Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
piątek, 30 listopada 2012
Komentując na łamach PL DELFI kolejną prowokację na Rossach (w sobotę jacyś „żartownisie” „zaminowali” mauzoleum Marszałka Józefa Piłsudskiego na wileńskiej Rossie oraz zostawili obok płyty kartonowe pudło, na którym było napisane „TNT", „Uwaga bomba”, „Wzywajcie gliny” i „Polacy umrą”. Wywieszono też plakat „Tomaszewski, jeżeli nie przestaniesz działać przeciwko Litwie, to spoczniesz tutaj") m.in. napisałem, że tym razem litewscy policjanci „będą zmuszeni zająć się środowiskami, które jak dotychczas – z niezrozumiałych powodów – cieszyły się na Litwie pewnym pobłażaniem. Nowy, centrolewicowy rząd ma okazję do zademonstrowania, iż jest nowy nie tylko z nazwy, że będzie ścigał haterów niezależnie od ich narodowości czy obiektu ich nienawiści.“ Najwyraźniej identyczne wnioski przyszły do głowy nie tylko mnie jednemu. Sprawą osobiście się zajął wiceszef policji powiatu wileńskiego Antoni Mikulski, spec od tzw. spraw beznadziejnych, długoletni szef wileńskiej policji kryminalnej i już po czterech dniach ujęto sprawców. Okazało się, że to pięciu młodych nazyskinheadów z Wilna.
środa, 28 listopada 2012
W weekend odbyła się w Warszawie konferencja pt. „Aktualne problemy mediów polskojęzycznych na Litwie", zorganizowana z inicjatywy senackiej Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą oraz sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu. Nie pierwsza i zapewne nie ostatnia konferencja na ten temat. Podobno padło na niej sporo kuriozalnych wypowiedzi, bowiem jak wynika ze skąpych doniesień prasowych na temat tej konferencji, okazało się, iż praktycznie jedynymi problemami mediów w języku polskim na Litwie są brak dziennikarzy oraz to, że organizatorzy nazwali te media „polskojęzycznymi”. Credo quia absurdum. Moim zdaniem, największym i najaktualniejszym problemem tych mediów jest —że zacytuję profesora Filipa Filipowicza Preobrażeńskiego z opowiadania „Psie serce” Michaiła Bułhakowa — „razrucha” w głowach ich redaktorów i sponsorów.
poniedziałek, 26 listopada 2012
Szybko na blogu minęły mi dwa lata – można by powiedzieć parafrazując słynną piosenkę zespołu The Bill. Dokładnie przed dwoma laty ukazał się na rojsty.blox.pl pierwszy wpis. Obecny jest już 245. Dwa lata – to sporo. Większość mediów, które powstawały na Wileńszczyźnie w ciągu ostatnich 20 lat nie przetrwały i 1,5 roku. Gdy zakładałem tego bloga przyświecały mi w zasadzie dwa cele. Po pierwsze, chciałem stworzyć alternatywne źródło informacji o Wileńszczyźnie (nasza lokalna polska prasa przypomina bowiem mołdawską prasę rosyjskojęzyczną (hołdującą zasadzie „o kraju zamieszkania tylko źle") oraz gazetę „Prawda" z pewnego sowieckiego kawału: mianowicie sowieccy uczeni wskrzesili pewnego razu Aleksandra Macedońskiego, Napoleona i Hitlera, i pokazują im osiagnięcia sowieckiej techniki. Po jakimś czasie Aleksander Wielki oświadcza: „Gdybym miał sowieckie czołgi podbiłbym cały świat!", Hitler dodaje: „Gdybym miał sowiecką bombę atomową - byłbym niezwyciężony!", a Napoleon stwierdził: „Ach, gdbym miał gazetę „Prawda" świat by się do dzisiaj nie dowiedział o Waterloo!"). Niezależne od pieniędzy z „Wspólnoty Polskiej" i ze Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas. Chciałem przedstawić może i subiektywne, ale oparte na faktach i liczbach, a nie emocjach i „bo tak mi się wydaje/chce", analizy stosunków polsko-litewskich i litewskiej oraz wileńskiej rzeczywistości. Bez owijania w bawełnę i „tak nie wypada, bo to przecież swój”. Miałem bowiem nieodparte wrażenie, że dla kogoś z zewnątrz (my, mieszkający na Wileńszczyźnie na co dzień, prawdę z grubsza znamy i laurki w mediach, i slogany polityków mogą u nas najwyżej wywoływać ironiczny uśmiech) nasza rzeczywistość może się jawić jako schizofreniczny i surrealistyczny labirynt, świat krzywych zwierciadeł i półcieni. Z drugiej strony chciałem pokazać, że Wileńszczyzna – to nie skansen z Bałbatunszczykiem i bandą folkowych nieudaczników nie popadających nawet w najprostszy rytm, że istnieje Wileńszczyzna młoda, buntownicza, kreatywna, myśląca. Inna Wileńszczyzna. Pewne rzeczy mi się udały, pewne – nie, a jeszcze zapewne wiele da się zrobić w przyszłości.
piątek, 23 listopada 2012
Puryści językowi nie lubią „Pulaków z Wilni”, bardziej radykalni — bardzo często używający mniej więcej takiego samego „niepoprawnego” języka polskiego — wręcz zieją do nich nienawiścią. Przypomina to trochę zawracanie kijem rzeki, bowiem żyjemy w czasach postmodernizmu, w dobie społeczeństwa informacyjnego, w którym komunikacja międzyludzka odbywa się w zupełnie inny sposób niż kiedyś. Wraz ze zmianą kanału komunikacyjnego, zmienia się sposób posługiwania się językiem, a co za tym idzie sam język. Zanika różnica pomiędzy językiem wysokim a niskim. W tej sytuacji nie można już mówić o jednym jedynym języku, tylko o wielu językach. Znany rosyjski literaturoznawca i filozof Michaił Bachtin, który dzieciństwo spędził w Wilnie i przesiąkł wileńską wielojęzycznością, odnośnie do takiej sytuacji stworzył termin „heteroglosja", który zakłada, że „języki nie wykluczają się wzajemnie, lecz raczej przecinają się ze sobą na wiele różnych sposobów (język ukraiński, język poematu epickiego, wczesnego symbolizmu, studenta, konkretnego pokolenia dzieci, poślednich intelektualistów, nietzscheański itd.). Może się nawet wydawać, że samo słowo język traci w tym procesie wszelkie znaczenie — ponieważ wyraźnie nie istnieje płaszczyzna, na której te wszystkie języki można by zestawić". Z tego właśnie punktu widzenia należałoby chyba rozpatrywać gwarę „Pulaków z Wilna”, a nie ją jednoznacznie potępiać. Bachtin uważał stan krzyżowania się języków za idealny, wymuszający niekończącą się językową i intelektualną rewolucję oraz chroniący społeczeństwo przed opcją „jedynego słusznego języka”, która prowadzi do stagnacji i apatii umysłowej. W ten sposób próbuje na łamach sociologai.lt analizować fenomen „Pulaków z Wilni” Daniel Bogdanowicz, student filologii angielskiej na Uniwersytecie Wileńskim, którego tekst postanowiłem przetłumaczyć i zamieścić na blogu. Tekst nie jest wolny od pewnych uproszczeń i kilku błędów, ale to bardzo interesujący głos młodego (i nie anonimowego) Polaka z Wilna.
środa, 21 listopada 2012
Wybory sejmowe pokazały, że na AWPL nadal głosują przede wszystkim litewscy Polacy, jednak polska partia nie jest w stanie przekroczyć progu wyborczego bez głosów rosyjskich. W tym roku padło ich na Akcję Wyborczą od 10 do 15 tysięcy czyli około 20-25 proc. ogółu rosyjskich głosów (reszta litewskich Rosjan za swoich uznaje tradycyjnie litewskie partie lewicowe oraz Partię Pracy Wiktora Uspaskicha). Niewiadomo jednak, czy ten sukces da się powtórzyć za cztery lata, gdyż Rosjanie na współpracy z AWPL wychodzą trochę jak Zabłocki na mydle, tj. do Sejmu i tak nie trafiają, bo w wyniku rankingowania przez bardziej licznych oraz aktywnych wyborców-Polaków swoich kandydatów, kandydaci-Rosjanie (że nie wspomnę o Litwinach) spadają w dół. W tym roku na liście wyborczej wiceszefowa Sojuszu Rosjan Irina Rozowa znalazła się na wysokiej drugiej pozycji, ale w wyniku rankingowania spadła na siódmą i dopiero rezygnacja z mandatów poselskich mera Solecznik Zdzisława Palewicza i samego prezesa AWPL Waldemara Tomaszewskiego pozwoliły jej na powrót (po czterech latach) do ławy poselskiej.
poniedziałek, 19 listopada 2012
Od lat 90-ych ubiegłego wieku z „lekkiej” ręki Stanisława Pieszki, wówczas deputowanego do Rady Najwyższej RL i jednego z liderów tzw. autonomistów, a obecnie wiceprezesa ZPL, krąży po Wileńszczyźnie i raz po raz się odradza mit autonomicznego „raju” Gagauzów w Mołdawii. Pieszko w latach 90-ych jeździł do Gagauzji przejmować gagauskie doświadczenie w walce o autonomię i wrócił zafascynowany Gagauz Yeri, a swoimi fascynacjami podzielił się z dziennikarzami. I od tego czasu legendy o gagauskiej autonomii co jakiś czas się w głowach naszych lokalnych radykałów odradzają. Ja miałem okazję podróżować po Mołdawii, w tym po Gagauzji i Naddniestrzu (tzw. ПМР czyli Приднестровская Молдавская Республика; które akurat za wzór stawiali litewskim Polakom w latach 90-ych skupieni wokół Jana Ciechanowicza zwolennicy tzw. Republiki Wschodniej Polski), przez dwa tygodnie w listopadzie br. Muszę uczciwie przyznać, że gagauska autonomia – jak i cała Mołdawia — nie wywarła na mnie wrażenia raju na Ziemi. A nawet wręcz przeciwnie: i Gagauzja, i Mołdawia robią wrażenie kraju chaotycznego, zrusyfikowanego, zsowietyzowanego i sztucznego, zawieszonego między Wschodem i Zachodem, XXI wiekiem i Związkiem Sowieckim, targanego wewnętrznymi sprzecznościami i konfliktami etnicznymi, tkwiącego mentalnie, kulturowo, politycznie i ekonomicznie gdzieś w połowie lat 90-ych. Niewiadomo do końca dlaczego Mołdawianom ta ich niezależna państwowość się nie zbyt udała (być może zawinił konflikt zbrojny z Naddniestrzem, być może nieudolni politycy, a może wszystko naraz), jednak na tle Mołdawii Litwa jawi się swego rodzaju i w miarę zamożnym, i w miarę zadbanym krajem europejskim.
czwartek, 15 listopada 2012
Prawie miesiąc od zakończenia wyborów wygląda na to, że znamy skład przyszłej koalicji rządzącej. Do trzech tzw. centrolewicowych partii (socjaldemokratów, Partii Pracy i „Porządku i Sprawiedliwość”) dołączy chyba po długich targach Akcja Wyborcza Polaków na Litwie. Chyba, bo oficjalnej decyzji AWPL nadal nie ma. Zgodnie z wstępnymi ustaleniami AWPL dostanie w nowym litewskim rządzie jedną tekę ministerską (centrolewica najchętniej oddałaby Akcji Ministerstwo Kultury, jednak negocjatorzy AWPL chcą „bardziej poważny” resort; mówi się, że będzie nim Ministerstwo Energetyki, chociaż Waldemar Tomaszewski dziś oświadczył, iż ten resort nie jest dla niego „priorytetowy" i wolałby inny, a Ministerstwo Energetyki najlepiej byłoby w ogóle zlikwidować) oraz dwa stanowiska wiceministerskie (najpewniej w resortach kultury oraz oświaty i nauki). Teraz już wszystko w rękach prezydent Dalii Grybauskaitė, bo nadal niewiadomo, czy zaakceptuje koalicję z Partią Pracy (nawet bez Uspaskicha w rządzie).
środa, 14 listopada 2012
O tym, iż polsko-litewskie strategiczne partnerstwo od dawna nie istnieje wiedzą już chyba wszyscy, z wyjątkiem ustępującego premiera Litwy Andriusa Kubiliusa. Czasy eksportu demokracji na Wschód i budowy antyrosyjskiego przedmurza, wspólnych aspiracji unijnych i natowskich dano minęły. Dziś i Polska Tuska, i Litwa Grybauskaite uprawiają tzw. pragmatyczną politykę wschodnią. Na czym polegają wymierne efekty i korzyści takiego pragmatyzmu, co prawda, nie do końca wiadomo, jednak właśnie taki wektor polityki zagranicznej wyznaczyli decydenci naszych krajów. Nie do końca też wiadomo, dlaczego w ramach pragmatycznej polityki nie ma miejsca dla dobrych relacji polsko-litewskich, które od kilku lat sprowadzały się już tylko do kurtuazyjnych wizyt okolicznościowych. W ubiegłym tygodniu Dalia Grybauskaitė zrezygnowała jednak i z tych resztek, wbijając tym samym symboliczny ostatni gwóźdź do trumny strategicznego partnerstwa Polski i Litwy. Odmówiła udziału w obchodach Święta Niepodległości Polski w Warszawie. Odrzucenie zaproszenia prezydenta RP Bronisława Komorowskiego skrytykowali nawet litewscy narodowcy. „Ta odmowa całkowicie mija się ze zdrowym rozsądkiem. Zresztą nie tylko ta… <…> Uważam, że to takie otwarte plucie. Jeśli was się zaprasza w gościnę, a wyście, nie podając żadnych argumentów, odmawiacie, zrozumiałe, że gospodarz po ludzku przyjmuje to jako obrazę. <…> Jeśli zachowujemy się niepoprawnie, jak możemy poprawności wymagać od innych? Święto Niepodległości jest bardzo ważne, Polacy na nasze przyjeżdżają, zaś my – nie mamy czasu” — mówi w wywiadzie dla niesłynącej z miłości do Polski i Polaków „Respubliki” Bronislovas Genzelis.
czwartek, 01 listopada 2012
Przed kilkoma tygodniami przeczytałem w „Tygodniku Wileńszczyzny” o otwarciu w Solecznikach studia nagrań. Z inicjatywy lokalnego Stowarzyszenia Miłośników Sztuki „Młodzież przyszłości” rejonowe władze we współpracy z unijnym programem LEADER zaadaptowali pusty budynek byłego przedszkola pod wyposażoną w niezbędny sprzęt salę prób. W latach sowieckich z takich właśnie wyposazonych w minimu sprzetu studiów, które istniały przy każdym DK, fabryce czy kołchozie wyrosła olbrzymia fala wspaniałego rosyjskiego rocku. Nie wiem jakie zespoły grają dzisiaj w tym studiu, ale solecznicka scena alternatywna ma na swoim koncie bardzo interesujący okres pod nazwą „Garage D.I.Y.”, o którym warto – korzystając z okazji - przypomnieć. D.I.Y. czyli Do It Yourself, Zrób To Sam, to jedna z głównych zasad niezależnej sceny alternatywnej: organizuj występy swoich zespołów na własną rękę we własnych klubach, sam rejestruj nagrania i je rozpowszechniaj, bądź niezależny od wielkich koncernów i Systemu. Właśnie z tych pomysłów powstał w czerwcu 2001 roku w Solecznikach undergroundowy klub „Garage D.I.Y”.