Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Obecnie się uważa, że na napięcie w stosunkach polsko-litewskich w międzywojniu najbardziej rzutował problem państwowej przynależności Wilna. Niewielu jednak dziś już pamięta, ze nie mniej poważnym cierniem w tych stosunkach był już obecnie nieco zapomniany epizod z przełomu sierpnia/września 1919 roku, który kto wie, czy nie wzbudził w Litwinach większych wątpliwości, co do polskich intencji niż „bunt” Żeligowskiego. W kwietniu 1919 r., Polska zajęła Wilno. Litwini uważali miasto za swoją historyczną stolicę oraz integralną część Litwy, podczas gdy dla Polaków, którzy stanowili większość jego mieszkańców, było miastem polskim. Tymczasem Józef Piłsudski wysłał do Kowna Aleksandra Lednickiego, aby wybadał możliwość zawarcia z Litwą unii: „Jedź pan do Kowna - Litwa jak ta kurwa, leży i czeka kto ją weźmie". Mylił się, Litwini do unii się nie palili. Gdy rozmowy z litewskim rządem Mykolasa Sleževičiusa zaszły w ślepy zaułek, pojawił w lipcu 1919 r. się w Warszawie — jak się wówczas wydawało genialny — pomysł osadzenia w Kownie bardziej przychylnego unii polsko-litewskiej rządu. Polskiemu wywiadowi udało się wciągnąć do współpracy kilku litewskich (sowicie opłacanych) aktywistów. Problem polegał na tym, iż nie mieli oni żadnego oparcia ani w masach, ani w wojsku. Początkowy plan więc zmodyfikowano — coup d’etat postanowiono przeprowadzić siłami kowieńskiego oddziału Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) w nocy z 28 na 29 sierpnia 1919 r. Spiskowcy mieli przejąć kontrolę nad Kownem i utrzymać je do czasu przybycia regularnych wojsk polskich, które miały zostać wezwane do ochrony miasta. Taryba oraz rząd Litwy miały zostać obalone i zastąpione przez gabinet nastawiony propolsko. Dyktatorem nowego rządu litewskiego miał zostać gen. Silvestras Žukauskas, a szefem władz cywilnych Stanisław Narutowicz. Stanowiska w nowym rządzie zamierzano powierzyć Mykolasowi Biržišce, Jonasowi Vileišisowi, Steponasowi Kairysowi oraz Juozasowi Tūbelisowi. O „genialności” planu świadczy fakt, iż ani przyszły dyktator, ani szef władz cywilnych, ani przyszli ministrowie nic o planowanym zamachu stanu nie wiedzieli. Wiedziały natomiast o nim litewskie służby specjalne. Wiedziały dzięki pięknym Litwinkom i zakochanym w nich polskim oficerom.
wtorek, 22 sierpnia 2017
23 sierpnia 1991 roku na placu Łukiskim w Wilnie zebrał się tłum mieszkańców i gości litewskiej stolicy. Przed dwoma dniami upadł moskiewski pucz Janajewa i Litwa odzyskała pełnię niepodległości. Państwa z całego świata prześcigały się, które szybciej uzna litewska niepodległość. Litewski Sajūdis zwołał wiec mający nie tylko upamiętnić kolejną rocznicę Paktu Ribbentrop-Mołotow, ale i ukazać radość Litwinów z odzyskanej państwowości. „Potrzebowaliśmy jakiegoś ważnego symbolu. Zastanawialiśmy się, żeby może razem z uczestnikami wiecu odebrać KGB budynek centralny lub zrobić coś jeszcze ważnego i wtedy wzrok padł na wciąż stojącego w centrum placu Łukiskiego Lenina. To jest to — obalmy ten pomnik!” — wspominał po latach Andrius Kubilius. Na plac wjechał dźwig, zaczepiono liny i z wielkim trudem oderwano monumentalny posąg z brązu od kamiennego postumentu. Okazało się jednak, że sowieccy budowniczowie, którzy w 1952 roku ten pomnik ustanowili, przewidzieli i taką możliwość. Posąg był solidnie przytwierdzony i oderwał się niecały. Na postumencie pozostały… dwie nogi Włodzimierza Iljicza. Usunięto je kilka dni później razem z resztkami postumentu. Od tamtego czasu plac Łukiski nie jest szpecony żadnym monumentem, chociaż pomysłów, żeby w miejsce Lenina ponownie wsadzić jakiegoś bałwana z kamienia bądź brązu padło wciągu tych lat wiele.
środa, 16 sierpnia 2017
Zgodnie z dzisiejszą (16 sierpnia) decyzją Rady samorządowej miasta Wilna kolejne dwie szkoły mniejszości narodowych uzyskały prawo do ubiegania się o status długiego gimnazjum: gimnazjum im. Adama Mickiewicza oraz szkoła podstawowa im. Szymona Konarskiego. Udało się nie zważając na bojkot posiedzenia przez nacjonalistów i konserwatystów (tym razem z bojkotu wyłamali się na szczęście zuokasowcy). Nie jest to jeszcze koniec trwających od 2015 roku perypetii związanych z reorganizacją tych szkół, gdyż należy jeszcze uzyskać akredytację odpowiednich programów nauczania w Ministerstwie Oświaty i Nauki (resort jednak zapowiada, że nie będzie stwarzał problemów). Ale to niewątpliwie spory sukces. To sukces radnych AWPL-ZChR, którzy przedstawiali w tej sprawie wniosek za wnioskiem i tworzyli w tej sprawie w radzie miejskiej wszelkiej maści zakulisowe koalicje. Jest to sukces polskiego MSZ i litewskiego MSZ, które notorycznie o akredytację szkół polskich u włodarzy Wilna upominali się. Jest to też sukces socjaldemokratów, którzy po wyborze na przewodniczącego partii wicemera Wilna Gintautasa Paluckasa, stali się rzeczywiście partią promniejszościową — to właśnie projekt ich radnej, Auksė Kontrimienė, został dziś przez radę zaakceptowany. Nawet sukces mera Šimašiusa, który wezwał liberałów do głosowania za akredytacją w "imię bezpieczeństwa narodowego". Ale przede wszystkim jest to sukces społeczności szkolnych i ich liderów. Tych, którzy nie poddali się w roku 2015. Tych, którzy obijali progi, pisali protesty i projekty, sądzili się z samorządem, tracili czas na niezliczonych naradach. Tych, którzy nie stracili nadziei. Większości z nich nie znamy z imienia i nazwiska, bo nie grzeją się w światłach jupiterów, nie wygłaszają przemówień na pikietach pod ambasadami, nie ma ich na zdjęciach i przyjęciach, ale to dzięki ich wytrwałości ten dzisiejszy sukces stał się możliwy. Większość z nich na zawsze pozostanie bezimienna, bo ich sukces przywłaszczą politycy i zawodowi działacze. Mogę wymienić przynajmniej jedną z nich — Krystynę Łakis ze społeczności szkolnej „mickiewiczówki”.
wtorek, 15 sierpnia 2017
„Gdyby nie zwycięstwo Piłsudskiego to bolszewicy zajęliby Litwę, która zostałaby częścią ZSRR w 1920 roku. Ludzie znający historię wiedzą, że był rozkaz Dzierżyńskiego, dotyczący przewrotu na Litwie, który odwołano właśnie po przegranej bitwie pod Warszawą” – uważa znany litewski dziennikarz, publicysta i historyk Virginijus Savukynas. Jako chyba pierwszy Litwin dzisiaj (15 sierpnia), w kolejną rocznicę Bitwy Warszawskiej, złożył on na Rossie hołd marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu. Siła rażenia byłaby większa, gdyby zrobił to razem z nami, podczas pięknej uroczystości (na której nie zabrakło akcentów litewskich) zorganizowanej dziś na Rossie przez nową ambasador RP w Wilnie Urszulę Doroszewską i jej ekipę. Ale i tak to może i kameralne wydarzenie jest niewątpliwie bardzo ważne. Jeszcze przed kilkunastoma laty wszystko co było związane z międzywojenną Polską i PIłsudskim było odbierane na Litwie jednoznacznie negatywnie. Od kilku lat jednak rośnie świadomość, iż Cud nad Wisłą mimo iż doprowadził do utraty przez Litwę Wilna, zachował młodą państwowość litewską przed bolszewicką nawałnicą. A architekt warszawskiej victorii już nie jest przedstawiany jako czarny charakter, tylko jako mąż stanu, który miał swoje wzloty i upadki, ale na zawsze pozostał miłośnikiem Litwy. Oczywiście tej Litwy, którą sobie wymarzył. Przełamywanie litewskich stereotypów dotyczących Polski i Polaków jeszcze potrwa wiele lat. Szczególnie jeśli w ten proces nie będzie się angażowała Polska, bo niestety trzeba to przyznać, że Warszawa propolsko nastawionych litewskich intelektualistów dotychczas wykorzystywała słabo, a przez to ton relacjom polsko-litewskim zadają po obu stronach nacjonaliści.
wtorek, 08 sierpnia 2017
Tzw. taśmy prawdy z lutego 2014 r. z restauracji „Sowa i Przyjaciele", opublikowane przed kilkoma dniami przez tvp.info, na których ówczesny szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski z ówczesnym prezesem Orlenu Jackiem Krawcem omawiają (w sposób daleki od standardów dyplomatycznych) Litwę i sytuację rafinerii w Możejkach, niczego nie zmienią w relacjach polsko-litewskich. Przede wszystkim dotyczą wewnętrznej polityki polskiej, a litewski ślad jest interesującym, ale pobocznym wątkiem. Wątkiem niewnoszącym zresztą niczego nowego w naszą wiedzę o relacjach polsko-litewskich i po raz kolejny potwierdzającym znaną maksymę Otto von Bismarca, iż lepiej by się stało, gdyby ludzie nie wiedzieli jak robi się kiełbasę i politykę. O tym, że Radosław Sikorski jest nadętym, aroganckim bufonem było wiadomo od dawna. I o tym, że Sikorski chce „wychować Litwinów, żeby zrozumieli, że sr…ie na Polskę nie jest za darmo”, również wiedzieliśmy. A zresztą Sikorski nigdy szczególnie nie ukrywał, że prowadzi przeciwko Litwie swego rodzaju osobistą vendettę. Podobno poszło o stanowisko sekretarza generalnego NATO, o które zabiegał w swoim czasie, ale Litwini poparli Andersa Fogha Rasmussena. W odróżnieniu od niezliczonych legionów awupeelowskich polityków i „orlich piór”, którzy w swoim czasie śpiewali Sikorskiemu niekończącą się hosannę, że się tak bohatersko stawia w obronie interesów polskiej mniejszości na Litwie, a dziś z takim samym zapałem mu, Tuskowi i Platformie Obywatelskiej dowalają (byc może to wynik - jak mówi sam Sikorski na nagraniu — iż polski MSZ może na nich „dmuchnąć, bo przecież ich finansuje") , ja od samego początku zwracałem uwagę na jałowość prób traktowania przez Radosława Sikorskiego Litwy per nogam. Jałowość i szkodliwość.
czwartek, 03 sierpnia 2017
Był nieustraszony. Taranował koniem, rąbał szablą, strzelał z rewolwerów. Bardzo często wybierał spośród swoich ludzi najdzielniejszych i znikał z nimi na kilka lub kilkanaście dni na tyłach wrogich armii. Wracał w glorii bohaterskiej chwały i obwieszony trofeami. Wychodził cało z najgorszych potyczek, wylizywał się z najbardziej paskudnych ran. Dla Niemców był uosobieniem dzikiego barbarzyńcy rodem z azjatyckich stepów, bolszewicy pewnie nazwaliby go biczem Bożym, gdyby w Boga wierzyli. Natomiast żołnierze gotowi byli za „Baćką” skoczyć w ogień. Jadł z nimi z jednego kotła, dzielił z nimi trudy przemarszu, wdawał się z nimi w dyskusje, czytał im gazety, a wieczorami, nad obozowym ogniskiem, opowiadał anegdoty. Ale „baćka“ — to nie tylko ojciec, w nomenklaturze rosyjskiej wojny domowej tak właśnie nazywano leśnych i stepowych atamanów — odważnych, krwiożerczych, bezlitosnych i jednocześnie sentymentalnych zarządców olbrzymich czasami niczyich przestrzeni, z łatwością zmieniających sojuszników i opiekunów, ideologie i idee. Machno, Grigorjew, Dutow, Krasnow. Wilniucy też mieli takiego atamana — idealnego partyzanta, który niezbyt się sprawdzał w wojnie okopowej, ale był niezamienialny w różnego rodzaju dywersjach na tyłach wroga. Ostatniego Kmicica Najjaśniejszej. Na imię miał Stanisław, na nazwisko Bałachowicz, do którego dodał sobie fantazyjny przydomek Bułak-Bej, a pochodził z Wileńszczyzny.
wtorek, 01 sierpnia 2017
Przeprowadzony w czerwcu ub.r. przez pracownię badań opinii publicznej „Baltijos tyrimai/Gallup“ na zamówienie litewskiego Centrum Studiów Europy Wschodniej (CSEW) sondaż mieszkańców Wilna, Kłajpedy, Wisagini, Solecznik i rejonu wileńskiego, należących do mniejszości narodowych — przede wszystkim Polaków i Rosjan — został ostro skrytykowany i przez AWPL-ZChR, i przez polską opozycję. Jednym z zarzutów było, iż pytania o Putinie, kremlowskiej propagandzie i Krymie zadawano tylko przedstawicielom mniejszości narodowych, a tymczasem — sugerowano — wśród Litwinów sytuacja wcale nie jest lepsza. I oto mamy wyniki kolejnego sondażu — przeprowadzonego przez Litewskie Centrum Badań Socjalnych w lutym 2016 r. — dotyczącego nastawienia i Litwinów, i nie-Litwinów do wszelkiego rodzaju zagrożeń oraz oceny swojego bezpieczeństwa. Badanie to już jakiś czas temu zostało zaprezentowane różnym komitetom sejmowym i wywołało spore zamieszanie wśród parlamentarzystów. Zastanawiano się nawet, czy warto jego wyniki podawać do powszechnej wiadomości. Okazuje się, że za największe zagrożenia i/lub wyzwania dla bezpieczeństwa narodowego Litwy badani uznali przede wszystkim emigrację, bezrobocie, przestępczość oraz złą sytuację gospodarczą. Natomiast Rosję i rosyjskie zagrożenia hybrydowe badani wymienili dopiero na 16. miejscu (74 proc. mieszkańców Litwy uważa te zagrożenia za bardzo ważne, gdy tymczasem średnia unijna wynosi 86 proc.). O wiele większy niepokój wśród badanych wzbudzili np. uchodźcy i alkoholizm. Z drugiej strony sondaż wykazał, iż lojalność i patriotyzm litewskich Polaków jest bliski średniej krajowej — 52 proc. Litwinów, 47 proc. Polaków, ale tylko 37 proc. Rosjan jest dumnych z posiadania litewskiego obywatelstwa. 57 proc. Litwinów, 39 proc. Polaków i zaledwie 27 proc. Rosjan w razie potrzeby jest gotowych bronić Litwy przed agresją, a bronić Litwy z bronią w ręku — 21 proc. Litwinów, 9 proc. Polaków i tylko 2 proc. Rosjan. W porównaniu z rokiem 2014 w ogóle spadł odsetek osób gotowych do obrony ojczyzny (z 57 proc. do 48 proc.) i wzrósł odsetek niechętnych takiemu pomysłowi (z 14 proc. do 34 proc.).