Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
czwartek, 30 maja 2013
Jak wiadomo litewska Konstytucja zakazuje podwójnego obywatelstwa „z wyjątkiem przypadków określonych w ustawie”. Jednak kwestia zalegalizowania podwójnego obywatelstwa non stop bumerangiem wraca do litewskiej politycznej i prawnej agendy z powodu nacisków wpływowych organizacji litewskiego wychodźstwa. Zwolennicy zalegalizowania podwójnego obywatelstwa podkreślają, że pozwoliłoby na związanie emigrantów zarobkowych z Litwą i ich ewentualny powrót na Litwę w przyszłości. Emigracja zarobkowa jest niewątpliwie sporym problemem dla Litwy (wciągu ostatnich 10 lat z Litwy — według różnych statystyk — wyemigrowało nawet pół miliona obywateli), chociaż ma też swoje doraźne pozytywne strony (na skutek emigracji zmniejszają się np. bezrobocie i przestępczość na Litwie). Jednak najważniejsze, że podwójne obywatelstwo nie ma na nią żadnego wpływu. Blisko 99 proc. nowych emigrantów zarobkowych nadal pozostaje obywatelami Republiki Litewskiej, co roku obywatelstwo obcego kraju nabywa zaledwie kilkaset spośród kilkunastu tysięcy emigrantów. Mimo to litewski parlament zabrał się ostatnio, zresztą po raz kolejny, za rozwiązanie tego problemu.
wtorek, 28 maja 2013
Wilno na starych, cudem zachowanych fotografia wzrusza nawet tak daleka od wszelkich ckliwych sentymentów osobę jak ja. Z tych pożółkłych kartek jawią się bowiem zręby miasta, którego już nie ma, zagubionej Atlantydy, resztek po Wielkim Księstwie Litewskim. Gdy mówimy „Wilno na starych fotografia” na myśl przychodzi , oczywiście, przede wszystkim Jan Bułhak, ale Wilno utwalili na swoich zdjęciach też inni znani fotografowie. W maju 1909 roku znany już wówczas rosyjski fotograf Siergiej Michajłowicz Prokudin-Gorskij (Серге́й Миха́йлович Проку́дин-Го́рский) dostał się na audiencję do cesarza rosyjskiego Mikołaja II podczas której przedstawił carowi swój szeroko zakreślony zamysł: objechać całe Cesarstwo Rosyjskie i utrwalić na zdjęciach jego piękno. Głównym celem przedsięwzięcia była edukacja dzieci na temat różnorodnej historii i kultury, a także modernizacji kraju. Mikołaj II zapalił się do tego pomysłu. Carska kancelaria wydała fotografowi specjalny glejt zezwalający na wstęp do wszystkich miejsc i urzędów Cesarstwa, urzędnikom nakazano ze wszelkich sił pomagać Siergiejowi Prokudinowi-Gorskiemu, od ówczesnego Ministerstwa Transportu dostał on na użytek swoich fotowojaży specjalnie wyposażony wagon kolejowy z ciemnią, dla robienia zdjęć na rzekach — nieduży parostatek, zaś do fotografowania Uralu do Jekaterynburgu car przysłał w prezencie fotografowi nowiutki samochód „Forda”. W latach 1909-1916 Prokudin-Gorskij objechał sporą część carskiej Rosji. Był w Samarkandzie i Tobolsku, na Uralu i w Murmańsku. W 1912 roku odwiedził także Wilno.
piątek, 24 maja 2013
Bardzo często zarzuca mi się, że zbyt rygorystycznie („pozytywistycznie”) traktuję normy litewskiego prawa regulujące używanie języka państwowego i języków mniejszości narodowych w życiu publicznym. Zdaniem moich oponentów (i tych, którzy wyzywają mnie od „zdrajców”, „liberastów” oraz „karierowiczów”, i tych bardziej powściągliwych w słowach) kwestię pisowni nielitewskich imion i nazwisk można bowiem rozstrzygnąć na raz-dwa i co ważniejsze bez zmiany Konstytucji czy przynajmniej konstytucyjnej Ustawy o języku państwowym. Przed kilkunastoma dniami, 10 maja br., grupa posłów złożyła w Sejmie projekt nowelizacji Ustawy o języku państwowym. Nie wnikając we wszystkie niuanse tego dosyć kontrowersyjnego dokumentu, chciałby zwrócić uwagę tylko na regulacje dotyczące pisowni imion i nazwisk. Otóż artykuł 14 projektu zakłada, ze imiona i nazwiska obywateli Litwy są pisane literami alfabetu litewskiego „z wyjątkiem przypadków określonych przez inne ustawy.” W tym tygodniu sejmowy Departament Prawa przedstawił opinię co do zgodności tego projektu z Konstytucją i obowiązującymi ustawami w której zaznaczył, iż stosunki społeczne uregulowane przez ustawę konstytucyjną nie mogą być regulowane przez akty prawne o mniejszej stabilności, dlatego wszelkie wyjątki od ogólnych zasad określonych w konstytucyjnej Ustawie o języku państwowym powinny być uregulowane w tejże ustawie, „właśnie w tej ustawie konstytucyjnej powinny być ustanowione zasady pisowni w oficjalnych dokumentach imion i nazwisk obywateli Republiki litewskiej pochodzenia nielitewskiego.” Od lat twierdzę to samo. Z moją wykładnią można się nie zgadzać, jednak znając jakim autorytetem wśród posłów cieszy się sejmowy Departament Prawa można z dużym prawdopodobieństwem prognozować, iż każda inicjatywa zmierzająca do zalegalizowania autentycznej pisowni nielitewskich imion i nazwisk bez zmiany Ustawy o języku państwowym jest skazana na lądowanie w koszu na śmieci. A do zmiany ustawy konstytucyjnej potrzeba 85 posłów…
poniedziałek, 20 maja 2013
Pisałem o tym niejednokrotnie, ale spróbuje powtórzyć raz jeszcze: problem oryginalnej pisowni imion i nazwisk na Litwie nie jest taki prosty i łatwy w rozwiązaniu, jak się wydaje z perspektywy Warszawy czy Brukseli. I nie dlatego, że budzi emocje w nacjonalistycznych środowiskach, tylko z powodu problemów konstytucyjnych. Litewski Sąd Konstytucyjny już dwukrotnie podkreślił, że ze względu na konstytucyjny status języka litewskiego jako języka państwowego pisownia imion i nazwisk w oficjalnych dokumentach powinna być zgodna z zasadami języka litewskiego. Można oczywiście doszukiwać się kto zawinił, że takie orzeczenie Sądu w ogóle ujrzało światło dzienne: ci, którzy wnieśli odpowiednie wnioski do Sądu Konstytucyjnego nie oceniwszy wszystkich możliwych skutków; językoznawcy, którzy przedstawili Sądowi takie a nie inne opinie w tej sprawie; sędziowie, którzy tkwią z uporem godnym lepszej sprawy przy swoim orzeczeniu z 1999 roku. Jednak o wiele ważniejsza jest odpowiedź na pytanie: co dalej? Jak trudne jest znalezienie dobrej odpowiedzi na to pytanie świadczy fakt, iż dzisiaj (27 maja) rząd Algirdasa Butkevičiusa po raz kolejny przełożył dyskusję nad tą kwestią. Odpowiedzi na to pytanie szukały także trzy poprzednie ekipy rządowe (Brazauskasa, Kirkilasa i Kubiliusa) zgłaszając Sejmowi projekty Ustawy o pisowni imion i nazwisk. Wszystkie, jak wiadomo, zostały przez parlament odrzucone. Rząd Butkevičiusa próbuje pójść inną drogą.
czwartek, 16 maja 2013
Wileński sąd rejonowy — wbrew rwetesowi niektórych polskich mediów i polityków na temat „egzekucji na Polakach” i „drakońskich kar” — nie nakazał dyrektorce administracji rejonu wileńskiego Lucynie Kotłowskiej zapłacenia odsetek za niewykonanie sądowego nakazu usunięcia tablic z polskimi nazwami ulic w różnych miejscowościach rejonu wileńskiego. Kotłowska nie będzie musiała zapłacić po 1000 litów za każdy dzień zwłoki. Jednak nadal ma obowiązek zapłacenia kary nałożonej za ignorowanie poprzednich decyzji sądowych. W dyskusji, która toczy się w sprawie zasadzanych przez sądy kar, moim zdaniem, bardzo często do jednego worka wrzuca się dwa różne problemy. Czy tablice z polskimi nazwami ulic w miejscowościach zwarcie zamieszkałych przez Polaków muszą być? Tak, bo najwyraźniej taka jest wola lokalnych mieszkańców. Nie bardzo rozumiem, komu i w jaki sposób te tablice mogą przeszkadzać lub zagrażać, a pewnie dla lokalnej ludności i turystów stanowiłyby i swego rodzaju udogodnienie, i dodatkową atrakcję. Czy jednak z tego powodu można nie wykonywać nakazów sądowych? Jako Polak — jestem za tablicami, jako prawnik — rozumiem, że są sprzeczne z obowiązującym prawem. Ten dylemat za dwa tysiące lat do mnie i Lucyny Kotłowskiej rozwiązali starożytni Rzymianie: Dura lex, sed lex.
poniedziałek, 13 maja 2013
Formalnie prawna sytuacja mniejszości narodowych w międzywojennej Republice Litewskiej nie tylko nie wyglądała tragicznie, ale w zasadzie była dużo bardziej liberalna niż obecne litewskie regulacje w tym zakresie. Gorzej było z praktycznym wcielaniem tych zasad w życie. Szczególnie w przypadku mniejszości polskiej, która stała się zakładnikiem napiętych polsko-litewskich relacji i konfliktu o Wilno. Chciałbym jednak przybliżyć dziś nie los Polaków na Kowieńszczyźnie (napisano już o tym całkiem sporo), tylko rozwiązania dotyczące autonomii kulturalnej mniejszości narodowych, które zostały przyjęte w Litwie kowieńskiej i obowiązywały przez kilka lat. W 1922 roku litewski Sejm Ustawodawczy uchwala pierwszą regularną konstytucję Republiki Litewskiej, która poświęca mniejszościom narodowym jeden dział (VII), na który składają się dwa artykuły (73-74) wprowadzające de facto zasadę autonomii kulturalnej. Zgodnie z artykułem 73 obywatele należący do mniejszości narodowych, które stanowią znaczną część ogółu obywateli, mają prawo w granicach określonych przez ustawy autonomicznie regulować kwestie związane z własną kulturą narodową — oświatę ludową, dobroczynnością, pomocą wzajemną — oraz w celu regulowania tych spraw wybierać w drodze ustalonej przez ustawę swoje organy reprezentacyjne. Natomiast artykuł 74 udzielał mniejszościom narodowym prawa do nakładania podatków na rzecz kultury narodowej na swoich członków oraz korzystania z państwowych i samorządowych dotacji na oświatę i działalność charytatywną. Podobne regulacje prawne zawierała również litewska Konstytucja z dnia 15 maja 1928 roku, chociaż praktycznie autonomia kulturalna już wówczas nie istniała. Formalnie konstytucyjne regulacje dotyczące autonomii kulturalnej mniejszości narodowych zostały zlikwidowane dopiero w Konstytucji z dnia 12 maja 1938 roku.
czwartek, 09 maja 2013
„Sterowiec w Wilnie! Dziś o godzinie 8 rano nad miastem płynnie się unosił wojskowy sterowiec. Nad ulicami Niemiecką, Zawalną oraz Wielką on się opuszczał tak nisko, że wyraźnie było widać gondolę, w której siedziało kilka osób. Sterowiec był udekorowany dwiema niedużymi rosyjskimi flagami. Jego pojawienie się w Wilnie wywołało duże poruszenie w tłumie. Krzyczano „hurra” itp. Sterowiec wylądował na polu wojennym” — tak opisywał wileński „Вечерний вестник” wydarzenie, które wydarzyło się w Wilnie 27 sierpnia 1913 roku — pierwszy lot wojskowego sterowca z Lidy do Wilna. Sterowiec wylądował na polu wojskowym czyli w dzisiejszym Miasteczku Północnym. Notabene w wyniku tego wydarzenia na mapie Wilna pojawiła się ulica Lotników (obecnie — Lakunų). Był to również początek regularnych połączeń powietrznych Wilna z innymi miastami.
poniedziałek, 06 maja 2013
W sobotę (4 maja) ulicami Wilna przeszedł „Marsz polskości". Było licznie i sympatycznie, chociaż jak na mój gust brakowało marszowi trochę świeżości (wiadomo krakowskie stroje i „ukochana moja ziemia" — to u nas mus) i spontaniczności. Nie obeszło się oczywiście bez tradycyjnej „разнарядки" rejonowym szkołom oddelegować na marsz określoną liczbę uczniów i nauczycieli, ale pewnie spontaniczny marsz nie zgromadziłby tylu osób (wystarczy przypomnieć ile osób przyszło w ubiegłym roku na spontaniczny „Marsz wolności"). Próbowałem liczyć maszerujących i wyszło mi jakieś 4-5 tysięcy czyli mniej więcej tyle ilu uczestników naliczyla wileńska policja. Jak na warunki litewskie — dużo. Zresztą rozmawiałem z uczestnikami, większość (szczególnie ci z Wilna) przyszła z własnej woli, a i ci przymusowi ochotnicy nie skarżyli się: impreza fajna, a i po Wilnie w słoneczny dzień przyjemnie jest się powałęsać. Rozmawiałem też z ludźmi, którzy przyglądali się pochodowi i opinie były w zasadzie bardzo przychylne (chociaż niewielu wiedziało kto, a jeszcze mniej — dlaczego, maszeruje). Być może dlatego, że — nie zważając na wszechobecne flagi AWPL — pochód nie miał charakteru politycznego. Jednocześnie jednak zmuszał do zastanowienia się, co znaczy być Polakiem na Litwie. W ubiegłym tygodniu udzieliłem wywiadu dla nowego portalu zw.lt. Jego nieduża — tekst był i tak długi, wypowiadało się w nim sporo osób, więc jest rzeczą zrozumiałą, że trafiła na łamy tylko ta część, którą dziennikarze zw.lt uznali za najbardziej interesującą — część ukazała się w artykule pt. „Polacy na Litwie: „Mamy się czym szczycić!”. Ponieważ jednak pytania, na które udzieliłem odpowiedzi, są w moim rozumieniu ważne, a moje odpowiedzi może mniej ważne, ale zawierają pewien mój osobisty statement, jeśli chodzi o polskość, postanowiłem przytoczyć je na blogu w całości.
czwartek, 02 maja 2013
Lokalne polskie media w większości nie są de facto podmiotami komercyjnymi, nie konkurują na rynku ani między sobą, ani z tytułami litewskimi czy rosyjskimi. Konkurują wyłącznie o dotacje z Polski. I to właśnie brak tych dotacji jest największym zagrożeniem dla ich status quo, a nie Litwini, brak czytelników czy tzw. wrogowie polskości. Podobno rok 2013 ma być ostatnim, w którym Warszawa finansuje wszystkie polskojęzyczne portale na Litwie. Według nieoficjalnych wiadomości polskie MSZ uprzedziło już wileńskich wydawców, że w przyszłym roku finansowanie dostanie tylko jeden polskojęzyczny portal internetowy, wokół którego będą musieli zjednoczyć wszystkie pozostałe. Trudno odmówić temu pomysłowi logiki: w miejsce kilkunastu kosztownych, ale niszowych portali, z których każdy zatrudnia po kilku dziennikarzy, a ich liczba unikalnych czytelników dziennych czasami waha się w granicach błędu statystycznego — stworzyć jeden duży internetowy kombinat multimedialny, będący w stanie konkurować z mediami litewskojęzycznymi. Wilno na tę wiadomość zareagowało… tworzeniem nowych portali. Wbrew pozorom też jest w tym swoja logika. Wskazująca, iż wbrew publicznie deklarowanej jedności i jednomyślności toczą się na Wileńszczyźnie nadal walki buldogów pod dywanem: o wpływy, przywództwo, pieniądze.