Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
wtorek, 22 maja 2018
„Ты не чакай, сюрпрызаў не будзе” — śpiewał niegdyś w piosence „Try czarapachi” słynny białoruski zespół rockowy N.R.M. Śpiewał, oczywiście, o Białorusi pod rządami Alaksandra Łukaszenki, ale w gruncie rzeczy można słowa tej alegorycznej piosenki zastosować i do Związku Polaków na Litwie pod rządami Michała Mackiewicza. W najbliższą sobotę (26 maja) odbędzie się XIV. Zjazd najliczniejszej polskiej organizacji na Litwie. Mimo iż w poszczególnych oddziałach dochodzi do od lat niewidzianych spięć i dyskusji, alternatywnych głosowań oraz plotkuje się o trefnych fakturach, prokuraturach, zmianach, odmłodzeniu i tego podobnych demokratycznych herezjach, jestem niemal pewien, że do żadnych większych zmian nie dojdzie, a Michał Mackiewicz, sprawujący rząd dusz w organizacji od roku 2002, zostanie przy powszechnym aplauzie wybrany na kolejną, trzechletnią kadencję. Ale nawet jeśli nieoczekiwanie prezesem zostanie nie Michał Mackiewicz, tylko np. Danuta Narbut, to i tak nie zmieni to niczego. Bo największym problemem ZPL nie jest prezes, tylko brak pomysłu na przyszłość organizacji.
wtorek, 15 maja 2018
Przed kilkoma tygodniami litewskie Ministerstwo Oświaty i Nauki opublikowało „Mapę Jakości Oświaty”. Obraz litewskiego szkolnictwa, który się jawi po nawet pobieżnym przekartkowaniu tego dzieła, jest po prostu tragiczny. Według międzynarodowych badań PISA różnica w poziomie wiedzy pomiędzy litewskimi uczniami z rodzin gorzej i lepiej usytuowanych jest jedną z największych wśród krajów należących do OECD, Litwa znajduje się na 55 miejscu spośród 72 krajów. ¼ litewskich uczniów nie jest w stanie osiągnąć nawet podstawowych umiejętność z zakresu matematyki, nauk przyrodniczych czy czytania ze zrozumieniem. Najgorsza sytuacja jest w niedużych szkółkach wiejskich, które potrzebują dwóch dodatkowych lat nauczania, żeby osiągnąć poziom wiedzy rówieśników z Wilna. 25 proc. litewskich uczniów pochodzi z rodzin o podwyższonym ryzyku socjalnym, na wsi blisko 40 proc. uczniów dostaje bezpłatną państwową pomoc socjalną, w miastach ten odsetek jest dwa razy mniejszy. Jakość oświaty miała polepszyć rozpoczęta w 2011 roku reforma szkolnictwa – szkół miało zostać mniej, ale lepszych. Reforma się zakończyła w roku ubiegłym i już dziś wiadomo, że okazała się niewypałem. W rejonach wiejskich władze samorządowe zadbały o zachowanie jak największej liczby szkół, bo szkoły to dodatkowe głosy. Nauczycieli i rodziców. Teraz wszystkie nadzieje na poprawę sytuacji pokłada się w wynagrodzeniu etatowym. W rzeczywistości jednak wynagrodzenie etatowe – a więc opłacanie pracy nauczycielskiej bez przywiązania do liczby godzin lekcyjnych – nie rozwiązuje podstawowych problemów z jakimi boryka się litewskie szkolnictwo: zbyt dużej liczby małych, nieefektywnych szkół i zbyt przestarzałych metod nauczania.
poniedziałek, 07 maja 2018
Prawie dziesięć tysięcy Polaków wzięło udział w sobotnim Pochodzie Polsków ulicami Wilna z okazji stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę i Litwę. Bardzo się cieszę, że mogłem uczestniczyć w tym święcie polskości! Niestety w morzu setek, jeśli nie tysięcy biało-czerwonych flag, zabrakło litewskich trójkolorów. To znaczy oczywiście pojedyncze flagi Litwy były – między innymi dzięki Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu – ale było ich o wiele mniej niż w roku 2016. W obliczu niezwykłego ocieplenia się w ostatnich czasach stosunków polsko-litewskich — to błąd. Być może wynikający z tego, że cała para organizacyjna tym razem poszła w gwizdek promocji tzw. flagi Wileńszczyzny. Biało-czerwonej szachownicy z Pogonią przedwojennego województwa wileńskiego (sic!). Uważam, że Wileńszczyzna ma prawo do własnej regionalnej tożsamości, a więc także i do flagi czy herbu. Nie jesteśmy ani Auksztotą, ani Dzukią, jesteśmy specyficznym litewskim regionem o własnej narracji historycznej i etnograficznej. Nie oznacza to jednak, że popieram flagę zaproponowana przez środowisko „Tygodnika Wileńszczyzny”. Pomijając fakt, że jest zbyt skomplikowana, a więc niepraktyczna, prawdziwe symbole regionalne mogą powstać wyłącznie w drodze szerokiej dyskusji i powinny łączyć wszystkich mieszkańców regionu. Proponowana flaga tym warunkom na pewno nie odpowiada.
wtorek, 17 kwietnia 2018
Nežinoma žemė. Šalčia. Nieznana ziemia. Solcza. To przedstawienie Jonasa Tertelisa już wywołało skandal. A w naszym przesyconym epatowaniem świecie – to nie lada osiągnięcie. „To półtorej godziny samego negatywu", „Nie tylko nie obaliliście żadnego ze stereotypów, ale przykleiliście Solecznikom nowe nalepki" - nie kryli rozczarowania przedstawiciele solecznickiej elity politycznej po obejrzeniu premierowego pokazu spektaklu w lokalnym Centrum Kultury. To naturalne, że każdy z nas chciałby, żeby o nim, o jego miasteczku bądź kraju mówiono jedynie w samych superlatywach. Niestety prawda, jak i medal, ma zawsze dwie strony. Pozytywną i negatywną. I bez tej drugiej jest nieciekawa. Jednak i litewscy krytycy teatralni także przyjęli tę sztukę dosyć chłodno, a sale na przedstawieniu wcale nie pękają w szwach. Interesujące, że pierwszy spektakl dokumentalny reżysera Jonasa Tertelisa - wystawiona w ubiegłym roku „Žalioji pievelė” („Zielona łączka”), opowiadająca historię pracowników byłej Ignalińskiej Elektrowni Atomowej i mieszkańców Wisagini - został przyjęty bardzo pozytywnie i przez mieszkańców Wisagini, i przez krytyków teatralnych. Jonas Tertelis został nawet za sprawą tego przedstawienia nominowany do Narodowej Nagrody Równości i Różnorodności. Dlaczego więc w przypadku „Nieznanej ziemi” to się nie udało? Po obejrzeniu w ubiegłą sobotę (14 kwietnia) przedstawienia chyba znam odpowiedź.
wtorek, 03 kwietnia 2018
Łotwa kontynuuje stopniową likwidację szkonictwa w językach mniejszości narodowych. Znając zachwyty prawej strony litewskiej sceny politycznej wszelkiego rodzaju "wariantami łotewskimi" - mam wrażenie, że wkrótce podobne inicjatywy mogą się pojawić i na Litwie. Wczoraj prezydent Republiki Łotewskiej podpisał nowelizację ustawy o oświacie, od wielu lat postulowaną przez nacjonalistyczny Sojusz Narodowy. Reforma ma się rozpocząć 1 września 2019 roku i zostać zakończona w roku 2021. W szkołach mniejszości narodowych będą stosowane trzy zróżnicowane modele edukacji dwujęzycznej: w klasach 1-6 – 60 proc. przedmiotów będzie, jak dotychczas, wykładanych po łotewsku, a 40 proc. w języku ojczystym ucznia, w następnych trzech klasach już 80 proc. przedmiotów będzie wykładanych po łotewsku, a jako jedyny język łotewski ma obowiązywać w klasach 10-12. W języku mniejszości narodowej możliwa będzie jedynie nauka samych języków narodowych z elementami literatury i historii „krajów macierzystych”. Obawiam się, że już wkrótce podobną reformę mogą wciągnąć na swoje sztandary niektórzy politycy litewscy dla których łotewscy nacjonaliści od lat służą niedoścignionym wzorem do naśladowania. Gdy w 2004 roku Łotysze wprowadzili w szkołach mniejszości narodowych model nauczania 60/40 — a propos podobny model został wprowadzony też w 2012 roku w Estonii i obecnie Estończycy przyznają, że nie dał pozytywnych wyników — polegający na tym, że w szkołach mniejszości narodowych 60 proc. przedmiotów jest wykładanych po łotewsku, a 40 proc. w języku mniejszości narodowej, natychmiast powstały podobne inicjatywy na Litwie. Na skutek protestów litewska reforma oświaty z roku 2011 była jednak dużo łagodniejsza niż łotewska — w szkołach polskojęzycznych i rosyjskojęzycznych ujednolicono jedynie maturę z litewskiego oraz wprowadzono nauczanie zaledwie kilku przedmiotów po litewsku. Ale pomysł wprowadzenia modelu 60/40 czy likwidacji szkolnictwa polskojęzycznego i rosyjskojęzycznego wcale nie umarł i uwzględniając to, co się dzieje obecnie na Łotwie — warto już dziś zaczynać kampanię wyjaśniającą jego negatywne skutki oraz rozglądać się za sojusznikami w walce z takimi pomysłami. Sojusznikami nie na Kremlu, tylko wśród Litwinów. Sanie szykuj latem — mówi znane rosyjskie porzekadło. I trzeba się tym razem z Rosjanami zgodzić, żeby nie być tym przysłowiowym Polakiem, co to mądry tylko po szkodzie.
poniedziałek, 26 marca 2018
Narodowe Nagrody Równości i Różnorodności są nazywane litewskim „Oscarem” w dziedzinie obrony praw człowieka. Od pięciu lat spośród kilkuset (w tym roku było ich ponad 200) inicjatyw społecznych wybierane są 24 najlepsze i najciekawsze, a następnie czytelnicy popularnego portalu internetowego 15min oraz komisja wybiera spośród nich 8 zwycięzców. W tym roku w kategorii „Dialog narodów” nagrodę zdobył Polski Klub Dyskusyjny (PKD). Tym samym przedłużając swoją fantastyczną nagrodową passę rozpoczętą przed rokiem prestiżową Nagrodą Klanu Gailiusów. Tegoroczne wyróżnienie jest tym ważniejsze, że „konkurenci” byli naprawdę mocni: Walentyn Stech, doświadczony działacz białoruski, który aktywnie uczestniczył w działalności na rzecz odzyskania przez Litwę niepodległości oraz dziecięce centrum dzienne „Pomóż przystosować się” z wileńskiego Porubanku, które zajmuje się integracją dzieciaków z rodzin litewskich, polskich, rosyjskich i romskich. Przyznam uczciwie, że gdyby nie udział PKD — głosowałbym właśnie na „Pomóż przystosować się” i życzyłem im wygranej nie mniej niż nam. Przed paroma tygodniami występując w jednej z audycji radiowych LRT powiedziałem, że „i PKD, i wszyscy inni nominowani do Nagród Równości i Różnorodności działają nie dla nagród, tylko żeby litewską rzeczywistość uczynić odrobinę lepszą, bardziej tolerancyjna i otwartą.” Nadal mogę te słowa powtórzyć, jednak niewątpliwie nagrody także są ważne. Stanowią one nie tylko wyraz uznania dla wysiłku niezliczonych społeczników, którzy tworzą nową, lepszą Litwę, ale i poszerzają wiedzę o tych inicjatywach, dodają otuchy i sprawiają, że głos takich organizacji jak PKD jest bardziej słyszalny i częściej wysłuchiwany na korytarzach władzy.
wtorek, 20 marca 2018
Na początku lat 90. małżeństwo Jerry i Monique Sternin z organizacji Save the Children dostali od władz komunistycznego Wietnamu pozwolenie na wjazd na okres kilku miesięcy, aby pomóc w walce z głodem, który dotknął wówczas — jak to często w krajach komunistycznych bywa — wietnamskie dzieci na terenach wiejskich. Okres pobytu, na który zezwoliły władze, był dosyć krótki, a co gorsza Sterninowie praktycznie nie mieli kasy na żadną większą akcję żywieniową czy szkoleniową z udziałem zachodnich speców od rozdawania przysłowiowych wędek. Pieniędzy wystarczyło im de facto tylko na bilety lotnicze do Hanoi i z powrotem. Mimo to się nie poddali. Na początku na terenach ich działalności aż 64 proc. dzieci było bardzo źle odżywionych. W ciągu dwóch lat liczba niedożywionych dzieci na tych terenach spadła jednak o 85 proc.! Jakim cudem? Otóż w wioskach, w których mieszkały głodujące rodziny, żyły też inne rodziny, nie odbiegające od tych głodujących ani poziomem zamożności, ani wyksztalceniem, ale w których dzieci nie głodowały. Jerry i Monique Sternin przeanalizowali dla czego im się udaje nakarmić swoje dzieci. Okazało się, że bardzo często używają do przygotowywania posiłków produktów, które w ludowej tradycji wietnamskiej są uważane za nienadające się do spożycia, mimo iż są zdrowe i zawierają wiele cennych składników odżywczych. Jakieś rośliny leśne, grzyby, zwierzęta polne. Rodziny te dbały też ściśle o przestrzeganie higieny osobistej przez dzieci, panował w nich zwyczaj spożywania (nawet niedużych) posiłków trzy lub cztery razy dziennie, a nie dwa razy jak w rodzinach niedożywionych. Sterninowie zaczęli więc organizować dla mieszkańców wiosek specjalne sesje szkoleniowe, w których rodziny, którym udało się nakarmić swoje dzieci, dzieliły się doświadczeniem z rodzinami niedożywionymi. W każdej społeczności istnieją osoby, którym własne, niepodzielane przez innych sposoby i strategie, umożliwiają lepsze rozwiązanie jakiegoś problemu niż innym członkom społeczności, chociaż nie posiadają oni, w porównaniu z nimi, żadnych specjalnych, dodatkowych zasobów czy wiedzy. Socjologowie nazywają ich „pozytywnymi dewiantami”. Moim zdaniem zjawisko „positive deviance” można zastosować z powodzeniem nie tylko do walki z głodem w krajach Trzeciego Świata, ale i do rozwoju… polskiego szkolnictwa na Litwie.
wtorek, 13 marca 2018
Nie ukrywam, że z olbrzymią satysfakcją przyglądam się temu wszystkiemu, co się dzieje ostatnio w stosunkach polsko-litewskich. Tak wielu wizyt najwyższych rangą polskich notabli na Litwie i litewskich w Polsce nie było od bardzo dawna. Być może nie było nigdy. Przed miesiącem na Litwie gościł z wizytą prezydent Andrzej Duda, następnie do Warszawy udał się i przemawiał w polskim parlamencie przewodniczący Sejmu RL Viktoras Prancketis, w ubiegły piątek – premier Mateusz Morawiecki, w niedzielę na obchodach Dnia Odzyskania przez Republikę Litewską Niepodległości gościł – po raz drugi wciągu pół roku! – marszałek Sejmu Marek Kuchciński, za kilka dni Wilno z wizytą odwiedzi marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Można już mówić nie o odwilży, a o jakimś miesiącu miodowym między Polską a Litwą. Niewątpliwie to bardzo cieszy. Przez siedem ostatnich lat pisałem i mówiłem o tym, że Polska potrzebuje Litwy, Litwa potrzebuje Polski, a Polacy na Litwie potrzebują dobrych stosunków pomiędzy naszymi krajami. Bo dobre stosunki polsko-litewskie są gwarancją rozwiązania problemów Polaków na Litwie. Byłem z tego powodu non stop krytykowany przez litewskich nacjonalistów, polskich nacjonalistów, działaczy AWPL-ZChR. Po stronie polskiej zgodny chór powtarzał mantrę, że trzeba lietuvisów docisnąć, przykręcić kurek, zastosować sankcje. Jeszcze więcej ultimatów, jeszcze więcej gróźb – a zmiękną i spełnią wszystkie nasze żądania. Nie zmiękli i nie spełnili. Po stronie litewskiej taki sam zgodny chór twierdził, że Polacy na Litwie nie mają żadnych problemów. Nazwiska – to nie problem, a fanaberia, dwujęzyczne napisy – podobnie. Po prostu dajmy im więcej kasy, a staną się w mgnieniu oka Litwinami. Nie stali się, tylko nadal podnoszą wciąż te same kwestie, wciąż te same postulaty znane od mniej więcej 30 lat. I co gorsza za sojusznikami zaczynają się rozglądać nie w kierunku zachodnim, tylko wschodnim. Nareszcie wszyscy poszli po rozum do głowy i przestali zamiatać problemy pod dywan naiwnie sądząc, że same się rozwiążą. Strona litewska uczyniła kilka gestów pojednawczych, strona polska odpowiedziała podobnie. Przestrzegałbym jednak przed wpadaniem z tego powodu w euforię.
poniedziałek, 12 marca 2018
Przez wiele lat jedynymi, kto maszerował w dniu 11 marca ulicami Wilna byli litewscy nacjonaliści. Publicyści przez wiele lat protestowali przeciwko takiemu zawłaszczaniu Dnia Odrodzenia Państwa Litewskiego, ale niewiele się działo. I oto od kilku lat sytuacja zaczyna się zmieniać. Powstało sporo inicjatyw alternatywnych wobec marszu nazioli. Inicjatyw pod sztandarem „Litwy dla wszystkich, a nie tylko dla Litwinów." Po raz czwarty ulicami Wilna maszerował Pochód Niepodległości. Nieformalny, bo w gruncie rzeczy przez nikogo nieorganizowany wyraz szacunku i miłości obywateli wobec swojego kraju. I nie mogło oczywiście w tym antynacjonalistycznym Pochodzie, w setną rocznicę Pierwszej Niepodległości, zabraknąć Polaków. Po raz czwarty swoich sympatyków, Polaków i Litwinów, skrzyknął pod biało-czerwone i trójkolorowe sztandary Polski Klub Dyskusyjny. Bo Litwa - to nasza wspólna sprawa! Poza tym udział Polaków w takich inicjatywach, łączących wszystkich litewskich obywateli, wyrażających sprzeciw wobec tendencji ksenofobicznych sprawia, iż nasz głos jest bardziej słyszalny, uważniej wysłuchiwany. Pokazuje bowiem, że Polacy są takimi samymi lojalnymi obywatelami niepodległej Republiki Litewskiej. Niektórych zaskakuje, że na naszym przemarszu powiewają nie tylko flagi polskie i litewskie, ale też ukraińskie czy białoruskie. W tym roku ja osobiście szedłem z - zakazanym na Białorusi - biało-czerewono-białym stiahem. Wywołało to pewne kontrowersje, więc z chęcią wyjaśniam dlaczego. Po pierwsze, żeby podkreślić, że jest to pochód otwarty na wszystkich obywateli Litwy. Po drugie, dlatego, że jeden z moich dziadków był Białorusinem i jestem z tego powodu dumny (podobnie jak jestem dumny z płynącej w moich żyłach krwi polskiej, litewskiej, ukraińskiej i tatarskiej). I po trzecie, dla wolności Naszej i Waszej. Bo wolność jest wartością nadrzędną łączącą wszystkie narody.
wtorek, 06 marca 2018
Zawsze mam problem, gdy piszę o wydarzeniach na Litwie z lat 1988-1992. Szczególnie tych związanych ze stosunkami polsko-litewskimi. Informacji jest niewiele, źródła są chaotyczne, częstokroć ze sobą sprzeczne, więc volens nolens trzeba się posiłkować własna pamięcią, a ta bywa zawodna i subiektywna. W przypadku takiego publicysty jak ja być może nie jest to duży problem, ale dla zawodowego historyka – to nie lada wyzwanie. Być może właśnie dlatego historycy starają się takie niezbyt odległe czasowo okresy omijać szerokim łukiem. Przynajmniej historycy litewscy jak dotychczas okres polskiej autonomii na Wileńszczyźnie i konfliktu etnicznego z czasów transformacji ustrojowej omijali, pozostawiając go publicystom. Bardzo się cieszę, że z tego nurtu wyłamał się znakomity litewski historyk Vladas Sirutavičius, którego monografia „Litwini i Polacy na Litwie, Litwa i Polska w latach 1988-1994” właśnie trafiła na półki wileńskich księgarni, a więc i w moje ręce. Zabrzmi to w przypadku monumentalnego dzieła o objętości blisko 500 stron, ale przeczytałem tę książkę… jednym tchem! I na pewno będę jeszcze do niej wielokrotnie wracał. Przede wszystkim dlatego, że jest to dzieło obiektywne. Sirutavičius nie szafuje wyrokami i nie zamiata problemy pod dywan. I co ważne nie zrzuca wszystkiego na cudowny wytrych wschodnioeuropejski na wszystkie etniczne problemy – „rękę Moskwy”. Nieprzypadkowo na motto książki wybrał słowa Bronisława Lagowskiego: „Rzeczy realne mają wiele stron, jedynie fikcje są jednowymiarowe".
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76