Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Przewidywanie przyszłości jest rzeczą niewdzięczną, bo życie zazwyczaj wywraca do góry nogami tak pesymistyczne, jak i optymistyczne prognozy. Dokładnie przed 12 miesiącami pisałem, że „My — Polacy i Litwini — jesteśmy tak na dobrą sprawę naprawdę bliscy. Mentalnie oraz historycznie. I kto wie czy problemy w naszych stosunkach nie są pochodną tej bliskości. Jednocześnie ta bliskość sprawia, iż jest nadzieja, że uda nam się kiedyś te problemy przezwyciężyć. A wigilia Nowego Roku skłania nawet ateistów i agnostyków do wiary, więc wierzmy, iż 2014 rok w cudowny sposób stanie się rokiem konkretów.” Po części ta prognoza się ziściła. Konkrety w roku mijającym były, ale nadal nie było ich niestety ani zbyt wiele, ani nie były to zmiany gruntowne. Rozwiązano wreszcie problem dwujęzycznych tabliczek na domach prywatnych — po zmianie przepisów wykonawczych uznano, że w sensie prawnym nie są tablicami z nazwami ulic, a więc mogą wisieć dalej. Podjęto decyzję o odrodzeniu departamentu ds. Mniejszości Narodowych przy Rządzie RL. Sąd Konstytucyjny uznał, iż na wniosek językoznawców nielitewskie nazwiska mogą być w oficjalnych dokumentach zapisywane i literami nienależącymi do alfabetu litewskiego. Podpisano ponadpartyjne porozumienie dotyczące obrony i bezpieczeństwa narodowego Litwy w którym zobowiązano się do przyjęcia Ustawy o mniejszościach narodowych. W Sejmie złożono już kilkanaście projektów takiej ustawy, złożono projekt Ustawy o imionach i nazwiskach, który przewiduje oryginalną pisownię dla wszystkich nie-Litwinów. Ich los rozstrzygnie się najpewniej już w roku 2015. Niestety nie dam jednak głowy, że zawsze po naszej myśli.
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Koniec roku kalendarzowego — to tradycyjnie czas na podsumowanie minionych 365 dni. Wciągu kilku ostatnich dnia miałem okazje podsumowywać najważniejsze wydarzenia mijającego roku na antenie różnych mediów. Ten wpis wiec służy niejako uporządkowaniu i usystematyzowaniu już wygłoszonych przeze mnie opinii, jak również przedstawieniu tych wydarzeń, na których szersze omówienie zabrakło czasu. Z racji tego, iż mój blog jest poświęcony przede wszystkim kwestiom wileńskim oraz polsko-litewskim skupiłem się przy opisywaniu Top 10 najważniejszych wydarzeń roku 2014 wyłącznie na Wileńszczyźnie oraz Litwie. To oczywiście wcale nie znaczy, że takie są rzeczywiste priorytety, ale przede wszystkim o tych sprawach w minionym roku pisałem, mówiłem w wywiadach, audycjach radiowych i telewizyjnych. Są one mi po prostu bliższe. A i czytelnicy zaglądają na „Inną Wileńszczyznę…” raczej nie po to, żeby się dowiedzieć mojej opinii o wojnie domowej w Sudanie…
czwartek, 18 grudnia 2014
„Słysząc że głos jej nożami przenikał, Gdy swe bolesne męki powiadała, Szedłem nie przeto abym ran dotykał, Ani rozdrażniał zranionego ciała, Ani świadectwo wydawał o ranach: Ale był wierny jak syn na kolanach” — tak się zaczyna dziś już nieco zapomniany poemat Juliusza Słowackiego „Rozmowa z Matką Makryną Mieczysławską”. Bohaterka poematu — Makryna Mieczysławska — pojawiła się 10 września 1845 roku w Paryżu w środowisku emigracji polskiej związanej z ks. Adamem Czartoryskim z listami polecającymi od gen. Dezyderego Chłapowskiego, arcybiskupa poznańsko-gnieźnieńskiego Leona Przyłuskiego oraz ks. Jana Koźmiana. W listach przedstawiono ją jako ofiarę rosyjskich prześladowań unitów, którzy po tzw. synodzie zjednoczeniowym w Połocku w roku 1839 nie chcieli przejść na prawosławie, a arcybiskup Przyłuski prosił ks. Aleksandra Jełowickiego o uzyskanie dla niej audiencji u papieża. W Paryżu przedstawiała się początkowo jako matka Irena Makryna Mieczysławska, następnie przestała wymieniać pierwsze imię. Opowiadała, że jako przełożona klasztoru bazylianek w Mińsku była narażona na szczególne szykany ze strony władz rosyjskich i demonicznego biskupa prawosławnego Józefa Siemaszki, który osobiście uczestniczył w katowaniu mniszek, bił je po twarzy, wybijał zęby, pozwalał rosyjskim żołnierzom je gwałcić. Wśród antyrosyjsko nastawionej emigracji polskiej powitana została jako święta męczennica. O Makrynie rozpisywały się nie tylko gazety polskojęzyczne, lecz także pisma francuskie, belgijskie, a nawet gazety angielskie. Jedyny problem polegał na tym, że Makryna Mieczysławska w rzeczywistości nazywała się Irena Wińcz z Wilna, była wdową po oficerze rosyjskim, z pochodzenia Żydówką, która po śmierci męża, w wieku nomen omen 60 lat, stała się gwiazdą jednej z największych mistyfikacji w historii Polski. Zresztą mistyfikację tę wykrył dopiero niemal sto lat później ks. Jan Urban.
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Na tę płytę — której prezentacja odbędzie się juz za kilka godzin w DKP — czekaliśmy wyjątkowo długo. Ja — przez całe swoje świadome życie. Bo „Muzyczne Rodowody. Litwa” — to kompilacja nagrań dziesięciu polskich wykonawców z Wilna grających muzykę, która może się kojarzyć z Jamajką, Londynem, Skandynawią, ale do niedawna w żaden sposób się nie kojarzyła z polskością na Litwie. Rock, neofolk, reggae, hiphop, metal, punk, ska. Szczególnie ska jest wyjątkowo dużo na tej płycie. Gdy w dalekim 1992 roku zakładaliśmy z kolegami ze szkolnej ławy pierwszy (bodajże) punkowy zespół na Litwie śpiewający po polsku wydawało nam się, że rockowa rewolucja na Wileńszczyźnie wybuchnie lada dzień. Wybuchła, ale dokładnie 20 lat później, gdy w obskurnym pubie przy ulicy Wszystkich Świętych, pewnego mroźnego i śnieżnego grudniowego wieczoru, spotkały się na wspólnym charytatywnym koncercie, zorganizowanym przez „Pulaków z Wilni”, kapele Kite Art oraz Will’n’Ska. „Muzyczne Rodowody. Litwa” — to podsumowanie pewnego okresu rozwoju polskiej sceny alternatywnej na Wileńszczyźnie. Płyta promująca Wileńszczyznę jakiej dotychczas nie było. Wileńszczyznę, która nawet patriotyzm i folklor jest w stanie podać bez patosu, martyrologii i bicia piany. Po prostu Inną Wileńszczyznę.
piątek, 12 grudnia 2014
Jarosław Niewierowicz w ciągu kilku ostatnich lat stał się niewątpliwie jednym z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na Litwie. I w odróżnieniu od Waldemara Tomaszewskiego pozytywnie ocenianym tak przez Polaków, jak i przez Litwinów. To że nie zdobył dotychczas tytułu „Polaka Roku”, a w roku obecnym nie jest nawet do niego nominowany, świadczy dobitnie o poziomie tego „plebiscytu” i jego kapituły. Gdy Polski Klub Dyskusyjny, mniej więcej przed trzema tygodniami, ogłosił, iż 11 grudnia odbędzie się spotkanie z byłym ministrem energetyki Jarosławem Niewierowiczem, wiele młodszych i starszych pań i panien zapaliło się do uczestnictwa w dyskusji. Nie tyle z powodu zainteresowania problemami bezpieczeństwa energetycznego Litwy, co z chęci zobaczenia na własne oczy „najprzystojniejszego polskiego ministra na Litwie.” Co prawda wciągu trzech tygodni ten słomiany zapał się wypalił. Poza tym tego samego wieczoru w tym samym czasie, co spotkanie w PKD, w kościele św. Katarzyny odbywał się koncert kolęd w aranżacji jazzowej i bluesowej i spora część stałych bywalców Klubu wybrała bezpłatne wejściówki na jazz i blues, a nie — jak żartował prezes Klubu Mariusz Antonowicz — nudną dyskusję o energetyce, która na dodatek i odbywała się w późnych godzinach wieczornych. Mimo tych nie sprzyjających okoliczności na spotkanie z Jarosławem Niewierowiczem przyszło 35 osób. I mi się wydaje, że jest to liczba optymalna. Stwarza bowiem możliwość rozmowy w której każdy chętny może się wypowiedzieć.
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Rok 2014 dla Waldemara Tomaszewskiego to nie tylko rok wyborczych sukcesów. To także rok ostrej krytyki niektorych aspektów jego działalności. Nie tylko przez Litwinów. Wojciech Maziarski proponuje na łamach „Gazety Wyborczej" zaciekawić się jego postępowaniem w dniu 9 maja, gdy publicznie paradował po Wilnie ze stonką w klapie: „Dopytywany o to niedawno przez dziennikarza „Rzeczpospolitej" obłudnie łgał: „Wstążka gieorgijewska to jest symbol św. Jerzego, patrona rycerskości. Nie ma tutaj żadnych negatywnych skojarzeń. Symbol świętego Jerzego nie może być przecież żadnym złem". Jasne, to niewinna wstążeczka. A swastyka to hinduski znak szczęścia i pomyślności. Waldemar Tomaszewski rżnie głupa, ale dobrze wie, dlaczego tę stonkę nosi. My też wiemy. Szkoda tylko, że obok tego znaku wielkoruskiego szowinizmu i putinowskiej agresji przypiął sobie biało-czerwoną kokardę. Jakoś do siebie nie pasują. Panie Pośle, niech Pan się zdecyduje i coś odepnie." Wiadomo, że w przypadku stonki w klapie chodzi o głosy rosyjskie. Ale trzeba przyznać, że za zdobycie tych głosów AWPL zapłaciła stratami wizerunkowymi i — pośrednio — miejscem w koalicji rządzącej. Niektórym więc wręcz się marzy, iż pewnego dnia w polskiej partii dojrzeje jakaś masa krytyczna niezadowolonych z absolutnej władzy Woedza, która po prostu doprowadzi do jego usunięcia na boczny tor, tak jak w 1998 roku Tomaszewski wykołował swojego poprzednika, założyciela Akcji Wyborczej Jana Sienkiewicza, a następnie innego woedza — Ryszarda Maciejkianca, który był — jak pisały ówczesne jego nawiedzone zwolenniczki — „taki jak Piłsudski i nawet wąsy ma". Gdy się popatrzy w jaką schizofrenię wpadają czasami odsunięci w wyniku tych przewrotów pałacowych przywódcy, aż strach się bać co się może przetrafić po odsunięciu od władzy obecnemu Liderowi. Na szczęście taki scenariusz mu nie grozi. Zbyt umiejętnie dobrał sobie współpracowników, żeby którykolwiek był w stanie nawet pomarzyć o coupe d'etat.
czwartek, 04 grudnia 2014
Na większości zdjęć z czasów bardzo wczesnego dzieciństwa, gdy jeszcze nie umiałem nawet porządnie chodzić, trzymam zazwyczaj w rękach jakąś gazetę lub książkę, a więc najwyraźniej miałem do nich pociąg od pierwszych miesięcy swojego życia. Gdy tylko nauczyłem się składać literki w bardziej lub mniej sensowne wyrazy zabrałem się za pisanie „książek” i wydawanie gazetek szkolnych. Pod tym względem lepszy ode mnie był tylko mój młodszy brat, Pacuk, który rozpoczął wydawanie gazet zanim jeszcze nauczył się składać literki w wyrazy. Pewnie dlatego zrobił w mediach bardziej błyskotliwą karierę. W drugiej klasie podstawówki rzuciłem pomysł wydania gazetki klasowej pt. „Z kraju i ze świata” i przez tydzień pieczołowicie z kolegami ją rysowaliśmy, mając na ten czas zwolnienie z zajęć lekcyjnych. Wydaliśmy 1,5 numeru „Z kraju i ze świata” i pomysł porzuciliśmy. Do robienia gazetek szkolnych powróciłem w klasie czwartej. Zamierzaliśmy z Władkiem Bumbulem zrobić konspiracyjny, antyszkolny komiks-gazetkę pt. „Kleks” i rozpowszechnić ją potajemnie w klasie (czyli przyjść wcześnie rano, przed lekcjami i na każdym z trzech rzędów ławek położyć po ręcznej kopii gazetki). Ostatecznie jednak Władkowi się odechciało rewolucyjnej działalności i „Kleksa” wydałem sam jeden w jednym egzemplarzu. Wydawałem go przez chyba cztery-pięć lat z rzędu po kilkanaście numerów rocznie. Artystyczna wartość rysowanych przez mnie komiksów była mizerna — z powodu całkowitego braku jakichkolwiek talentów w tej dziedzinie — jednak ponieważ wyśmiewałem w „Kleksie” nauczycieli i uczniów, gazetka cieszyła się „zasłużoną”, choć dosyć ograniczoną z uwagi na „nieduży” nakład, popularnością. Już w klasach starszych, czasach przełomu ustrojowego, wydałem kilka numerów satyrycznej gazetki społeczno-politycznej pt. „Wiadomości brukowe”, a w 1994 roku rozpoczęła się — trochę przez przypadek — moja kariera zawodowego dziennikarza.
poniedziałek, 01 grudnia 2014
„Facebook ożył!” — tak skwitował ostatnie spotkanie w Polskim Klubie Dyskusyjnym Zbigniew Samko. To stwierdzenie ma, w moim odczuciu, dwa aspekty. Po pierwsze, rzeczywiście PKD przeniósł dyskusje toczone między litewskimi Polakami w internecie do realu, uczestnikami spotkań organizowanych przez Klub są w znacznej części osoby, które doskonale znają się z portali społecznościowych, ale zazwyczaj nigdy się nie spotkały w życiu realnym. Po drugie, ostatnia dyskusja przypominała też swoją formą dyskusje na forach internetowych. Uczestniczyły w niej z jednej strony osoby, które mają ukształtowane poglądy, są w stanie argumentować swoje opinie i rzeczywiście chciałyby wspólnie z innymi się zastanowić w jaki sposób polskie media na Litwie mogą się przyczynić do zwalczania propagandy rosyjskiej. Jednak temat dyskusji i rosnąca popularność Polskiego Klubu Dyskusyjnego przyciągnęły na spotkanie i sporą grupę tzw. trolli, którym nie tyle chodziło o zastanawianie się nad kondycją polskich mediów na Litwie, co o zademonstrowanie swoich prorosyjskich sympatii. No i jak na quasiinternetową dyskusję przystało był też admin-moderator, który nad tym chaosem opinii, dygresji, replik próbował zapanować i ostatecznie… nie do końca zapanował. Rola moderatora — w zastępstwie dr Andrzeja Pukszty — przypadła tym razem mnie. Dlatego nie zamierzam zdawać szczegółowej relacji z dyskusji, można o niej przeczytać na zw.lt, pl.delfi.lt i na innych portalach, tylko podzielić się własnymi spostrzeżeniami i refleksjami.