Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
wtorek, 29 marca 2016
Jak tak się przyglądam przepychankom wokół polskich szkół w Wilnie to przypomina mi się stary kawał. Kowalski na budowie biega z pustą taczką w te i we wte. Widząc to kierownik pyta: „Kowalski, a ty co tak z tą pustą taczką latasz?“ „Panie kierowniku — mówi Kowalski – jestem tak zapracowany, że nie ma kiedy załadować.“ Jesteśmy tak zaangażowani w „walkę o polską szkołę“, że nie mamy nawet czasu się zastanowić nad sednem problemu, któremu próbujemy bohatersko podołać. Co więcej — jest coraz trudniej się zorientować w obecnej sytuacji polskich szkół w Wilnie i w naszych żądaniach z nimi związanych. Politycy i media używają na jej określenie lapidarnego skrótu myślowego — likwidacja polskiego szkolnictwa w Wilnie. Bo w ten sposób jest łatwiej trafić do opinii publicznej. „Będziemy stanowczo domagali się akredytacji wszystkich szkół mniejszości narodowych m. Wilna oraz utrzymania istniejących szkół podstawowych i placówek przedszkolnych!" — bardziej konkretnie piszą z kolei w swoim apelu organizatorzy niedawnych wieców. A więc szkoły nie są likwidowane, ale chcemy żeby wszystkie dotychczasowe zostały akredytowane oraz zachowane. Paradoksalnie tak czy inaczej wszystkie i zostaną akredytowane (co nie znaczy że wszystkie dostaną taki status o jaki ubiegają się), a i zamykanie przedszkoli i szkół podstawowych nie jest przewidziane. Więc o co protestującym chodzi? Pomijając niemającą dla Polaków większego znaczenia (polskich prywatnych przedszkoli w Wilnie nie ma, a do samorządowych nie ma kolejek) kwestię przyznania przez stołeczny samorząd 6 milionów euro dotacji prywatnym przedszkolom (100 euro miesięcznej rekompensaty za czynsz na dziecko, uczęszczające do prywatnego przedszkola), którą AWPL uważa za przejaw korupcji, ale która pozwoliła stworzyć w ubiegłym roku 1,5 tysiąca nowych miejsc w przedszkolach, problemy polskiej oświaty w Wilnie sprowadzają się do trzech kwestii.
wtorek, 22 marca 2016
Będąc stanowczym przeciwnikiem Kremla i jego lokalnych popleczników oraz stanowczym przeciwnikiem rusyfikacji, która niestety czyni nadal spore postępy wśród litewskich Polaków, jestem jednocześnie miłośnikiem języka rosyjskiego i kultury rosyjskiej. Szczególnie że mam wśród Rosjan sporo bliskich przyjaciół. Do takich zaliczam np. zespół Spichki. Ładnych kilka lat temu profesor Alfredas Bumblauskas, jeden z największych litewskich autorytetów w dziedzinie historii, w jakimś wywiadzie wyznał, że Litwę na świecie tak na dobrą sprawę znają z dwóch powodów: z pomnika Frankowi Zappie oraz z zespołu Spichki. Oczywiście taka wypowiedź profesora jest swoistą prowokacją, ale Spichki — to niewątpliwie jedna z legend wileńskiego undergroundu, mająca na swoim koncie 7 albumów i setki koncertów. Nie tylko na Litwie, ale także w Polsce, Niemczech, Rosji, Łotwie, Estonii, Czechach. Tym przyjemniej jest mi ogłosić, iż po pięciu latach nieobecności zespół tryumfalnie powrócił na litewską scenę i jak zapowiedział lider kapeli Sława Aleksiejew nie zamierza z niej w najbliższym czasie schodzić. 12 marca w wileńskim klubie „Tamsta” odbył się pierwszy koncert reaktywowanego zespołu, który pokazał, że Wania, Sławik, Graf i Frank nadal są w stanie porwać tłumy. Od najmłodszych dzieciaków po dziadków. W pogującym kotle pod sceną można było spotkać i starych załogantów, i młodzież alternatywną, i szefów działów z różnych ministerstw, i bezrobotnych. Rosjan, Litwinow, Polaków. Bo Spichki zawsze były zespołem, który przełamywał wszelkie stereotypy. Muzyczne, polityczne, subkulturowe, narodowościowe. „Polityka, ideologie nas nie interesują” — zawsze deklarowali.
piątek, 18 marca 2016
Odbył się (17 marca) kolejny wiec protestacyjny pod wileńskim samorządem. Miałby sens (jako dodatkowy argument), gdyby strony prowadziły jakiś dialog, ale takiego dialogu od roku brak. Tak więc w zasadzie nie byłoby niczego w tym wydarzeniu wartego skomentowania, gdyby nie następująca wypowiedź Waldemara Tomaszewskiego: „Dla nas, rdzennych mieszkańców tej ziemi, jest niezrozumiałe, jak mogą przybysze znęcać się nad naszymi dziećmi. Czy możemy sobie wyobrazić sytuację, że ja lub Renata Cytacka zostaniemy wybrani na mera Taurogów, skąd pochodzi mer Šimašius, i będziemy tam zamykali szkoły. Tego nigdy by nie było, bo staramy się pracować sumiennie." Największy niepokoj budzi nie fakt, iż lider AWPL sugeruje, że w Taurogach wybór uczciwego polityka na mera jest niemożliwy, tylko odgrzewanie podziałów na „my” i „oni”, „swoi” i „obcy”, „przybysze” i „rdzenni mieszkańcy”, których Waldemar Tomaszewski starał się ostatnio unikać. Wygląda na to, że z uwagi na zbliżające się wybory sejmowe uznał, iż należy porzucić dotychczasową baśniową narrację, że AWPL już nie jest partią polsko-rosyjską, tylko wszystkich obywateli oraz że coraz więcej Litwinów na nią głosuje, i powrócić do sprawdzonej konfrontacji na tle narodowościowym. Powrócić do haseł doskonale znanych z np. rosyjskich kampanii wyborczych („понаехали тут”, „Москва нерезиновая” itp.). Wilka zawsze do lasu ciągnie, a nacjonalistę do ksenofobicznej retoryki. Szczególnie, że biorąc pod uwagę obecne antyimigranckie nastroje jest szansa że taka narracja doskonale się w nastroje społeczne wpisze. Na Litwie co prawda imigrantów za dnia ze świecą należałoby szukać, ale z braku Irakijczyka, Syryjczyka czy Afgańczyka wszystkie niepowodzenia, zaniedbania i problemy (w tym wynikające z własnych błędów) można przecież spisać i na przybysza z Taurogów, Telsz, Kowna lub Kłajpedy. Ważne, żeby był nie „nasz”.
środa, 16 marca 2016
De mortuis aut bene, aut nihil. O zmarłych należy mówić dobrze albo wcale – głosi stara łacińska paremia. Są jednak osoby, o których nawet gdybyś chciał nie jesteś w stanie powiedzieć niczego złego. Jedną z takich osób, które w swiom życiu poznałem, był zmarły przed kilkoma dniami Zdzisław Tryk. Był po prostu naprawdę bardzo dobrym, łagodnym i światłym człowiekiem. I trochę szkoda, że jego śmierć pozostała praktycznie niezauważona przez nasze lokalne polskie media. Bądź co bądź Zdzisław Tryk nie był osobą nieznaną. Wilnianin z dziada pradzida, w swoim czasie aktor Polskiego Studia Teatralnego w Wilnie, muzyk w licznych zespołach polskich, animator kultury, polityk, radny wileńskiego samorządu, przedsiębiorca, jeden z twórców dwutygodnika „Znad Wilii“ (pierwszego niezależnego od komunistów powojennego tytułu polskiego w ZSSR). Jego jedynym „mankamentem“ — w oczach „orlich piór“ — był zapewne fakt, iż w latach 90. ubiegłego wieku zaangażował się w politykę nie w szeregach AWPL, tylko Związku Liberałów, a na początku XXI w. był jednym z liderów liberalnej opozycji na Wileńszczyźnie, ostatnim prezesem Klubu Polskich Liberałów „ProLibera“. Organizacji, która w swoim czasie miłościwie nam panujących nie na żarty przestraszyła, posiadała bowiem kilku radnych i posła na Sejm, prężnie działała i cieszyła się sporymi wpływami. Prezesowania takim inicjatywom u nas się nie wybacza nawet po śmierci?
poniedziałek, 14 marca 2016
Gdy oglądałem w piątek (11 marca) wieczorem telewizyjne wiadomości – najpierw litewskie, potem zagraniczne, to niestety z przykrością musiałem stwierdzić, iż po raz kolejny wygrali nacjonaliści. Ich marsz był pokazywany dużo częściej niż trzy-cztery razy liczniejszy Marsz Niepodległości, zorganizowany przez środowiska antynacjonalistyczny. W zasadzie nawet niezorganizowany, bo przecież w odróżnieniu od roku ubiegłego, w tym roku nikt Marszu Niepodległości nie organizował. W oficjalnym programie obchodów 26. rocznicy odzyskania niepodległości było przewidziane uroczyste posiedzenie sejmowe, przemówienia notabli, wciągnięcie na maszt flag trzech bałtyckich republik oraz pochód orkiestry wojskowej aleją Giedymina. Tylko o zwykłych obywatelach, którzy chcą wyrazić swoją miłość do Ojczyzny, a nie chcą iść w marszu narodowców, jakoś w tym wszystkim zapomniano. A przecież to przede wszystkim naszym władzom powinno zależeć na tym, żeby Litwa na świecie była kojarzona nie z łysogłowymi faszystami, tylko z uśmiechniętymi, szczęśliwymi obywatelami. I wtedy na portalach społecznościowych różne organizacje zaczęły skrzykiwać się – pójdźmy po prostu za tą orkiestrą z flagami, kolorowymi balonami, młynkami, wstążeczkami. Bez żadnych zezwoleń i organizatorów. Po prostu, żeby zademonstrować swój patriotyzm i odebrać nacjonalistom monopol na świętowanie 11 marca.
czwartek, 10 marca 2016
W przededniu litewskiego Dnia Niepodległości nie chce mi się pisać kolejnego patetycznego tekstu o wolności i znaczeniu niepodległości. Dla tych, których wolność wartością jest taki tekst niczego nowego nie powie, ci zaś dla których nie jest — i tak niczego z niego nie zrozumieją. Natomiast przypomniał mi się najbardziej egzotyczny 11 marca jaki kiedykolwiek spędziłem. W 2013 roku obchodziłem go na Antarktydzie, na wyspach Galindez i Zimowej! Piliśmy wówczas na cześć Litwy argentyński fernet branca i szkocką whiskey, ale także pewien napój, o którym opowiem za chwilę, bo dziś postanowiłem ułożyć — dla tych czytelnikow, co maja powyzej 18 y.o. — mój subiektywny Top 10 najciekawszych wysokoprocentowych alkoholi spoza Litwy. Bo alkohol - to prawdopodobnie najczęściej testowany przez podróżników produkt na świecie. I ja nie jestem wyjątkiem — w swoich podróżach nie zawsze miałem wystarczająco pieniędzy na zjedzenie dobrego obiadu, ale jeszcze nigdy nie zrezygnowałem z kufla lokalnego piwa czy szklanki wina (oczywiście zawsze pamietając, że nadmiar alkoholu szkodzi, szczegolnie w podróży). Optymiści twierdzą, że szklanka jest do połowy pełna, pesymiści — pusta, a dla mnie ważne, zeby była wypełniona jednym z poniższych trunków...
wtorek, 08 marca 2016
Rok temu na Moście Moskworeckim w Moskwie został zabity opozycjonista Borys Niemcow. Właśnie dlatego 27 lutego roku bieżącego razem z innymi wilnianami wyszedłem na plac Łukiski, aby dołączyć do tych wszystkich, którzy w tym dniu wyszli na ulicy w Rosji i innych krajach, by uczcić jego pamięć. Nie dlatego, że jesteśmy jakimiś szczególnymi wielbicielami kunsztu politycznego byłego rosyjskiego wicepremiera, tylko raczej z uwagi na wagę jego śmierci. Oto reżym putinowski zaczął strzelać do swoich przeciwników politycznych. Nastąpiła drastyczna zmiana jakościowa, która zmusza do refleksji. Szkoda że nie wszystkich. Bo po podjęciu przed kilkunastoma dniami przez Radę samorządu m. Wilna jednomyślnej wstępnej decyzji o nadaniu jednej z wileńskich ulic lub jednemu ze skwerów imienia Borysa Niemcowa, odezwały się natychmiast głosy, że to przejaw rosyjskiej... ekspansji i lobbizmu, że Borys Niemcow to playboy, że w żaden sposób się Litwie nie przysłużył. Gdy był rosyjskim wicepremierem, ani nam Makutynowicza z Razwodowym nie wydał, ani rekompensaty za czasy sowieckiej okupacji nie wypłacił. A i nieupamiętnionych litewskich działaczy jest od groma, więc po co nam ruski imperialista?...
wtorek, 01 marca 2016
Wiele osób po spotkaniu z ministrem spraw zagranicznych Litwy Linasem Linkevičiusem, które odbyło się w ubiegły czwartek w Polskim Klubie Dyskusyjnym, poczuło zawód. Bo Linkevičius był zabawny, interesujący, dowcipny, sypał kawałami, aforyzmami i bon motami (np. że „mój przyjaciel Sikorski czasami pozwalał na radykalne wypowiedzi, ale to dlatego pewnie, że ma na imię Radek. Radek = radykalny”), ale tak na dobrą sprawę nie powiedział niczego odkrywczego. Stosunki polsko-litewskie wcale nie są tak złe jak się je maluje, w dziedzinie bezpieczeństwa i energetyki Polska i Litwa doskonale się ze sobą dogadują i współpracują, mówią jednym głosem, a strategiczne projekty nareszcie ruszyły z miejsca, bo i Polacy, i Litwini doskonale zdają sobie sprawę, jak wyraził się minister, że „siedzimy w jednej łódce”. Natomiast niewątpliwie są problemy, szczególnie w dziedzinie praw mniejszości narodowych, które trzeba rozwiązywać i to że nie zostały dotychczas rozwiązane jest „wstydliwa kartą” w historii niepodległej Litwy. Należy je rozwiązywać nie zważając na krzyki i protesty nacjonalistów. „Jest takie litewskie przysłowie: Duok durniui kelią. Daj durniowi drogę. Ustąp głupiemu. Mi się wydaje, że najwyższy czas, aby je zmienić, przestać do niego się stosować i nie dawać durniom, psującym stosunki pomiędzy naszymi narodami i państwami, drogi” — powiedział Linas Linkevičius. Owszem zabrakło w tym wszystkim konkretów, ale czy można oczekiwać konkretów dotyczących wewnętrznej polityki od nomen omen ministra spraw zagranicznych? Dla mnie w ogóle sytuacja, gdy ministrem, któremu najbardziej zależy na rozwiązaniu problemów polskiej mniejszości narodowej na Litwie, jest minister spraw zagranicznych jest sytuacją paranoiczną. Bo na miejscu Linkevičiusa powinna siedzieć minister oświaty i nauki, powinien siedzieć minister kultur, powinna siedzieć dyrektorka Departamentu Mniejszości Narodowych. To właśnie oni są odpowiedzialni za dziedziny bezpośrednio związane z prawami mniejszości narodowych. To oni powinni podjąć odpowiednie decyzje, a minister spraw zagranicznych jedynie zakomunikować swoim polskim kolegom, że problemy zostały rozwiązane i przejść do o wiele ważniejszych wyzwań geopolitycznych. Bo sytuacja, gdy stosunki między dwoma sojusznikami stają się zakładnikiem wewnątrzkrajowych sporów pomiędzy obywatelami i władzą jest sytuacją paranoiczną.