Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Wigilia Nowego Roku — to czas na napisanie czegoś optymistycznego. Niestety właśnie optymizmu mi dzisiaj najbardziej brakuje. Dokładnie przed rokiem pisałem o szansie na nowe polsko-litewskie otwarcie. I niewątpliwie w mijającym roku klimat stosunków polsko-litewskich uległ znacznemu ociepleniu. Nie zważając na wybryki nacjonalistycznych chuliganów po obu stronach — tych od „Litwy dla Litwinów”, i tych od „Litwin cham, Polak pan” i wycierania błota litewską flagą — którzy robili wszystko co w ich mocy, aby przywrócić status quo z lat poprzednich. Nie można jednak obecnego stanu stosunków polsko-litewskich nazwać nowym otwarciem. Bardziej przypomina zacisze przed burzą, pauzę. Na tę tymczasową pauzę w konflikcie złożyło się wiele różnych czynników — wejście AWPL do koalicji rządzącej i zapisanie w programie rządowym obietnicy zrealizowania części postulatów mniejszości narodowych, litewska prezydencja w UE, przeprosiny ministra Linasa Linkevičiusa w Warszawie — ale problemy, które w ciągu ponad 24 lat psuły te stosunki, wcale nie zniknęły. Nadal istnieją i tylko czekają na odpowiedni moment, aby buchnąć w niebo płomieniami nowego konfliktu o nazwiska, dwujęzyczne tabliczki, ziemię czy szkoły. Więcej — rok 2014 to rok wyborczy. Już za kilka miesięcy odbędą się na Litwie i wybory prezydenckie, i wybory do Parlamentu Europejskiego, a więc okazji do kolejnego zaostrzenia się stosunków polsko-litewskich nie zabraknie. Jedyne co może w rozwoju takiego pesymistycznego scenariuszu przeszkodzić — to jakieś konkrety w sprawie postulatów mniejszości narodowych. I tak na dobrą sprawę nieważne w jakiej dziedzinie. Ostatecznie przecież nawet przedstawiciele wileńskich narodowców twierdzą, że „uregulowanie pisowni polskich nazwisk i podwójne nazwy ulic nie są największym problemem”, tylko igraszką polityczną.
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Przed tygodniem odbyło się kolejne posiedzenie Rady Politycznej litewskiej koalicji rządzącej, któremu przewodniczył lider AWPL Waldemar Tomaszewski. Podczas posiedzenia po raz kolejny omówiono kwestię Ustawy o mniejszościach narodowych. Koalicjanci i tym razem, jak donosił wówczas portal l24.lt, zgodnie potwierdzili, że są za przywróceniem poprzedniej Ustawy o mniejszościach narodowych, która wygasła w 2010 r. Drugie czytanie projektu miało się odbyć we czwartek (19 grudnia), przełożono jednak na 23 grudnia, a dzisiaj — głosami konserwatystów i socjaldemokratów — wykreślono z porządku obrad. Tak więc projekt będzie rozpatrywany dopiero w sesji wiosennej litewskiego parlamentu. Los takiego głosowania będzie zależał w dużym stopniu od tego, czy będzie podczas niego obowiązywała posłów koalicji rzadzącej dyscyplina partyjna. Bo przepchnięcie przez parlament, a następnie odrzucenie prezydenckiego weta (Grybauskaitė już de facto zapowiedziała zawetowanie ustawy) nawet takiej szczątkowej i przejściowej Ustawy o mniejszościach narodowych będzie nie lada wyzwaniem. Jeśli nie mission imposible. Jak dotychczas — mimo zapewnień padających podczas posiedzeń Rady Politycznej koalicji — projekt najwyraźniej nie ma poparcia u posłów koalicji. I to jest chyba najlepszy i zarazem najsmutniejszy symbol roku przebywania AWPL w koalicji rządzącej. Mamy deklaracje AWPL, mamy deklaracje partnerów koalicyjnych. Jedynie czego nie mamy to konkretów i zmian. Jednym słowem: wszyscy zgadzamy się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest?
czwartek, 19 grudnia 2013
W roku 1932 został porwany w Wilnie syn właściciela kantoru-lombardu „Kresovia” Josela Lejbowicza, uważanego za najbogatszego mieszkańca miasta. Sprawcy zażądali gigantycznego okupu. Uprowadzenia dokonała banda o nazwie „Złoty sztandar”. Tworzyły ją niedobitki Bruderferajny, rozbitego przez policję jeszcze w latach dwudziestych jednego z największych gangow ówczesnej Polski. Do tej pory „Złoty sztandar” specjalizował się w rabowaniu niedużych banków i Kas Stefczyka na Wileńszczyźnie, od Druji na północy po Zaleszczyki na południu. Od czasu do czasu organizowano też napady na wagony pocztowe, zwłaszcza jeśli się dostawało cynk, że będzie nimi przewożona grubsza gotówka. Jednak w 1932 roku do Wilna zawitał Berek Krawiec — jeśli nie prawa to na pewno lewa ręka słynnego włoskiego gangstera z Chicago Al Capone‘a. Zanim wyjechał do Ameryki, szlify gangsterskie zdobywał właśnie w wileńskiej Bruderferajn. A w Chicago fachowca z Polski z tak sporym doświadczeniem, przyjął do swojego gangu Al Capone. I podobno był bardzo zadowolony z umiejętności wileńskiego gangstera. Po jakiejś grubszej robocie w Chicago, Capone wysłał Krawca do rodzinnego Wilna, aby spokojnie przeczekał, aż sprawa trochę przyschnie. Po przyjeździe nad Wilię Krawiec szybko się jednak znużył bezczynnością i postanowił zaproponować swoim byłym kumplom z Brudernferajn skok w stylu amerykańskim. Kidnaping.
poniedziałek, 16 grudnia 2013
„Naród bez swojego języka ma bardzo słabe fundamenty tożsamości" — twierdzi znany ukrainski pisarz Jurij Andruchowycz. Są oczywiście narody, które utraciwszy język, jednocześnie nie utraciły tożsamości narodowej (np. Irlandczycy). Są też narody, które będąc różnymi grupami etnicznymi mówią tym samym językiem (np. Francuzi i Walonowie). Jednak zazwyczaj trudno jest wyobrazić naród istniejący bez własnego języka. Dlatego nie sądzę, żeby Polacy na Litwie przetrwali bez polszczyzny. Ważne jest się więc zastanowić w jaki sposób ten język polski na Litwie zachować. Nie trzeba akurat w tej dziedzinie wynajdywać roweru. Lingwiści już dawno temu zaproponowali cztery kryteria, które prowadzą do zachowania języka mniejszości narodowych: język mniejszości narodowej powinien być wykorzystywany w oświacie; język mniejszości narodowej powinien być wykorzystywany w urzędach; język mniejszości narodowej powinien być aktywnie wykorzystywane w mediach i Internecie; powinna powstawać współczesna kultura w języku mniejszości narodowej. Język niespełniający tych kryteriów jest zazwyczaj skazany — wcześniej lub później — na wymarcie. Niestety spełnienie wszystkich tych kryteriów jest trudne nawet w krajach o ukształtowanej tradycji demokratycznej. Europa mniejszościami etnicznymi, zanikaniem języków i kultur się nie przejmuje zbytnio, ponieważ wszędzie – od Francji po Bułgarię – mniejszość jest traktowana zazwyczaj jako potencjalna V kolumna, narzędzie manipulacji sąsiadów. Nawet w Polsce – najbardziej homogenicznym narodowo państwie współczesnej Europy – podejście większości oraz władzy do mniejszości jest paternalistycznie-lekceważące (vide orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie Związku Osób Narodowości Śląskiej). Gdy próbuję ocenić stan języka polskiego na Litwie, muszę przyznać, że sytuacja również nie jest różowa. Pewnie śmierć językowi polskiemu na Wileńszczyźnie jeszcze nie grozi, ale już stan jego budzi spore obawy. Szczególnie, że wszelkie wysiłki w jego sprawie są podejmowane praktycznie jedynie na płaszczyźnie nadania ma statusu języka urzędowego. Jest to niewątpliwie płaszczyzna ważna, ale — jak już wspomniałem — tylko jedna z czterech.
czwartek, 12 grudnia 2013
W przyszłym roku będzie już 20 lat od kiedy się param dziennikarstwem i publicystyką na Wileńszczyźnie. I ciągle się spotykałem z opiniami osób znajomych i nieznajomych, że to nie ma sensu. Walka z wiatrakami. I tak przecież będzie tak jak ma być, a głową muru nie przebijesz. Mimo to wierzyłem, że rację mają nie oni, sceptycy i pesymiści, tylko Owidiusz, który pisał, iż gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo. Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem. I cieszę się, gdy życie czasami potwierdza sprawiedliwość tej zasady. O zrębach społeczeństwa obywatelskiego w Ejszyszkach, o facebookowych inicjatywach jego mieszkańców pisałem na blogu kilkakrotnie. Mogłoby się wydawać, że nie mają one żadnego znaczenia, przecież i tak — niezależnie od tego jak burzliwe dyskusje się toczą w internecie — władzę sprawują ludzie, którzy są tak potężni, jak to ujął niegdyś Waldemar Łysiak w „Konkwiście", mogą „odebrać nawet Jezusowi prawo do Świąt Bożego Narodzenia.” Podkreślałem jednak to wielokrotnie: problem nie polega na tym kto i jak długo sprawuje władzę, tylko jak efektywnie go obywatele kontrolują. Ejszyszczanie niejednokrotnie zwracali uwagę swoich włodarzy na problemy miasteczka. Z druzgoczącą krytyką spotkał się na przykład z nikim praktycznie niekonsultowany pomysł wicemera Solecznik Andrzeja Andruszkiewicza wybudowania w centrum miasteczka tzw. dzwonu Andrzeja — pomnika Powstańcom Styczniowym. Dzwon Andrzeja chyba jednak mimo wszystko w Ejszyszkach stanie, ale już nowe inicjatywy wicemer — po fali krytyki w internecie — najwyraźniej woli konsultować z mieszkańcami zawczasu, a nie stawiać ich przed faktem dokonanym.
poniedziałek, 09 grudnia 2013
Właśnie trwa kolejna edycja zabawy w wycinanie kuponów, która oficjalnie nosi nazwę plebiscytu „Polak Roku“. Sądząc po tym, kto w tym roku został nominowany przez kapitułę konkursu do ubiegania się o ten tytuł — wynik jest już chyba przesądzony. Albo Maria Rekść, albo ks. Józef Aszkiełowicz. Dlatego o wiele ciekawszym wydaje mi się pomysł towarzyszy z Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, którzy stworzyli oficjalny wykaz trzydziestu kryteriów według których obywatel może zostać zaliczony do kategorii wrogów ludu. Trzeba przyznać, że tak wyczerpującej klasyfikacji nie posiadały chyba ani hitlerowskie Niemcy, ani stalinowska Rosja. Na Wileńszczyźnie mania poszukiwania wrogów polskości trwa od ponad 20 lat. W 1999 roku nawet na łamach „Gazety Wileńskiej”, w wigilię Prima Aprilis, zaproponowaliśmy swoim czytelnikom żartobliwy konkurs — wybrać największego „krzywiciela” czyli wroga polskości. Ponieważ jednak na żarcie poznali się — zamiana literki „e” na „y” nie została przez wszystkich zauważona — nie wszyscy czytelnicy, ostatecznie wręczyliśmy nagrodę sami sobie. Dziś postanowiłem sporządzić własną listę osób, które według miłościwie nam panujących, nas reprezentujących oraz śpiewających panegiryki tym dwóm poprzednim kategoriom, są wrogami polskości na Wileńszczyźnie. Z pewnym zaskoczeniem muszę stwierdzić, że wilniucy wcale nie ustępują zwolennikom idei juche. Ba, niektóre kategorie nawet się na obu listach powtarzają, a już na pewno wynikają z tej samej przyczyny — panicznego strachu przed wolnością. Współczesny człowiek masowy — opisał to jeszcze w 1941 roku Erich Fromm w słynnej „Ucieczce od wolności” — nienawidzi wolności, wolność dla niego nie jest wartością absolutną, dlatego można go bez trudu podporządkować, zniewolić, dlatego potrzebny jest mu wódz i poczucie identyfikacji z grupą, dlatego jest gotów dobrowolnym poddawać się każdemu zniewoleniu, które daje poczucie bezpieczeństwa i oddala samotność. I dlatego nienawidzi każdego, kto jest od niego inny, wyróżnia się z tłumu i decyduje się na samodzielne myślenie.
czwartek, 05 grudnia 2013
Przed dwoma laty spacerując w okolicach Teatru Krolewskiego w Sztokholmie postanowiłem udać się do Pałacu Królewskiego nie okrężną droga baltyckim nabrzeżem, tylko na skroty. W ten sposób trafiłem na wąską Arsenalgatan. Pod numerem 4 zwrócil moja uwagę wysoki, siedmiopiętrowy budynek, po ktorym krązyli pracownicy w ciemnych marynarkach ze złotą, staroświecko wykreśloną literą „B" w klapach. Okaząlo się, że mieści się w nim główna siedziba Bukowskis Auktion AB 1 największego i najbardziej renomowanego domu aukcyjnego w Skandynawii. Konkurenci z branży żartobliwie nazywają pracowników tej firmy podobno „Polakami", chociaż mogliby nazywać i „Litwinami”. Bo przecież ten ekskluzywny dom aukcyjny założył nasz rodak — Henryk Bukowski. „Bukowskis" — to firma z ogromnymi tradycjami, zaliczana do tzw. „szwedzkich klejnotów", Oficjalny Dostawca Dworu Królewskiego. Do napisania tego tekstu natchnął mnie niedawny artykuł znanego litewskiego eseisty, publicysty i krytyka sztuki Ernestasa Parulskisa „Neplokščia istorija” („Niepłaska historia”). „Podejrzewałem, że aukcja jest polskiego pochodzenia, ale to w żaden sposób nie tłumaczyło nazwy. Przecież nie „Bukowski”, nie „Bukowski’s”, tylko bez żadnych wyjątków — „Bukowskis”. Zaintrygowało mię to” — pisze Parulskis i kreśli następnie krótką historię polskiego szlachcica ze Żmudzi, który stał się założycielem największego domu aukcyjnego w Skandynawii. Tekst Parulskisa — lekki, pełen metafor i przemyśleń — połknąłem w ciągu minuty. Pozostał jednak pewien niedosyt, który zmusił mnie do zarzucenia przysłowiowej wędki w odmęty internetu, w celu wyjaśnienia kim był ów Henryk Bukowski. Historia wydała mi się na tyle interesująca, że postanowiłem ją opisać, mimo iż Henryk Bukowski sensu stricte nie był Wilnianinem ani też w żaden bliższy sposób z Wilnem związany.
poniedziałek, 02 grudnia 2013
Gdy nas coś boli – idziemy do lekarzy-Polaków. Pijemy „Żywca” w kawiarni „Pan Tadeusz". Oglądamy TV Polonia, a posiadacze pirackich talerzy - i cyfrowe kanały TVN, TVP oraz Polsatu. Uczymy się w polskich szkołach podstawowych, średnich i gimnazjach. Następnie zdobywamy wyższe wykształcenie na polonistyce Uniwersytetu Wileńskiego lub na Filii Wileńskiej Uniwersytetu w Białymstoku, ewentualnie wyjeżdżamy na studia do Polski jako stypendyści MENu lub prywatnych fundacji. Chodzimy na koncerty, wystawy i dyskoteki do Domu Polskiego. Mamy dziennik, tygodnik, radio, kilka portali internetowych, kolorowy miesięcznik, zespoły disco polo i zespoły punkowe, folkowe kapele, stowarzyszenia, partię, kluby. Wszystko polskie lub po polsku. Jedni mówią – getto, drudzy – autonomia... W rzeczywistości chyba ani jedno, ani drugie. Poza tym częściej niż Radia „Znad Wilii" słuchamy jednak „Russkoje radio" oraz oglądamy PBK zamiast TV Polonia. Z racji stosunków służbowych często spotykam wileńskich Polaków na różnych — bardzo często najwyższych — stanowiskach w administracji państwowej i firmach prywatnych, a jednak rzadko, który z nich do tej polskości publicznie się przyznaje. Z drugiej strony niby po co mieliby to robić? Polskość na Litwie nie jest atrakcyjna ani kulturowo, ani gospodarczo, ani politycznie. I nie tylko z powodu zawiłosci historycznych i litewskich kompleksów. Przecież także dla rodzimych liderów i wodzów o wiele wygodniej jest przyznać stanowiska biernym, miernym ale wiernym, bez pomysłów, ambicji i wykształcenia, niż przyznać, że są lepsi od nich i poprosić o radę lub wsparcie. Pojedyncze przykłady vide Jarosław Niewierowicz tylko potwierdzają zasadę.