Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 26 października 2015
Było to jedno z bardziej udanych spotkań w Polskim Klubie Dyskusyjnym (PKD). Po kilku ostatnich, które nie zważając na interesujące tematy zgromadziły ledwie 30-40 osób, tym razem sala pękała w szwach, non stop dostawiano krzesła i pewnie ogółem na spotkanie przyszło ponad 70 osób. W tym sporo VIPów — Małgorzata Kasner, Šarūnas Liekis, Beata Tyszkiewicz-Hasanova… Niewątpliwie na frekwencję miało wpływ miejsce, w którym spotkanie się odbyło — Instytut Polski w Wilnie jest marką znaną i lubianą nie tylko przez Polaków, ale i Litwinów. Ale też przede wszystkim osoba gościa — Rimvydas Valatka. Wybitny litewski dziennikarz, sygnatariusz Aktu Odrodzenia Niepodległości Litwy, wieloletni redaktor naczelny portalu lrytas.lt, następnie portalu internetowego 15min.lt, zaś obecnie redaktor naczelny opiniotwórczego tygodnika „Veidas”. Powodem do tego spotkania posłużyła wydana przed kilkoma tygodniami książka Rimvydasa Valatki pt. „Jogailos akmuo Lenkija” („Kamień Jagiełły – Polska”). Jednak dyskusja wyszła daleko poza ramki tylko prezentacji książki i dotyczyła przede wszystkim obrazu Polski w społeczeństwie litewskim, w jaki sposób się zmienia i w która stronę ewoluuje. Rimvydas Valatka jest znany jako mistrz ciętej riposty, więc zebrani także próbowali dorównać jego poziomowi i spotkanie często przypominało audycję „Co? Gdzie? Kiedy?” — pytający próbowali zaskoczyć prelegenta podchwytliwymi pytaniami, a prelegent udzielał coraz ciekawszych odpowiedzi. Jednocześnie Valatka starał się unikać tematów politycznych, mówił więcej o aspektach ludzkim i kulturalnym w stosunkach polsko-litewskich, aż jeden ze znajomych, który uczestniczył w spotkaniu i na co dzień kibicuje AWPL, z uznaniem powiedział mi: „Wiesz, ten Valatka — to całkiem spoko gość, ma wiele interesujących historii do opowiedzenia. No i nie powtarza non stop tej litewskiej mantry o złym Tomaszewskim.” Zresztą wszyscy byli pod wrażeniem poczucia humoru, inteligencji i osobowości Rimvydasa Valatki, a komplementy dla niego i jego książki sypały się przez cały wieczór. I całkiem zasłużenie.
czwartek, 22 października 2015
Bartłomiej Morawski, kandydat PiS na posła zabrania dzieciaskom z niemieckiego zespołu śpiewać po niemiecku, bo „tu jest Polska ". Jakiś Alexander Koss, inny oszołom-kandydat, tym razem z Ruchu Kukiza, grozi Litwie, że prawa litewskiej mniejszości w Polsce „zostaną drastycznie ograniczone”, a „polscy patrioci (…) odpowiedzą na antypolską politykę post-szaulistowskiego reżimu za pomocą siły”, zaś polska armia bez trudu zajmie „całe terytorium tzw. „Republiki Litewskiej” – w kilka dni”. Z kolei słynny Marsz Niepodległości w Polsce przejdzie w tym roku pod hasłem „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski”. Wygląda na to, że polscy narodowcy, przez tyle lat wylewający krokodyle łzy nad litewskim nacjonalizmem, postanowili właśnie od niego przejąć patenty. Bo to właśnie marsze organizowane co roku przez litewskich tautininkasów z okazji 11 marca odbywają się bowiem pod sztandarowym „Lietuva lietuviams, lietuviai Lietuvai” („Litwa dla Litwinów, Litwini dla Litwy”). Co prawda nawet Pance i Čekutisowi nie przyszło jeszcze do głowy przerywać występy polskich zespołów folklorystycznych, bo „tu jest Litwa". O takich wybrykach trzeba pisać i trzeba je pietnować, jednak o wiele ważniejsze jest zrozumienie, jak się rodzą takie hasła, jak „Polska dla Polaków” czy „Lietuva lietuviams”. Jakim cudem pojawiają się wszelkiej maści „Wilna na rowerach bez pedałów” i „Ačiū Dievui, kad gimiau baltas“. Dlaczego nawet nasi zdawałoby się tolerancyjni, inteligentni i wykształceni znajomi tak chętnie mówią o spiskach żydowskich lub masońskich, strzelaniu do uchodźców, kastrowaniu gejów, nazywają Baracka Obamę małpą, a tych, co z nimi się nie zgadzają wyzywają — w zależności od własnych poglądów i oglądanych telewizji — watnikami, ukropami lub liberastami. Według mnie to konsekwencja przejęcia kontroli nad ich mózgami przez „wewnętrznego faszystę”, który drzemie w każdym z nas.
wtorek, 20 października 2015
Waldemar Tomaszewski został przyłapany in flagranti na spotkaniu z kierownictwem prokremlowskiego kanału telewizyjnego PBK. Na spotkaniu, którego celu żadna ze stron nie jest w stanie sensownie wytłumaczyć. Słusznie więc Zwykły Wielki Człowiek od kilku dni zbiera ciosy z każdej strony. Jeszcze przed kilkoma tygodniami media i politycy w Polsce gotowi byli puścić w niepamięć wstążkę gieorgijewską i zacząć go lansować jako przyjaciela PiSu i osobiście prezydenta Andrzeja Dudy, jednocześnie mającego doskonałe koneksje w Platformie Obywatelskiej (nieprzypadkowo minister Grzegorz Schetyna publicznie wręczył mu pieniądze na zakup autobusów szkolnych dla szkół rejonu wileńskiego, chociaż oficjalnie Tomaszewskiego nie łączy ani z samorządem, ani ze szkołami nic). Teraz jednak coraz częściej słychać nawoływania ze strony nie tylko lewicowych czy liberalnych, ale i prawicowych polskich politologów, w tym związanych z partią Jarosława Kaczyńskiego, iż Waldemar Tomaszewski nie powinien być partnerem dla żadnego polskiego rządu. Niektórzy co prawda zauważają, że przecież innego polskiego lidera na Litwie nie ma. Obawiam się, że jest to kazuistyka w stylu, co było pierwsze: jajko czy kura. Wystarczy, że Warszawa da carte blanche na działanie dla drugiego garnituru AWPL i Waldemar Tomaszewski wyląduje dokładnie tam, gdzie przed 15 lat wysłał poprzednich nieomylnych i niezamienianych polskich liderów: Ryszarda Maciejkiańca czy Jana Sienkiewicza. Partyjne wilki już od dawna ostrzą zęby na intratną posadę tzw. prezydenta Wileńszczyzny i żadne honorowe obywatelstwa, filmy i inne kadzidełka tego nie ukryją…
czwartek, 15 października 2015
Powstanie Polskiej Frakcji Litewskiego Związku Wolności (liberałów) Artūrasa Zuokasa nie było dla mnie ani zaskoczeniem (o tym, że taka struktura się tworzy było wiadomo od kilku miesięcy), ani wywołało we mnie jakieś szczególne emocje. Sam fakt udziału Polaków w działalności partii ogólnokrajowych uważam za rzecz pozytywną i godną wszelkiej pochwały. Aby wygrać musimy swoje racje donieść do polityków-Litwinów, bo to właśnie oni (jako większość w tym kraju) będą stanowić prawo dotyczące pisowni imion i nazwisk, dwujęzyczności czy oświaty. Natomiast angażowania się w działalność partii, która jest de facto politycznym trupem, nie bardzo rozumiem. Polska Frakcja przypomina mi śp. Klub Polskich Liberałów „ProLibera”, stworzony przed 13 latu po części przez te same osoby, w który i sam byłem zaangażowany. Tylko że „ProLibera” powstała przy Litewskim Związku Liberałów w 2002 roku, gdy partia była na fali wznoszącej, a jej liderowi, Artūrasowi Zuokasowi, prognozowano niedługo miejsce prezydenta Litwy, zaś Polska Frakcja Litewskiego Związku Wolności — dokładnie na odwrót. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Większym zaskoczeniem jest osoba prezesa frakcji. Wydawca „Kuriera Wileńskiego” Zygmunt Klonowski jak dotychczas unikał angażowania się w politykę jak ognia. Tym bardziej zaskakujący jest wybór partii, której notowania oscylują wokół 1 proc., na początek kariery politycznej. Być może to taka rodzinna miłość do sił politycznych poniżej marginesu błędu statystycznego. Być może zaważył fakt, iż Zuokas jest obecnie sojusznikiem AWPL, a więc jest — mizerna co prawda — szansa, że ani Waldemar Tomaszewski, ani Warszawa nie uznają tego za działalność rozłamową. Być może inne partie nie miały nic atrakcyjnego mu do zaproponowania. A być może zaważyły względy finansowe.
wtorek, 13 października 2015
„Lubimy mówić o Wilnie jako mieście wielokulturowym, jednak w rzeczywistości ludzie zwiedzający Wilno prawie nigdy nie próbują dostrzec tej jego wielokulturowości, idą po swoich śladach. Najczęściej jest tak z wycieczkami żydowskimi, ale sytuacja z wycieczkami polskimi, wycieczkami litewskimi czy białoruskimi jest również bardzo podobna. Dużo mówimy o wielokulturowym koktajlu Wilna, ale nie spożywamy tego koktajlu” – powiedział podczas piątkowego spotkania (2 października) w Polskim Klubie Dyskusyjnym (PKD) Waldemar Wołkanowski, historyk, znawca Wilna, przewodnik. Wydaje mi się, że Waldemar Wołkanowski dostrzegł sedno problemu — i Polacy, i Litwini uwielbiają mówić o wielokulturowym, wielojęzykowym, wielonarodowym charakterze Wilna, są podobno dumni z jego historii, kultury i architektury, w których przeplatają się wpływy litewskie, polskie, rosyjskie, białoruskie, żydowskie, niemieckie, tatarskie i wiele innych, jednak w sensie praktycznym, gdy dochodzi do upamiętnienia tego multikulturowego wileńskiego dziedzictwa, odżywają stereotypy oraz kompleksy narodowe i okazuje się, że większość woli „Wilno zawsze litewskie” lub „Wilno zawsze polskie”. Ma więc rację wybitny historyk litewski prof. Alvydas Nikžentaitis, który stwierdził w czasie tejże dyskusji, iż w Wilnie zawsze mieszkali ludzie różnych narodowości, ale też zawsze były to społeczności zamknięte: „W tym mieście ludzie mieszkali w gettach. Litwini spotykali Polaków, Rosjan, Żydów, ale ignorowali się wzajemnie.” Właśnie dlatego i dziś stawiamy pomniki oraz fundujemy tablice pamiątkowe tylko swoim bohaterom. W najbliższym czasie ma w Wilnie stanąć — naprzeciwko filharmonii, rzut beretem od Ostrej Bramy — pomnik Jonasa Basanavičiusa. I dobrze, bo ojciec narodu litewskiego na pomnik w Wilnie zasłużył. Ale też ma rację Waldemar Wołkanowski, gdy mówi, że „w Wilnie jest nadinterpretacja litewskich postaci – jeżeli jakiś muzyk siedem razy się przeprowadził, mieszkając w Wilnie przez 30 lat, to na każdym domu będzie odpowiednia tablica. Polskich zaś tablic jest w tej chwili zaledwie około 10”. Jego zdaniem lokalnej polskiej społeczności brakuje instytucji sprawczej, która by objęła kuratelą polską spuściznę Wilna i zajęła się jej upamiętnianiem. Mnie się jednak wydaje, że brakuje nie tyle instytucji, co siły sprawczej.
wtorek, 06 października 2015
Przed 95. laty niewielu Polaków widziało wymarzoną przyszłą Polskę w granicach innych niż przedrozbiorowe. Niemal powszechnie uważano, że jedynym sposobem naprawienia historycznej krzywdy jaką były rozbiory będzie powrót na mapę świata polsko-litewskiej Rzeczpospolitej w granicach z XVIII wieku. Ten polski punkt widzenia był jednak nie do przyjęcia dla litewskich mieszkańców ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Chcieli własnego niepodległego państwa ze stolicą w Wilnie. Ten spór o Wilno — miasto historycznie litewskie, zaś etnograficznie — w 1920 roku — polskie można było rozwiązać tylko na dwa sposoby. Albo przychylając się do koncepcji wileńskich krajowców i tworząc na ziemiach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego wspólne litewsko-polsko-białoruskie państwo, albo rozstrzygając go siłą. Niestety w odróżnieniu od Finlandii wybrano rozwiązanie drugie — odpowiadające zwycięskim po obu stronach nacjonalistom. Najpierw w lipcu 1920 roku wojska litewskie złamały zasadę neutralności i we współdziałaniu z Sowietami przekroczyły linię Focha, atakując wojska polskie i zajmując Troki i Landwarowo. W dniu 6 sierpnia 1920 roku, rząd litewski i sowieckie władze wojskowe przypieczętowali ten nieoficjalny sojusz podpisując konwencję w sprawie przekazania Litwie Wilna, do którego oddziały litewskie wkroczyły w dniu 26 sierpnia, czyli już po zwycięstwie wojsk polskich pod Warszawą. Następnie zaś — 95. Rocznica tych wydarzeń akurat przypada w tych właśnie dniach — „zbuntowane” oddziały polskie generała Lucjana Żeligowskiego zajęły 9 października Wilna, omijając ustalenia tak zapadłe podczas konferencji w belgijskim Spa w lipcu 1920 roku, jak i zawartego w przeddzień akcji w Suwałkach układu polsko-litewskiego, wyznaczającego linię demarkacyjną pomiędzy siłami zbrojnymi obu krajów, a także wprowadzającego rozejm na tej części frontu.
piątek, 02 października 2015
„Zawoalowana groźba likwidacji polskich szkół na Litwie“ — pod takim sensacyjnym tytułem ukazał się w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” artykuł Jerzego Haszczyńskiego o liście litewskiej minister oświaty i nauki Audrone Pitrenienė do polskiej minister edukacji narodowej Joanny Kluzik-Rostkowskiej. „Najbardziej niepokojące w tym liście są zdania sugerujące, że szkolnictwo polskie na Litwie w ogóle w przyszłości zniknie, a jedyne, co pozostanie małym przedstawicielom mniejszości narodowej to dwie lekcje języka ojczystego tygodniowo w szkołach litewskich” — można przeczytać w artykule. Problem w tym, że ani takich zdań, ani takich sugestii w liście litewskiej minister… nie ma. Wręcz przeciwnie litewska minister informowuje w nim, że… od kilku miesięcy jest na Litwie rozważany pomysł wprowadzenia w szkołach z litewskim językiem nauczania możliwości uczenia się przez uczniów należących do mniejszości narodowych języków ojczystych.
czwartek, 01 października 2015
W samym centrum Wilna, pomiędzy ulicami Zawalną i Niemiecką, na terenie byłego getta, znajduje się pomnik przedstawiający stojącego na chodniku niewysokiego mężczyznę w palcie i kapeluszu, rozmawiającego z małą dziewczynką z kotkiem na rękach. Tablica na pomniku głosi: „Obywatelowi miasta Wilna, doktorowi Cemachowi Szabadowi, prototypowi dobrego doktora Ojboli.” Nie wiem, czy dziś jeszcze ktoś „Doktora Ojboli” czyta bądź choćby kojarzy, ale moje pokolenie wychowało się na tej i innych bajkach Kornieja Czukowskiego. I, oczywiście, fajnie jest wiedzieć, że prototyp ich bohatera mieszkał kiedyś w moim mieście. Korniej Czukowski był w Wilnie dwukrotnie — w latach 1905 i 1912 — i zawsze zatrzymywał się u swojego przyjaciela Szabada. Pozostawił w swoim dzienniku bardzo sympatyczny opis wileńskiego lekarza: „To był najmilszy człowiek jakiego znałem w swoim życiu. Zdarzało się, że przyjdzie do niego chudziutka dziewczynka, a on mówi do niej: „Ty chcesz, żebym wypisał ci receptę? Nie, tobie pomoże mleko. Przychodź do mnie każdego ranka i dostaniesz dwie szklanki mleka. I każdego ranka, jak zauważyłem, do niego ustawiała się kolejka. Dzieci nie tylko przychodziły do niego, ale i przynosiły chore zwierzęta… Pewnego ranka przyszło do niego troje zapłakanych dzieciaków. Przynieśli kotkę, której język był przebity haczykiem wędkarskim. Miała całe podniebienie we krwi. Timofiej Osipowicz uzbroił się w szczypce i jednym ruchem wyciągnął haczyk. Pomyślałem wówczas, że byłoby fajnie napisać bajkę o takim dobrym lekarzu.” I napisał, w 1929 roku, „Doktora Ojboli". Natomiast Cemach Szabad za życia bardziej słynął nie jako weterynarz, tylko przede wszystkim jako działacz społeczny i…. prominentny polityk żydowski.