Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
wtorek, 20 lutego 2018
Pochodzę z pokolenia, które swoje dzieciństwo i pierwsze lata młodości spędziło w Związku Sowieckim. Na kończących się apelach szkolnych i zarnicach. Być może dlatego mam taką awersję do patetycznych sloganów i sztywnych imprez przypominających pionierskie „utrenniki”. Być może dlatego takie zdumienie budzą we mnie imprezy organizowane na Wileńszczyźnie, które po raz n-ty powtarzają wciąż te same sztywne, patetyczne i, co najgorsze, nudne pionierskie i komsomolskie scenariusze: białe bluzeczki, czarne spódniczki, czytane z kartki włożonej do skórzanej papeczki podniosłe frazesy. Tak frazesy dzisiaj są już inne, ale sedno się nie zmienia — wszystko to trąci myszką. Trąci mdłą oficjalnością. Zresztą to samo można powiedzieć i o obchodach wszelkich dat narodowych organizowanych przez Litwinów. Sztampa goni sztampę: najpierw msza za ojczyznę i przemówienia notabli, potem składanie wieńców pod pomnikami i tablicami. Dlatego tak bardzo mnie cieszy, że jednak obchody stulecia Republ;iki Litewskiej są inne. Sto par na placu Katedralnym tańczy poloneza, lokomotywy grają hymn państwowy. Zero przyslowiowego etosu, patosu i bigosu. No dobra - bigos jednak był. Od trzech lat obchody największych litewskich i polskich świąt narodowych organizuje w Wilnie Polski Klub Dyskusyjny. Nieformalnie, na wesoło, ze smacznym bigosem, dobrym piwem i jeszcze lepszą kompanią. I świetnie na nich się bawią i Polacy, i Litwini, i Rosjanie, i Białorusini, i Ukraińcy. W tym roku jednak impreza, którą w wileńskim pubie „Pianoman” zorganizował PKD w przeddzień Dnia Odrodzenia Państwa Litewskiego, była wyjątkową.
poniedziałek, 19 lutego 2018
W listopadzie ubiegłego roku Litewska Partia Socjaldemokratyczna (LPSD), z inicjatywy radnego rejonu wileńskiego Roberta Duchniewicza, zorganizowała konsultacje społeczne w sprawie Ustawy o mniejszościach narodowych. Brałem w nich udział z ramienia Polskiego Klubu Dyskusyjnego. Minęły zaledwie 3 miesiące i oto 15 lutego frakcja LPSD zarejestrowała w Sejmie odpowiedni projekt. Jak na Litwę - wręcz zawrotna szybkość polityczna! Nie jest to projekt idealny, ale – jeśli mnie pamięć nie myli – jest to pierwszy projekt Ustawy o mniejszościach narodowych zarejestrowany przez partię ogólnokrajową i wychodzący naprzeciwko oczekiwaniom mniejszości narodowych. Dotychczas projekty w tej kwestii zgłaszała albo Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (a więc niestety nie miały większych szans na przebicie), albo narodowe skrzydło konserwatystów (a więc ograniczały nawet te nieliczne prawa językowe, jakie mniejszości narodowe obecnie na Litwie posiadają). Cieszę się, że ten projekt - chyba jednak nieprzypadkowo - pojawił się w dniu pierwszej wizyty prezydenta Andrzeja Dudy na Litwie. Pokazuje bowiem wyraźnie, że stosunki między Polską a Litwą rzutują też na sytuację litewskich Polaków. Jeśli stosunki są dobre, jeśli ze sobą rozmawiamy, rozwiązanie problemów postępuję szybciej niż gdy się jeden na drugiego wypinamy.
środa, 07 lutego 2018
W latach 60. przez większość krajów zachodnich przetoczyła się fala protestów. Studenci, hippisi, robotnicy, działacze kontrkultury protestowali przeciwko zastanemu porządkowi rzeczy: wojnie we Wietnamie, nierównościom społecznym, patriarchalnemu społeczeństwu. Władze odpowiedziały represjami policyjnymi, rewolucja nie wybuchła, a ruch kontrkulturowy zaczął lawinowo tracić zwolenników. Część jego sfrustrowanych i obrażonych na cały świat liderów wybrała drogę miejskiej partyzantki. RAF, Brigate Rosse, Action Directe były straszniejsze od dzisiejszych islamistów. Setki zamachów. Wybuchały bomby, porywano samoloty, mordowano policjantów, polityków i biznesmenów. Ostatecznie jednak państwo dało im radę. Inni działacze wybrali drogę pokojowej transformacji, którą lider ówczesnej niemieckiej radykalnej lewicy Rudi Dutschke nazwał „długim marszem przez instytucje”. Skoro instytucje starego systemu okazały się trwałe, to należy z ataków zrezygnować, a wprowadzić do tych instytucji swoich ludzi, którzy je zmienią od środka. Zwycięstwo będzie możliwe tylko wtedy, kiedy zmieni się społeczeństwo. Aby to uczynić, trzeba się stać „integralną częścią maszynerii” administracyjnej, medialnej, społecznej. „Marsz przez instytucje” był koncepcją długofalową, ale okazał się koncepcją skuteczną. Działacze kontrkulturowi stali się nauczycielami, urzędnikami, politykami, a nawet premierami i stopniowo zmienili społeczeństwo. Byli wyklinani i przez mainstream, i przez swoich radykalnych towarzyszy, strzelano do nich, ale to oni zmienili świat, a nie czerwoni terroryści. Podaję przykład Dutschke, ale mógłbym podać przykłady takich samych długich marszów w wydaniu konserwatystów. Mechanizm zawsze jest ten sam - lepiej budować instytucje niż burzyć. Na Wileńszczyźnie też potrzebujemy nie kolejnych filii ONR, w których uczestnicząca młodzież na całe życie zamyka się w dobrowolnym rezerwacie, a jej jedyną szansą staje się kariera szefa działu w Solecznikach czy starosty w Bezdanach, tylko takiego „długiego marszu przez instytucje”. Gdyby ktoś ogłosił konkurs „Idea dla Wileńszczyzny" zaproponowałbym zamiast niekończących się protestów, pikiet pod ambasadami USA i Danii – więcej aktywnych, świadomych swojej tożsamości Polaków w litewskiej „maszynerii administracyjnej”.
czwartek, 01 lutego 2018
Rzadko mi się zdarza, żebym książkę, którą zacząłem czytać odstawiałb co jakiś czas na półkę, znów do niej wracał i ponownie odstawiał. Zazwyczaj czytam jednym tchem (jeśli mi się podoba), a jeśli mi się nie podoba – odstawiam na zawsze. „Czarnobylską modlitwę” Swietłany Aleksijewicz czytałem jednak bardzo długo, przez kilka miesięcy, z długimi przerwami, wracałem do niej i odstawiałem ją. Bo to książka przerażająca. Nie jestem osoba sentymentalną, ale ta książka doprowadzała mnie do łez. Książka o katastrofie w Czarnobylu i jej skutkach, widzianych oczyma naocznych świadków: żołnierzy, którzy zostali rzuceni w wir walki z atomowym monstrum bez żadnych środków ochronnych, strażaków, którzy dosłownie własnymi ciałami zasłaniali najbardziej niebezpieczne odcinki awarii, pilotów, którzy rzucali ze śmigłowców na płonący reaktor worki z piaskiem w promieniowaniu tysiąc razy przekraczającym wszelkie dozwolone normy, mieszkańców pobliskich wiosek, których najpierw przez wiele dni okłamywano, że nic się nie stało, a następnie błyskawicznie ewakuowano, ponownie kłamiąc, że „wyjeżdżają na trzy dni”. Ta ewakuacja była dla nich często straszniejszym dramatem niż życie w napromieniowanym miejscu, więc wracają do swoich wiosek, na tereny nieprzydatne do życia, jak partyzanci leśnymi ścieżkami uciekając milicji... Rozmówcy Swietłany Aleksijewicz non stop porównują Czarnobyl do wojny. II światowej, afgańskiej. I jednocześnie rozumieją jak bardzo niepoprawne, nieodpowiednie jest to porównanie — na wojnie, nawet najbardziej przerażającej, wszystko jest czarno-białe. Tam wróg, tu swoi. A w Czarnobylu wróg jest niewidzialny. Lasy są pełne jagód i grzybów, rzeki – ryb, ziemniaki obrodziły wspaniale, pogoda słoneczna i piękna. I to wszystko zabija. Powoli, ale nieuchronnie. To także książka o ponad dwóch milionach Białorusinów, których zapomniano przesiedlić poza strefę skażoną, o dzieciach bez włosów, o zwierzętach o smutnych oczach, które zamieszkały w porzuconych domach, o bohaterach, którzy rzucali się bez zabezpieczeń tam, gdzie automaty odmawiali posłuszeństwa. Nie dla 100 rubli premii, tylko bbo tak ich wychowano, w kulcie czynu bohaterskiego, lub aby nadać swojemu życiu sens. „Czarnobylska modlitwa” — to zbiór monologów osób, które dotknięte zostały tragedią, zebranych przez Swietłanę Aleksijewicz w ciągu 20 lat żmudnej kronikarsko-dziennikarskiej pracy.