Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 28 września 2015
„Ta płyta to fantastyczna promocja Polski i polskości na Litwie, jak i Litwy oraz litewskiej muzyki współczesnej w Polsce. W moim odczuciu — najlepiej zainwestowanych kilkadziesiąt tysięcy złotych w historii dofinansowania przez polskie MSZ projektów polonijnych” — napisałem prawie przed rokiem, w grudniu 2014 roku, recenzując wydaną przez EastWest wówczas składankę polskiego ska, jazzu, neofolku, rocku, metalu i rapu z Wilna pt. „Muzyczne Rodowody. Litwa”. I nadal podtrzymuje tę opinię. Wydaje mi się, że także Filmiki, lider Will’n’Ska Ernest Tylingo czy wokalistka Berserkra Agnieszka Wołczek, którzy byli w ubiegłą środę (23 września) gośćmi dyskusji o stanie polskiej sceny alternatywnej na Litwie, zorganizowanej przez Polski Klub Dyskusyjny (PKD), także do tej opinii się przychylają. Wszyscy jednogłośnie podkreślali bowiem, że bardzo się cieszą, że wzięli udział w tym projekcie, który na pewno przełamał stereotypowe myślenie o Wileńszczyźnie jako kraju słynącym tylko z zespołów folkowych. Filmik dzięki „Muzycznym Rodowodom” i posłowi na Sejm RP Tadeuszowi Aziewiczowi zagrał na jednej scenie z legendarnym PabloPavo, Will’n’Ska zagrali szereg koncertów w Polsce, m.in. z Kometami w legendarnym gdyńskim klubie „Ucho” oraz ostatnio na Dniach Wilna w Gdańsku. Kite Art, Jan Maksymowicz i Jańka z Wilni zagrali w polskim Sejmie. Mniej skorzystał na tym Berserker, który nadal nie ma w dorobku koncertów w Polsce, chociaż z powodzeniem koncertuje w innych sąsiadujących z Litwa krajach. „Czasami wydaje mi się, że bardziej jesteśmy popularni na Białorusi czy w Estonii niż nawet na Litwie. Największym zaskoczeniem jest brak zainteresowania ze strony polskich agencji koncertowych. Ale dla nas najważniejsze w tym projekcie było to, że mieliśmy okazję poznać innych polskich wykonawców z Wilna. Przed tą płyta znaliśmy się trochę z Will’n’Ska, ale o innych muzykach nie wiedzieliśmy nic” — powiedziała podczas spotkania Agnieszka Wołczek. Także pozostali muzycy podkreślali, że „Muzyczne Rodowody” nie stały się może żadnym większym przełomem w ich karierze muzycznej, ale pozwoliły im się poznać nawzajem, nawiązać kontakty i przyjaźnie, z których być może już wkrótce wyrosną nowe interesujące wspólne projekty muzyczne.
czwartek, 24 września 2015
Wyjazd czlonków i sympatyków Polskiego Klubu Dyskusyjnego (PKD) oraz historyków do Upity prezes Artur Zapolski zapowiedział jeszcze chyba w grudniu ub.r. w swoim inauguracyjnym wywiadzie dla zw.lt. Kilkakrotnie ten wyjazd był przekładany, ale ostatecznie przed tygodniem stanęło, że jedziemy. Plan wyjazdu był również kilkakrotnie modyfikowany, a pierwsza fala jesiennej grypy oraz koszykówka wycięła połowę chętnych, ale ostatecznie w sobotę, 19 września, dokładnie w rok od powstania PKD, ruszyliśmy w drogę. Najpierw zaliczamy neogotycki pałac w Wojtkuszkach (Vaitkuškis), niegdyś należący do rodu Kossakowskich. Z pałacu niewiele zostało. Teren ogrodzony, na płocie tabliczka, iż obiekt monitorowany i chroniony przez złego psa. Przy pomocy mieszkanki wsi dzwonimy do właścicielki i prosimy o zgodę na wejście. Jak się okazuje żadnego psa nie ma, ale bądźcie ostrożni bo piwnica może się w każdej chwili zawalić. I tak już będzie w każdym kolejnym pałacyku, który odwiedzamy — a odwiedziliśmy ich sporo — właściciele są, a pomysłu na zagospodarowanie własności brak i dlatego stoją (czasami w stanie lepszym, czasami gorszym) te cuda XIX-wiecznej architektury zabite deskami i się powoli rozsypują. Nasz następny przystanek — Łączynów (Lanćiunava) z dobrze zachowanym zespołem pałacowym wzorwanym na warszawskich Łazienkach należącym do rodu Kongowickich. Zatrzymujemy się na obiad w Kiejdanach, które robią bardzo pozytywne wrażenie. Sympatyczne, zadbane, europejskie miasteczko w samym środku Litwy. Skoro jesteśmy na Laudzie nie możemy ominąć Szetejni (Šeteniai), w których urodził się Czesław Miłosz. W zasadzie nic tu po byłym dworku dziadków noblisty — Kunatów Zygmunta i Józefy (z Syruciów) — nie zostało. Jedynie w odnowionym spichlerzu mieści się nieduże i niezbyt interesujące centrum konferencyjne. Zaliczamy neorenesansowy pałac Zabiełłów w Opitołokach (Apytalaukis), kościół Przemienienia Pańskiego w Świętobrości (Šventybrastis), w którym Czesław Miłosz został ochrzczony, i znajdujacy się przy nim cmentarz, na którym widać jak starannie czasami są zacierane polskie ślady. I wreszcie trafiamy do Upity (Upytė).
wtorek, 22 września 2015
U schyłku sierpnia br. zawiązała się na Litwie tzw. Tłoka na rzecz państwowego języka litewskiego na czele z Gintarasem Songailą, Vytautasem Radžvilasem, Alvydasem Medalinskasem, Bronislovasem Genzelisem i innymi działaczami politycznymi, spolecznymi oraz kultury. Tłoka w tej chwili zbiera podpisy pod obywatelską inicjatywą ustawodawczą, która w rozumieniu jej członków „rozwiąże problem pisowni nielitewskich imion i nazwisk“, bo pozwoli wszystkim na dowolny zapis (nawet cyrylicą i chińskimi hieroglifami) na dalszych stronach paszportu. Jaki rzeczywisty problem ma rozwiązać taki zapis, który nie będzie miał żadnej mocy prawnej, obrońcy św. Alfabetu nie wspominają. Przed kilkoma tygodniami István Szávay, wiceprzewodniczący węgierskiej ultranacjonalistycznej partii Jobbik wyraził publicznie poparcie dla idei autonomii polskiej na Wileńszczyźnie. Węgierski polityk wezwał do solidarności z Polakami z Wileńszczyzny w związku z zamieszaniem wokół polskich szkół na Litwie. „My, Węgrzy, doskonale wiemy, co oznacza bycie mniejszością narodową, dlatego rozumiemy naszych polskich przyjaciół mieszkających na Litwie. Wielu uważa, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest odbudowa Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego utworzonego w 1990 roku, autonomicznej jednostki w ramach Republiki Litewskiej, która została brutalnie rozwiązana przez litewskie władze w 1991.” Dlaczego wrzucam do jednego worka te tak różne kwestie? Bo tak na dobrą sprawę i litewscy obrońcy św. Alfabetu, i węgierski Jobbik walczący o… polską autonomię na Litwie, jak i wiele innych działań podsycających konflikt polsko-litewski przynoszą pożytek tylko jednej i tej samej stronie czyli Kremlowi. Nieprzypadkowo przecież przed tygodniem rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nieoczekiwanie zainteresowało się „dyskryminacją” Polaków na Litwie i wyraziło zaniepokojenie z powodu „splanowanego zacierania polskiej tożsamości narodowej na Litwie”. Przed 76. laty podobna troska Kremla o dyskryminowanych Ukraińców i Białorusinów skończyła się czwartym rozbiorem Polski i utratą niepodległości przez Litwę…
czwartek, 17 września 2015
„Włodzimierz Lenin próbował — w przebraniu kobiety — wymknąć się tylnym wyjściem. Drogę zagrodził mu młody ułan, który dojrzawszy wąsy i brodę pod babska chustą, wzniósł ramię do ciosu. Słońce błysnęło na lindze szabli. Polak celował w szyję, chcąc zrąbać czerep, ale nie trafił. Cios poszedł w powietrze. Lenin, zanim dosięgła go szabla, padł bowiem trupem. Jak ustalili później w trakcie sekcji zwłok wybitni rosyjscy lekarze ze strachu dostał silnego ataku serca. Tym młodym kawalerzystą był litewski ziemianin Jozef Mackiewicz. Wówczas osiemnastoletni ochotnik, a w przyszłości najwybitniejszy polski prozaik. Kilka miesięcy po zdobyciu Moskwy w rodzinnym Wilnie Józef Piłsudski za ten bohaterski czyn udekorował go krzyżem Virtuti Militari” — ta scena Lenina w babskiej chuście umierającego ze strachu przed szabla polskiego kawalerzysty to taka kwintesencja najnowszej książki Piotra Zychowicza „Pakt Piłsudski-Lenin”. Książki interesującej, wciągającej, napisanej przystępnym językiem i całkowicie… ahistorycznej. Jak ahistoryczna jest myśl, iż polski żołnierz mógł zostać odznaczony orderem Virtuti Militari za to, że chciał zabić bezbronnego cywila i w ten sposób przestraszył go śmiertelnie. Nawet jeśli tym cywilem był przywódca znienawidzonej bolszewii.
wtorek, 15 września 2015
„Zrobimy z wami to, co Hitler z Żydami” – po tych słowach, które były skanowane w sobotę na ulicach polskich miast, wydaje mi się, że Holocaust mógłby się odbyć także w naszych czasach. Tylko tym razem na muzułmanach. Seneka podobno pewnego razu powiedział, „nie dlatego brakuje nam odwagi, iż rzeczy są za trudne; to rzeczy są trudne dlatego, że brakuje nam odwagi." I obecna histeria wokół kryzysu uchodźców — to najlepsza ilustracja tych słów. Efektowny medialny obrazek szturmujących granice Europy hord uchodźców, przesłania prawdę o tym, że Unia Europejska każdego roku przyjmuje około 2 milionów imigrantów. Dodatkowych 350 tysięcy ma znaczenie, ale nie jest to liczba, której nie jesteśmy w stanie udźwignąć. Bardzo często obecnie się słyszy: dlaczego oni jadą do nas? Niech kraje muzułmańskie się nimi zaopiekują! No to spójrzmy na liczby. Turcja przyjęła 2 miliony uchodźców, sześciomilionowa Jordania — blisko milion, w czteromilionowym Libanie liczba ludności wzrosła o 1/3, gdyż przyjął blisko 1,2 miliona uchodźców. Przy tych liczbach kilkaset tysięcy, które ma przyjąć 500-milionowa Unia Europejska – to też mniej niż zero. To prawda, że kraje Zatoki Perskiej przyjęły zaledwie kilkaset Syryjczyków. Ale za to wydały już kilka miliardów dolarów w ramach pomocy humanitarnej, by poprawić jakość życia uchodźców stłoczonych w obozach w Libanie, Jordanii i Turcji. Poza tym te kraje nie są sygnatariuszami Konwencji ONZ z 1951 roku w sprawie uchodźców, i nie są prawnie zobowiązane do ich przyjmowania. Natomiast my jesteśmy i mamy prawny obowiązek udzielić schronienia tym, którym w ich krajach grozi śmierć lub tortury. To tak jak z Ramową Konwencją Praw Mniejszości Narodowych — jeśli ją już na własne życzenie podpisaliśmy, musimy jej przestrzegać w dobrej wierze, a nie wyszukiwać ciągle wymówek i interpretacji, które by pozwoliły nie robić nic.
czwartek, 10 września 2015
„W latach 70. mieszkałem w Szawłach, ale razem z kolegami szukaliśmy znajomych w Olicie, Mariampolu, gdzie można było odbierać Telewizję Polską i wyjeżdżaliśmy do nich na weekendy, żeby ją obejrzeć. Telewizja Polska, „Lato z Radiem” — były dla nas oknem na świat” — powiedział podczas wtorkowego (8 września) spotkania w Polskim Klubie Dyskusyjnym (PKD) Edmundas Vaitekūnas. Jeszcze w maju br. PKD wystosował do władz Litwy i Polski apel z prośba rozpatrzenia możliwości wznowienia nadawania na Litwie programów TVP, a teraz powrócił do tego tematu zapraszając do dyskusji prezesa Litewskiej Komisji ds. Radiofonii i Telewizji Edmundasa Vaitekūnasa, prezeskę Litewskiego Stowarzyszenia Telewizji Kablowych Vaivę Žukienė oraz dyrektora służby informacyjnej telewizji LRT Audriusa Matonisa. To spotkanie rzeczywiście było najbardziej zbliżone do dyskusji ze wszystkich dotychczasowych spotkań w PKD. Pomiędzy prelegentami i uczestnikami trwała ciągła wymiana zdań, czasami spory. I była to chyba jedna z najbardziej merytorycznych dyskusji. Nawet nie zważając na spięcia do których non stop dochodziło podczas spotkania pomiędzy Vaivą Žukienė oraz Audriusem Matonis. Spięcia zresztą nie dotyczyły kwestii nadawania na Litwie programów polskich telewizji, co do której wszyscy uczestnicy dyskusji zgodzili się, że byłaby to rzecz pożądana, tylko politycznej orientacji Vaivy Žukienė (jest członkinią partii tautininkasów) i wynikającej z tego, zdaniem Audriusa Matonisa, tendencji preferowania przez litewskie sieci telewizji kablowych rosyjskich kanałów telewizyjnych. Po raz pierwszy usłyszałem publicznie dlaczego — według strony litewskiej — polskie telewizyjne okno na świat pozostanie najpewniej dla nas zamknięte. Wiąże się to z trzema podstawowymi problemami: praw autorskich, braku popytu oraz braku zainteresowania po stronie polskiej.
wtorek, 08 września 2015
Skandaliczny chaos — nie da się inaczej określić tego, co się dzieje w tym roku z polskimi szkołami na Litwie, a przede wszystkim w Wilnie. Po raz kolejny reformy — także te nieuniknione i potrzebne — są wdrażane w życie nie tylko nie uwzględniając, ale nawet nie wysłuchując racji drugiej strony. Podzielam więc oczywiście oburzenie uczniów i ich rodziców. Rozumiem oburzenie maturzystów. Nie podzielam jedynie pomysłu strajku, niech nawet z powszechnego i bezterminowego przekształcił się w jednodniowy i nie zbyt powszechny. Uczniowie powinni się uczyć, zaś ich problemy powinni rozwiązywać politycy na drodze dialogu. Niestety brakuje chęci do podjęcia takiego dialogu i dlatego po raz kolejny początek września mija pod znakiem niekończących się sporów o polską oświatę. Sporów, które na pewno nie zwiększają atrakcyjności polskiego szkolnictwa. Sporów, które każda ze stron polsko-litewskiej barykady wykorzystuje do własnych celów, a najmniej zwraca uwagi na dobro uczniów. Litewscy politycy demonstrują swoje zdecydowanie nie ustąpić Polakom mobilizując w ten sposób skrajnie prawicowych wyborców. Politycy AWPL mobilizują swój elektorat demonstrując, że walczą o polskie szkoły, chociaż niejednokrotnie byli w koalicjach rządzących tak krajem, jak i Wilnem, i lepiej by się stało, gdyby to swoje zdecydowanie zademonstrowali wówczas. Zaś politycy z Polski wykorzystują temat „dyskryminowanych Polaków na Litwie” na potrzeby kampanii parlamentarnej.
środa, 02 września 2015
To co się dzieje w tym roku z polskimi szkołami w Wilnie — to jakiś totalny, głupi, bezensowny burdel. Spowodowany idiotyczną chęcią polityków postawienia na swoim za wszelką cenę. Mimo to nie bardzo wiem, jaki praktyczny cel ma strajk szkolny, który dziś (2 września) „wybuchł”. Nie popieram strajku, bo tak skomplikowane problemy nie da się rozwiązać na ulicy. Poza tym nie widzę w nim żadnego sensu. Trudno liczyć na to, że w wyniku strajku zostanie zlikwidowany ujednolicony egzamin maturalny z litewskiego czy przywrócona obowiązkowa matura z polskiego, skoro tego nie udało się dokonać AWPL przez dwa lata w rządzie. Wtedy notabene jakoś nikt nie pikietował i nie strajkował, a być może warto było o problemach polskiej oświaty rządzącym i ich polskim koalicjantom przypomnieć. Podobnie jak nie protestował nikt za czasów współrządzenia przez AWPL Wilnem, mimo iż to właśnie wtedy był najlepszy czas, żeby podjąć decyzje w sprawie reorganizacji szkół. Decyzje o reorganizacji szkół średnich w podstawowe (a propos podstawy pod nie stworzyła decyzja poprzedniej rady samorządowej z 1 kwietnia br. o niekompletowaniu w tych szkołach klas 11-tych, za którą in corpore głosowała frakcja AWPL) zostały zaskarżone i przed październikiem orzeczenia sądowe raczej w tych procesach nie zapadną. Zresztą niezależnie od decyzji sądowych obecni uczniowie 11-12 klas pozostaną w dotychczasowych placówkach. Szkoła im. Joachima Lelewela nadal zajmuje dwa budynki i nadal brakuje jej uczniów, żeby je wypełnić choćby w 2/3. Czy w takim razie strajk jest wyłącznie symboliczny i ma zademonstrować rzecz powszechnie znaną czyli wolę litewskich Polaków do dalszej walki o swoje szkoły? W takim jednak razie wystarczyłaby pikieta nie odrywająca uczniów od nauki, która w przypadku polskich szkół jest szczególnie czasochłonna z uwagi na potrzebę choćby wyrównania poziomu nauczania języka litewskiego na potrzeby ujednoliconego egzaminu maturalnego. Oczywiście strajk zmobilizuje wyborców, ale wybory odbędą się na Litwie dopiero w roku 2016, więc bardziej by się oplacało go zorganizować za rok. No chyba, że chodzi w tym wszystkim o wywarcie wpływu na wynik wyborów dużo bliższych czasowo — parlamentarnych w Polsce...