Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
środa, 25 listopada 2015
„As a Lithuanian citizen, I can make demands, but I also have obligations” — te słowa, które wypowiedziałem w marcu br. w wywiadzie dla „The Economist“, są także moim credo jeśli chodzi o tego bloga, którego prowadzę już od pięciu lat, a obecny wpis jest już 550. Jako obywatel Litwy jestem winien mojemu krajowi lojalność i ta lojalność polega nie tylko na płaceniu podatków, jak chcieliby ci, co ze szczekania na swój kraj zrobili sobie trampolinę polityczną. Jednocześnie jednak jako lojalny obywatel mogę stawiać swojemu krajowi wymagania. W tym dotyczące poszanowania praw człowieka i praw mniejszości narodowych. I właśnie tym się od pięciu lat zajmuje — próbuje pokazać, że polskość na Litwie może być atrakcyjna, że Polacy na Litwie w większości są lojalnymi obywatelami swojego kraju, a spełnienie ich postulatów tylko poziom tej lojalności, więzi obywatelskiej z krajem zamieszkania, zwiększy. Próbuje tę postawę promować za pomocą blogu, ale też wypowiadając się na łamach innych mediów, uczestnicząc w życiu społeczno-politycznym i kulturalnym. Początkowo bardziej mnie interesowała zmiana narracji dotyczącej Polaków na Litwie przede wszystkim w mediach polskich (tak lokalnych, jak i wydawanych w Polsce), próba przekonania polskiej opinii publicznej, że stosunki polsko-litewskie nie pasują do czarno-białego schematu „dobry Tomaszewski-zły Landsbergis”. Ostatnio coraz więcej udzielam się także na łamach prasy litewskiej, próbując trochę przyczynić się i do zmiany także nastawienie litewskiej opinii publicznej do litewskich Polaków i ich postulatów. I patrząc na sprawy z perspektywy 2010 roku, gdy zaczynałem swoją przygodę z „Inną Wileńszczyzną…”, dostrzegam sporo pozytywnych zmian. Nie są one w większości moją zasługą, ale cieszę się, że byłem jednym z pierwszych, którzy zaczęli o ich potrzebie mówić i pisać.
poniedziałek, 23 listopada 2015
Termin „szkoła wileńska” w polskiej historii sztuki najczęściej jest używany przez recenzentów i krytyków na określenie twórczości działających w okresie międzywojennym w Wilnie i w Warszawie członków Wileńskiego Towarzystwa Artystów Plastyków, pozostających w kręgu oddziaływania indywidualności twórczej Ludomira Sleńdzińskiego. Jednak pierwsza wileńska szkoła malarstwa powstała ponad sto lat wcześniej, na przełomie XVIII i XIX w.w. Wilno — w wiekach poprzednich pod względem artystycznym mało aktywne — stało się na początku XIX wieku głównym centrum sztuki na terenie dawnej Rzeczypospolitej. Powstała tu pierwsza w XIX wieku polska szkoła malarstwa historycznego, uprawiano też inne gatunki - pejzaż, malarstwo rodzajowe i alegoryczne, a zwłaszcza portret. Okres świetności Wilna jako centrum artystycznego zakończył się wraz z powstaniem listopadowym — likwidacja Uniwersytetu Wileńskiego rozproszyła jego wychowanków, ale dorobek wileńskiej szkoły malarstwa zachował siłę oddziaływania jeszcze po połowie XIX wieku. A wszystko to stało się możliwe dzięki otwarciu dnia 1 października 1797 roku Katedry Malarstwa i Rysunku Uniwersytetu Wileńskiego, ustanowionej przy Wydziale Literatury i Sztuk Wyzwolonych. Ostatni król Rzeczypospolitej Obojga Narodów Stanisław August Poniatowski przez cały okres swojego panowania nosił się z pomysłem utworzenia szkoły sztuk pięknych. Niestety pomysł ten nie został zrealizowany, ale stworzył klimat sprzyjający rzeczom artystycznym, więc gdy u schyłku panowania Poniatowskiego przeprowadzano na Uniwersytecie Wileńskim reformy, uznano za rzecz zupełnie naturalną ufundowanie specjalnych katedr sztuk pięknych. Za przykładem Wilna poszły następnie inne wyższe uczelnie polskie. Gdy 20 lat później zakładano uniwersytet w Warszawie, nie tylko uwzględniono za przykładem Wilna w programie nauk sztuki plastyczne, ale i utworzono nawet specjalny wydział sztuk pięknych; a w tym samym roku 1818 nauczanie sztuki wprowadził i uniwersytet w Krakowie. Na owe czasy było to novum niespotykane w żadnym innym kraju europejskim.
wtorek, 17 listopada 2015
W nocy z piątku na sobotę terroryści zabili w Paryżu co najmniej 132 osoby, w tym ponad 100 zakładników uwięzionych w sali koncertowej Bataclan. Do serii zamachów doszło w sześciu różnych miejscach Paryża - m.in. w okolicach stadionu, gdzie rozgrywano mecz Francja-Niemcy. Do zamachu przyznało się tzw. Państwo Islamskie. Zagroziło też Francji kolejnymi atakami. Po tragicznych wydarzeniach w Paryżu prezydent Hollande ogłosił stan wyjątkowy, wprowadzono na ulice francuskiej stolicy wojsko, a także kontrole na granicach. Tak się złożyło, że akurat tego dnia byłem w Paryżu. Jeszcze kilka godzin wcześniej spacerowałem tymi samymi ulicami na których wieczorem doszło do tragedii. Tragedii o której dowiedziałem się dopiero około północy, gdy wróciłem do hotelu i włączyłem BBC One próbując zorientować się dlaczego wszyscy krewni i przyjaciele nie śpią o tak późnej godzinie i piszą dziesiątki smsów z jednym i tym samym pytaniem: czy nic mi się nie stało? Następnego ranka Paryż wyglądał inaczej niż zazwyczaj. Wyciszony. Gdy tylko wyszedłem z hotelu spotkałem patrol żołnierzy z bronią maszynową. Ulice puste, w zasadzie tylko turyści i policjanci. Dużo policjantów. Wiadomo stan wyjątkowy. Muzea nieczynne, koncerty i imprezy sportowe - odwołane. Dopiero po południu mieszkańcy powrócili do swoich codziennych zajęć. Wielu pojechało na miejsca tragicznych wydarzeń poprzedniego wieczoru. Przy Bataclan, na Stad de France, przy kawiarniach, w których doszło do strzelanin, w okolicach place de la Republique – morze kwiatów i zniczy.
wtorek, 10 listopada 2015
Niestety polska szkoła na Litwie wcale nie jest ani najlepsza, ani szczególnie atrakcyjna. Wiem, że po wypowiedzeniu tych słów zostanę oskarżony o wszystkie grzechy śmiertelne, ale gdyby było inaczej nie mielibyśmy sytuacji, gdy zaledwie połowa dzieci z polskim rodzin uczęszcza do szkół z polskim językiem wykładowym. Różne środowiska na różny sposób to tłumaczą. Część uważa, że podstawowym powodem są mieszane małżeństwa i niejako genetycznie zakodowany konformizm Polaków na Litwie, którzy oddają „dla świętego spokoju” dzieci do szkoły litewskiej, bo tak chce małżonek-Litwin. To ważna przyczyna, ale znam sporo rodzin, w których akurat małżonek-Polak przekonał małżonka-Litwina do oddania dziecka do szkoły polskiej. Poza tym na przykład w Wilnie do szkół rosyjskojęzycznych uczęszcza większy odsetek dzieci niż jest w mieście Rosjan. Inni zwracają uwagę na notoryczne majsterkowanie władz litewskich przy oświacie mniejszości narodowych. Niewątpliwie to bardzo ważny czynnik, ale na pewno nie jedyny, biorac pod uwagę fakt, że ofiarami niekończących się reform padają i uczniowie ze szkół litewskojęzycznych. Jeszcze inni nieatrakcyjność szkoły polskiej składają na karb jej zbytniego upolitycznienia. Niekończące się wiece, strajki, protesty na pewno nie zachęcają do nauki w takiej szkole, ale większość uczniów na wiece do Wilna jedzie na własne życzenie, bo to szansa, aby wpaść do McDonaldsa czy Akropolu. Moim zdaniem przede wszystkim brakuje obiektywnej oceny naszego stanu posiadania i tendencji panujących w oświacie. Brakuje wizji polskiej szkoły na Litwie. Po ostatniej dyskusji w Polskim Klubie Dyskusyjnym, która dotyczyła stanu obecnego i przyszłości polskiej oświaty, padł pomysł, żeby to dziennikarze napisali właśnie taką wizję. Jakoś z trudem wierzę, żeby się udało, jednak postanowiłem opisać własną wizję. Za wzór biorąc Finlandię.
piątek, 06 listopada 2015
Nie jestem wcale zaskoczony tym, że Jarosław Narkiewicz i Józef Kwiatkowski w ostatniej chwili zrezygnowali z udziału w dyskusji na temat przyszłości polskiego szkolnictwa na Litwie, zorganizowanej wczoraj (5 listopada) przez Polski Klub Dyskusyjny (PKD). Szczerze mówiąc bardziej byłem zaskoczony tym, ze początkowo na udział w takiej dyskusji się zgodzili. Nawet przez chwile poczułem do nich coś na kształt szacunku, że mimo tego całego bałaganu, który panuje obecnie w polskich szkołach w Wilnie — bałaganu, który jest wynikiem działań nie tylko obecnej koalicji liberalno-konserwatywnej, ale i AWPL — są gotowi spojrzeć ludziom w oczy i odpowiedzieć na ich pytania. Mniejsza o to, jak szczere byłyby te odpowiedzi. Waldemar Tomaszewski podczas spotkania w PKD też nie powiedział niczego odkrywczego, ale wystarczyło mu odwagi, żeby na nie się stawić. Mniejsza o to, że z partyjną świtą. Okazało się, że przeceniłem ich. Okazało się, że etatowym obrońcom polskiej oświaty nie pasuje „format dyskusji”, bo „nie służy sprawie polskiej”. Podobno na kilka dni przed dyskusją zakazał im udziału w niej sam Nieomylny. Być może właśnie po to, żeby zademonstrować, że tylko on ma w partii jaja. I pewnie tak jest skoro ludzie przecież nieglupi i doświadczeni z tym nakazem potulnie się zgodzili.
wtorek, 03 listopada 2015
Wybory parlamentarne w Polsce wygrało „Prawo i Sprawiedliwość” (PiS) zdobywając prawo do samodzielnego rządzenia. Do Sejmu weszły jeszcze cztery ugrupowania polityczne, ale będzie to pierwszy polski parlament bez lewicy — tak postkomunistyczna Zjednoczona Lewica, jak i radykalna partia Razem przegrały wybory i pozostały pod progiem. Jestem ostatnią osobą, którą można by oskarżyć o lewicowe sympatie, a jednak ubolewam nad takim stanem rzeczy. Lewica jest bowiem Polsce w obecnej sytuacji niezbędna. Podobnie Platforma Obywatelska, która po części przegrała te wybory na własne życzenie, powinna znaleźć w sobie siły do wewnętrznej naprawy, wymiany liderów i budowy wokół siebie nowego obozu o wyraźnie zdefiniowanym liberalnym światopoglądzie. I wtedy być może już za cztery lata w Polsce pojawi się parlament, który będzie oddychał nie tylko jednym prawym płucem, ale który będzie miał i prawicę, i lewicę, i liberalne centrum. Inaczej Polska powoli przekształci się w nowe Węgry, gdzie obecnie wyborcy mają do wyboru albo prawicowy, nacjonalistyczny i populistyczny Fidesz, albo jeszcze bardziej prawicowy, nacjonalistyczny i populistyczny Jobbik. Bo jak wskazują wyniki wyborów prawicowe nastroje w Polsce rosną. Zapewne już wkrótce nastąpi rozczarowanie niespełnionymi obietnicami wyborczymi i na prawo od PiS pojawi się nowy ruch. Radykalniejszy niż PiS, a jednocześnie nie tak operetkowy jak Kukiz’15 czy Korwin. Taki polski Jobbik na tle, którego Jarosław Kaczyński będzie wyglądał na umiarkowanego. Dla nas na Litwie jednak o wiele ważniejsze od tego, jaka przyszłość polityczna czeka Polskę, jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: jakie skutki wynik wyborów niesie dla stosunków polsko-litewskich?