etap tej akcji charytatywnej, organizowany przez żonę Kostka Irenę i spiritus movens różnych akcji charytatywnych i artystycznych na Wileńszczyźnie dziennikarkę Ewelinę Mokrzecką, podczas którego zostanie podjęta próba zebrania niedostających 5 tysięcy. Odbędzie się aukcja obrazów, grafik i fotografii polskich artystów z Wilna: Roberta Bluja, Rafała Piesliaka, Patrycji Bluj-Stodulskiej, Zbigniewa Siemienowicza, Bartosza Frątczaka oraz Daniela Samulewicza.
środa, 15 marca 2017
Przed przeszło tygodniem Zarząd Sejmu Republiki Litewskiej zatwierdził sześć priorytetów dyplomacji parlamentarnej na rok 2017. Nie znalazły się wśród nich stosunki z Polską. Nie oznacza to, że Polsce w ogóle nie udzielono uwagi — litewscy parlamentarzyści zapowiadają na jesieni br. wizytę w Polsce, a także aktywizację działalności polsko-litewskiego i polsko-litewsko-ukraińskiego zgromadzeń parlamentarnych (m.in. zapowiadana jest wspólna wizyta polskich i litewskich parlamentarzystów na Ukrainie, a także wspólne wizyty parlamentarzystów z Litwy, Polski i Ukrainy w Berlinie i Waszyngtonie). Jednak kierunek warszawski w litewskiej polityce zagranicznej przestaje powoli być najważniejszym. Pośrednio potwierdza to i zatwierdzony w poniedziałek (13 marca) plan realizowania programu rządowego. W nim — urzeczywistniając V. rządowy priorytet („Bezpieczne państwo”) — przewidziano prace na rzecz „formowania pozytywnej agendy współpracy z Polską, uwzględniając wspólne interesy w dziedzinie bezpieczeństwa i gospodarki” (m.in. powołanie międzyrządowej rady współpracy, wciągniecie Polski do formatu NB8, organizowanie dwustronnych spotkań na najwyższym poziomie), ale większość tych działań planuje się dopiero na rok… 2020! Nieco wcześniej, bo na schyłek roku 2018, rząd zapowiada polepszanie bazy prawnej dotyczącej praw mniejszości narodowych. Warszawa już dawno zrezygnowała z aktywności na kierunku litewskim, a obecnie i Litwa najwyraźniej traci resztki sentymentów do „strategicznego partnerstwa”. W tej sytuacji stosunki polsko-litewskie stają się rzeczywiście stosunkami wewnątrzlitewskimi, a jedyną nadzieję na jakieś pozytywne zmiany w tych stosunkach pozostaje pokładać nie w negocjacjach Warszawy z Wilnem i vice versa, tylko w inicjatywach intelektualistów, organizacji pozarządowych i litewskich polityków. Na szczęście takie inicjatywy już się pojawiają.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69