Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
czwartek, 16 listopada 2017
Zacząłem pisać bloga mniej więcej przed siedmioma laty. I przez wszystkie wpisy (a obecny jest już 724) – czasami bezpośrednio, czasami między wierszami – przewija się myśl, że możliwa jest inna Wileńszczyzna niż ta obecna. To hasło wywołuje paroksyzmy nienawiści u zwolenników jedynie słusznej opcji, jest powodem do drwin wierszokletów-grafomanów, a ja mimo to nadal wierzę, że możliwa jest Wileńszczyzna demokratyczna, tolerancyjna, wielonarodowa, wielojęzykowa, zamożna. Nie twierdzę jednak, że nastanie jutro. Zima – jak mawiają bohaterzy filmu „Game of thrones” – będzie długa. W psychologii taki dualizm nazywany jest paradoksem Stockdale’a. James „Jim" Stockdale był amerykańskim pilotem wojskowym, który brał udział w wojnie wietnamskiej. W 1965 roku jego samolot został zestrzelony, a sam Stockdale trafił do tzw. Hiltonu – najkoszmarniejszego z północnowietnamskich obozów jenieckich. Amerykanów w tym obozie torturowano. Wielu umarło. Stockdale przeżył i po czterech latach wrócił do USA jako bohater narodowy. Gdy pytano go, kto nie przeżył, z rozbrajająca szczerością odpowiadał: „Optymiści. Mówili mi: „Stary, nie byłeś na szkoleniach z pozytywnego myślenia? Wizualizuj, że nas wyzwalają i to się spełni. Jeszcze na Święta Bożego Narodzenia będziemy w domu!” Minęły Święta Bożego Narodzenia a oni nadal byli w obozie, więc mówili: „Wyzwolą nas na Wielkanoc." Minęła Wielkanoc, a oni nadal byli w obozie, więc oczekiwali wyzwolenia na Dzień Dziękczynienia. I znów nic. Wtedy wielu z nich się załamało i zmarło." Tymczasem Stockdale w rozmowach ze współwięźniami podkreślał, że „na pewno nas wyzwolą", jednak jednocześnie należy być przygotowanym do konfrontacji z najbrutalniejszymi faktami obecnej rzeczywistości, która może trwać bardzo długo. Mam dla Was tę samą radę.
wtorek, 14 listopada 2017
Jeśli Wilno znowu chce być miastem ważnym, rzec można imperialnym, powinno integrować w sobie wszelkie naracje. Nie tylko litewską, ale też polską, żydowską, białoruską. To chyba najważniejszy wniosek, jaki się wyłonił podczas obrad konferencji zorganizowanej przez Klub Wileński w ubiegły czwartek (9 listopada). Klub Wileński, założona jeszcze w 1998 roku organizacja, nawiązująca stylem i tradycjami do klubów brytyjskich i jednocząca wpływowych Wilnian: lekarzy, adwokatów, przedsiebiorców., rozpoczął tą konferencję dyskusję, która ma znaleźć odpowiedź na pytanie, czym jest tożsamość wileńska. Odczyty wygłosili m.in. arcybiskup wileński Gintaras Grušas, historyk Zenonas Norkus, polityk Darius Kuolys, publicysta Rimvydas Valatka, językoznawczyni Loreta Vaicekauskienė. Mój natomiast odczyt dotyczył polskiej spuścizny Wilna i jej znaczenia dla współczesnej wileńskiej tożsamości. Poniżej przedstawiam skrótową (bardzo skrótową) jego wersję.
środa, 08 listopada 2017
O tym, iż Polacy na Litwie nie są żadnym monolitem, wie każdy, kto na Wileńszczyźnie mieszka, czytuje lokalne polskojęzyczne media, rozmawia z polskimi działaczami lub zwykłymi Polakami z Wilna. Zgadzając się ze sobą, co do celów (dla wszystkich Polaków na Litwie celem nadrzędnym jest zachowanie i rozwój polskości oraz dobrych relacji z Polską), różne osoby i środowiska różnie widzą taktykę i strategię ich realizacji. Jednak przez kilka ostatnich lat ten bezsporny fakt był przez decydentów i w Wilnie, i w Warszawie ignorowany. Wszystkim było łatwiej uznać, iż jedynym reprezentantem polskiej mniejszości na Litwie jest Waldemar Tomaszewski i tylko z nim (w przypadku Warszawy) należy rozmawiać i na wszelkie sposoby monolit AWPL-ZPL cementować lub też (w przypadku Wilna) rozmawiać nie należy. Ostatnio się sytuacja zaczyna się jednak zmieniać na lepsze. Wśród litewskiego establishmentu rośnie zrozumienie, iż Polacy na Litwie mają nie tylko AWPL-ZPL, ale i wiele grup opozycyjnych wobec „jedynie słusznej opcji” lub pośrednich, z którymi można i warto dyskutować. Podobny proces zachodzi i w Warszawie, czego dowodem słowa, które padły z ust szefa gabinetu politycznego prezydenta RP Andrzeja Dudy Krzysztofa Szczerskiego w wywiadzie dla „Nowej Konfederacji”: „(…) prowadząc politykę względem Polaków na Litwie musimy pamiętać o zróżnicowaniu tamtejszej społeczności polskiej. Istnieją przynajmniej trzy grupy Polaków na Litwie i każda z nich posiada odmienną strategię działania, podczas gdy do polskich mediów przebijają się głównie emocje czy argumenty jednej z tych grup. Podczas diagnozy sytuacji Polaków na Litwie warto wystrzegać się stereotypów i uproszczonych schematów.” Mnie się wydaje, że na Wileńszczyźnie de facto istnieją tylko dwie liczące się grupy Polaków: betonowi żołnierze Wodza i bardziej liberalne skrzydło (rekrutujące się tak ze zwolenników AWPL-ZChR, jak i ze środowisk wobec AWPL-ZChR opozycyjnych). Gdyż lokalnych endeków, jak i totalną opozycję a la Maciejkianiec, należy raczej uznać po prostu za folklor, jeśli nie za szkodników. Krzysztof Szczerski podkreśla również, iż „polski minister nie może dokonywać wyboru i ma obowiązek spotykać się ze wszystkimi” polskimi środowiskami na Litwie. I ostatnio widzimy, że są to nie tylko słowa, ale i czyny.