Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Gdyby przed rokiem ktoś powiedział, że jedynymi warunkami do poprawy stosunków polsko-litewskich są wydłużenie okresu przejściowego przy ujednolicaniu matury z języka litewskiego oraz przygotowanie projektu Ustawy o mniejszościach narodowych, zapewne zostałby okrzyknięty przez „prawdziwych patriotów” łajzą i zdrajcą. Dziś na takich warunkach AWPL weszła do rządu, a więc uznała konflikt z władzami Litwy za zakończony. Być może na takich warunkach AWPL była w stanie dogadać się i z poprzednim rządem Kubiliusa, który i projekt Ustawy o mniejszościach narodowych przygotował, i okres przejściowy wydłużył do lat ośmiu. Zresztą może to i ... lepiej? Bo zwycięstwo AWPL i wejście do rządu oraz przejęcie przez polską partię sporej części odpowiedzialności za kraj stwarza przecież i szansę na nowe otwarcie w stosunkach polsko-litewskich. Być może już w następnym, 2013 roku. Gdyby AWPL pozostała pod progiem, nie weszła do rządu, musiałaby przypominać o sobie wyborcom w inny sposób i kto wie czy nie wracając do swoich radykalnych korzeni. A wówczas o dialogu i porozumieniu moglibyśmy marzyć przez kolejne 4 lata.
piątek, 28 grudnia 2012
Bodajże w ubiegłym roku w Afryce Południowej Keith Jones i Deon Maas nakręcili południowoafrykańsko-czeski film o punk rocku w RPA, Mozambiku i Zimbabwe pt. „Punk in Africa”. Bardzo fajny dokument o początkach punkowej sceny w Afryce, który polecam wszystkim zainteresowanym tematem. W latach 70-ych RPA była, jak powszechnie wiadomo, krajem apartheidu. Biali mieli swoje (lepsze) życie, czarni — swoje (gorsze). To właśnie punkowie byli jedną z pierwszych (sub)kultur, które przełamały ten biało-czarny schemat. Już w 1978 roku Ivan Kadey z Johannesburgu I bracia Gary oraz Punka Khoza z Soweto utworzyli pierwszy w RPA punkowy band , w którym grali razem biali i czarni. Podobnie sytuacja rozwijała się i w sąsiednich Mozambiku oraz Zimbabwe. Zresztą nawet jeśli zespół tworzyli tylko biali lub tylko czarni, on i tak śpiewał o tym, iz trzeba skończyć z segregacją rasową. Three chords, three countries, one revoliution. W jakimś sensie podobną sytuację obserwowałem na początku lat 90-ych ubiegłego wieku (jak to dziko brzmi – ubiegły wiek!) na Litwie. Wówczas przepaść między Polakami i Litwinami wyglądała na nie do przeskoczenia, coś na wzór RPA z czasów apartheidu (nie w sensie dyskryminacji, tylko takiej totalnej segregacji i wzajemnego niezrozumienia). Dla nas, młodych Polaków z Wilna, którzy chcieli budować swoje życie nie na konfrontacji, nie na emigracji (repatriacji) do Polski, tylko współpracy, budować wspólne państwo, była jedna droga. Do undergroundu. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Dlaczego o tym piszę? Bo chcę dziś zrecenzować najnowszą i jednocześnie pogrobową płytę zespołu, który stał się symbolem tej współpracy polsko-litewskiej, polskiego i litewskiego środowiska alternatywnego — Zimbabwe.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Ostatnie wydarzenia w litewskim parlamencie po raz kolejny potwierdziły, iż nowa centrolewicowa większość jest wewnętrznie podzielona i szanse na to, że przetrwa do końca kadencji są minimalne. Najpierw we wtorek (18 grudnia) socjaldemokratom tylko przy wsparciu konserwatystów udało się ustalić datę głosowania w sprawie budżetu na rok 2013. Partia Pracy, AWPL i „Porządek i Sprawiedliwość” głosowali przeciw, następnie we czwartek (20 grudnia) znowóż tylko głosami socjaldemokratów i opozycji udało się uchylić immunitet poselski Wiktorowi Uspaskichowi, Vytautasowi Gapyšowi oraz Viktorii Vonžutaitė z Partii Pracy. Partia Pracy, AWPL i „Porządek i Sprawiedliwość” tym razem również głosowali przeciw. De facto więc możemy mówić o dwóch litewskich rządach. Na czele jednego stoi formalny premier Algirdas Butkevičius, na czele drugiego — de iure nie piastujący żadnych liczących się stanowisk Wiktor Uspaskich. Pierwszy tworzą „systemowi” socjaldemokraci, drugi — partie „antysystemowe”: Partia Pracy, AWPL i „Porządek i Sprawiedliwość” . Pierwsze starcia tych „rządów w rządzie” wygrali socjaldemokraci, jednak zwycięstwo jest gorzkie, bo stało się możliwe tylko przy wsparciu nielubianych konserwatystów.
czwartek, 20 grudnia 2012
„Pakt Ribbentrop-Beck” Piotra Zychowicza — to niewątpliwie jedna z najbardziej interesujących i kontrowersyjnych książek wydanych w Polsce w mijającym roku. Jak bardzo była Polsce potrzebna wskazuje burzliwa dyskusja, która wywiązała się po jej opublikowaniu. Jedni porównują ją do „Lodołamacza” Wiktora Suworowa, inni stwierdzają, że w swojej książce hańbi historie polska, a książka „jest wodą na młyn wszelkiej maści Grossów, którzy od lat próbują dowodzić, że było inaczej, że Polacy byli rzekomo współsprawcami Holokaustu” (sic!). W myśl doskonałej zasady „Chcesz polemizować, najpierw przeczytaj”, przeczytałem tę książkę dokładnie, od początku do końca. Powiem uczciwie, ze na mój gust druga część jest dużo lepsza od pierwszej, która jest taką stylizacją na science fiction (z naciskiem na fiction) o alternatywnej historii w której wspaniali polscy ułani defilują obok czołgów Guderiana na Placu Czerwonym, a paradę zwycięstwa przyjmują Hitler na spółkę z Rydzem-Śmigłym. Początkowo próbowałem notowanie te i inne nieścisłości, jednak ostatecznie zrozumiałem, ze jest ich zbyt wiele i na ich obalanie potrzeba by napisać rozprawę doktorską, a nie krótki felieton. Mimo to jest to książka i ważna, i pożyteczna, bo podchodzi do polskiej historii bez tradycyjnej gloryfikacji klęsk i romantyzmu koncepcji „Chrystusa narodów”. Wręcz przeciwnie próbuje ją analizować z punktu widzenia pragmatycznych narodowych i nie tylko narodowych interesów. Największym jej problemem jest to, co autor uważa za aksjomat i wyniósł w jej podtytuł – że Polacy u boku III Rzeszy mogli pokonać Związek Sowiecki. W moim rozumieniu to wcale nie jest oczywiste.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Dokładnie przed dziesięcioma laty wymyśliliśmy z przyjaciółmi Wileńską Karnawałową Akcję Charytatywną „Darujmy uśmiechy”. Była to oddolna, niezwiązana żadnymi formalnymi więzami organizacyjnymi lub instytucjonalnymi inicjatywa na rzecz dzieci z domów dziecka na Wileńszczyźnie. Przeprowadziliśmy w latach 2003-2004 trzy odsłony tej imprezy w Wilnie, Ejszyszkach i Podbrodziu, w ramach których organizowaliśmy koncerty muzyki folkowej, popowej i… punkowej, aukcje obrazów i książek, aby zebrać pieniądze dla dzieci z domów dziecka w Solecznikach, Podobrodziu oraz Biesłanie. Imprezy, które jednoczyły starych i młodych, dresiarzy i punkowców, Polaków i Litwinów, Rosjan i Żydów we wspólnej zabawie i niesieniu pomocy. Być może kiedyś opiszę to szczegółowiej, a dziś chciałbym się podzielić radością z tego, iż ta inicjatywa — w nieco innej formie i na mniejszą skalę — odrodziła się w sobotę (15 grudnia) w wileńskim pubie „Visų šventųjų baras” jako Świąteczna Akcja Charytatywna „… bo z nami jest wesoło”, zorganizowana przez sympatyków fanpage’u „Pulaki z Wilni”. W ramach Akcji odbyła się prezentacja debiutanckiego tomiku „wieszcza PzW” Jana Rożanowskiego oraz zagrały młode rockowe kapele z Wilna — tworzone przez miejscowych Polaków – Will’n’Ska oraz Kite Art
piątek, 14 grudnia 2012
AWPL uzyskała, wchodząc do centrolewicowej koalicji, tyle ile mogła uzyskać nie będąc języczkiem u wagi. Jest wystarczająco silna i potrzebna socjaldemokratom, Partii Pracy oraz „Porządkowi i Sprawiedliwości” (przede wszystkim do szachowania nieprzychylnej centrolewicy prezydent Dalii Grybauskaitė), aby dostać stanowisko ministra, 5 wiceministrów, przewodniczącego sejmowego komitetu i najpewniej wiceprzewodniczącego Sejmu RL. Tak wielu „naszych” w litewskich władzach najwyższego szczebla jeszcze nie było nigdy. Czy staną się naszymi bez cudzysłowu, będzie zależało od tego, jak się im uda realizować obietnice wyborcze oraz — przede wszystkim — oczekiwania wyborców czyli przede wszystkim mniejszości narodowych. Z tym drugim może być kłopot, bo jak dotychczas liderzy AWPL — podczas rozmów w sprawie koalicji — zdawali się nie przywiązywać większego znaczenia do kwestii związanym z mniejszościami narodowymi, a bardziej akcentowali biopaliwa i finansowanie dróg lokalnych. W zasadzie żądano tylko przyjęcia Ustawy o mniejszościach narodowych (czyli de facto usankcjonowania przez prawo dwujęzycznych nazw ulic i miejscowości, bo niczego bardziej konkretnego w tej Ustawie pewnie nie będzie). Natomiast o pisowni nazwisk i zmianach w reformie oświaty publicznie wypowiadał się najczęściej premier Algirdas Butkevičius, a nie posłowie AWPL. Jeśli to jest zagranie taktyczne — niewątpliwie z ust socjaldemokratów te postulaty litewskiej opinii publicznej łatwiej przełknąć, niż gdyby je zgłaszali działacze polscy — to super; gorzej jeśli te sprawy (szczególnie kwestie oświaty) uznano za niewarte zachodu. Dla sporej część elektoratu AWPL — to może być niemiłe zaskoczenie, już dziś najbardziej radykalni zwolennicy przebąkują „zdrada”. Póki co ze znakiem zapytania.
środa, 12 grudnia 2012
Jeśli ktoś ogląda fantastyczny, wyprodukowany przez samego Scorcese, serial HBO „Boardwalk Empire” na pewno zauważył granego przez brytyjskiego aktora Anatola Yusefa gangstera z Nowego Jorku Meyera „Little Man” Lanskiego. Wbrew pozorom Lansky nie jest fikcją telewizyjną. To akurat jak najbardziej prawdziwy amerykański mafiosi, jeden z twórców tzw. Narodowego Syndykatu Zbrodni, nieoficjalny szef La Cosa Nostry. Gangsterzy nazywali go swoim „ministrem finansów", dziennikarze i historycy — „finansowym geniuszem podziemia", zaś szef FBI John Edgar Hoover publicznie groził, że nie opuści swojego stanowiska nim nie wsadzi go za kraty. Nie udało mu się. Odszedł ze stanowiska w 1972 roku (podobno do jego odejścia przyczynił się kompromat zebrany przez Lanskiego), a amerykański wymiar sprawiedliwości dopadł Lanskiego dopiero trzy lata później. Jednak Lansky zmarł 15 stycznia 1983 roku we własnym domu na Florydzie na raka. Natomiast niewiele osób zdaje sobie sprawę, iż faktyczny twórca amerykańskiej mafii jest w pewnym sensie naszym rodakiem. Urodził się bowiem 4 lipca 1902 roku w Grodnie, w szanowanej żydowskiej rodzinie Maksa i Jetty Suchowlańskich (wg innych źródeł - Szuszlańskich lub nawet Suchowlińskich), jako Majer Suchowlański. O jego dzieciństwie właściwie niewiadomo prawie nic. W kwietniu 1911 roku rosyjski frachtowiec „Курскъ" z 8-letni wówczas Majerem, jego matką, bratem Jakubem (Jake Lansky) i setkami innych Żydów uciekających z Rosji do Stanów Zjednoczonych w obawie przed szerzącymi pogromami oraz w poszukiwaniu lepszego losu, przybił do brzegu Ellis Island w Nowym Jorku (w tym czasie dziadek Meyera - Beniamin Suchwlański wraz z żoną wyemigrował do Palestyny - jego bowiem zdaniem wyjazd Żyda do innego chrześcijańskiego kraju, aby żyć w kolejnym getcie był nieporozumieniem - gdzie zmarł w kilka miesięcy po przyjeździe i został pochowany na Górze Oliwnej). Dołączyli tam do ojca, który wyprowadził się z Grodna dwa lata wcześniej, aby ułatwić start swojej rodzinie. Osiedli się, tak jak większość emigrantów, w Lower East Side, biednej części Manhattanu i klepali biedę. Urzędnik imigracyjny ułatwiając sobie zadanie wyrzucił pierwszą część ich nazwiska i tak pojawili się Lanscy (według innej wersji Lanski to panieńskie nazwisko żony, które jako łatwiejsze do wymówienia, po przybyciu do Stanów przyjął Max Suchowlański i z tego powodu stracił u małego Mejera resztki szacunku).
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Dziennik „Kurier Wileński” ogłosił przed kilkoma tygodniami listę kandydatów do tytułu „Polak Roku 2012”. Na liście 18 nazwisk. Cieszy, że dostrzeżono sukcesy nie tylko działaczy AWPL i ZPL, ale też osób spoza grona profesjonalnych obrońców polskości (np. Antoniego Radczenko czy piosenkarki Katarzyny Niemyćko), chociaż pewnie i tak zwycięży ks. Józef Aszkiełowicz lub Jarosław Narkiewicz. Nadal jestem wielce sceptyczny co do formuły tego „plebiscytu” – nie rozumiem co ma wspólnego wycinanie i wysyłanie kuponów z prawdziwymi osiągnięciami tej lub innej osoby? Poza tym w tym roku, jak i w latach poprzednich, część kandydatów została wpisana na listę nie ze względu na osiągnięcia w mijającym roku, tylko na całokształt swojej działalności (Okińczyc, Aszkiełowicz), z drugiej strony zabrakło na liście osób, których osiągnięcia w tym roku są bezsporne i wybitne (np. Joanny Moro). Zresztą być może w ogóle należałoby zmienić formułę na bardziej szeroką, integrująca wszystkich mieszkańców Wilna i okolic (niezależnie od narodowości) i wybierać np. Wilniuka (Wilnianina) Roku?...
piątek, 07 grudnia 2012
O przemożnym wpływie Rosji i kultury rosyjskiej na Litwie nie mówi dziś tylko leniwy. Jeszcze w maju 2007 r. litewscy konserwatyści przedstawili opinii publicznej dokument pt. „Strategia powstrzymania Rosji”, w którym podkreślono, iż „ciągle wzrasta kulturalno-propagandowa inwazja Rosji na Litwie, zaś odporność naszego społeczeństwa na nią maleje”, zaś dr Ramūnas Trimakas, podczas dyskusji o wpływach Rosji na Litwie zorganizowanej przed paroma laty przez dziennik „Lietuvos rytas”, wręcz uznał, iż jesteśmy na skraju „bankructwa narodowego”. U dziennikarzy i redaktorów lokalnych polskich mediów dochodzi do tego jeszcze żal, iż rosyjskojęzycznym mediom na Litwie udało się znaleźć sposób na czytelnika, osiągnąć nie tylko samowystarczalność, ale i dochodowość, a polskojęzyczne stoczyły się do poziomu fanzine’ów. Jednak tak naprawdę, czy nie są te obawy nieco przesadzone? Czy ten boom popularności Rosji i kultury rosyjskiej nie jest w rzeczy samej kolosem… na glinianych nogach?
środa, 05 grudnia 2012
Jestem świeżo po lekturze książki „Historia i rzeczywistość w Wilnie i na Wileńszczyźnie w latach 1944 – 2011”. Jest to interesujący zbiór materiałów źródłowych (fotografii, dokumentów, wspomnień). Zbiór może trochę chaotyczny i niewyczerpujący tematu, jednak jak najbardziej autentyczny i uchylający rąbka wiedzy o czasach najmniej znanych w historii Polaków na Litwie (kilka podobnych książek „popełnił” śp. Jerzy Surwiło). Książkę przygotował inżynier Jan Andrzejewski, Polak z Wilna, niestrudzony społecznik, organizator niezliczonych konferencji naukowych i prac na rzecz zachowania dziedzictwa polskiego, prezes Stowarzyszenie Techników i Inżynierów Polskich na Litwie, wiceszef Litewskiego Stowarzyszenia Inżynierów. Orędownik porozumienia polsko-litewskiego czyli według terminologii „prawdziwych patriotów” – „ugodowiec”. Jednak sądzę, że nawet największy radykał ugryzie się w język i nie nazwie go „sługusem Litwinów”, mimo iż posiada on dyplom uznania za zasługi w krzewieniu przyjaźni polsko-litewskiej, wydany przez… organizację weteranów LVR gen. Povilasa Plechavičiusa (był jednym z organizatorów pojednania weteranów Plechavičiusa i AK). Bo Jan Andrzejewski — to człowiek, który działał w polskiej antysowieckiej konspiracji w Wilnie okresie stalinowskim (jeśli dobrze kojarzę w jego grupie działała też moja śp. babcia Janina Radczenko), następnie zaś współtworzył Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Polaków na Litwie (SSKPL) i Związek Polaków na Litwie. A do tego potrzeba było dużo większej odwagi, niż dziś do wylewania jadu w Internecie.
 
1 , 2