Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 29 września 2014
„Obserwując drogę Litwy i Łotwy od czasu odzyskania niepodległości w latach 90. XX w. stwierdzić należy istotne braki w polityce integracyjnej, której środki bardziej przypominają asymilację. Szczególnie znaczenie w tym kontekście posiada polityka językowa. W myśl zasady „jeden naród jeden język” niektóre prawa językowe mniejszości narodowych po dzień dzisiejszy nie doczekały się ochrony. (…)Integracja nie jest drogą jednokierunkową. Musimy zacząć postrzegać integrację w koncepcji dwutorowości na linii mieszkaniec (obywatel) – państwo. Czyli pod względem praktycznym wyglądałoby to tak, że z jednej strony mniejszości uczą się języka państwowego, z drugiej państwo komunikuje się z nimi w ich języku ojczystym. Przedstawiciel mniejszości mógłby w tym przypadku oczekiwać tego, że w zakładach opieki zdrowotnej, urzędach lokalnych, w procesie wyborczym, w znakach topograficznych itp. otrzyma informację w swoim języku ojczystym. Receptą na prawdziwą integrację nie jest wprowadzenie hegemonii języka państwowego, jest nią otwarte podejście i poszanowanie dla tożsamości mniejszości narodowych. Tym integracja różni się od asymilacji” — powiedziała w rozmowie z Programem Bałtyckim Radia Wnet dr Elżbieta Kuzborska, ekspert ds. ochrony praw mniejszości z Wilna. I ma oczywiście rację. Moim jednak zdaniem dyskutując — w Polsce, na Litwie lub Łotwie — o stosunkach pomiędzy większością narodową oraz mniejszościami etnicznymi zapominamy o jeszcze jednym ważnym elemencie. Integracja i asymilacja nie są bowiem jedynymi rozwiązaniami. Bardzo często w naszej części Europy zapominamy o drodze trzeciej czyli multikulturalizmie. Albo inaczej: mówiąc o integracji, jako pożądanej polityce państwowej, w rzeczywistości mamy na myśli multikulturalizm. Multikulturalizm w przeciwieństwie do nacjonalizmu sprowadzającego się do lapidarnego skrótu „jeden naród ponad granicami” można w gruncie rzeczy sprowadzić do niemniej lapidarnego „jeden naród ponad podziałami”. Naród obywatelski, a więc tworzący jedność z poszanowaniem wszelkich tożsamości etnicznych.
czwartek, 25 września 2014
Bardzo często ze strony Litwinów pada zarzut, iż nieznajomość języka litewskiego wśród Polaków na Litwie jest oznaką braku szacunku dla kraju w którym się mieszka. Po części przyznaję im rację, jednak uważam, że każdy taki przypadek należy jednak rozpatrywać jednostkowo, a nie wyciągać na jego podstawie wniosków ogólnych. Ostatnio gdzieś w Internecie natknąłem się na interesująca dyskusję w której miejscowi Polacy opowiadali dlaczego i jak nauczyli się języka litewskiego. Każda historia była inna i każda była interesująca. Zacząłem i ja przypominać o początkach swojej przygody z litewskim. W ogóle jestem zdania, że języka nie da się nauczyć ot tak po prostu. Jeśli nie widzisz potrzeby jego zastosowania lub używania w życiu praktycznym — zapomnisz wszystkiego w dwa tygodnie po ukończeniu szkoleń. Dlatego jest dla mnie doskonale zrozumiały dylemat starszego pokolenia litewskich Polaków, którzy nie znają języka litewskiego, bo w czasach, gdy byli aktywni zawodowo nie był on im po prostu potrzebny. A na Wileńszczyźnie poza Wilnem i dziś jest bardzo często swego rodzaju egzotyką. Pochodzę akurat z pokolenia, któremu w dzieciństwie litewski — jakkolwiek to zabrzmi dziwnie dla kogoś kto urodził się i niemal całe życie spędził w Wilnie — nie był zbytnio potrzebny. Na przełomie lat 70/80 ubiegłego wieku ponad połowę mieszkańców litewskiej stolicy stanowili Rosjanie i Polacy. Na podwórku wśród kilkudziesięciu moich przyjaciół w najlepszym razie było dwóch czy trzech Litwinów, z którymi rozmawiało się oczywiście w języku rosyjskim. W bibliotekach większość wartościowych książek była również w języku rosyjskim, sporo w polskim. Litewski był jakby na uboczu. Žemaitė, Biliunas, Vienuolis? Kogo to w wieku 12 czy 13 lat mogło interesować?
poniedziałek, 22 września 2014
Szkoci zagłosowali głową a nie sercem. Zwolennicy niepodległej Alba przegrali różnicą Blisko 10 proc., z grubsza 55 do 45, a to sporo. Będąc z natury romantykiem i idealistą zawsze z sympatią odnosiłem się do szkockich dążeń niepodległościowych. Szczególnie, że szkocka tożsamość narodowa to coś bardzo bliskiego do mojego ideału. Szkoci (podobnie jak mieszkańcy Quebecu czy Katalonii) to przykład społeczeństwa postmodernistycznego, w którym rozwija się postnarodowy regionalizm, podkreślający bardziej cechy obywatelskie niż etniczne. Symbolika kulturowa, językowa i etniczna nie odgrywa pierwszoplanowej roli dla Szkotów, oddając pole wspólnym wartościom obywatelskim i politycznym, a tożsamość regionalna zdominowała ich tożsamość narodową budując więzi nie oparte na nacjonalizmie. Jednak cieszy mnie że do secesji nie dojdzie. Uważam bowiem, że najlepszą odpowiedzią na wszelkiej maści irredenty jest regionalizm a nie separatyzm. I Szkocja od lat konsekwentnie w tym kierunku zmierzała. Najlepszym tego przykładem czwartkowe (18 września) referendum, w którym mógł wziąć udział każdy mieszkaniec, który płaci w Szkocji podatki. A nie tylko etniczny Szkot czy obywatel Zjednoczonego Królestwa. I podobno większość z mieszkających w Szkocji Polaków czy Litwinów zagłosowała za niepodległą Szkocją. Szkoci dali więc przykład zdroworozsądkowego pragmatyzmu, ale taki sam przykład dała nam wszystkim cała Wielka Brytania. Po wielu latach dyskusji, dialogu, poszerzania szkockiej autonomii Londyn przystał na żądania Edynburgu i zarządził referendum w sprawie secesji. Bo skoro ktoś nie chce dłużej być w małżeństwie — najlepszym rozwiązaniem jest zastanowienie się nad rozwodem. Ale rozwodem w sposób cywilizowany — bez bicia naczyń i mord. Londyn więc nie tylko zarządził referendum, ale i zapowiedział, że uzna każdy jego wynik. Przygotowania do referendum trwały dwa laty i obie strony miały możliwość przedstawienia opinii publicznej swoich racji. Przez dwa lata Szkocja zażarcie dyskutowała, ale dyskutowała w spokoju — bez bójek, walk, zamachów i zielonych ludzików — a następnie cała Szkocja poszła do urn (frekwencja sięgnęła 86 proc.!) i zagłosowała za pozostaniem w UK. To, że referendum miało tak spokojny przebieg, jest imponującym zwycięstwem ducha obywatelskiego i demokracji liberalnej. Możemy jedynie Brytyjczykom pozazdrościć tego pragmatyzmu, obywatelskości i spokoju.
czwartek, 18 września 2014
Zawsze się obawiałem, że ktoś kiedyś zmusi mnie do wymienienia dziesięciu najważniejszych dla mnie książek. No i doczekałem się. Kolejny — po Ice i Rice Buckets — facebokowy wirus #bookchallenge dotarł na Litwę. I było tylko kwestią czasu, gdy ktoś rzuci mi wyzwanie. Od kilku dni łamię głowę nad swoim osobistym Top 10, wpisuje i wykreślam z listy kolejne pozycje. Biorąc pod uwagę, że przeczytałem w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat nie przymierzając grubo ponad tysiąc książek od „Kapitału” Marksa”, „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego po… „Pięćdziesiąt twarzy Graya” E.L. James oraz „Casual” Oksany Robsky, w tym 26 książek z tzw. The BBC Book List Challenge, która nie ma nic wspólnego z BBC, wybor nie jest łatwy. W jaki sposób dokonać wyboru pomiędzy Dostojewskim, Szekspirem i Hemingwayem? Bardziej więc kierowałem się chwilą niż jakimiś obiektywnymi kryteriami. Powstała może lista banalna, dwaj Polacy, dwaj Rosjanie, dwaj Brytyjczycy, dwaj latynosi, jeden Amerykanin i jeden Litwin, ale nie chciałem się silić na oryginalność dla samej oryginalności. Powstała z tego lista na której brakuje wielu niezwykle ważnych dla mnie książek: „Idioty" i „Biesów" Fiodora Dostojewskiego, „Jądra Ciemności" Josepha Conrada, „Władcy Pierścieni" J.R.R. Tolkiena, „Przyjdzie Mordor i nas zje" Ziemowita Szczerka, „Fahreinheit 451" Raya Bradbury, a także książek Juliusza Verne'a, Wiktora Pelewina, Władimira Sorokina, Murraya Rothbarda. Więc it is that it is.
poniedziałek, 15 września 2014
Po czym poznać, że zbliżają się wybory? Politycy zaczynają burzliwie imitować działalność. Dotyczy to wszystkich polityków, w tym, oczywiście, polityków polskich. Frakcja AWPL w Sejmie zarejestrowała w kancelarii Sejmu jeszcze jeden (obok projektów Jarosława Narkiewicza i Rity Tamašūnienė) projekt Ustawy o mniejszościach narodowych. Jak wiadomo projekt Jarosława Narkiewicza, który ma być rozpatrywany w sesji jesiennej litewskiego parlamentu już w trzecim i ostatnim czytaniu, został w lipcu br. tak „poprawiony” przez „egzotyczną” większość sejmową, która połączyła opozycję z koalicją rządową, iż pozostało w nim w zasadzie jedyne novum — możliwość używania w kontaktach z administracją państwową i samorządową języka ojczystego nie tylko w skargach i podaniach pisemnych (jest to dozwolone i według obowiązujących przepisów prawnych), ale i ustnych. A propos wbrew temu co twierdzą media ten projekt nie rozwiązywał problemu z dwujęzycznymi tabliczkami z nazwami ulic i miejscowości. Projekt Jarosława Narkiewicza jedynie przywracał do życia Ustawę o mniejszościach narodowych, która wygasła przed czterema laty. Naczelny Sąd Administracyjny jeszcze we wrześniu 2009 roku (czyli w czasach obowiązywania tej Ustawy) uznał, iż nie zezwala ona na dwujęzyczne nazwy ulic czy miejscowości i zwrócił uwagę, iż zgodnie z Ustawą o języku państwowym wszystkie napisy publiczne na Litwie mają być zapisywane w języku litewskim, zaś używanie języków mniejszości narodowych jest dozwolone jedynie w nazwach organizacji mniejszości narodowych oraz w ich napisach informacyjnych. Jednocześnie NSA podkreślił w orzeczeniu, że przepis Ustawy o mniejszościach narodowych zezwalający na napisy informacyjne w języku mniejszości narodowej, nosi charakter „ogólny i programowy, ale zupełnie nie detalizuje w jaki sposób i kierując się jakimi kryteriami można takie napisy zamieszczać”, a więc należy w tym zakresie sięgnąć do przepisów, które taki tryb ustalają, czyli do Ustawy o języku państwowym, która nadaje prawo do używania informacyjnych napisów w języku mniejszości narodowej tylko organizacjom mniejszości narodowych.
czwartek, 11 września 2014
Gdy pada nazwisko „Żeligowski” — wiadomo, że chodzi o generała Lucjana Żeligowskiego, w latach 1920-21 twórca i głowa parapaństwa Litwa Środkowa, w oczach większości Polaków — bohater narodowym, w oczach większości Litwinów — wróg. Jednak rodzina Żeligowskich, herbu Belina, która od wielu pokoleń zamieszkiwała w Oszmiańskiem i w Nowogródzkiem, dała Litwie wielu innych ponadprzeciętnych obywateli. Jednym z nich był Edward Żeligowski, dziś już niesłusznie zapomniany, zaś w XIX w. jeden z najpopularniejszych wileńskich poetów, filozofów i spiskowców polskich, prawdziwy władca myśli wileńskiej demokratycznej młodzieży, pisujący pod pseudonimem „Antoni Sowa”, tłumacz poezji Aleksandra Puszkina oraz Heinricha Heine, a prywatnie stryjeczny dziadek generała Lucjana Żeligowskiego. Wikipedia podaje, iż Edward Witold (Wit) Żeligowski urodził się w roku 1816 w majątku (folwarku) Marianpol na Wileńszczyźnie. Nie jest to jednak prawdą. Jak odkryli białoruscy badacze Wasilij Jursza i Anatol Rogacz Edward Żeligowski, syn Juliana Żeligowskiego oraz Marianny z Lubańskich Żeligowskiej, urodził się rok wcześniej — 21 listopada 1815 roku, zaś 23 listopada został ochrzczony w zaścianku Korejkowce, parafii Kościeniewicze, niedaleko miasteczka Wilejka (nie mylić z dzielnicą Wilna o tej samej nazwie!), zaś 20 lipca 1816 roku wraz ze starszym, urodzonym w 1813 roku, bratem Socierem Antonim Żeligowskim został powtórnie ochrzczony, a de facto namaszczony olejem.
poniedziałek, 08 września 2014
Po kilku dniach poszukiwań udało się natrafić, przy pomocy znajomych z FB, na tekst decyzji Państwowej Komisji Języka Litewskiego w sprawie oryginalnej pisowni imion i nazwisk, o której piszą wszystkie media. Co prawda dalej niewiadomo, czy jest to uchwała Komisji, czy jedynie pismo jej przewodniczącej. Jeśli Komisja decyzję podjęła nie w drodze uchwały, tylko wyraziła swoje zdanie w pismie skierowanym do parlamentu, wówczas taka opinia nie jest decyzją Komisji i nie ma dla parlamentarzystów mocy wiążącej. Sąd Konstytucyjny bowiem wyjaśnił jeszcze wiosną br., iż tryb pisowni imion i nazwisk w oficjalnych dokumentach może być zmieniony tylko na wniosek Komisji, a Komisja decyzje, w tym takie wnioski, podejmuje wyłącznie w drodze uchwały. Według tego co jest opublikowane na stronie internetowej Komisji, wyraziła ona zgodę na oryginalny zapis (ale bez obcych znaków diakrytycznych) imienia i nazwiska w litewskich dokumentach wydanych obcokrajowcom oraz osobom, które zmieniły nazwisko po wyjściu za mąż lub ożenieniu się z obcokrajowcami, a także ich dzieciom. W przypadku pozostałych litewskich obywateli, a więc i Polaków, którzy najgłośniej się domagają oryginalnej pisowni, Komisja rekomenduje „zachować dotychczasowe zasady pisowni”, czyli zapis zgodny z oryginalnym brzmieniem, ale literami tylko litewskiego alfabetu.
piątek, 05 września 2014
Man visada buvo įdomu, kaip lietuvių ir lenkų ginčai dėl lentelių bei pavardžių atrodo pašaliniam stebėtojui. Ir pastarosiomis dienomis turėjau galimybę įsitikinti, jog pakankamai idiotiškai. Prieš keletą dienų buvau paprašytas pristatyti lietuvių-lenkų santykių problematiką grupei turistų iš Vokietijos. Tokių pakankamai nekasdieninių turistų, keliaujančių po Lenkiją ir Lietuvą ne tam, kad pamatyti visokiausius istorinius paminklus bei pailsėti, o tam, kad suprasti šių šalių istoriją bei dabartį, mūsų regione gyvenančių tautų tarpusavio santykius, jų problemas bei perspektyvas. Mūsų diskusija su šiais simpatiškais, vyresnio amžiaus žmonėmis truko virš dviejų valandų. Nusprendžiau jiems pačiu prieinamiausiu, o tai reiškia – volens nolens – supaprastintu būdu, paaiškinti kada ir kodėl atsirado Lietuvoje lenkai, kaip atsirado dabartinis lietuvių-lenkų konfliktas (nuo lietuvių tautinio atgimimo XIX a., Vilniaus klausimo, iki autonomijos bei dabartinių vardų ir pavardžių rašymo, dvikalbių lentelių bei švietimo problemų) bei kodėl Lietuvos-Lenkijos „strateginė partnerystė“ staiga virto „šaltąja taika“. Kuo daugiau jiems pasakojau — tuo didesnį nesupratimą mačiau jų veiduose, o kartais net siaubą (pvz., kai papasakojau apie lenkų ir rusų rinkiminę koaliciją) ir vienu momentu vienas iš vokiečių pratruko: „Bet taigi visiškai nereikšmingi dalykai! Kodėl negalite jų išspręsti taip, kaip Suomijoje, Italijoje ar Slovakijoje? Europoje yra daugybė puikių pavyzdžių kaip reikėtų tokias problemas spręsti... Ypač tokiais neramiais laikais, kai mūsų rytiniame pasienyje vyksta realus karas, žūsta žmonės, karas vyksta Turkijos pasienyje, šie geopolitiniai iššūkiai yra žymiai pavojingesni už tai, kaip bus užrašytas vardas arba gatvės pavadinimas...“ Ir tada šovė man netikėta mintis, jog visas tas lietuvių-lenkų konfliktas iš esmės primena liliputų ir blefuskų karus.
czwartek, 04 września 2014
Zawsze sie zastanawiałem, jak te nasze polsko-litewskie spory o tabliczki i nazwiska wyglądaja z punktu widzenia postronnego obserwatora. Ostatnio miałem okazję przekonać się, że dosyć idiotycznie. Przed kilkoma dniami zostałem poproszony, aby przedstawić problematykę stosunków polsko-litewskich grupie niemieckich turystów, podróżujących po Polsce i Litwie nie w celach rekreacyjnych, tylko zdobycia wiedzy na temat skomplikowanych relacji, które w ciągu wieków układały się pomiędzy narodami nasze kraje zamieszkującymi. Nasza dyskusja z tymi sympatycznymi, starszymi osobami trwała ponad dwie godziny. Postanowiłem w sposób jak najbardziej przystępny, a więc volens nolens uproszczony, przedstawić w jaki sposób i kiedy pojawili się na Litwie Polacy, kim są, jak doszło do obecnego konfliktu polsko-litewskiego (po przez odrodzenie narodowe w XIX wieku, konflikt o Wilno, aż po kwestie autonomii i współczesnych polskich postulatów dotyczących pisowni imion, nazwisk czy nazw ulic oraz problemy związane z reformą oświaty) oraz dlaczego polsko-litewskie „strategiczne partnerstwo” przerosło w „zimny pokój”. Im więcej o tym rozmawialiśmy, im więcej szczegółów podawałem, tym większe… niezrozumienie rysowało się na twarzach moich niemieckich rozmówców (a w momencie, gdy dowiedzieli się o polsko-rosyjskim sojuszu wyborczym - wręcz przerażenie), aż w pewnym momencie jeden z nich nie wytrzymał: „Ale to przecież są błahostki! Dlaczego nie możecie tego rozwiązać tak jak w Finlandii, we Włoszech czy na Słowacji? W Europie jest mnóstwo doskonałych przykładów na rozwiązanie tych problemów... Szczególnie, że u waszych wschodnich granic toczy się prawdziwa wojna, giną ludzie, wojna toczy sie na granicach Turcji, i te wyzwania geopolityczne są dużo bardziej niebezpieczne niż to jak się zapisze nazwisko czy nazwę ulicy...” Przyszło mi wówczas do głowy, że ten cały nasz konflikt polsko-litewski w gruncie rzeczy przypomina wojnę Liliputów z Blefuscu.
wtorek, 02 września 2014
Gdy Karol Wojtyła został Papieżem Janem Pawłem II miałem zaledwie kilka latek. Niewiele więc z tego historycznego dla każdego Polaka wydarzenia pamiętam. Mam szczęście, że już w moim dorosłym życiu jestem świadkiem kolejnego polskiego tryumfu na skalę światową. W sobotę (30 sierpnia) premier Polski Donald Tusk został przewodniczącym Rady Unii Europejskiej. Po raz pierwszy w historii przedstawiciel tzw. nowych krajów unijnych — Europy Wschodniej — został liderem całej Unii Europejskiej. I tym politycznym Kolumbem został Polak. Jest powód do wzruszenia. Jest powód do dumy. Żaden polski polityk w najnowszej historii nie osiągnął tak wspaniałego sukcesu. Nie jestem fanem Janusza Palikota, ale trudno się z nim nie zgodzić, że „w sferze symbolicznej nie mieliśmy takiego wydarzenia od Jana Pawła II”. Nie dziwi więc, że gratulacje dla nowego prezydenta UE płyną ze wszystkich stron. Z wyjątkiem Wileńszczyzny.
 
1 , 2