Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
niedziela, 29 września 2013
Historia podobno lubi się powtarzać. Jednak za drugim razem tragedia zazwyczaj się staje farsą. Jak wiadomo wyrok rosyjskiego sądu, który skazał trzy członkinie grupy Pussy Riot na dwa lata łagru za wykonanie antyputinowskiego utworu w prawosławnej świątyni, wywołał powszechne i słuszne oburzenie. W tym także na Litwie. Paradoksem jest, że za mniej więcej taki sam performance dwa lata pozbawienia wolności można dostać i na Litwie. Wileńska policja właśnie prowadzi dochodzenie w sprawie „zbezczeszczenia” przez grupę feministek… hymnu narodowego. Aż trudno uwierzyć, iż dzieje się to nie w Rosji, nie na Białorusi czy w Kazachstanie, tylko w kraju będącym pełnoprawnym członkiem wspólnoty narodów demokratycznych, Unii Europejskiej i NATO.
czwartek, 26 września 2013
„To nie granica polsko-czechosłowacka, nie granica polsko-sowiecka, a także nie granica z trzecią Rzeszą była tak naprawdę linią frontu. Taką linią była granica polsko-litewska. To tam były zasieki, wysadzone mosty, ścięte słupy telegraficzne, bunkry, okopy po obydwu stronach. Na tej granicy często dochodziło do wymiany ognia. Ba, dochodziło nawet do walk o poszczególne miejscowości w tak zwanym pasie neutralnym. Były momenty, że prowadzono regularny obstrzał artyleryjski. To była granica frontowa“ — mówi Piotr Niwiński, historyk i politolog z Uniwersytetu Gdańskiego. Paradoksalnie wielu osobom, szczególnie niektórym polskim dziennikarzom na Litwie, wydaje się, że ta sytuacja się nie zmieniła. Każdego dnia więc płodzą kolejne propagandowe teksty ku pokrzepieniu serc. Paradoksalnie, bo nawet w okresie, gdy granica polsko—litewska była de facto linią frontu w Wilnie istniało prawdziwe dziennikarstwo, wyznające zasadę, iż „tylko prawda jest ciekawa“. Piętnujące nie tylko poczynania „ich", ale i własną korupcję, bezmyślność, głupotę. Dla mnie symbolem takiego dziennikarstwa zawsze był Józef Mackiewicz, młodszy brat legendarnego redaktora naczelnego wileńskiego „Słowa“ Stanisława Cata- Mackiewicza, autor zbioru reportaży o Wileńszczyźnie pt. „Bunt rojstów“. Nieprzejednanie krytyczny nie tylko wobec komunizmu, ale też wobec piłsudczyków i endeków z ich ciasną narodowo-mocarstwową polityką, której negatywnym symbolem w okresie międzywojennym był wojewoda wileński Ludwik Bociański (profesor Wiktor Sukiennicki złośliwie wspominał po latach, że wojewoda na Wileńszczyźnie „wprowadzał rządy 'silnej ręki' i 'słabej głowy'"), a która niestety ostatnio ponownie podnosi głowę. Postanowiłem napisać recenzje „Buntu rojstów” ponieważ jest to książka która utrwaliła Wileńszczyznę, której już nie ma i nigdy nie będzie, Wileńszczyznę przesiąkniętą duchem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Poza tym to właśnie ta książka dała tytuł i mojemu blogowi. Przeczytałem ją przed wieloma laty, ale zawsze chętnie i z przyjemnością do niej wracam.
poniedziałek, 23 września 2013
Gdy przed rokiem litewski wyborca wyraźnie wskazał co sądzi o korzystającym z antypolskich metod Gintarasie Songaile i jego liście tautininkasów (zebrali coś poniżej 1 proc. głosów), wydawało mi się, że w tym parlamencie już nie będzie chętnych do następowania na antypolskie grabie. Najwyraźniej się pomyliłem. Oto w ubiegłym tygodniu 5 posłów-konserwatystów (Rytas Kupčinskas, Algis Strelčiūnas, Vida Marija Čigriejienė, Pranas Žeimys i Kęstutis Masiulis), znanych z „bezinteresownej miłości” do litewskich Polaków, zarejestrowało w Sejmie poprawki do Kodeksu Karnego. Formalnie są kolejną inicjatywą w ramach jak najsłuszniejszej walki z dyskryminacją, ale ich twórcy nie ukrywają, że ich właściwie jedynym celem jest przywalenie AWPL. Biorąc pod uwagę, że w w rzeczywistości nie mają te poprawki żadnego praktycznego znaczenia, o czym autorzy doskonale zdają sobie sprawę (w przeciwnym razie byłby to strzał także we własną stopę), mam nieodparte wrażenie, że chodzi tylko i wyłącznie o PR. Posłowie postanowili po prostu zarobić kilka dodatkowych punktów u litewskiego prawicowego elektoratu podrzucając trochę opału w nieco przygasający ostatnio konflikt polsko-litewski.
czwartek, 19 września 2013
Na przełomie sierpnia i września Wikileaks ujawniła 690 stron prywatnych rozmów z facebookowego konta Przemysława Holochera, byłego szefa Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR). Wynika z nich, jak donosi portal zw.lt, że ONR i Młodzież Wszechpolska — organizacje nawiązujące moim zdaniem do tego co na scenie politycznej międzywojennej Polski było najgorsze: antysemityzmu, ksenofobii i nacjonalizmu — próbują tworzyć w środowisku polskim na Litwie swoje przyczółki, organizują szkolenia dla młodych Polaków z Wilna i konkurują między sobą o rząd dusz wileńskich narodowców. Podziwiam, że komuś się chciało przebrnąć przez kilkaset stron bełkotu i odszukać w nim litewskie i wileńskie wątki, chociaż tak na dobrą sprawę nic nowego z nich nie wynika. Wystarczy poczytać blogi, fanpages czy wypowiedzi poszczególnych członków — te w wersji hard lub light — tych wileńskich pseudopatriotów, żeby nie mieć wątpliwości kto za nimi stoi lub na kim się wzorują. Nie jestem zwolennikiem grzebania w cudzej brudnej bieliźnie, ale zdaje sobie sprawę, że w niektórych sytuacjach interes publiczny posiadania wiedzy o osobach publicznych kreujących się na przywódców narodowych lub uzurpujących sobie prawo do przemawiania w imieniu całej wspólnoty narodowej jest ważniejszy od ich prywatności. O wiele bardziej mnie mierzi świętoszkowaty obrońca prawa do prywatności, który jednocześnie bez problemowo narusza np. czyjeś prawo do wizerunku. Na Wileńszczyźnie pisanie po polsku o szkieletach w naszych polskich szafach zawsze jest ryzykowne i wymaga nie lada odwagi obywatelskiej. Spotyka się bowiem z argumentem „nie do odparcia" tych, których szkielety są wyciągane na światło dzienne — to służy walce Litwinów z Polakami, to woda na młyn litewskiego nacjonalizmu, a czasami i z obelgami, mobingiem i nawet groźbami użycia przemocy fizycznej. Przeciwstawić się temu poglądowi jest trudno, bo wiadomo ani „orlego pióra", ani Krzyża Komandorskiego za to się raczej nie dostanie. Wydaje mi się jednak, że zwalczaniu polskości na Litwie najbardziej służą pożyteczni nacjonalistyczni idioci oraz przemilczanie niewygodnych faktów.
poniedziałek, 16 września 2013
Zła wiadomość dla byłych właścicieli ubiegających się o zwrot ziemi w miastach. We środę (11 września) litewski Sąd Konstytucyjny wydał orzeczenie w sprawie zgodności zatwierdzonej przez rząd uchwałą nr 205 z 24 lutego 1999 roku Metodyki wyceny wartości wykupowanych przez państwo gruntów, lasu i zbiorników wodnych z konstytucyjną zasadą nietykalności własności prywatnej oraz przepisami ustawy reprywatyzacyjnej. Sąd uznał, iż przepisy Metodyki przewidujące, iż w przypadku, gdy ziemi miejskiej nie można zwrócić byłemu właścicielowi w naturze i nie zgadza się on na jej zwrot w innym miejscu wypłacana jest rekompensata, nie naruszają Konstytucji. Sąd Konstytucyjny — i to wzbudziło największe niezadowolenie byłych właścicieli — uznał również, iż ustalona przez rząd wysokość tej rekompensaty (6 tysięcy litów za hektar razy ustalony przez rząd koeficjent (inny dla każdego miasta)) nie jest sprzeczna z Konstytucją i ustawami. Faktycznie więc pogrzebał wszelkie nadzieje byłych właścicieli ziemi miejskiej na rekompensaty za wykupywaną przez państwo ziemię według cen rynkowych lub zbliżonych do nich. W chwili obecnej wysokość rekompensaty jest średnio 3-4 razy niższa niż cena rynkowa wykupywanej przez państwo ziemi. W miastach zaś te różnice mogą sięgać kilkunastu, kilkudziesięciu, a nawet kilkuset razy.
czwartek, 12 września 2013
Przed dwoma laty częstochowskie wydawnictwo literackie o swojsko brzmiącej nazwie „Li-Twa” wydało zbiór esejów pt. „O prozie i poezji. Wybór szkiców i esejów z lat 1980-2010” prof. Wojciecha Kajtocha — wybitnego polskiego literaturoznawcy, językoznawcy i prasoznawcy, a także poety, krytyka literackiego oraz specjalisty w dziedzinie polskiej literatury współczesnej i literatury fantastyczno-naukowej. Książka zawiera szereg szkiców krytycznoliterackich i literaturoznawczych poświęconych literaturze polskiej XX wieku. Obok recenzji utworów Czesława Miłosza, Stanisława Lema czy Wisławy Szymborskiej i wielu innych wybitnych, i nieznanych autorów znalazła się w niej również krótka recenzja mojej debiutanckiej powieści „Cień Słońca”, która początkowo w skróconej wersji została opublikowana na łamach wileńskiego artzine’u „Chaos” (2000-2002), zaś w roku 2004 w formie książkowej przez wileńskie DIY wydawnictwo „TKM”. Chciałbym dzisiaj tę recenzję prof. Wojciecha Kajtocha przytoczyć w całości, jednocześnie zachęcając wszystkich czytelników mego bloga do sięgnięcia po jego książkę „O prozie i poezji”. Warto!
poniedziałek, 09 września 2013
Jak wiadomo w ubiegłym tygodniu, udzielając wywiadu agencji BNS, litewski premier Algirdas Butkevičius nieoczekiwanie zakwestionował polskie postulaty w sprawie dwujęzycznych tablic z nazwami miejscowości i ulic. Odpowiadając na pytanie: „Jaki jest Pana osobisty stosunek do dwujęzycznego nazewnictwa?” litewski premier powiedział dosłownie: „Ta kwestia od czasu odzyskania Niepodległości była zostawiona nieco na uboczu i dlatego najpewniej powstało pewnego rodzaju napięcie na terenach zamieszkałych przez większy odsetek osób pewnej narodowości. Moim zdaniem, wszyscy musimy zrozumieć, iż jesteśmy obywatelami Litwy. Wszyscy litewscy obywatele powinni posiadać jednakowe warunki. To oznacza, że tych tabliczek, na których nazwy są zapisywane w dwóch językach, nie powinno być, jeśli szanujemy swoje państwo, swoją Konstytucję i ustawy swojego państwa. Nie powinno być żadnych wyjątków. Mogą jedynie istnieć w państwie określone tymczasowe programy np. dla szkół”. Wprawił tym samym wiele osób w osłupienie, ponieważ rozwiązanie problemu dwujęzycznych tablic — zgodnie z zapisami Ramowej Konwencji Ochrony Praw Mniejszości Narodowych — jest zapisane i w programie centrolewicowego rządu, i w programie wyborczym socjaldemokratów. Cierpliwie czekałem przez tydzień na albo dementi ze strony premiera, albo na wyjaśnienia koalicjanta socjaldemokratów AWPL, któremu na dwujęzyczności powinno najbardziej zależeć. Skoro jednak reakcja nie nastąpiła, warto się zastanowić nad słowami premiera i tym, co z nich dla nas wynika. Powiem uczciwie, nie wiem co miał na myśli i dlaczego powiedział to co powiedział, ale możemy rozważyć trzy możliwe scenariusze: optymistyczny, pesymistyczny i realistyczny.
środa, 04 września 2013
Przed 22 laty władze litewskie rozwiązały rady deputowanych ludowych w rejonie wileńskim i solecznickim. Ta data jest uważana za symboliczny koniec tzw. polskiej autonomii na Litwie i niewątpliwie dziś wywoła do tablicy jej zwolenników. Paradoksalnie jest ich obecnie więcej w Polsce niż na Litwie i przede wszystkim się rekrutują z szeregów polskiej narodowej prawicy, która najwyraźniej zapomniała kim byli autonomiści. Niektórzy z nich od tamtego czasu w rzeczy samej zmienili poglądy, inni — wycofali się z polityki. Natomiast ich nieoficjalny lider — czerwony „baron" z Solecznik Czesław Wysocki nadal niezłomnie tkwi przy tych samych poglądach. Gdy 19 sierpnia 1991 roku w Moskwie doszło do próby komunistycznego puczu GKCzP, Wysocki wysłał do Gennadija Janajewa telegram gratulacyjny oraz wciągnął na maszt przy gmachu solecznickiego samorządu flagę ZSRS. Po upadku puczu uciekł na Białoruś. Jednak rejonowa rada w Solecznikach dopiero 3 września 1991 roku i podobno pod naciskiem frakcji polskiej w Radzie Najwyższej Litwy odważyła się odwołać swojego „czerwonego” przewodniczącego i jego zastępcę Adama Monkiewicza za poparcie puczu. Co prawda nie wydała jednak zgody na ich pociągnięcie do odpowiedzialności karnej. Tak czy siak była to już jednak przysłowiowa łyżka po obiedzie. Następnego dnia (4 września) litewski parlament, mimo protestów polskich deputowanych, uchwałą nr I-1754 rozwiązał samorządy terytorialne w rejonie wileńskim, solecznickim oraz miejscowości Sniečkus (obecnie Wisaginia), a 12 września (uchwała nr I-1798) wprowadził w nich zarząd bezpośredni. Polska autonomia na Wileńszczyźnie się skończyła, ale czy w rzeczywistości — szczególnie ta w Solecznikach — kiedykolwiek była polską?
poniedziałek, 02 września 2013
Przyjemnie czas od czasu dla odmiany napisać coś niepolitycznego i optymistycznego. Szczególnie gdy są ku temu podstawy. 1992 rok jest czasami nazywany okresem litewskiego punk renesansu. Wówczas w Wilnie było może ze dwie setki punków i z 50 zespołów punkowych. Każdy gdzieś grał, niektórzy nawet w kilku zespołach jednocześnie. Istniała prężna rosyjskojęzyczna scena punkowa. Założyliśmy i my z kolegami z „mickiewiczówki” pierwszy polski punkowy zespół. I wydawało nam się wówczas, że już za rok lub dwa na Wileńszczyźnie będą działały dziesiątki polskich zespołów rockowych, kluby, fanziny, a w Niemenczynie czy Solecznikach odbędą się lokalne Jarociny. Jak się okazało byliśmy niepoprawnymi optymistami. Pierwsze fanziny ("Chaos" i "W paszczu") pojawiły się dopiero w latach 2000-2002, mniej więcej w tym czasie pojawiły się i regularnie działające zespoły śpiewające (przynajmniej częściowo) po polsku. A na wileński Jarocin przyszło poczekać nie rok, nie dwa, a całych 20 lat, co doskonale obrazuje jak daleko w tyle jesteśmy za cywilizowanym światem. Ale należy się cieszyć, że jednak tej chwili doczekaliśmy się. W ostatnich tygodniach odbyły się w Solecznikach (25 sierpnia) i Niemenczynie (31 sierpnia) dwa festiwale: „Lato młodzieży” i „Żegnaj lato”. Ostatnie dni lata minęły więc na Wileńszczyźnie pod znakiem sporej dawki rock’n’rolla.
niedziela, 01 września 2013
Po przyjęciu w marcu 2012 roku poprawek do Ustawy o oświacie tylko leniwy polski dziennikarz nie pisał o totalnej katastrofie, zagładzie, wręcz Armagedonie, które miał spotkać polskie szkolnictwo na Litwie. Ze 120 polskich szkół 60 miało ulec zamknięciu, zaś ujednolicenie matury z litewskiego i wprowadzenie nauczania kilku przedmiotów po litewsku w szkołach polskich miały doprowadzić do sytuacji, gdy większa część polskich maturzystów nie złoży egzaminów maturalnych i będzie musiała wyemigrować z kraju. Nie twierdzę, iż był to — że zacytuję słynną maksymę sędziego Olivera Wendella Holmesa —fałszywy okrzyk „pożar” w pełnym widzów teatrze, ale minęły dwa lata i już dziś wiadomo, że ani jedna polska szkoła jak dotychczas nie została zamknięta, zaś maturzyści z polskich szkół w roku bieżącym złożyli egzaminy państwowe lepiej niż ich rówieśnicy ze szkół litewskich. Więc Armagedon, wru?