Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
czwartek, 28 lipca 2016
Po ostatnich wydarzeniach w Niemczech i we Francji było tylko kwestią czasu, kiedy odezwą się przeciwnicy multikulturalizmu. Nigdy bym jednak nie spodziewał się, że w tym zgodnym chórze winnickich i lepenów nasza rodzima Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zacznie publicznie piętnować... zwolenników „równości wszelkich narodów“. „Seria zamachów terrorystycznych w Niemczech obaliła ostatni mit, ostatnią forpocztę zwolenników multikulti, którzy, w zaparte broniąc swej utopijnej ideologii, twierdzili, że jest ona możliwa do zrealizowania. Po krwawych zamachach dżihadystów we Francji i Belgii nawet najbardziej zaślepieni „konsumenci” liberalno-lewicowej utopijnej ideologii zaczęli zadawać sobie pytanie, że chyba z tym multikulti coś nie tak, skoro ci, którzy mieli nas ubogacać, zaczynają nas mordować z okrzykiem: „Śmierć niewiernym” — grzmi na łamach lie24 Tadeusz Andrzejewski posiłkując się jako argumentem cytatami z jakiegoś rosyjskiego (a jakżeby inaczej!) filmu o Afganistanie. Sorry, takich mamy publicystów! Co prawda zamachowiec z Monachium wcale nie krzyczał „Śmierć niewiernym!". Ali David Sonboly był prawicowym ekstremistą, dumnym ze swojego „aryjskiego pochodzenia" oraz tego, że dzielił datę urodzin z Hitlerem. Pal jednak licho takie niestotne dla wileńskiego dziennikarza szczegóły, ale czy naprawdę Andrzejewski nie zdaje sobie sprawy, że uderzając w ideę multikulturalizmu, której podstawą jest wiara, iż możliwa jest skuteczna integracja zamieszkujących jeden kraj narodów przy jednoczesnym poszanowaniu dla ich tożsamości, uderza w sam sens istnienia AWPL? Bo jeśli równość narodów jest koncepcja błędną, to mają rację litewscy talibowie, gdy twierdzą, że wszystkich litewskich Polaków należy zasymilować, zlikwidować polskie organizacje i szkoły, a tych, którym to się nie podoba — wysłać do Polski. Jeśli liderzy AWPL rzeczywiście wierzą w śmierć multikulturalizmu to powinni natychmiast przekształcić swoją partię w biuro ewakuacyjne litewskich Polaków do Polski. Bez multikulturalizmu (czy jakkolwiek ideę poszanowania dla różnorodności nazwiemy) nie ma bowiem dla nas na Litwie żadnych perspektyw. Na szczęście wieści o śmierci multikulturalizmu — rozpowszechniane przez Tadeusza Andrzejewskiego i innych piewców narodowego etnocentryzmu — są mocno przesadzone.
poniedziałek, 25 lipca 2016
Nie jestem osobą sentymentalną. Bez większych emocji wspominam wydarzenia w których uczestniczyłem w przeszłości. Po prostu cieszę się jeśli czegoś mnie nauczyły. Więc bez większego entuzjazmu podchodzę i do wszelkiego rodzaju inicjatyw wspomnieniowych. Dlatego, gdy przed rokiem Wanda Zajączkowska zaproponowała wydanie książki o „Słowie Wileńskim” byłem wobec tego pomysłu dosyć sceptyczny, ale pomocy nie odmówiłem. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że ta pomoc będzie potrzebna, gdyż znając z własnego doświadczenia jak wiele czasu i forsy potrzeba na przygotowanie takiej pozycji książkowej nie sądziłem, że pomysł wypali. Nie doceniłem jednak determinacji Wandy Zajączkowskiej — książka „Na początku było Słowo. „Słowo Wileńskie” 1994-1996” została napisana, złamana, wydrukowana, a w ubiegły piątek (22 lipca) w Instytucie Polskim w Wilnie odbyła się jej uroczysta prezentacja. Moja pomoc przy jej wydaniu sprowadziła się do napisania kilku tekstów i udzielenia kilku porad. Podobnie jak pomoc większości pozostałych „Słowian”. Ta książka to niewątpliwie osobisty sukces i zasługa Wandy Zajączkowskiej, która odwaliła kawał doskonałej roboty. I trzeba przyznać, źe po przeczytaniu książki trochę zmieniłem swoje sceptyczno-antysentymentalne nastawienie. Nie będę kłamał, że łezka mi się oku zakręciła, ale książka przypomniała mi kilka zabawnych anegdotek redakcyjnych, których czasami i ja byłem bohaterem, a o których całkowicie zapomniałem.
czwartek, 21 lipca 2016
Każda mniejszość narodowa, niezależnie od tego czy mieszka w Finlandii, Polsce, Litwie czy Sri Lance, narzeka na dyskryminację i wykluczenie społeczne. Winowajcą jest zawsze władza sprawowana przez większość narodową. Bardzo często tak właśnie jest, ale naukowcy, którzy badali w ramach projektu „Mobility and Inclusion in Multilingual Europe” sytuację mniejszości rosyjskiej na Łotwie z pewnego rodzaju zdziwieniem zaobserwowali, iż część łotewskich Rosjan wybiera absolutnie dobrowolną izolację od większości łotewskiej, tzw. self-exclusion. Bo w Rydze i Łatgalii można bez większych problemów przeżyć nie znając języka łotewskiego, nie trzeba wchodzić w jakiekolwiek interakcje z wspólnotą łotewską i wtedy samowykluczenie jest wybierane jako bardziej wygodna. Bo tak jest prościej. „Uniwersalna polityka integracyjna, proponowana przez władze łotewskie, nie działa. Nie możemy liczyć na to, iż położymy na stół piękny program — i natychmiast 25 proc. rosyjskojęzycznych, którzy wybrali dobrowolne wykluczenie ze społeczeństwa, ucieszą się i powiedzą: hurra, weźmy w tym udział! Nie – im i tak jest dobrze. Oczywiście to nie oznacza, ze rzeczywiście mają się dobrze. Ale mają się wystarczająco komfortowo. Jest szkoła, w której się uczysz w języku rosyjskim, socjalizujesz się z rówieśnikami w rosyjskim środowisku, wpadasz do sklepu, gdzie obsługują cię po rosyjsku, idziesz do klubu, a tam spotykasz zazwyczaj również tylko przedstawicieli swojej wspólnoty. W sieciach społecznościowych rosyjskojęzyczna młodzież również przebywa w swoim środowisku, nie obcując z Łotyszami. Ogląda i czyta rosyjskie massmedia” — wyjaśnia w wywiadzie dla Radia Swoboda Žaneta Ozoliņa, jedna z autorek wspomnianego badania. W wyniku self-exclusion tworzy się tzw. powerful minority - silna mniejszość, która czuje się całkowicie samowystarczalna i nie potrzebuje żadnych kontaktów z większością. Interesujące, że podobny proces można zaobserwować, chociaż i na mniejszą skalę, także na Litwie. Nie tylko w środowisku mniejszości rosyjskiej, ale i Polaków na Litwie.
poniedziałek, 18 lipca 2016
Dlaczego AWPL notuje lepsze wyniki w wyborach samorządowych niż parlamentarnych? Dlaczego partię popiera tylko część mniejszości polskiej na Litwie? Jaki wpływ ma zapraszanie na listy wyborcze AWPL działaczy rosyjskich? Na te i wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć Paweł Sobik w swojej rozprawie doktorskiej pt. „Akcja Wyborcza Polaków na Litwie w systemie politycznym Republiki Litewskiej (1994-2014)”. To w moim odczuciu jedna z najlepszych prac nie tylko o AWPL, ale i Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich. Wyważona, obiektywna, oparta na bogatym materiale socjologicznym i stroniąca sie od przyznawania jednoznacznych racji komukolwiek. Paweł Sobik podjął się niełatwego zadania skonfrontowania propagandowych wypowiedzi, wywiadów, oświadczeń działaczy AWPL-ZPL z niemniej propagandowymi oświadczeniami, wywiadami i artykułami przeciwników AWPL-ZPL i wbrnął z tego zadania z sukcesem. Ramy chronologiczne pracy to rok 1994, gdy zjazd założycielski powołał w sierpniu 1994 roku polską partię polityczną na Litwie i rok 2014, gdy świętująca 20-lecie istnienia AWPL opuściła koalicję rządową (pierwszą w której miała rzeczywisty wpływ na państwo litewskie). Ale dr Paweł Sobik nie ogranicza się tylko do tej cezury czasowej. Przedstawia krótką charakterystykę mniejszości polskiej na Litwie: jej liczebność, dylematy językowe, postulaty zgłaszane władzom litewskim, najważniejsze organizacje społeczne, inicjatywy medialne, relacje Polaków z Litwinami. Wnikliwie analizując udział Akcji Wyborczej w wyborach samorządowych, parlamentarnych, prezydenckich i do Parlamentu Europejskiego, jednocześnie przedstawia też polskie inicjatywy polityczne alternatywne wobec AWPL: od Wspólnoty Litwy Wschodniej po przez Alians Obywateli Litwy aż po Polską Partię Ludową.
środa, 13 lipca 2016
Przed tygodniem z okazji Dnia Państwa Litewskiego (Dnia Koronacji Mendoga) prezydent Dalia Grybauskaitė tradycyjnie odznaczyła cały szereg litewskich obywateli i obcokrajowców, zasłużonych dla Litwy, różnymi medalami i orderami. Nie znalazł się tym razem na tej liście odznaczonych żaden przedstawiciel mniejszości narodowych, ale za to Krzyżem Oficerskim orderu „Za zasługi dla Litwy” zostali uhonorowani Kazimieras Garšva i Nijolė Balčiunienė ze stowarzyszenia „Vilnija”. Niekwestionując ich zasług dla lituanistyki czy etnologii, trzeba jednocześnie przyznać, że Polakom na Litwie Kazimieras Garšva i jego „Vilnija” zawsze się kojarzył, kojarzy i będzie się kojarzył z najbardziej antypolskim skrzydłem litewskiego ruchu narodowego. Nielepszą opinię posiada i Związek Narodowców oraz jedna z jego liderek, propagatorka neopogaństwa Nijolė Balčiunienė. Każdy naród ma oczywiście prawo odznaczać takich bohaterów jakich uważa za wartych uhonorowania: Ukraińcy mają więc prawo stawiać pomniki Stepanowi Banderze, Polacy – oddawać honory Łupaszce, a Litwini odznaczać Garšvę. Jednak podejmując takie decyzje zawsze warto się zastanowić, czy przysłużą się one ładowi wewnętrznemu kraju i lepszym stosunkom z strategicznymi sojusznikami, czy też nie. Obawiam się, że odznaczenie Garšvy czy Balčiunienė się nie przysłuży. I nie jeden ja tak uważam.
poniedziałek, 11 lipca 2016
Czasami wydaje mnie się, że Waldemar Tomaszewski najbardziej lubi robić dwie rzeczy. Po pierwsze, używać przy każdej okazji imienia Pana Boga (malkontenci oraz krytykanci uważają nawet, że używa nadaremno, nie rozumiejąc, iż przywódcę Związku Chrześcijańskich Rodzin obowiązują nieco inne dekalogi niż szarych zjadaczy chleba). Po drugie, „z pracą i Bogiem” zaskakiwać wszystkich publicystów, politologów, dziennikarzy, piszących o AWPL i Wileńszczyźnie (w tym także – żeby nie było, iż nie jestem samokrytyczny – i mnie) i których praca (podobnie jak prognozy niegdysiejszych sowietologów i kremlologów) zdaje się przypominać wróżenie z fusów, a nawet swoich własnych współpracowników, swoimi decyzjami. Nie inaczej też stało się w ubiegły piątek (8 lipca), gdy konferencja Akcji Wyborczej Polaków na Litwie przypieczętowała (zapewne o wiele wcześniejsze) decyzje Honorowego Obywatela w sprawie list wyborczych AWPL w okręgu wielomandatowych i okręgach jednomandatowych. Z jednej strony niewiele na liście zmian. Jak ponuro żartował kiedyś pewien mój znajomy, który kilka razy startował z listy AWPL w różnych wyborach: „Zasada jest prosta – im lepszą pozycję uzyskasz za pomocą rankingowania w wyborach, tym gorszą pozycję na liście dostaniesz na następnych wyborach”. Ta zasada działa i tym razem w przypadku tych, co do których Wódz ma jakieś podejrzenia o nielojalność lub samodzielne myślenie. Natomiast pierwsza dziesiątka na liście nie zmienia się od lat: niezamienialny prezes AWPL Waldemar Tomaszewski, tak samo niezamienialny prezes ZPL Michał Mackiewicz, niezatapialny prezes Polskiej Macierzy Szkolnej Józef Kwiatkowski, kuzyn wodza i były wicemer Wilna Jarosław Kamiński, czyli wszyscy ci, dzięki którym polskość na Litwie (a w szczególności oświata) znajduje się dokładnie tam, gdzie się znajduje. Poza tym ukłony wobec regionów i/oraz klanów rodzinnych: Zbigniew Jedziński, Jarosław Narkiewicz, Rita Tamašunienė, Wanda Krawczonok. Ale są i niespodzianki.
czwartek, 07 lipca 2016
Gdy w sierpniu 1968 roku wojska Układu Warszawskiego zaatakowały Czechosłowację w proteście przeciwko interwencji na Plac Czerwony w Moskwie wyszło zaledwie siedem osób. A jednak miało to znaczenie fundamentalne. W samym centrum Imperium Zła znalazło siedem śmiałków, którzy rzucili wyzwanie olbrzymiej machinie państwowej. Przypomniała mi się ta historia, gdy w ubiegłym tygodniu członkowie Polskiego Klubu Dyskusyjnego zapalili znicze pod ambasadą Turcji w Wilnie w hołdzie ofiarom zamachu terrorystycznego w Stambule i natychmiast odezwały się głosy internetowych trolli, iż taka o to jest siła ludzka PKD — „trzy osoby na krzyż”. Szkoda tylko, że tym wszystkim anonimowym dowcipnisiom jakoś zabrakło czasu, chęci i inwencji, żeby zrobić to samo, co zrobił PKD, tylko w większym gronie. Byłby piękny gest, wart może nie Pokojowej Nagrody Nobla, ale odnotowania w mediach o wiele bardziej niż protesty pod ambasadami. Nie porównuję oczywiście tego co robi PKD z działalnością sowieckich dysydentów, bo skala odwagi i zagrożeń jest nieporównywalna. Chodzi mi jedynie o to, że gdy wszyscy milczą nawet głos jednej wołającej na pustyni osoby się liczy. Dlatego nie tak ważne jest ilu Polaków bierze udział w takim symbolicznym zapalaniu zniczy pod ambasadami w solidarności z ofiarami zamachów terrorystycznych, ile przychodzi na marsze niepodległości i parady równości. Ważne że są. Bóg podobno gotów był odstąpić od zamiaru zniszczenia Sodomy i Gomory, jeśli wśród ich mieszkańców znajdzie się przynajmniej dziesięciu sprawiedliwych. Bo wielkość nie ma znaczenia nie tylko w łóżku, ale i gdy chodzi o sprawiedliwość, solidarność, wolność.
poniedziałek, 04 lipca 2016
Prezydent Dalia Grybauskaitė zawetowała dziś (4 lipca) nowelizację Kodeksu Pracy oraz Ustawę o in vitro. Nie będę oceniał źle czy dobrze się stało. O wiele ważniejsze jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: dlaczego zawetowano te ustawy? Bo wbrew pozorom nie wiele wspólnego ta decyzja ma z treścią zawetowanych aktow prawnych, ale przyczyny jej mają bezpośredni wpływ i na los tzw. polskich postulatów. Po pierwsze, Dalia Grybauskaitė, która — jak wiadomo — serce ma po prawej stronie i nie ukrywa swoich sympatii wobec obecnej prawicowej opozycji, nie mogła przepuścić okazji, aby po raz kolejny wbić szpilę rządzącej centrolewicy. Po drugie, tym bardziej nie mogła przepuścić okazji, żeby zdobyć kilku dodatkowych rankingowych punktów u niezadowolonych z tych aktów prawnych. Gdy w 2011 roku Akcja Wyborcza Polaków na Litwie i inne organizacje polskie wyprowadziły na ulice tysiące osób w proteście przeciwko nowelizacji Ustawy o oświacie, zebrały 60 tysięcy podpisów (nomen omen 1/3 ogółu Polaków na Litwie!) pod petycją żądającą zawetowania ustawy — prezydent na jej zawetowanie się jednak nie zdecydowała. W 2016 roku do zawetowania gruntownej reformy stosunków pracy wystarczyło zaledwie pięć namiotów pod gmachem rządu. Paradoks? Wcale nie. Za tą garstką protestujących pod rządem studentów i związkowców stoi bowiem milcząca większość litewskich wyborców.