Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
czwartek, 27 października 2016
Post factum to każdy jest mądry. Teraz politolodzy się prześcigają w udowadnianiu, iż nadzwyczajny sukces Litewskiego Związku Chłopów i Zielonych (zdobyli summa summarum 56 mandatów; taki trick udał się jak dotychczas tylko Litewskiej Demokratycznej Partii Pracy, która zdobyła w 1992 roku 73 mandaty, i konserwatystom w 1996 – 68) był do przewidzenia: rosnąca przepaść pomiędzy Litwą A i Litwą B, wzrost cen po wprowadzeniu euro, niepopularna liberalizacja Kodeksu Pracy, afery korupcyjne, w które zostały zamieszane prawie wszystkie partie polityczne na Litwie, arogancja władzy i arogancja opozycji, koncentrowanie się mainstreamowych ugrupowań na kampanii na portalach społecznościowych, a nie rozmowach z wyborcami. Wszystko to prawda. „Zieloni chłopi” rzeczywiście doskonale się wstrzelili ze swoim lewicowym programem wyborczym i narodowo-konserwatywnym światopoglądem (trochę przypominają pod tym względem polskie „Prawo i Sprawiedliwość") w nastroje sporej części mieszkańców Litwy, rozczarowanych socjaldemokratami i ich satelitami, którzy przez 4 ostatnie lata dreptali w miejscu, ale jednocześnie pamiętających nocne reformy i cięcia emerytur oraz wynagrodzeń przeprowadzone przez konserwatystów. Szkoda tylko, że jakoś nikt nie zwracał na to uwagi przed wyborczym Armagedonem, który zgotował litewskiej scenie politycznej Ramūnas Karbauskis. Dokładnie tak samo jak te przedwyborcze prognozy należy też traktować i obecne kassandryczne wizje końca Litwy pod rządami Karbauskisa, kreślone przez mainstreamowych politologów. Wydaje mi się, że rzeczywiście na tak rewelacyjny wynik nie liczyli nawet najwięksi optymiści w obozie „zielonych chłopów”, ale to nie oznacza, że teraz zaczną wcielać swoje najbardziej radykalne reformy. Szczególnie, że nieoczekiwanie spadło na nich brzemię utworzenia nowej koalicji rządowej w sytuacji, gdy głosów jest za mało, żeby rządzić samodzielnie i za dużo, aby któremuś z potencjalnych sojuszników taka koalicja się opłacała.
wtorek, 25 października 2016
Możecie sobie wyobrazić konferencję poświęconą promoskiewskim separatystom w — nieważne litewskim czy polskim — Sejmie? Bo ja nie. I na szczęście nie tylko ja, skoro Kancelaria Sejmu RP zablokowała w ostatniej chwili konferencję tzw. spóźnionych kresowiaków o wileńskich autonomistach z lat 90., która miała się w ubiegły czwartek, 20 października, odbyć w polskim parlamencie. Temat tzw. Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego, który w czasach wybijania się Litwy na niepodległość próbowano stworzyć na Wileńszczyźnie, niewątpliwie nie jest jednoznaczny i zasługuje na szczegółowe badania naukowe. I w ostatnich czasach kilka prac naukowych na ten temat powstało (m.in. w tym roku na Uniwersytecie Łódzkim nasza krajanka Barbara Jundo-Kaliszewska obroniła doktorat dotyczący tej kwestii). Dla mnie jednak nie ulega wątpliwości, że była to inicjatywa, którą Moskwa wykorzystała jako dywersję na tyłach litewskiego ruchu niepodległościowego, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że ją autentycznie popierała spora część wileńskich Polakow i musimy wiedzieć dlaczego. Jedyne na co ten temat nie zasługuje — to publicystyczne bicie piany przez ludzi, którzy z tzw. obrony Polaków na Litwie zrobili (lub próbują zrobić) sobie intratny interes. W dzisiejszych czasach, gdy stosunki pomiędzy Polakami i Litwinami, pomiędzy Polską i Litwą są napięte, najmniej potrzebujemy odgrzewania starych konfliktów i wywoływania upiorów z przeszłości. Dziś bardziej potrzebujemy odwołania się do spuścizny antykomunisty Jerzego Giedroycia niż prokomunistycznego (pseudo)autonomisty Czesława Wysockiego. Na szczęście tego samego dnia, gdy w Warszawie odbywał — co prawda już bez uwagi mediów, polityków i echa — się bal pogrobowców autonomistów, w Wilnie odbyła się dyskusja na temat aktualności idei Jerzego Giedroycia dla współczesnych Polski i Litwy. Dyskusja — zorganizowana przez Polski Klub Dyskusyjny, Instytut Polski w Wilnie oraz Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia — zgromadziła interesujących rozmówców (m.in. publicystę Rimvydasa Valatkę, historyka Alvydasa Nikžentaitisa, politologa Andrzeja Pukszto i autorkę biografii Jerzego Giedroycia, której przekład na język litewski właśnie się ukazał, Magdalenę Grochowską), i gros (na sali było około 60 osób) interesującej publiczności.
czwartek, 20 października 2016
"Rosyjska wspólnota na Litwie jest bardziej rozproszona niż wspólnota polska, bardziej otwarta (zintegrowana) na Litwinów, ma bardziej liberalno-lewicowy światopogląd (np. w kwestii religii w szkołach, aborcji czy in vitro). Tak więc już dziś większość tych wyborców łączy z narodowo-chrześcijańską AWPL tylko niechęć do litewskich talibów, a niewątpliwie w ciągu najbliższych czterech lat nastąpi dalsze odmładzanie się wyborcy rosyjskiego. (...) Czy AWPL znajdzie sposób na głosy tych wyborców?" — pisałem w listopadzie 2012 roku. Wtedy m.in. głosy litewskich Rosjan pozwoliły AWPL, która zdobyła ogółem blisko 80 tysięcy głosów, na przekroczenie, po raz pierwszy, progu wyborczego. Jeszcze bardziej liczba oddanych na AWPL głosów wzrosła w latach 2014-2015, chociaż dziś „matematycy" z AWPL-ZChR wolą o tym nie wspominać i porównywać obecny wynik partii tylko z rokiem 2012. W wyborach do Parlamentu Europejskiego zdobyła AWPL ponad 92 tysiące głosów, w wyborach samorządowych — ponad 90 tysięcy. Wyglądało na to, że Tomaszewski znalazł patent nie tylko na zachowanie głosów rosyjskich z roku 2012, ale i przyciągnięcie nowych. Niektórzy socjologowie nazywali te dodatkowe tysiące głosów „nadwyżką gieorgijewską”, z uwagi na to, że 9 maja 2014 roku Waldemar Tomaszewski podczas obchodów rosyjskiego Dnia Zwycięstwa na wileńskim Antokolu zaczepił wstążkę gieorgijewską i to, ich zdaniem, dodało mu kilkanaście tysięcy głosów. W rzeczywistość mechanizm był bardziej skomplikowany. Po aneksji Krymu i rozpoczęciu wojny na Donbasie wszystkie litewskie partie mainstreamowe pogrzebały jakiekolwiek nadzieje na reset z Rosją. A prokremlowska część rosyjskojęzycznego elektoratu pogrzebała swoje nadzieje polityczne, które wiązała z centrolewicą (Partią Pracy i „Porządkiem i Sprawiedliwością”). Wstążka gieorgijewska była po prostu wypadkiem przy pracy, natomiast próby wybielenia aneksji Krymu i krytyka ukraińskiego Majdanu — na pewno nie. Za ich pomocą Tomaszewski doskonale się wstrzelił w nastroje tej części rosyjskojęzycznego elektoratu i zdobył w wyborach prezydenckich 2014 roku zawrotną liczbę 109 tysięcy głosów. Dlaczego więc ta „nadwyżka gieorgijewska” odwróciła się od niego dzisiaj?
wtorek, 18 października 2016
Od 26 lat straszą nasi liderzy nas lituanizacją. I pewnie nawet mają sporo racji. Nie sądzę, co prawda, aby na Litwie istniała – jak twierdzą „spóźnieni kresowiacy” – państwowa polityka dążąca do lituanizacji Polaków, ale nie ulega wątpliwości, że język litewski jest u nas swego rodzaju świętością. Tak wszechobecny w życiu publicznym i prywatnym, że nawet we własnych paszportach i dowodach osobistych nie możemy zapisać swoich imion i nazwisk zgodnie z zasadami polskiej pisowni. O nazwach miejscowości i ulic już nie wspomnę. W tej sytuacji lituanizacja nie byłaby wcale czymś nadzwyczajnym. Ba, doświadczenia krajów dużo bardziej przychylnych prawom językowym mniejszości narodowych wskazują, że mniejszości się wykruszają, młodzież pochodzenia mniejszościowego niestety chętnie przejmuje język, tradycje i kulturę większości narodowej. Na Litwie jednak ten proces choć zauważalny, wcale nie jest w środowisku polskim dominującym. Badania naukowe wskazują, że wbrew pozorom lituanizacja postępuje u nas bardzo powoli, zaś nasilają się – co zresztą niejednokrotnie sygnalizowałem – procesy rusyfikacyjne. I wcale nie dotyczą tylko starszego pokolenia, które tęskni za ZSRS i źle włada językiem litewskim. Rusyfikuje się także socjolekt czyli gwara środowiskowa wileńskiej młodzieży polskiego pochodzenia.
piątek, 14 października 2016
Tak jak przewidywałem żaden kandydat-Polak spoza AWPL-ZChR nie trafił do nowego litewskiego parlamentu. Przyczyny również już podawałem. Przede wszystkim polski wyborca nie dostrzega w partiach ogólnokrajowych alternatywy dla AWPL-ZChR. Owszem w tych wyborach część z tych partii zwróciła się w stronę Wileńszczyzny, zaproponowała rozwiązania programowe wychodzące naprzeciwko oczekiwaniom mniejszości narodowych, jednak wyborca nie uwierzył, że te propozycje są szczere. Po pierwsze, zabrakło ze strony partii ogólnokrajowych praktycznych kroków w celu realizacji tych obietnic. Dlaczego niby polski wyborca ma uwierzyć socjaldemokratom, jeśli sprawując przez 4 lata władzę na Litwie byli w stanie jedynie odrodzić rządowy Departament ds. Mniejszości Narodowych? Dlaczego ma uwierzyć dobrym chęciom konserwatystów i liberałów, jeśli te partie wcielają reformy oświatowe nie licząc się wcale ze zdaniem litewskich Polaków i Rosjan? Po drugie, kandydaci-Polacy na listach wszystkich ugrupowań ogólnokrajowych znaleźli się na szarym końcu. Trudno uwierzyć, że partia poważnie traktuje swoje obietnice wyborcze, gdy przedstawiciele mniejszości narodowych kandydują z miejsc w trzeciej pięćdziesiątce. Ale i ci nieliczni kandydaci-Polacy popełnili sporo błędów. I te błędy warto przeanalizować na przykładzie dwóch najbardziej liczących się polskich (opozycyjnych wobec AWPL-ZChR) kandydatów w minionych wyborach: Zygmunta Klonowskiego i Julii Mackiewicz. Szczególnie, że obaj nie są w odróżnieniu od większości pozostałych polskich kandydatów „noname’ami” i startowali w bardzo podobnych (w sensie polityczno-etnicznym) okręgach jednomandatowych. Prasa polskojęzyczna (i na Litwie, i w Polsce) upatrywała faworyta w Zygmuncie Klonowskim, prasa litewskojęzyczna — w Julii Mackiewicz. Ostatecznie żaden z nich mandatu poselskiego nie zdobył, chociaż wynik wyborczy Julii Mackiewicz (i na liście krajowej, i w okręgu jednomandatowym) jest kilkakrotnie lepszy niż Zygmunta Klonowskiego (po raz pierwszy od dłuzszego czasu polski kandydat na liście ogólnolitewskiej partii ma wynik, którego nie trzeba się wstydzić.
środa, 12 października 2016
Komentując wyniki wyborów bohaterowie kawałów politycznych zazwyczaj stwierdzają, że mają dwie wiadomości: dobrą i złą. I proponują wybrać od której zacząć. Komentując wyniki wyborów parlamentarne na Litwie nie mam takiego dylematu, bo mam dwie wiadomości dobre. Dobrze się stało, że Akcja Wyborcza Polaków na Litwie-Związek Chrześcijańskich Rodzin (zgodnie ze stanowczym życzeniem Waldemara Tomaszewskiego podaje pełną nazwę partii i mam nadzieję, że nie wydłuży ja o kolejne człony) przekroczyła próg wyborczy. Bo obecność w Sejmie frakcji poselskiej AWPL-ZChR jest gwarancją, że polskie postulaty pozostaną na wokandzie. Wątpię, żeby zostały spełnione, bo ani AWPL-ZChR nie ma pomysłu na ich urzeczywistnienie, ani pozostałe partie litewskie nie maja na to chęci, ale warto o nich dalej dyskutować. Kropla drąży kamień. Dobrze też się stało, że AWPL-ZChR zdobyła dużo mniej głosów niż w poprzednich latach. Być może ten orzeźwiający prysznic otrzeźwi apologetów Głównego Architekta, przestaną wierzyć w jego nieskończony geniusz i zaczną zastanawiać się nad jakąś zmianą. Wileńskie Ministerstwo Prawdy w postaci Biura Prasowego AWPL-ZChR, lie24, „Tygodnika Wileńszczyzny” i Radia Wilno mogą w nieskończoność powtarzać, że odniesiono kolejny sukces, bo w pierwszej turze zdobyto więcej mandatów niż w 2012 roku (nie jest to zasługa AWPL-ZChR, tylko bardziej pomyślnego dla Polaków podziału okręgów jednomandatowych), ale w rzeczywistości nawet powyborcza mina Waldemara Tomaszewskiego wskazuje, że dobrze nie jest. Miało być dużo więcej głosów i mandatów, a ledwie udało się utrzymać dotychczasowy stan posiadania w Sejmie, głosów padło o 10 tysięcy mniej niż w 2012 roku i o blisko 23 tysięcy mniej niż w roku 2014! Jest to najgorszy wynik AWPL-ZChR od roku 2009. Uciekają Tomaszewskiemu głosy i Polaków, i Rosjan, a tonący — szczególnie, gdy buńczucznie zapowiedział, że „poda się do dymisji, jeśli wynik będzie gorszy” — brzytwy się zazwyczaj chwyta. Stąd zapewne kuriozalne oskarżenia o fałszowanie wyborów… i nie wnoszenie z tego powodu skarg wyborczych. Na takie wolty nie zdecydowała się z żadnych przegranych partii. Nawet Partia Pracy, która pozostała pod progiem wyborczym.
poniedziałek, 10 października 2016
Już wybory samorządowe w Polsce z roku 2014 nauczyły nas, że gdy w Głównej Komisji Wyborczej padają serwery - zwyciężają chłopi. Na Litwie stało się podobnie, z tym, że wygrana Związku Chłopów i Zielonych była prognozowana. Tegoroczna kampania wyborcza — dzięki działaniom wymiaru sprawiedliwości, który skutecznie odstraszyły wszystkie partie od korzystania z czarnej kasy oraz Głównej Komisji Wyborczej, która zaostrzyła zasady agitacji wyborczej i finansowania kampanii wyborczych do granic absurd — stała się najnudniejszą kampanią wyborczą w historii niepodległej Litwy. Jednocześnie partie polityczne nie skorzystały z możliwości zaproponowania wyborcom radykalnie nowych, spektakularnych rozwiązań programowych. Niższa niż w roku 2012 frekwencja doprowadziła do sukcesów partii mających twardy elektorat: konserwatystów (21,7 proc.), socjaldemokratów (14,42 proc.), zaś większość głosów protestu zgarnął — zgodnie z prognozami — Litewski Związek Chłopów i Zielonych (21,53 proc.). Największymi niespodziankami są czwarte miejsce liberałów (9,02 proc.), których większość politologów już zdążyła pogrzebać oraz pozostanie pod progiem wyborczym Partii Pracy. Nawet nieco gorszy niż przed 4 laty wynik Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związku Chrześcijańskich Rodzin (5,48 proc.) był do przewidzenia. Nastąpiło wyraźne zmęczenie polskiego elektoratu Waldemarem Tomaszewskim i jego sektanckim rozumieniem polityki i instrumentelnym wykorzystywaniem do niej religii. Poza tym 2 lata współrządzenia krajem i nie rozwiązanie w tym czasie żadnego polskiego problemu, skandaliczne odejście z rządu oraz optymizacja szkół w Wilnie (za którą ponosi odpowiedzialność także AWPL-ZChR) - zmusiły część wyborców AWPL-ZChR do rewizji swoich sympatii. AWPL-ZChR nadal pozostaje jedyną partią reprezentującą mniejszości narodowe, która jest w stanie przekroczyć próg wyborczy, ale jej obecny wynik, który niejednokrotnie przewidywałem zresztą, to cios wizerunkowy w Tomaszewskiego, który zapowiadał zdobycie nawet 16 mandatów, a ledwo utrzymał dotychczasowy stan posiadania. Polski wyborca, szczegolnie z Wilna, pokazał Głównemu Architektowi żółtą kartkę. AWPL-ZChR w porównaniu z rokiem 2012 straciła 14 tysięcy głosów.
piątek, 07 października 2016
Przyszli w nocy z 2 na 3 października 1951 roku. Przed domem zaparkowała wojskowa ciężarówka, dom otoczył oddział NKWD. Dali godzinę na spakowanie najbardziej niezbędnych sprzętów gospodarstwa domowego i wywieźli. Najpierw na stację kolejową do Wilna, a potem w wagonach bydlęcych — do tajgi pod Tomskiem. Moja mama miała wówczas trzy latka, jej trzej bracia i siostra — kilka lat więcej. Bo ich rodzice, według sowieckiej nomenklatury, byli kułakami. W rzeczywistości od dawna nie byli. Ich ojciec, mój dziadek Aleksander Żygo, gdy w roku 1944 rozpoczęła się powtórna sowiecka okupacja Litwy nie miał żadnych złudzeń. Wyszedł przed dom, obejrzał swoje 20-hektarowe gospodarstwo, las, zabudowania gospodarcze, splunął i zapisał się do kołchozu. A że znał się na rolnictwie — już wkrótce został brygadzistą. I pewnie dlatego, któryś z zazdrosnych sąsiedzi napisał na niego donos. Donos, który trafił w 1951 roku na podatny grunt, bo akurat NKWD rozpoczynało na Wileńszczyźnie operację „Osień“ (Jesień).
środa, 05 października 2016
„Proletariacka Nowa Wilejka i punkowy Antokol – to dwie dzielnice, które miały największy wpływ na osobowość Aleksandra Pawłowskiego – niezależnego dziennikarza współpracującego ze „Słowem Wileńskim”, najbardziej pracowitego i zarazem najbardziej leniwego człowieka, jakiego Wileńszczyzna widziała. Poza tym, jak wszyscy Aleksandrowie w redakcji, jest miłośnikiem piwa – Tauras (bo patriotyczne i tanie) oraz Starovar (bo smaczne)”. Tak rozpocząłem opisywanie sylwetki Aleksa Pawłowskiego na potrzeby jubileuszowego numeru „Słowa Wileńskiego”, który ukazał się 17 listopada 1995 roku. Kierownictwo gazety zdecydowało wówczas, by z okazji pierwszej rocznicy wydawania tygodnika przedstawić czytelnikom zespół tworzący „Słowo Wileńskie”. Każdy z dziennikarzy dostał kilku swoich kolegów do opisania. Mnie w udziale przypadli Aleksandrowie – Borowik i Pawłowski. Teraz znów napiszę o jednym z nich – Aleksie Pawłowskim – bo on sam już nic o sobie nie napisze. Zginął tragicznie potrącony przez samochód, gdzieś w okolicach Solecznik, 5 października 1998 roku. Bardzo rzadko pisuję wspomnienia o osobach, które znam czy znałem, lub które były dla mnie autorytetem. Bo nie umiem pisać laurek, panegiryków, laudacji i innych tego typu utworów, na które zapotrzebowanie – w odróżnieniu od zapotrzebowania na obiektywne dziennikarstwo – jest na Wileńszczyźnie niezmiennie duże od ponad 60 lat. Dlatego nie wiem, od czego miałbym zacząć ten tekst o moim przyjacielu, najlepszym przyjacielu, jakiego miałem: Aleksandrze Pawłowskim...
poniedziałek, 03 października 2016
„To spotkanie jest w duchu Krasnogrudy. Kibicujemy waszej inicjatywie i chętnie będziemy wspierali ją w przyszłości. Nie wierzę w rewolucyjne zmiany, ale uważam, że wiele można osiągnąć czyniące małe kroki. A to spotkanie — to właśnie taki mały krok do przodu” — takimi słowami Małgorzata Czyżewska, jedna z założycielek Międzynarodowego Centrum Dialogu w Krasnogrudzie, przywitała wczoraj (2 październiku) uczestników pierwszego spotkania litewskich Polaków i polskich Litwinów. Nie było to spotkanie przełomowe i niczego spektakularnego na nim — poza tym, że potrzebne są dalsze spotkania, wymiana młodzieży, wspólne inicjatywy kulturalne — nie ustalono, ale jednak pierwsze koty za ploty. I biorąc pod uwagę miłą atmosferę, która panowała na spotkaniu — aż trudno sobie wytłumaczyć dlaczego do niego doszło dopiero teraz, kilkadziesiąt lat po odzyskaniu przez Litwę i Polskę niepodległości. Trudno sobie wytłumaczyć ten fakt, biorąc pod uwagę, jak często sytuacja polskiej mniejszości na Litwie i sytuacja litewskiej mniejszości w Polsce są używane jako argumentów w relacjach między Polską i Litwą. Wydawałoby się, że w tych okolicznościach najbardziej logicznym rozwiązaniem byłaby właśnie współpraca dwóch tych wspólnot — będących (pomijając wielkość) w bardzo podobnej sytuacji, borykających się w dużym stopniu z podobnymi problemami (odpływ młodzieży, zanikanie znajomości języka ojczystego, niechęć ze strony większości) — w celu budowania mostów współpracy pomiędzy naszymi krajami, ale jakoś ani działacze polscy na Litwie, ani litewscy w Polsce nie byli tym przez dziesięciolecia zainteresowani. Nie jestem pewien, czy są zainteresowani dzisiaj, biorąc pod uwagę, że stronę wileńska reprezentował bądź co bądź offowy Polski Klub Dyskusyjny, a stronę puńsko-sejnieńską — litewscy działacze młodzieżowi. Jednak takie spotkanie jest oznaką, ze jednak coś w obu wspólnotach się zmienia. The Times They Are A-Changing.