Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Pierwsze od wielu lat spotkanie ministrów spraw zagranicznych Polski i Litwy odbędzie się 7 lutego w Warszawie. Być może z tego powodu wizyta litewskiego premiera Algirdasa Butkevičiusa w Polsce została przeniesiona na 12 lutego. Jak słusznie zauważa publicysta „Rzeczpospolitej” Jerzy Haszczyński: „Wiele wskazuje na to, że litewscy politycy odłożyli przyjazd, bo zdają sobie sprawę, że nie może się on skończyć uściskiem dłoni i uśmiechami. Muszą paść jakieś poważne deklaracje, a do nich trzeba się przygotować. Polska oczekuje na jakieś zobowiązanie w sprawie polskiej mniejszości. Dyplomaci litewscy prywatnymi kanałami, także na Zachodzie, próbują się dowiedzieć, jaki gest byłby odpowiedni.” Aby nie skończyło się na uśmiechach i uściskach dłoni, najpierw w sprawie szczegółów muszą się dogadać Linas Linkevičius i Radosław Sikorski, a jeszcze wcześniej litewski rząd ma zatwierdzić swoje priorytety programowe (planuje się, że zostaną zatwierdzone na początku lutego br.).
środa, 23 stycznia 2013
Gdy tylko usłyszałem, że ks. Dariusz Stańczyk organizuje 22 stycznia, dokładnie w 150. rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego, w Wilnie ulicą Giedymina „Marsz Wolności” z relikwiami św. Rafała Kalinowskiego, przyszło mi do głowy, czy aby na pewno słynący z dosyć luźnego traktowania wszelkich przepisów ksiądz ma na tę akcję zezwolenie władz miejskich? Jest bowiem tajemnicą Poliszynela, że wileńscy samorządowcy niezwykle nerwowo reagują na wszelkie próby urządzania przemarszów główną ulicą litewskiej stolicy. W tym roku nawet tradycyjny przemarsz nacjonalistów oraz aspirujący do tradycyjności „Gay Pride” odbędą się nie w centrum miasta, tylko pod drugiej stronie Wilii, na ulicy Upės, o której istnieniu nawet nie każdy wilnianin wie. Przeczucia mnie nie omyliły. Ks. Stańczyk o zezwolenie na przemarsz nawet nie wystąpił.
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył społeczeństwo kapitalistyczne, które zgodnie z teorią wyznawaną tak przez marksistów, jak i antymarksistów, charakteryzowało się dominacją dwóch klas społecznych: kapitalistów, posiadających i kontrolujących środki produkcji oraz robotników czy jak wolą marksiści proletariuszy – wyalienowanych, zależnych, eksploatowanych pracowników najemnych, nie istnieje. Bo żadna z tych dużych klas już nie istnieje albo istnieje wyłącznie w formie szczątkowej i atawistycznej – nie mogącej mieć i nie mającej żadnego wpływu na rzeczywistość. Powstała nowa klasa – w zasadzie bezimiennych, anonimowych, wysokokwalifikowanych i wysokoopłacanych pracowników najemnych: analityków inwestycyjnych, menadżerów, specjalistów od PR i HR. To oni są nową klasą uprzywilejowaną, która kontroluje środki produkcji, ale ich nie posiada. W krajach rozwiniętych coraz częściej przepływ pieniędzy kontrolują fundusze emerytalne i ubezpieczeniowe zarządzane właśnie przez takich nowoczesnych kapitalistów, którzy jako tacy nie posiadają nic lub prawie nic. Prawdziwymi właścicielami wymienionych funduszy są bowiem osoby opłacające odpowiednie składki (emerytalne lub ubezpieczeniowe) – de facto każdy z nas. Każdy z nas więc w obecnej sytuacji może być kapitalistą i proletariuszem jednocześnie. Koniec społeczeństwa kapitalistycznego oznacza też koniec państwa narodowego, które było jego konsekwencją.
środa, 16 stycznia 2013
„Wszyscy wtedy byliśmy Litwinami” — napisał na Twitterze minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski z okazji 22-iej rocznicy wydarzeń styczniowych w Wilnie. Piękne słowa, piękny gest, chociaż pewnie jeszcze piekniej by się stało, gdyby padły w Wilnie na żywo. Czy jest to początek „nowego otwarcia” w stosunkach polsko-litewskich? Może tak być, ale wcale nie musi. Bo nieoficjalnie wiadomo, iż nowe litewskie władze już od kilku miesięcy próbują doprowadzić do rozpoczęcia nieformalnych litewsko-polskich rozmów w sprawie uregulowania stosunków między Polską a Litwą, jednak resort Radosława Sikorskiego pozostaje głuchy na takie propozycje.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
„A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic.” Te słowa z nieśmiertelnego „Rejsu” pasują także jak ulał i do współczesnego kina litewskiego. Czy najnowsza litewska (ściślej: litewsko-belgijska) produkcja „Aurora” (angielski tytuł – „Vanishing Waves”), jak wystrzał z tego samego imienia krążownika w październiku 1917 roku, doprowadziła do rewolucji w litewskim kinie? Każdy może przekonać się na własne oczy. „Aurora” od 3 stycznia jest już wyświetlana w litewskich kinach. Mnie film Kristiny Buožytė nie przekonał, chociaż chyba rozumiem dlaczego „Aurora” zdobyła tak wiele nagród na różnych festiwalach filmowych (m.in. film został uznany za najlepszy europejski film science fiction roku 2012 (zdobył główną nagrodę — Melies d`Or — na 47. Festiwalu Filmów Fantastycznych SITGES)). Film został bardzo ciekawie pomyślany, jednak tradycyjnie wszystko schrzaniła mierna jakość obrazu i dźwięku, i szkoła „poetyckiej dokumentalistyki" ku której ciążą (prawie) wszyscy nasi reżyserowie i operatorzy.
czwartek, 10 stycznia 2013
Najpierw nowy litewski minister oświaty i nauki Dainius Pavalkis oświadczył, że ujednolicony egzamin z języka litewskiego dla abiturientów szkół polskich i litewskich jest fikcją, bo nie można twierdzić, że uczniowie szkół polskich i litewskich będą składali ten sam egzamin, skoro różne są kryteria oceny. I trudno się było z ministrem nie zgodzić. W poniedziałek (7 stycznia) Pavalkis jednak złożył nowe oświadczenie. że nie zamierza się rezygnować z ujednolicenia egzaminu z języka litewskiego dla uczniów szkół litewskich i mniejszości narodowych. „Powinniśmy szanować język litewski. Rok bieżący w ogóle powinien być ogłoszony rokiem lituanistyki. Polacy całkiem dobrze zdają egzamin z języka litewskiego i — co jest dziwne — niekiedy lepiej od Litwinów. Toteż rezygnować z tego egzaminu czy coś zmienić nie zamierzamy” — powiedział dziennikarzom Pavalkis. Krok do przodu, krok do tyłu i dalej płodzimy fikcje: ujednoliconego egzaminu, nauczania geografii i historii po litewsku w nielitewskich szkołach? Co prawda minister zamierza w tej sprawie jednak kontynuować dyskusję ze społecznością polską i znaleźć „jakieś zadowalające wszystkich rozwiązanie”. Oczywiście pod warunkiem, iż do czasu znalezienia takiego rozwiązania sam minister nie stanie się fikcją.
poniedziałek, 07 stycznia 2013
W sobotę (5 stycznia) dobiegła końca Świąteczna Akcja Charytatywna, zorganizowana przez „Pulaków z Wilni”. Do Solecznickiego Domu Dziecka summa summarum pojechały dwa samochody z różnego rodzaju darami, prezentami, środkami czystości, zabawkami. Bo ostatecznie udało sie zebrać blisko 1200 litów, a dary rzeczowe napływały jeszcze długo po tym, jak 15 grudnia ub.r., od(g)brzmiały w wileńskim pubie „Visų šventųjų baras” punkowo–postrockowo–poetyckie echa. Mi się przy tej okazji przypomniało jak przed dziesięciu laty zorganizowaliśmy pierwszą Wileńską Karnawałową Akcję Charytatywną (WKACH) „Darujmy Uśmiechy”. Wówczas, zresztą na rzecz tego samego Domu Dziecka w Solecznikach, zebraliśmy ponad 4,5 tysiące litów, za które w sierocińcu zainstalowaliśmy nowe, plastykowe okna. „My, tu na Wileńszczyźnie, udowodniliśmy, że możemy pomagać sobie sami — nie czekając na „dobrego wujka” z Polski czy Europy” — powiedziała nam wówczas Danuta Jankowska, ówczesna dyrektorka Domu Dziecka w Solecznikach. I o to właśnie nam chodziło – przestać być wiecznym petentem, chodzącym z wyciągniętą ręką po ludziach i zacząć pomagać sobie samym. W styczniu 2004 roku na drugiej odsłonie WKACH zebraliśmy na rzecz Domu Dziecka w Podbrodziu już grubo ponad 5 tysięcy litów, zaś jesienią 2004 roku podczas kwesty zorganizowanej na rzecz dzieci poszkodowanych w zamachu terrorystycznym w Biesłanie (Osetia Północna) – blisko 9 tysięcy. Teraz takie — mniejsze lub większe — akcje charytatywne już są na Wileńszczyxnie dobrą tradycją, chociaż akcja „Pulaków" jest mi szczegolnie bliska ze względu na swój oddolny, polsko-litewski i alternatywny charakter. Bo taki oddolny, polsko-litewski i po części alternatywny charakter miał też WKACH.
piątek, 04 stycznia 2013
„Chciałoby się wierzyć, że Akcja Wyborcza Polaków na Litwie wykorzysta swą historyczną szansę, by także do innych instytucji rządowych lub sejmowych wprowadzić jak najwięcej Polaków, niekoniecznie na stanowiska kierownicze, bo te zagrożone są częstymi zmianami. Tymczasem na niższych szczeblach urzędniczych często wciąż pracują osoby wprowadzone do służby państwowej przez konserwatystów lub socjaldemokratów, i to jeszcze w początkach niepodległości. Nie jest tajemnicą, że dla Polaka kariera urzędnicza do niedawna była zamknięta za cichym politycznym porozumieniem partii rządzących (w tym rządzących obecnie)” — napisał ostatnio na łamach Wilnoteki Walenty Wojniłło. Mówiąc uczciwie zdziwił mnie ten tekst, a jeszcze bardziej fakt, iż wyszedł z pod pióra dziennikarza, który zazwyczaj pisze nie tylko ciekawie, kwieciście, ale i do rzeczy (nawet jeśli nie zawsze wie gdzie postawić przecinek). Zdziwił i rozczarował. Po pierwsze, bo jest to ewidentna nieprawda (żaden spisek niedopuszczający Polaków do kariery urzędniczej nigdy nie istniał, a i Polaków wcale nie jest wśród urzędników mało (gorzej dotychczas było z Polakami na najwyższych stanowiskach politycznych, ale tę akurat dysproporcję AWPL po ostatnich wybotrach hurtowo wyrównała)). Po drugie, wzywa do naruszania prawa, bo zatrudnianie „swoich” (niezależnie od tego, czy kryterium „swojskości” polega na odpowiednich powiązaniach rodzinnych, sympatiach politycznych czy narodowości) to — w świetle kodeksu karnego — nic innego jak przestępstwo. Poza tym jest to myślenie „afrykańskie", które były misjonarz Radosław Malinowski opisuje na łamach portalu „Bezjarzmowie albo Jochlos": „Każde plemię/naród (w Afryce — przyp. blog.) dba, by politykami zostawali „jego” ludzie – bez względu na program czy merytoryczne przygotowanie". Jeśli więc chcemy mieć państwo nieco lepsze niż kenijskie czy sudańskie, to potrzebujemy na służbie państwowej nie „swoich”, tylko przede wszystkim kompetentnych, uczciwych, pracowitych i odpowiedzialnych urzędników. Dla wspólnego dobra.