Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 26 marca 2018
Narodowe Nagrody Równości i Różnorodności są nazywane litewskim „Oscarem” w dziedzinie obrony praw człowieka. Od pięciu lat spośród kilkuset (w tym roku było ich ponad 200) inicjatyw społecznych wybierane są 24 najlepsze i najciekawsze, a następnie czytelnicy popularnego portalu internetowego 15min oraz komisja wybiera spośród nich 8 zwycięzców. W tym roku w kategorii „Dialog narodów” nagrodę zdobył Polski Klub Dyskusyjny (PKD). Tym samym przedłużając swoją fantastyczną nagrodową passę rozpoczętą przed rokiem prestiżową Nagrodą Klanu Gailiusów. Tegoroczne wyróżnienie jest tym ważniejsze, że „konkurenci” byli naprawdę mocni: Walentyn Stech, doświadczony działacz białoruski, który aktywnie uczestniczył w działalności na rzecz odzyskania przez Litwę niepodległości oraz dziecięce centrum dzienne „Pomóż przystosować się” z wileńskiego Porubanku, które zajmuje się integracją dzieciaków z rodzin litewskich, polskich, rosyjskich i romskich. Przyznam uczciwie, że gdyby nie udział PKD — głosowałbym właśnie na „Pomóż przystosować się” i życzyłem im wygranej nie mniej niż nam. Przed paroma tygodniami występując w jednej z audycji radiowych LRT powiedziałem, że „i PKD, i wszyscy inni nominowani do Nagród Równości i Różnorodności działają nie dla nagród, tylko żeby litewską rzeczywistość uczynić odrobinę lepszą, bardziej tolerancyjna i otwartą.” Nadal mogę te słowa powtórzyć, jednak niewątpliwie nagrody także są ważne. Stanowią one nie tylko wyraz uznania dla wysiłku niezliczonych społeczników, którzy tworzą nową, lepszą Litwę, ale i poszerzają wiedzę o tych inicjatywach, dodają otuchy i sprawiają, że głos takich organizacji jak PKD jest bardziej słyszalny i częściej wysłuchiwany na korytarzach władzy.
wtorek, 20 marca 2018
Na początku lat 90. małżeństwo Jerry i Monique Sternin z organizacji Save the Children dostali od władz komunistycznego Wietnamu pozwolenie na wjazd na okres kilku miesięcy, aby pomóc w walce z głodem, który dotknął wówczas — jak to często w krajach komunistycznych bywa — wietnamskie dzieci na terenach wiejskich. Okres pobytu, na który zezwoliły władze, był dosyć krótki, a co gorsza Sterninowie praktycznie nie mieli kasy na żadną większą akcję żywieniową czy szkoleniową z udziałem zachodnich speców od rozdawania przysłowiowych wędek. Pieniędzy wystarczyło im de facto tylko na bilety lotnicze do Hanoi i z powrotem. Mimo to się nie poddali. Na początku na terenach ich działalności aż 64 proc. dzieci było bardzo źle odżywionych. W ciągu dwóch lat liczba niedożywionych dzieci na tych terenach spadła jednak o 85 proc.! Jakim cudem? Otóż w wioskach, w których mieszkały głodujące rodziny, żyły też inne rodziny, nie odbiegające od tych głodujących ani poziomem zamożności, ani wyksztalceniem, ale w których dzieci nie głodowały. Jerry i Monique Sternin przeanalizowali dla czego im się udaje nakarmić swoje dzieci. Okazało się, że bardzo często używają do przygotowywania posiłków produktów, które w ludowej tradycji wietnamskiej są uważane za nienadające się do spożycia, mimo iż są zdrowe i zawierają wiele cennych składników odżywczych. Jakieś rośliny leśne, grzyby, zwierzęta polne. Rodziny te dbały też ściśle o przestrzeganie higieny osobistej przez dzieci, panował w nich zwyczaj spożywania (nawet niedużych) posiłków trzy lub cztery razy dziennie, a nie dwa razy jak w rodzinach niedożywionych. Sterninowie zaczęli więc organizować dla mieszkańców wiosek specjalne sesje szkoleniowe, w których rodziny, którym udało się nakarmić swoje dzieci, dzieliły się doświadczeniem z rodzinami niedożywionymi. W każdej społeczności istnieją osoby, którym własne, niepodzielane przez innych sposoby i strategie, umożliwiają lepsze rozwiązanie jakiegoś problemu niż innym członkom społeczności, chociaż nie posiadają oni, w porównaniu z nimi, żadnych specjalnych, dodatkowych zasobów czy wiedzy. Socjologowie nazywają ich „pozytywnymi dewiantami”. Moim zdaniem zjawisko „positive deviance” można zastosować z powodzeniem nie tylko do walki z głodem w krajach Trzeciego Świata, ale i do rozwoju… polskiego szkolnictwa na Litwie.
wtorek, 13 marca 2018
Nie ukrywam, że z olbrzymią satysfakcją przyglądam się temu wszystkiemu, co się dzieje ostatnio w stosunkach polsko-litewskich. Tak wielu wizyt najwyższych rangą polskich notabli na Litwie i litewskich w Polsce nie było od bardzo dawna. Być może nie było nigdy. Przed miesiącem na Litwie gościł z wizytą prezydent Andrzej Duda, następnie do Warszawy udał się i przemawiał w polskim parlamencie przewodniczący Sejmu RL Viktoras Prancketis, w ubiegły piątek – premier Mateusz Morawiecki, w niedzielę na obchodach Dnia Odzyskania przez Republikę Litewską Niepodległości gościł – po raz drugi wciągu pół roku! – marszałek Sejmu Marek Kuchciński, za kilka dni Wilno z wizytą odwiedzi marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Można już mówić nie o odwilży, a o jakimś miesiącu miodowym między Polską a Litwą. Niewątpliwie to bardzo cieszy. Przez siedem ostatnich lat pisałem i mówiłem o tym, że Polska potrzebuje Litwy, Litwa potrzebuje Polski, a Polacy na Litwie potrzebują dobrych stosunków pomiędzy naszymi krajami. Bo dobre stosunki polsko-litewskie są gwarancją rozwiązania problemów Polaków na Litwie. Byłem z tego powodu non stop krytykowany przez litewskich nacjonalistów, polskich nacjonalistów, działaczy AWPL-ZChR. Po stronie polskiej zgodny chór powtarzał mantrę, że trzeba lietuvisów docisnąć, przykręcić kurek, zastosować sankcje. Jeszcze więcej ultimatów, jeszcze więcej gróźb – a zmiękną i spełnią wszystkie nasze żądania. Nie zmiękli i nie spełnili. Po stronie litewskiej taki sam zgodny chór twierdził, że Polacy na Litwie nie mają żadnych problemów. Nazwiska – to nie problem, a fanaberia, dwujęzyczne napisy – podobnie. Po prostu dajmy im więcej kasy, a staną się w mgnieniu oka Litwinami. Nie stali się, tylko nadal podnoszą wciąż te same kwestie, wciąż te same postulaty znane od mniej więcej 30 lat. I co gorsza za sojusznikami zaczynają się rozglądać nie w kierunku zachodnim, tylko wschodnim. Nareszcie wszyscy poszli po rozum do głowy i przestali zamiatać problemy pod dywan naiwnie sądząc, że same się rozwiążą. Strona litewska uczyniła kilka gestów pojednawczych, strona polska odpowiedziała podobnie. Przestrzegałbym jednak przed wpadaniem z tego powodu w euforię.
poniedziałek, 12 marca 2018
Przez wiele lat jedynymi, kto maszerował w dniu 11 marca ulicami Wilna byli litewscy nacjonaliści. Publicyści przez wiele lat protestowali przeciwko takiemu zawłaszczaniu Dnia Odrodzenia Państwa Litewskiego, ale niewiele się działo. I oto od kilku lat sytuacja zaczyna się zmieniać. Powstało sporo inicjatyw alternatywnych wobec marszu nazioli. Inicjatyw pod sztandarem „Litwy dla wszystkich, a nie tylko dla Litwinów." Po raz czwarty ulicami Wilna maszerował Pochód Niepodległości. Nieformalny, bo w gruncie rzeczy przez nikogo nieorganizowany wyraz szacunku i miłości obywateli wobec swojego kraju. I nie mogło oczywiście w tym antynacjonalistycznym Pochodzie, w setną rocznicę Pierwszej Niepodległości, zabraknąć Polaków. Po raz czwarty swoich sympatyków, Polaków i Litwinów, skrzyknął pod biało-czerwone i trójkolorowe sztandary Polski Klub Dyskusyjny. Bo Litwa - to nasza wspólna sprawa! Poza tym udział Polaków w takich inicjatywach, łączących wszystkich litewskich obywateli, wyrażających sprzeciw wobec tendencji ksenofobicznych sprawia, iż nasz głos jest bardziej słyszalny, uważniej wysłuchiwany. Pokazuje bowiem, że Polacy są takimi samymi lojalnymi obywatelami niepodległej Republiki Litewskiej. Niektórych zaskakuje, że na naszym przemarszu powiewają nie tylko flagi polskie i litewskie, ale też ukraińskie czy białoruskie. W tym roku ja osobiście szedłem z - zakazanym na Białorusi - biało-czerewono-białym stiahem. Wywołało to pewne kontrowersje, więc z chęcią wyjaśniam dlaczego. Po pierwsze, żeby podkreślić, że jest to pochód otwarty na wszystkich obywateli Litwy. Po drugie, dlatego, że jeden z moich dziadków był Białorusinem i jestem z tego powodu dumny (podobnie jak jestem dumny z płynącej w moich żyłach krwi polskiej, litewskiej, ukraińskiej i tatarskiej). I po trzecie, dla wolności Naszej i Waszej. Bo wolność jest wartością nadrzędną łączącą wszystkie narody.
wtorek, 06 marca 2018
Zawsze mam problem, gdy piszę o wydarzeniach na Litwie z lat 1988-1992. Szczególnie tych związanych ze stosunkami polsko-litewskimi. Informacji jest niewiele, źródła są chaotyczne, częstokroć ze sobą sprzeczne, więc volens nolens trzeba się posiłkować własna pamięcią, a ta bywa zawodna i subiektywna. W przypadku takiego publicysty jak ja być może nie jest to duży problem, ale dla zawodowego historyka – to nie lada wyzwanie. Być może właśnie dlatego historycy starają się takie niezbyt odległe czasowo okresy omijać szerokim łukiem. Przynajmniej historycy litewscy jak dotychczas okres polskiej autonomii na Wileńszczyźnie i konfliktu etnicznego z czasów transformacji ustrojowej omijali, pozostawiając go publicystom. Bardzo się cieszę, że z tego nurtu wyłamał się znakomity litewski historyk Vladas Sirutavičius, którego monografia „Litwini i Polacy na Litwie, Litwa i Polska w latach 1988-1994” właśnie trafiła na półki wileńskich księgarni, a więc i w moje ręce. Zabrzmi to w przypadku monumentalnego dzieła o objętości blisko 500 stron, ale przeczytałem tę książkę… jednym tchem! I na pewno będę jeszcze do niej wielokrotnie wracał. Przede wszystkim dlatego, że jest to dzieło obiektywne. Sirutavičius nie szafuje wyrokami i nie zamiata problemy pod dywan. I co ważne nie zrzuca wszystkiego na cudowny wytrych wschodnioeuropejski na wszystkie etniczne problemy – „rękę Moskwy”. Nieprzypadkowo na motto książki wybrał słowa Bronisława Lagowskiego: „Rzeczy realne mają wiele stron, jedynie fikcje są jednowymiarowe".
czwartek, 01 marca 2018
Obca jest mi mentalność Kalego, więc zawsze popieram projekty, których celem jest rozwiązanie problemów mniejszości narodowych. Nieważne czy zgłasza je rząd czy opozycja, AWPL-ZChR, socjaldemokraci, liberałowie czy konserwatyści. Dlatego popieram i projekt Ustawy o mniejszosciach narodowych, zgłoszony przez socjaldemokratów, chociaż wobec poszczególnych jego zalożeń mam swoje zastrzeżenia. Uważam bowiem, że lepszy rydz niż nic, że lepiej poprawiać nieidealną, ale przełomową ustawę niż w nieskończoność tworzyć idealny jej wariant i jeszcze przez 27 lat dyskutować. Zaskakuje mnie jednak, że do zwalczania tego projektu z takim zapałem zabrali się i litewscy tautininkasy, i publicyści związani z AWPL-ZChR. Sojusz narodowców ponad podziałami? „Bałamutny, chałowaty i populistyczny" – tak ten projekt określił. Zdaniem Andrzejewskiego LSDP chodzi wyłącznie o głosy mniejszości narodowych, a „na dodatek sam projekt jest chałowy, mało wartościowy, by powiedzieć bardziej dyplomatycznie.” Bo wprowadza próg 1/3 mieszkańców samorządu należących do mniejszości jako o kryterium używania na terenie tego samorządu w obiegu publicznym języka tej mniejszości narodowej. Bo porządek nadawania nazw oraz ich pisownię ustali rząd bądź upoważniona przez niego instytucja. Bo prawo mniejszości narodowych do finansowego wsparcia przez państwo oraz do nauki swego języka bądź pobierania nauki w swym języku ojczystym są zbyt abstrakcyjnie sformułowane. I mógłbym rzeczywiście z tymi poszczególnymi zarzutami zgodzić. Sęk jednak w tym, że niemal wszystkie przepisy, które tak krytycznie ocenia Tadeusz Andrzejewski, są niemal identyczne przepisom, które są zawarte w projektach ustawy o mniejszościach narodowych, składanych w latach 2010, 2013 i 2014 przez… AWPL-ZChR! Jak Kali napisać nieidealna ustawa to dobrze?...