Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
czwartek, 29 września 2016
Długo się zastanawiałem, co mi przypominają wybory na Litwie. I muszę przyznać, że najbardziej przypominają — przepraszam za niezbyt politycznie poprawne porównanie — zaspokajanie potrzeb seksualnych żołnierzy japońskiej Armii Kwantuńskiej (po japońsku 関東軍 czyli Kantōgun). Trwa II wojna światowa, żołnierze przebywają non stop w okopach, ale mają swoje potrzeby. Więc dowództwo japońskie zorganizowało dla nich usługi osób, które dzisiaj — w czasach poprawności politycznej — nazywamy pracownicami seksualnymi, a Japończycy określali innym eufemizmem — ianfu czyli pocieszycielki. Historycy mówią o 100–200 tys. wykorzystywanych w czasie II wojny ąwiatowej przez Japonczyków kobiet, chińskie źródła — nawet o ponad 400 tys., jednak biorąc pod uwagę liczebność japońskich formacji wojskowych - byla to i tak kropla w morzu potrzeb. I pewnie dlatego oficerowie Armii Kwantuńskiej postanowili proces korzystania przez szeregowcow z uslug ianfu usprawnić i maksymalnie przyspieszyć, eliminując z niego wszelkie niepotrzebne objęcia, całusy i inne duperele. W tym celu w zamtuzach postawiono po prostu ścianki z tektury z otworami. Po jednej stronie takiej ścianki — żołnierze, po drugiej — pocieszycielki. Proces ulegl przyśpieszeniu, zwiększyła się jednak i śmiertelność wśród pracownic seksualnych. Generalicja Armii Kwantuńskiej znów miała problem. Rozwiązano go z właściwym Japończykom sprytem — zamiast dziewczyn lekkich obyczajów po drugiej stronie ścianki położono po prostu... nieco podgrzane wnętrzności bydlęce. Przez dłuższy czas proceder trwał dalej, jak za dobrych, kobiecych czasów, aż pewnego wieczoru wybuchł skandal — żolnierze dowiedzieli się o niecnym podstępie oficerów. Generalicja przez całą noc drżała w obawie przed buntem wkurwionych żołnierzy, więc jakież było zdumienie japońskich oficerów, gdy następnego ranka zobaczyli przed zamtuzami… tradycyjną kolejkę napalonych szeregowców.
wtorek, 27 września 2016
Pytanie, czy jesteś za oryginalną pisownią nielitewskich imion i nazwisk, mimo iż w sensie praktycznym nie ma żadnego większego znaczenia, stało się w ostatnich latach na Litwie papierkiem lakmusowym stosunku poszczególnych litewskich polityków i partii do kwestii praw mniejszości narodowych, w szczególności Polaków na Litwie. Nieprzypadkowo więc znalazło się w teście internetowej inicjatywy manobalsas.lt, która stworzyła narzędzie, pozwalające na porównanie poglądów własnych wyborcy z poglądami poszczególnych polityków z różnych partii startujących w wyborach. Pozwala też na przeanalizowanie, jaki jest stosunek litewskich polityków wobec literki „w”.
środa, 21 września 2016
Kropla drąży kamień. Przed dwoma laty sformułowałem trzy warunki, których spełnienie pozwoliłoby litewskim partiom ogólnokrajowym powalczyć z AWPL o głosy przedstawicieli mniejszości narodowych: 1) wciągnięcie przedstawicieli mniejszości narodowych na listy wyborcze (na miejsca dające realną szansę na zdobycie mandatu); 2) stworzenie oferty programowej skierowanej do mniejszości narodowych; 3) praktyczna realizacja tych przedwyborczych obietnic. W tym roku Polaków na listach wyborczych partii ogólnokrajowych jest chyba nawet mniej niż przed 4 laty (u socjaldemokratów, liberałów i Partii Pracy - po dwóch, u paksistów - 3, u zielonych chłopów - 1 i zero u konserwatystów). Z realizacją postulatów mniejszości narodowych również jest cienko. Jednak po raz pierwszy od dłuższego czasu największe partie ogólnokrajowe zwróciły uwagę na Polaków i Rosjan w swoich programach wyborczych. Oczywiście nie wszystkie - w programach wyborczych Związku Rolników i Zielonych, „Porządku i Sprawiedliwości” oraz Partii Pracy nie ma o nas prawie ani słowa (jedynie paksiści wspominają, że będą wspierali integrację mniejszości narodowych i zachowanie ich kultury). Tradycyjnie swoją ofertę do mniejszości narodowych skierowali socjaldemokraci i AWPL-ZChR oraz po raz pierwszy – konserwatyści i liberałowie. Malkontenci mogą narzekać, iż zainteresowanie partii ogólnokrajowych mniejszościami narodowymi niczego dobrego tym mniejszościom nie wróży, ale nawet osoba z ilorazem inteligencji poniżej 50 zdaje sobie sprawę, iż bez głosów partii ogólnokrajowych realizacja postulatów mniejszości jest niemożliwa, więc jest to może i nie spektakularny, ale przełom.
poniedziałek, 19 września 2016
Największy litewski portal internetowy delfi.lt publikuje kolejne dane z badania opinii publicznej przeprowadzonego w czerwcu br. przez pracownię Baltijos tyrimai/Gallup. Sondaż ten już został zaskarżony przez posła AWPL-ZChR Leonarda Talmonta do prokuratury, jako podsycający waśnie na tle narodowościowym, a wszystko przez to, że zbadał stosunek litewskich mniejszości narodowych (przede wszystkim Polaków i Rosjan) do Rosji i Litwy. Badanie zostało przeprowadzone na reprezentatywnej próbie 500 osób z Wilna, Wisagini, Kłajpedy, rejonów wileńskiego i solecznickiego, i jak twierdzą jego autorzy margines błędu nie przekracza 5 proc. Nawet jeśli jest o kilka procent większy — to obraz, który wyłania się z tego sondażu nie napawa optymizmem. 66,14 proc. litewskich Rosjan i 63,8 proc. Polaków na Litwie uważa Rosję za kraj przyjazny Litwie (w podobnym badaniu przeprowadzonym bez podziału na narodowości aż 71,4 proc. mieszkańców Litwy uznało Rosję za kraj nieprzyjazny). Za kraj nieprzyjazny Rosję uważa zaledwie 24,41 proc. litewskich Rosjan i 32,53 proc. litewskich Polaków (a propos w podobnym badaniu przeprowadzonym przed 10 laty odpowiednio 39,7 proc. litewskich Rosjan i 38,8 proc. Polaków z Litwy uznało Rosję za kraj nieprzyjazny; najwyraźniej „rzeczywistość" serwowana przez kremlowskie telewizje bardziej przemawia do mniejszości narodowych na Litwie niż rzeczywistość geopolityczna). Jeszcze większym poparciem wśród mniejszości narodowych cieszy się łukaszenkowska Białoruś aż 88,9 proc. litewskich Rosjan i 96,4 proc. litewskich Polaków uważa Białoruś za kraj przyjazny (jednocześnie 55,1 proc. mieszkańców Litwy (bez względu na narodowość) uważa ją za kraj nieprzyjazny).
czwartek, 15 września 2016
W roku bieżącym, podobnie jak przed czterema laty, na listach wyborczych wszystkich liczących się partii politycznych (wiadomo poza AWPL-ZChR) Polaków i Rosjan trzeba ze świecą szukać, a jeśli już jakichś znajdziemy — to zazwyczaj w drugiej pięćdziesiątce lub jeszcze dalej. Niemal pokazowym pod tym względem przykładem jest los Frakcji Polskiej Litewskiego Związku Wolności (liberałów). Frakcja ta powstała przed rokiem, żeby lobbować na rzecz polskich interesów w litewskiej mainstreamowej polityce i jest w zasadzie ostatnim podrygiem niegdyś dosyć licznej zorganizowanej polskiej politycznej opozycji wobec Waldemara Tomaszewskiego. Osiągnięć w takim lobbowaniu akurat frakcja jeszcze nie ma, ale za to ma lidera, który w odróżnieniu od większości kandydatów-Polaków na listach innych ogólnokrajowych ugrupowań, którzy są tzw. noname’ami, jest w społeczności polskiej dobrze znany — Zygmunta Klonowskiego, współwłaściciela dziennika „Kurier Wileński” i firmy „Klion”. I nie zważając na takie referencje Zygmunt Klonowski kandyduje do parlamentu z miejsca… 68! Zaś jego koledzy z frakcji z jeszcze dalszych. Wiadomo, że szanse z takiego miejsca trafić do Sejmu są żadne, nawet gdyby Związek Wolności miał szansę na przekroczenie progu wyborczego. Pozostałe partie ogólnokrajowe nawet frakcji polskich nie mają. Dlatego i analizowanie ich list wyborczych pod względem narodowości kandydatów jest bez sensu. Umiejscowienie na listach wyborczych kandydatów-Polaków nie daje praktycznie żadnemu z nich szansy na mandat.
wtorek, 13 września 2016
Nie ma chyba w Wilnie innego dzieła sztuki — niektórzy zresztą wątpią nawet czy jest to sztuka — które wzbudzałoby więcej kontrowersji i dyskusji niż tzw. rura. Powstała w 2009 roku, gdy Wilno pełniło zaszczytną rolę stolicy kultury europejskiej. Postmodernistyczna rzeźba Vladasa Urbanavičiusa pt. „Nadbrzeżna arka” przedstawia sobą wygiętą rurę gazową jednym końcem opartą o nabrzeże, a drugim zanurzającą się w wodach Wilii, została wówczas na zlecenie władz stołecznego samorządu ustawiona między mostami Zielonym i Mendoga. „Czuję się zupełnie niepełnosprawny intelektualnie i estetycznie. Jedni geniusze stworzyli, inni – recenzowali, a trzeci – genialni i utalentowani – postawili tę rzeźbę, żeby ciemni politycy i tłumy się cieszyli i zachwycali? Zwołam ludzi i spróbujemy rozbić te rurę młotkami” — grzmiał wówczas na posiedzeniu wileńskiej rady samorządowej radny Gediminas Rudžionis. Ostatecznie nikogo nie zwołał, a rura, która początkowo miała stać jedynie tymczasowo, przez rok lub dwa, jak wiemy trwa w swoim miejscu do dzisiaj. Nie zważając na rdzę i protesty. Gdy w 2015 roku Vladas Urbanavičius został laureatem państwowej nagrody w dziedzinie kultury i sztuki powiedział: „Teraz może będzie spokojniej - nie usuną tej arki". Wątpię jednak, żeby miał rację. Przed miesiącem dyrektorce administracji samorządowej Wilna Almie Vaitkunskienė wymsknęło się, że samorząd rozważa możliwość usunięcia rzeźby. I chociaż mer Wilna Remigijus Šimašius natychmiast to zdementował, a wicemer Gintautas Palucvkas stwierdził wprost, że „rura powinna pozostać, prowokować i zadziwiać”, niepewność co do losu najsłynniejszej wileńskiej rzeźby pozostała
poniedziałek, 12 września 2016
Przez cały ubiegły tydzień wszelkiej maści inteligentni inaczej komentatorzy i inni specjaliści od wszystkiego udowadniali, że zawieszone przez mera Wilna Remigijusa Šimašiusa tabliczki z nazwami ulic w języku polskim, rosyjskim, angielskim czy islandzkim nie mają żadnego znaczenia. Miał to być jedynie pusty gest przedwyborczy, tabliczki zaś jedynie elementem dekoracyjnym bez żadnego praktycznego znaczenia. Polscy internauci, kibicujący jedynie słusznej opcji, posuwali się wręcz do bardziej radykalnych propozycji — nie potrzebujemy tych tabliczek, niech Šimašius zapakuje je sobie w cztery litery. I oto mamy naoczny dowód, że jednak się mylili. Przedstawicielka rządu na powiat wileński Vilda Vaičiūnienė zażądała od samorządu miasta Wilna usunięcia tych tabliczek w ciągu 10 dni, a gdyby Wilno się z wykonaniem tego polecenia ociągało — zagroziła, że zwróci się w tej sprawie do sądu. Jak wiemy podobny konflikt w rejonie solecznickim przed kilkoma laty doprowadził do ostrego kryzysu w relacjach polsko-litewskich, zaś urzędnicy samorządowi zostali ostatecznie ukarani wielotysięcznymi grzywnami za niestosowanie się do nakazów sądowych. Pieniądze na spłatę grzywny zbierał wówczas i Związek Polaków na Litwie, i politycy z Polski, aż ostatecznie konflikt zażegnano zmieniając odpowiednie rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych, a oficjalne tabliczki przenosząc ze ścian domów na słupki. Nie wiem, czy ZPL i politycy Prawa i Sprawiedliwości będą zbierali kasę na spłatę grzywny przez Šimašiusa. Nie wiem, czy polska prasa stanie w obronie tabliczek zawieszonych przez „liberastę” z takim samym entuzjazmem, jak w swoim czasie walczyła o tabliczki zawieszone przez AWPL. Cieszę się natomiast ze… schematycznego myślenia przedstawicielki rządu na powiat wileński Vildy Vaičiūnienė. Dzięki niemu problem dwujęzycznych tabliczek nabiera już charakteru nie konfliktu etnicznego (jakim był dotychczas), tylko konfliktu zdrowego rozsądku z biurokratycznym idiotyzmem.
czwartek, 08 września 2016
„Kiedy przed kilkoma dniami prezentowaliśmy w tej sali nasz program wyborczy, to przyszło zaledwie 15 osób. Bardzo zatem cieszy, że Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu udało się zgromadzić tak dużo uczestników” – na wstępie wczorajszej (7 września) dyskusji pt. „Co politycy proponują Wileńszczyźnie” pochwalił organizatorów przedstawiciel socjaldemokratów Algirdas Sysas. Rzeczywiście frekwencja na debacie przedwyborczej była oszałamiająca – grubo ponad sto osób zgromadziło się w sali Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Nauk Politycznych, żeby posłuchać co mają Polakom i nie tylko Polakom do zaproponowania wiceprzewodniczący Związku Ojczyzny-Litewskich Chrześcijańskich Demokratów i były premier Andrius Kubilius, przewodniczący Ruchu Liberałów i mer Wilna Remigijus Šimašius, wiceprzewodniczący Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej (LPSD) i wicemarszałek Sejmu Algirdas Sysas, „jedynka” na liście wyborczej Związku Chłopów i Zielonych Saulius Skvernelis oraz przewodniczący Akcji Wyborczej Polaków na Litwie-Związku Chrześcijańskich Rodzin (AWPL-ZChR) Waldemar Tomaszewski. Pamiętam, jak przed dwoma laty, gdy zakładaliśmy PKD było trudno ściągnąć kogokolwiek znanego na dyskusję, więc niewątpliwie tak znakomite grono prelegentów i liczne grono słuchaczy to kolejny sukces Klubu. Można PKD nazywać „agenturą Tomaszewskiego” lub „tzw. klubikiem”, ale nie można go ignorować i nie przyjść na dyskusję. Natomiast już jakość tej debaty pozostawiała sporo do życzenia. Po części z winy polityków, którzy starali się mówić ogólnikami, a składane obietnice obwarowywali wieloma warunkami (w zasadzie jedynie Andrius Kubilius wypadł w miarę konkretnie). Po części z winy organizatorów — moim zdaniem więcej pytań powinni byli zadać moderatorzy dyskusji, politolodzy Mariusz Antonowicz i Mažvydas Jastramskis, gdyż pytania z sali do błyskotliwych niestety nie należały. Poza tym uważam, że moderatorzy powinni byli wszystkim kandydatom zadawać te same pytania — obraz zbieżności i różnic między partiami byłby wówczas klarowniejszy niż po kilku złośliwych „szpilkach", którymi moderatorzy „obdarowali" liderów partyjnych. Gwoli sprawiedliwości - dostało się każdemu z liderów.
wtorek, 06 września 2016
W niedzielę, 4 września, przy aplauzie nielicznie zgromadzonych Polaków i protestach równie nielicznych litewskich nacjonalistów, na Rossie odsłonięto pierwszą w powojennym Wilnie tabliczkę z nazwą ulicy po polsku. „Od dawna byłem przekonany, że musimy dojść do tego rodzaju gestów. Zresztą takich gestów mamy więcej. Przykładowo w samorządzie obsługujemy interesantów w czterech językach, w tym po polsku. Mamy też polską wersję strony internetowej. Zresztą w samorządzie jesteśmy przekonani, że w oficjalnych dokumentach może być zapis nazwiska w formie oryginalnej. Więc takie gesty oraz odsłonięcie takich tabliczek świadczy, że stajemy się coraz bardziej tolerancyjni” – powiedział zebranym mer Wilna Remigijus Šimašius. Obecnego mera jest za co krytykować – choćby za nieudolną, pośpieszną i nieprzemyślaną reorganizację szkół – ale gwoli sprawiedliwości też trzeba przyznać, że uczynił kilka gestów pozytywnych i ważnych. Jednym z nich są właśnie tabliczki z nazwami ulic w różnych językach: angielskim, islandzkim, a od niedzieli także po polsku i rosyjsku. Co prawda tabliczka z rosyjską nazwą została zniszczona już w kilka godzin po uroczystym odsłonięciu i to właśnie dowód na to, że takie tabliczki nie są jedynie pustym przedwyborczym gestem czy ukłonem wobec turystów, jak twierdzą krytycy. Nie są to też tylko dekoracyjne ozdoby, skoro wywołują tyle nienawiści i dyskusji. Nie jest to jeszcze przełom, ale fakt, że mer miasta zawiesił tabliczkę po polsku (a nie np. ją zerwał, co zapewne dało by mu o wiele więcej głosów), niewątpliwie wskazuje, że zwiększa się zakres tolerancji w naszym społeczeństwie. I uświadamia wszystkim mieszkańcom Wilna, jak skomplikowany językowo charakter ma to miasto i że jest to „nasze miasto”, niezależnie od tego w jakim języku wypowiadamy te słowa.