Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 25 września 2017
„Nacjonalizm – to absurd” – powiedział podczas ostatniego spotkania w Polskim Klubie Dyskusyjnym znany polski pisarz i publicysta Piotr Zychowicz. Trudno nie przyznać mu rację, gdy się widzi jak – przerażeni możliwością odwilży w stosunkach między Polską i Litwą - polscy i litewscy nacjonaliści się jednoczą w celu psucia tych stosunków. Po litewskiej stronie zaktywizowała się ostatnio Tłoka przeciwko oryginalnemu zapisowi nielitewskich nazwisk, po polskiej pikietę pod ambasadą RL w Warszawie zapowiada Młodzież Wszechpolska. Polskich i litewskich nacjonalistów łączy też chęć niszczenia tych, których uważają za zagrożenie dla swojej polityki skłócania Polaków i Litwinów. Tak się składa, że za takie zagrożenie i jedni, i drudzy uważają także mnie. Przed dwoma tygodniami oburzał się na zgłoszone przeze mnie na festiwalu dyskusji w Birsztanach postulaty poszanowania praw mniejszości narodowych portal litewskich narodowców alkas.ru. Według ich publicysty postulat zapewnienia mniejszościom komfortowych warunków – to… szkalowanie Litwy. W ubiegłym tygodniu zarzuty zdrady stawiał mi odpowiednik alkasa po stronie polskiej – portal kresy.ru. Tym razem poszło o mój udział w spotkaniu działaczy polskich z Litwy z delegacją polskich parlamentarzystów, które odbyło się 17 września. Kresy.ru próbują przedstawić spotkanie jako swojego rodzaju benefis Roberta Winnickiego, który zaorał „ugodowców” wezwaniem do „twardego żądania zaprzestania lituanizacji i spełnienia naszych oczekiwań” i „zebrał burzę braw od zgromadzonych”. Być może tak i było na jakimś spotkaniu, które w tym samym czasie odbyło się w jakimś innym wymiarze. W Wilnie nic podobnego się nie wydarzyło. Byłem na tym spotkaniu, więc mogę poświadczyć, iż nie było na nim niczego szczególnie emocjonującego. Owszem było trochę chamstwa w wykonaniu Roberta Winnickiego, który najpierw na spotkanie się spóźnił, a następnie bezpardonowo przerywał każdemu, kto mówił nie to, co poseł chciał usłyszeć. Jednak jego wystąpienie było w sumie nijakie i ogólnikowe, sprowadzające się do tradycyjnej mantry o twardej linii wobec Litwinów bez konkretów. I z powszechnym aplauzem nie przesadzałbym – Winnickiemu brawa biła co najwyżej jedna trzecia zebranych, skupionych wokół Renaty Cytackiej.
wtorek, 19 września 2017
Litewskie Ministerstwo Łączności ogłosiło przetarg publiczny na dostarczenie usługi nadawania na Wileńszczyźnie trzech kanałów polskich telewizji. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem zwycięzca przetargu zostanie wyłoniony w grudniu, a od 1 lutego 2018 roku trzy polskie telewizje powrócą na ekrany litewskich odbiorników telewizyjnych. Powrócą po 24 latach. W 1994 roku władze Telewizji Polskiej podjęły decyzję o wycofaniu się z nadawania TVP 1 na Litwie. Litewskie władze wówczas ochoczo tej decyzji przyklasnęły w nadziei, iż litewscy Polacy zaczną masowo oglądać telewizje litewskie. Stało się jednak inaczej – miejsce TVP w telewizorach Polaków na Litwie zajęły kanały rosyjskie. Na skutki takiego stanu rzeczy nie trzeba było długo czekać – dziś Putin cieszy się na Wileńszczyźnie olbrzymią popularnością, a język rosyjski świeci tryumfy. Powrotu polskich telewizji na litewskie ekrany nie należy traktować w kategoriach panaceum na te problemy, ale niewątpliwie jest to jeden z pierwszych kroków, mających na celu przeciwdziałanie kremlowskiej propagandzie w sposób praktyczny, a nie teoretyczny. Interesujące, że wynikający nie z zabiegów Akcji Wyborczej Polaków na Litwie-Związku Chrześcijańskich Rodzin. Pierwszy apel o wznowienie nadawania na Litwie polskich telewizji wystosował do władz Polski i Litwy w maju 2015 roku Polski Klub Dyskusyjny. PKD następnie konsekwentnie o to zabiegał, organizował dyskusje publiczne i nieformalne z litewskimi decydentami, politykami i dziennikarzami, publikował teksty w mediach polskich i litewskich. W ubiegłym roku dzięki tym zabiegom postulat wznowienia nadawania na Litwie polskich telewizji znalazł się najpierw w programie wyborczym litewskich konserwatystów, a następnie w programie działania założonej przez Andriusa Kubiliusa, ale zrzeszającej posłów z wszystkich frakcji sejmowych, tymczasowej grupy parlamentarnej im. Trzeciego Maja. Na początku roku bieżącego pomysłowi przyklasnął premier Saulius Skvernelis, rozpoczęły się rozmowy z Warszawą, a teraz już jesteśmy na prostej. Litewski rząd przeznacza w przyszłym roku na ten cel 350 tys. euro czyli blisko 1,5 miliona złotych. AWPL-ZChR dopiero w maju 2017 roku zaangażowała się w ten proces, zgłaszając pomysł nadawania na Litwie… internetowej TVP Parlament i nieistniejącej TVP Religia. Dobre zresztą, że w ogóle zaangażowała, bo jak dotychczas była bardziej znana z obrony i hojnego finansowania telewizji rosyjskojęzycznych.
wtorek, 12 września 2017
Każdego roku, w czerwcu, do Visby, stolicy szwedzkiej wyspy Gotlandii, przybywa kilkadziesiąt tysięcy osób, aby wziąć udział w festiwalu Almedalen. Festiwal jest organizowany od 1982 r. (chociaż tradycyjnie wiąże się go z jeszcze wcześniejszymi wystąpieniami Olofa Palme z drugiej połowy lat 60-tych XX w.). W trakcie jednego tygodnia odbywa się kilka tysięcy debat, seminariów, dyskusji, projekcji i innych eventów. Almedalen jest jednym z najważniejszych wydarzeń politycznych w Szwecji, skupiającym polityków, dziennikarzy, naukowców i aktywistów nie tylko z całego kraju, ale i z całego świata. Porównać je można do szwajcarskiego Davos czy polskiej Krynicy. W tym roku postanowiono przenieść szwedzkie doświadczenia na grunt litewski i 8-9 września zorganizowano w Birsztanach podobny festiwal dyskusji pod nazwą „Būtent” czyli „Dokładnie”. Almadalen — to jeszcze nie jest, było sporo chaosu organizacyjnego, ale „Būtent” zgromadził ponad 200 prelegentów i kilka tysięcy uczestników, którzy wzięli udział w ponad 70 dyskusjach podzielonych na 6 bloków tematycznych. Wśród prelegentów byli m.in. Edward Lucas, Arnoldas Pranckevičius, Donatas Puslys, Justinas Žilinskas, Nerija Putinaitė. Byli liderzy wszystkich partii parlamentarnych, od konserwatystów po socjaldemokratów. Nie zabrakło w Birsztanach i przedstawicieli mniejszości narodowych. W debacie liderów partii parlamentarnych wzięła udział Rita Tamašunienė, w debacie dziennikarzy - szefowie Radia „Znad Wilii"/zw.lt Mirosław Juchniewicz i Antoni Radczenko, dwie dyskusje — o mniejszościach narodowych oraz o relacjach polsko-litewskich — zorganizował Polski Klub Dyskusyjny. W tej pierwszej wziąłem — obok politologa i publicysty Karolisa Dambrauskasa i dziennikarza Olega Jerofiejewa — udział i ja jako prelegent.
wtorek, 05 września 2017
Przyszedł wreszcie czas na Białoruś. Wiem, że to brzmi zaskakująco, ale po raz pierwszy wybrałem się do naszego wschodniego sąsiada dopiero w sierpniu br. Przed kilkoma miesiącami powstał w naszych z Pacem głowach pomysł odwiedzenia rodzinnych stron naszego dziadka, który urodził się na wschodzie Białorusi, we wsi Małaja Bahaćkauka. Do Bahaćkauki GPS poprowadził nas takimi dróżkami, że czasami w dżungli traw i chaszczy nie było widać nawet śladów koleiny. Ale jednak trafiliśmy. Sięgająca co najmniej XVIII w. wieś okazała się dokładnie taką, jak w opowiadaniach dziadka, który uciekł z niej po wojnie przed nędzą i nigdy w ojczyste strony nie powrócił. Kilka zapadłych chat, sześciu stałych mieszkańców w kilku bardziej zadbanych gospodarstwach, tonące w chaszczach i brzozach porzucone cmentarzyki z pomalowanymi na niebiesko krzyżami bez żadnych tabliczek. Autobus z odległego o 30 km Mścisławia przyjeżdża tu dwa razy na tydzień. W jednej z bardziej zadbanych chat jest muzeum klasyka białoruskiej literatury, krytyka literackiego, językoznawcy i działacza społecznego Maksima Hareckiego. O swoim wybitnym krajanie ani dziadek, ani pradziad nigdy nam nie opowiadali, a przecież musieli się znać. Przynajmniej pradziad na pewno, bo pochodzili nie tylko z tej samej wsi, ale i z bliskich roczników. Zainteresowała mnie więc historia Maksima Hareckiego i po kilku tygodniach szperania po Internetach chciałbym ją tutaj przedstawić, szczególnie, że był on — jak większość białoruskich literatów XX w. — przez pewien dłuższy okres z Wilnem związany.
piątek, 01 września 2017
Gdy przed 2 laty, moderując dyskusję na temat oświaty polskiej na Litwie w Polskim Klubie Dyskusyjnym, powiedziałem, iż w rejonie wileńskim do polskich szkół uczęszcza 8 z 9 dzieci z polskich rodzin, w rejonie solecznickim - 2 z 3, a w Wilnie zaledwie 1 z 3, zostałem okrzyknięty (przez walnie zgromadzony aktyw AWPL-ZPL) kłamcą… Whatever bo dzisiaj o tym samym mówi już nie jakiś Radczenko, tylko sam Józef Kwiatkowski: zaledwie jedno z trojga dzieci z polskich rodzin z Wilna uczęszcza do szkoły polskiej. „W Wilnie nie ma możliwości bezpośredniego dotarcia do polskich rodzin. O ile w podwileńskich rejonach Polacy mieszkają w zwartych skupiskach, gdzie wszyscy się z reguły znają, w Wilnie Polacy są rozproszeni, mają sąsiadów Litwinów, pracują też raczej w środowisku litewskim. (...) Do polskich szkół trafiają więc tylko dzieci z takich rodzin, które same się zgłosiły. (…) Przekonać rodziców do oddania dziecka do polskiej szkoły może tylko jej wysoki poziom. Szkoła polska jest dobra i konkurencyjna - niby tyle o tym mówimy, piszemy o tym, ale informacja ta nadal nie do wszystkich dociera" — wyjaśnia Józef Kwiatkowski. Panie, tyle to i ja mogę powiedzieć! Ba, od lat prawie takimi samymi słowami i mówię! Jednak po prezesie Macierzy Szkolnej oczekujemy nie bon motów, tylko strategii, jak tę sytuację zmienić. Jeśli informacja o „dobrej i konkurencyjnej polskiej szkole” nie do wszystkich dociera — to znaczy, że kanały jej przekazywania zostały źle dobrane. Być może już najwyższy czas wyjść z getta polskojęzycznych mediów, czytanych prze śladowe ilości Polaków na Litwie, i zacząć docierać do rodziców za pomocą mediów litewsko- i rosyjskojęzycznych? Jeśli w Wilnie nauczyciele nie mogą lub nie chcą (jak w rejonach wileńskim i solecznickim) chodzić po domach i zachęcać do oddawania dzieci do polskiej szkoły, być może warto pomyśleć nad stworzeniem targów szkół polskich w Wilnie? Zamiast pakować kasę w dożynki — zróbmy np. w Zakrecie atrakcyjne święto polskiej szkoły, na którym rodzice i dzieci mogliby się zabawić, a jednocześnie porozmawiać z nauczycielami i dyrektorami, zapoznać się z osiągnięciami i programami nauczania polskich placówek szkolnych. A zapoznać się — szczególnie z ofertą programową — warto. Bo jak się okazuje w różnych polskich szkołach, jest… różna.
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Obecnie się uważa, że na napięcie w stosunkach polsko-litewskich w międzywojniu najbardziej rzutował problem państwowej przynależności Wilna. Niewielu jednak dziś już pamięta, ze nie mniej poważnym cierniem w tych stosunkach był już obecnie nieco zapomniany epizod z przełomu sierpnia/września 1919 roku, który kto wie, czy nie wzbudził w Litwinach większych wątpliwości, co do polskich intencji niż „bunt” Żeligowskiego. W kwietniu 1919 r., Polska zajęła Wilno. Litwini uważali miasto za swoją historyczną stolicę oraz integralną część Litwy, podczas gdy dla Polaków, którzy stanowili większość jego mieszkańców, było miastem polskim. Tymczasem Józef Piłsudski wysłał do Kowna Aleksandra Lednickiego, aby wybadał możliwość zawarcia z Litwą unii: „Jedź pan do Kowna - Litwa jak ta kurwa, leży i czeka kto ją weźmie". Mylił się, Litwini do unii się nie palili. Gdy rozmowy z litewskim rządem Mykolasa Sleževičiusa zaszły w ślepy zaułek, pojawił w lipcu 1919 r. się w Warszawie — jak się wówczas wydawało genialny — pomysł osadzenia w Kownie bardziej przychylnego unii polsko-litewskiej rządu. Polskiemu wywiadowi udało się wciągnąć do współpracy kilku litewskich (sowicie opłacanych) aktywistów. Problem polegał na tym, iż nie mieli oni żadnego oparcia ani w masach, ani w wojsku. Początkowy plan więc zmodyfikowano — coup d’etat postanowiono przeprowadzić siłami kowieńskiego oddziału Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) w nocy z 28 na 29 sierpnia 1919 r. Spiskowcy mieli przejąć kontrolę nad Kownem i utrzymać je do czasu przybycia regularnych wojsk polskich, które miały zostać wezwane do ochrony miasta. Taryba oraz rząd Litwy miały zostać obalone i zastąpione przez gabinet nastawiony propolsko. Dyktatorem nowego rządu litewskiego miał zostać gen. Silvestras Žukauskas, a szefem władz cywilnych Stanisław Narutowicz. Stanowiska w nowym rządzie zamierzano powierzyć Mykolasowi Biržišce, Jonasowi Vileišisowi, Steponasowi Kairysowi oraz Juozasowi Tūbelisowi. O „genialności” planu świadczy fakt, iż ani przyszły dyktator, ani szef władz cywilnych, ani przyszli ministrowie nic o planowanym zamachu stanu nie wiedzieli. Wiedziały natomiast o nim litewskie służby specjalne. Wiedziały dzięki pięknym Litwinkom i zakochanym w nich polskim oficerom.
wtorek, 22 sierpnia 2017
23 sierpnia 1991 roku na placu Łukiskim w Wilnie zebrał się tłum mieszkańców i gości litewskiej stolicy. Przed dwoma dniami upadł moskiewski pucz Janajewa i Litwa odzyskała pełnię niepodległości. Państwa z całego świata prześcigały się, które szybciej uzna litewska niepodległość. Litewski Sajūdis zwołał wiec mający nie tylko upamiętnić kolejną rocznicę Paktu Ribbentrop-Mołotow, ale i ukazać radość Litwinów z odzyskanej państwowości. „Potrzebowaliśmy jakiegoś ważnego symbolu. Zastanawialiśmy się, żeby może razem z uczestnikami wiecu odebrać KGB budynek centralny lub zrobić coś jeszcze ważnego i wtedy wzrok padł na wciąż stojącego w centrum placu Łukiskiego Lenina. To jest to — obalmy ten pomnik!” — wspominał po latach Andrius Kubilius. Na plac wjechał dźwig, zaczepiono liny i z wielkim trudem oderwano monumentalny posąg z brązu od kamiennego postumentu. Okazało się jednak, że sowieccy budowniczowie, którzy w 1952 roku ten pomnik ustanowili, przewidzieli i taką możliwość. Posąg był solidnie przytwierdzony i oderwał się niecały. Na postumencie pozostały… dwie nogi Włodzimierza Iljicza. Usunięto je kilka dni później razem z resztkami postumentu. Od tamtego czasu plac Łukiski nie jest szpecony żadnym monumentem, chociaż pomysłów, żeby w miejsce Lenina ponownie wsadzić jakiegoś bałwana z kamienia bądź brązu padło wciągu tych lat wiele.
środa, 16 sierpnia 2017
Zgodnie z dzisiejszą (16 sierpnia) decyzją Rady samorządowej miasta Wilna kolejne dwie szkoły mniejszości narodowych uzyskały prawo do ubiegania się o status długiego gimnazjum: gimnazjum im. Adama Mickiewicza oraz szkoła podstawowa im. Szymona Konarskiego. Udało się nie zważając na bojkot posiedzenia przez nacjonalistów i konserwatystów (tym razem z bojkotu wyłamali się na szczęście zuokasowcy). Nie jest to jeszcze koniec trwających od 2015 roku perypetii związanych z reorganizacją tych szkół, gdyż należy jeszcze uzyskać akredytację odpowiednich programów nauczania w Ministerstwie Oświaty i Nauki (resort jednak zapowiada, że nie będzie stwarzał problemów). Ale to niewątpliwie spory sukces. To sukces radnych AWPL-ZChR, którzy przedstawiali w tej sprawie wniosek za wnioskiem i tworzyli w tej sprawie w radzie miejskiej wszelkiej maści zakulisowe koalicje. Jest to sukces polskiego MSZ i litewskiego MSZ, które notorycznie o akredytację szkół polskich u włodarzy Wilna upominali się. Jest to też sukces socjaldemokratów, którzy po wyborze na przewodniczącego partii wicemera Wilna Gintautasa Paluckasa, stali się rzeczywiście partią promniejszościową — to właśnie projekt ich radnej, Auksė Kontrimienė, został dziś przez radę zaakceptowany. Nawet sukces mera Šimašiusa, który wezwał liberałów do głosowania za akredytacją w "imię bezpieczeństwa narodowego". Ale przede wszystkim jest to sukces społeczności szkolnych i ich liderów. Tych, którzy nie poddali się w roku 2015. Tych, którzy obijali progi, pisali protesty i projekty, sądzili się z samorządem, tracili czas na niezliczonych naradach. Tych, którzy nie stracili nadziei. Większości z nich nie znamy z imienia i nazwiska, bo nie grzeją się w światłach jupiterów, nie wygłaszają przemówień na pikietach pod ambasadami, nie ma ich na zdjęciach i przyjęciach, ale to dzięki ich wytrwałości ten dzisiejszy sukces stał się możliwy. Większość z nich na zawsze pozostanie bezimienna, bo ich sukces przywłaszczą politycy i zawodowi działacze. Mogę wymienić przynajmniej jedną z nich — Krystynę Łakis ze społeczności szkolnej „mickiewiczówki”.
wtorek, 15 sierpnia 2017
„Gdyby nie zwycięstwo Piłsudskiego to bolszewicy zajęliby Litwę, która zostałaby częścią ZSRR w 1920 roku. Ludzie znający historię wiedzą, że był rozkaz Dzierżyńskiego, dotyczący przewrotu na Litwie, który odwołano właśnie po przegranej bitwie pod Warszawą” – uważa znany litewski dziennikarz, publicysta i historyk Virginijus Savukynas. Jako chyba pierwszy Litwin dzisiaj (15 sierpnia), w kolejną rocznicę Bitwy Warszawskiej, złożył on na Rossie hołd marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu. Siła rażenia byłaby większa, gdyby zrobił to razem z nami, podczas pięknej uroczystości (na której nie zabrakło akcentów litewskich) zorganizowanej dziś na Rossie przez nową ambasador RP w Wilnie Urszulę Doroszewską i jej ekipę. Ale i tak to może i kameralne wydarzenie jest niewątpliwie bardzo ważne. Jeszcze przed kilkunastoma laty wszystko co było związane z międzywojenną Polską i PIłsudskim było odbierane na Litwie jednoznacznie negatywnie. Od kilku lat jednak rośnie świadomość, iż Cud nad Wisłą mimo iż doprowadził do utraty przez Litwę Wilna, zachował młodą państwowość litewską przed bolszewicką nawałnicą. A architekt warszawskiej victorii już nie jest przedstawiany jako czarny charakter, tylko jako mąż stanu, który miał swoje wzloty i upadki, ale na zawsze pozostał miłośnikiem Litwy. Oczywiście tej Litwy, którą sobie wymarzył. Przełamywanie litewskich stereotypów dotyczących Polski i Polaków jeszcze potrwa wiele lat. Szczególnie jeśli w ten proces nie będzie się angażowała Polska, bo niestety trzeba to przyznać, że Warszawa propolsko nastawionych litewskich intelektualistów dotychczas wykorzystywała słabo, a przez to ton relacjom polsko-litewskim zadają po obu stronach nacjonaliści.
wtorek, 08 sierpnia 2017
Tzw. taśmy prawdy z lutego 2014 r. z restauracji „Sowa i Przyjaciele", opublikowane przed kilkoma dniami przez tvp.info, na których ówczesny szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski z ówczesnym prezesem Orlenu Jackiem Krawcem omawiają (w sposób daleki od standardów dyplomatycznych) Litwę i sytuację rafinerii w Możejkach, niczego nie zmienią w relacjach polsko-litewskich. Przede wszystkim dotyczą wewnętrznej polityki polskiej, a litewski ślad jest interesującym, ale pobocznym wątkiem. Wątkiem niewnoszącym zresztą niczego nowego w naszą wiedzę o relacjach polsko-litewskich i po raz kolejny potwierdzającym znaną maksymę Otto von Bismarca, iż lepiej by się stało, gdyby ludzie nie wiedzieli jak robi się kiełbasę i politykę. O tym, że Radosław Sikorski jest nadętym, aroganckim bufonem było wiadomo od dawna. I o tym, że Sikorski chce „wychować Litwinów, żeby zrozumieli, że sr…ie na Polskę nie jest za darmo”, również wiedzieliśmy. A zresztą Sikorski nigdy szczególnie nie ukrywał, że prowadzi przeciwko Litwie swego rodzaju osobistą vendettę. Podobno poszło o stanowisko sekretarza generalnego NATO, o które zabiegał w swoim czasie, ale Litwini poparli Andersa Fogha Rasmussena. W odróżnieniu od niezliczonych legionów awupeelowskich polityków i „orlich piór”, którzy w swoim czasie śpiewali Sikorskiemu niekończącą się hosannę, że się tak bohatersko stawia w obronie interesów polskiej mniejszości na Litwie, a dziś z takim samym zapałem mu, Tuskowi i Platformie Obywatelskiej dowalają (byc może to wynik - jak mówi sam Sikorski na nagraniu — iż polski MSZ może na nich „dmuchnąć, bo przecież ich finansuje") , ja od samego początku zwracałem uwagę na jałowość prób traktowania przez Radosława Sikorskiego Litwy per nogam. Jałowość i szkodliwość.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73