Niepoprawny blog o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
RSS
piątek, 24 maja 2013
Bardzo często zarzuca mi się, że zbyt rygorystycznie („pozytywistycznie”) traktuję normy litewskiego prawa regulujące używanie języka państwowego i języków mniejszości narodowych w życiu publicznym. Zdaniem moich oponentów (i tych, którzy wyzywają mnie od „zdrajców”, „liberastów” oraz „karierowiczów”, i tych bardziej powściągliwych w słowach) kwestię pisowni nielitewskich imion i nazwisk można bowiem rozstrzygnąć na raz-dwa i co ważniejsze bez zmiany Konstytucji czy przynajmniej konstytucyjnej Ustawy o języku państwowym. Przed kilkunastoma dniami, 10 maja br., grupa posłów złożyła w Sejmie projekt nowelizacji Ustawy o języku państwowym. Nie wnikając we wszystkie niuanse tego dosyć kontrowersyjnego dokumentu, chciałby zwrócić uwagę tylko na regulacje dotyczące pisowni imion i nazwisk. Otóż artykuł 14 projektu zakłada, ze imiona i nazwiska obywateli Litwy są pisane literami alfabetu litewskiego „z wyjątkiem przypadków określonych przez inne ustawy.” W tym tygodniu sejmowy Departament Prawa przedstawił opinię co do zgodności tego projektu z Konstytucją i obowiązującymi ustawami w której zaznaczył, iż stosunki społeczne uregulowane przez ustawę konstytucyjną nie mogą być regulowane przez akty prawne o mniejszej stabilności, dlatego wszelkie wyjątki od ogólnych zasad określonych w konstytucyjnej Ustawie o języku państwowym powinny być uregulowane w tejże ustawie, „właśnie w tej ustawie konstytucyjnej powinny być ustanowione zasady pisowni w oficjalnych dokumentach imion i nazwisk obywateli Republiki litewskiej pochodzenia nielitewskiego.” Od lat twierdzę to samo. Z moją wykładnią można się nie zgadzać, jednak znając jakim autorytetem wśród posłów cieszy się sejmowy Departament Prawa można z dużym prawdopodobieństwem prognozować, iż każda inicjatywa zmierzająca do zalegalizowania autentycznej pisowni nielitewskich imion i nazwisk bez zmiany Ustawy o języku państwowym jest skazana na lądowanie w koszu na śmieci. A do zmiany ustawy konstytucyjnej potrzeba 85 posłów…
poniedziałek, 20 maja 2013
Pisałem o tym niejednokrotnie, ale spróbuje powtórzyć raz jeszcze: problem oryginalnej pisowni imion i nazwisk na Litwie nie jest taki prosty i łatwy w rozwiązaniu, jak się wydaje z perspektywy Warszawy czy Brukseli. I nie dlatego, że budzi emocje w nacjonalistycznych środowiskach, tylko z powodu problemów konstytucyjnych. Litewski Sąd Konstytucyjny już dwukrotnie podkreślił, że ze względu na konstytucyjny status języka litewskiego jako języka państwowego pisownia imion i nazwisk w oficjalnych dokumentach powinna być zgodna z zasadami języka litewskiego. Można oczywiście doszukiwać się kto zawinił, że takie orzeczenie Sądu w ogóle ujrzało światło dzienne: ci, którzy wnieśli odpowiednie wnioski do Sądu Konstytucyjnego nie oceniwszy wszystkich możliwych skutków; językoznawcy, którzy przedstawili Sądowi takie a nie inne opinie w tej sprawie; sędziowie, którzy tkwią z uporem godnym lepszej sprawy przy swoim orzeczeniu z 1999 roku. Jednak o wiele ważniejsza jest odpowiedź na pytanie: co dalej? Jak trudne jest znalezienie dobrej odpowiedzi na to pytanie świadczy fakt, iż dzisiaj (27 maja) rząd Algirdasa Butkevičiusa po raz kolejny przełożył dyskusję nad tą kwestią. Odpowiedzi na to pytanie szukały także trzy poprzednie ekipy rządowe (Brazauskasa, Kirkilasa i Kubiliusa) zgłaszając Sejmowi projekty Ustawy o pisowni imion i nazwisk. Wszystkie, jak wiadomo, zostały przez parlament odrzucone. Rząd Butkevičiusa próbuje pójść inną drogą.
czwartek, 16 maja 2013
Wileński sąd rejonowy — wbrew rwetesowi niektórych polskich mediów i polityków na temat „egzekucji na Polakach” i „drakońskich kar” — nie nakazał dyrektorce administracji rejonu wileńskiego Lucynie Kotłowskiej zapłacenia odsetek za niewykonanie sądowego nakazu usunięcia tablic z polskimi nazwami ulic w różnych miejscowościach rejonu wileńskiego. Kotłowska nie będzie musiała zapłacić po 1000 litów za każdy dzień zwłoki. Jednak nadal ma obowiązek zapłacenia kary nałożonej za ignorowanie poprzednich decyzji sądowych. W dyskusji, która toczy się w sprawie zasadzanych przez sądy kar, moim zdaniem, bardzo często do jednego worka wrzuca się dwa różne problemy. Czy tablice z polskimi nazwami ulic w miejscowościach zwarcie zamieszkałych przez Polaków muszą być? Tak, bo najwyraźniej taka jest wola lokalnych mieszkańców. Nie bardzo rozumiem, komu i w jaki sposób te tablice mogą przeszkadzać lub zagrażać, a pewnie dla lokalnej ludności i turystów stanowiłyby i swego rodzaju udogodnienie, i dodatkową atrakcję. Czy jednak z tego powodu można nie wykonywać nakazów sądowych? Jako Polak — jestem za tablicami, jako prawnik — rozumiem, że są sprzeczne z obowiązującym prawem. Ten dylemat za dwa tysiące lat do mnie i Lucyny Kotłowskiej rozwiązali starożytni Rzymianie: Dura lex, sed lex.
poniedziałek, 13 maja 2013
Formalnie prawna sytuacja mniejszości narodowych w międzywojennej Republice Litewskiej nie tylko nie wyglądała tragicznie, ale w zasadzie była dużo bardziej liberalna niż obecne litewskie regulacje w tym zakresie. Gorzej było z praktycznym wcielaniem tych zasad w życie. Szczególnie w przypadku mniejszości polskiej, która stała się zakładnikiem napiętych polsko-litewskich relacji i konfliktu o Wilno. Chciałbym jednak przybliżyć dziś nie los Polaków na Kowieńszczyźnie (napisano już o tym całkiem sporo), tylko rozwiązania dotyczące autonomii kulturalnej mniejszości narodowych, które zostały przyjęte w Litwie kowieńskiej i obowiązywały przez kilka lat. W 1922 roku litewski Sejm Ustawodawczy uchwala pierwszą regularną konstytucję Republiki Litewskiej, która poświęca mniejszościom narodowym jeden dział (VII), na który składają się dwa artykuły (73-74) wprowadzające de facto zasadę autonomii kulturalnej. Zgodnie z artykułem 73 obywatele należący do mniejszości narodowych, które stanowią znaczną część ogółu obywateli, mają prawo w granicach określonych przez ustawy autonomicznie regulować kwestie związane z własną kulturą narodową — oświatę ludową, dobroczynnością, pomocą wzajemną — oraz w celu regulowania tych spraw wybierać w drodze ustalonej przez ustawę swoje organy reprezentacyjne. Natomiast artykuł 74 udzielał mniejszościom narodowym prawa do nakładania podatków na rzecz kultury narodowej na swoich członków oraz korzystania z państwowych i samorządowych dotacji na oświatę i działalność charytatywną. Podobne regulacje prawne zawierała również litewska Konstytucja z dnia 15 maja 1928 roku, chociaż praktycznie autonomia kulturalna już wówczas nie istniała. Formalnie konstytucyjne regulacje dotyczące autonomii kulturalnej mniejszości narodowych zostały zlikwidowane dopiero w Konstytucji z dnia 12 maja 1938 roku.
czwartek, 09 maja 2013
„Sterowiec w Wilnie! Dziś o godzinie 8 rano nad miastem płynnie się unosił wojskowy sterowiec. Nad ulicami Niemiecką, Zawalną oraz Wielką on się opuszczał tak nisko, że wyraźnie było widać gondolę, w której siedziało kilka osób. Sterowiec był udekorowany dwiema niedużymi rosyjskimi flagami. Jego pojawienie się w Wilnie wywołało duże poruszenie w tłumie. Krzyczano „hurra” itp. Sterowiec wylądował na polu wojennym” — tak opisywał wileński „Вечерний вестник” wydarzenie, które wydarzyło się w Wilnie 27 sierpnia 1913 roku — pierwszy lot wojskowego sterowca z Lidy do Wilna. Sterowiec wylądował na polu wojskowym czyli w dzisiejszym Miasteczku Północnym. Notabene w wyniku tego wydarzenia na mapie Wilna pojawiła się ulica Lotników (obecnie — Lakunų). Był to również początek regularnych połączeń powietrznych Wilna z innymi miastami.
poniedziałek, 06 maja 2013
W sobotę (4 maja) ulicami Wilna przeszedł „Marsz polskości". Było licznie i sympatycznie, chociaż jak na mój gust brakowało marszowi trochę świeżości (wiadomo krakowskie stroje i „ukochana moja ziemia" — to u nas mus) i spontaniczności. Nie obeszło się oczywiście bez tradycyjnej „разнарядки" rejonowym szkołom oddelegować na marsz określoną liczbę uczniów i nauczycieli, ale pewnie spontaniczny marsz nie zgromadziłby tylu osób (wystarczy przypomnieć ile osób przyszło w ubiegłym roku na spontaniczny „Marsz wolności"). Próbowałem liczyć maszerujących i wyszło mi jakieś 4-5 tysięcy czyli mniej więcej tyle ilu uczestników naliczyla wileńska policja. Jak na warunki litewskie — dużo. Zresztą rozmawiałem z uczestnikami, większość (szczególnie ci z Wilna) przyszła z własnej woli, a i ci przymusowi ochotnicy nie skarżyli się: impreza fajna, a i po Wilnie w słoneczny dzień przyjemnie jest się powałęsać. Rozmawiałem też z ludźmi, którzy przyglądali się pochodowi i opinie były w zasadzie bardzo przychylne (chociaż niewielu wiedziało kto, a jeszcze mniej — dlaczego, maszeruje). Być może dlatego, że — nie zważając na wszechobecne flagi AWPL — pochód nie miał charakteru politycznego. Jednocześnie jednak zmuszał do zastanowienia się, co znaczy być Polakiem na Litwie. W ubiegłym tygodniu udzieliłem wywiadu dla nowego portalu zw.lt. Jego nieduża — tekst był i tak długi, wypowiadało się w nim sporo osób, więc jest rzeczą zrozumiałą, że trafiła na łamy tylko ta część, którą dziennikarze zw.lt uznali za najbardziej interesującą — część ukazała się w artykule pt. „Polacy na Litwie: „Mamy się czym szczycić!”. Ponieważ jednak pytania, na które udzieliłem odpowiedzi, są w moim rozumieniu ważne, a moje odpowiedzi może mniej ważne, ale zawierają pewien mój osobisty statement, jeśli chodzi o polskość, postanowiłem przytoczyć je na blogu w całości.
czwartek, 02 maja 2013
Lokalne polskie media w większości nie są de facto podmiotami komercyjnymi, nie konkurują na rynku ani między sobą, ani z tytułami litewskimi czy rosyjskimi. Konkurują wyłącznie o dotacje z Polski. I to właśnie brak tych dotacji jest największym zagrożeniem dla ich status quo, a nie Litwini, brak czytelników czy tzw. wrogowie polskości. Podobno rok 2013 ma być ostatnim, w którym Warszawa finansuje wszystkie polskojęzyczne portale na Litwie. Według nieoficjalnych wiadomości polskie MSZ uprzedziło już wileńskich wydawców, że w przyszłym roku finansowanie dostanie tylko jeden polskojęzyczny portal internetowy, wokół którego będą musieli zjednoczyć wszystkie pozostałe. Trudno odmówić temu pomysłowi logiki: w miejsce kilkunastu kosztownych, ale niszowych portali, z których każdy zatrudnia po kilku dziennikarzy, a ich liczba unikalnych czytelników dziennych czasami waha się w granicach błędu statystycznego — stworzyć jeden duży internetowy kombinat multimedialny, będący w stanie konkurować z mediami litewskojęzycznymi. Wilno na tę wiadomość zareagowało… tworzeniem nowych portali. Wbrew pozorom też jest w tym swoja logika. Wskazująca, iż wbrew publicznie deklarowanej jedności i jednomyślności toczą się na Wileńszczyźnie nadal walki buldogów pod dywanem: o wpływy, przywództwo, pieniądze.
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
„Jest to przypadek, gdy proces jest równie ważny jak wynik” — powiedział prof. Ramūnas Vilpišauskas, dyrektor Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Nauk Politycznych przy Uniwersytecie Wileńskim zagajając dyskusję polskich i litewskich ekspertów na temat relacji polsko-litewskich, która odbyła się w ubiegły czwartek (25 kwietnia) w Wilnie w ramach prezentacji raportu o wzajemnym postrzeganiu się Polaków i Litwinów, przygotowanego przez polski Instytut Spraw Publicznych. Moim zdaniem jednak wynik czyli normalizacja stosunków polsko-litewskich jest ważniejszy, ale do niego długa droga. Mam nadzieję, że ta droga prowadzi właśnie przez takie dyskusje. Na każdej bowiem pada wiele bardzo słusznych słów i dyskusja w Instytucie Stosunków Międzynarodowych i Nauk Politycznych nie była wyjątkiem. Były litewski prezydent Valdas Adamkus, były minister spraw zagranicznych Antanas Valionis, historyk Vladas Sirutavičius, europoseł Paweł Zalewski, politolog Renata Mieńkowska-Norkienė i redaktor naczelny „15 min.” Rimvydas Valatka powiedzieli naprawdę sporo ważnych uwag: o tym, że kwestia pisowni nazwisk polskich na Litwie powinna być rozwiązana, bo nazwisko to nie kwestia narodowości tylko tożsamości; o tym, że należy zezwolić na dwujęzyczne nazwy miejscowości i ulic; o tym, że ani naród duży, ani mały nie ma prawa do nacjonalizmu, bo nacjonalizm zawsze się kończy jednakowo — ofiarami śmiertelnymi; że potrzebujemy obywatelskiego społeczeństwa, szczególnie na Wileńszczyźnie. Można oczywiście zapytać: ale co w sensie praktycznym z tych dyskusji wynika? Być może tylko to, że zostają nagłośnione przez media i być może te oczywiste prawdy trafią za ich pośrednictwem do jeszcze kilku osób i zmuszą do myślenia? Być może.
czwartek, 25 kwietnia 2013
Wcześnie rano 24 maja 1940 r. grupa zwerbowanych przez znakomitego meksykańskiego malarza i jednocześnie zaciekłego stalinistę Davida Alvaro Siqueirosa spiskowców, przebranych w mundury policyjne, podjechała pod bramę willi w Coyoacán (Meksyk), w której mieszkał Lew Trocki - niegdyś jeden z liderów bolszewickiej rewolucji, twórca Armii czerwonej, a obecnie uchodźca polityczny i lider antystalinowskiej opozycji. Trocki spodziewał się zamachu i mieszkał w podmiejskiej rezydencji jak w twierdzy, pełnej uzbrojonej po zęby obstawy. Jednak gdy Bob Harte, który akurat tego ranka stał przy bramie, usłyszał znajomy głos otworzył bez namysłu bramę. To przecież Józek! Chwilę później morderczy ogień z karabinów maszynowych spadł na okna i drzwi sypialni Trockiego i jego rodziny. Zaatakowani schowali się pod łóżkiem, zakrywając rękoma głowy. Tuż nad nimi świstały kule. Stalowe okiennice odbiły część z kilkuset pocisków, lecz mimo to w ścianach znaleziono następnie 76 kul, a w pobliżu domu jeden niewypał bomby. Zamachowcy pewni, iż po takiej szaleńczej kanonadzie nikt nie ma prawa przeżyć nawet nie sprawdzili efektów „roboty” i im szybciej się wynieśli z posiadłości. Trocki przeżył. Co prawda niedługo. Trzy miesiące później Ramon Mercader, jeden z jego współpracowników i jednocześnie agent NKWD, uderzył go z zaskoczenia czekanem w tył głowy i tego uderzenia Trocki już nie przeżył. Wracając jednak do wydarzeń z 24 maja 1940 roku — zamachowcy uciekając z Coyoacánu porwali ze sobą Boba Harte'a, ponieważ mógł wydać prawdziwego organizatora zamachu, którym był nie David Alvaro Siqueiros, jak powszechnie się uważa, tylko Karaim z Wilna i jednocześnie jeden z najwybitniejszych sowieckich szpiegów — Józef „Józek” Grygulewicz. Trup Harte’a znaleziono następnego dnia na obrzeżach meksykańskiej stolicy.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Instytut Spraw Publicznych (ISP) przedstawił w ubiegłym tygodniu raport o wzajemnym postrzeganiu się Polaków i Litwinów. Media w Polsce zauważyły w nim, ze Polacy nie sa w stanie wskazać Litwy na mapie, litewskie media odczytały z niego tylko że Polacy na Litwie nie czują się dyskryminowani (o tym że jeszcze większy procent Litwinów w Polsce nie czuje się dyskryminowany również – przemilczały), lokalne polskie media raport w zasadzie przemilczały (pomijam PL DELFI, bo wiadomo, że to „gadzinówka” i blahblahblah), bo ukazuje on zupełnie inną polsko-litewską rzeczywistość niż pieczołowicie od lat próbują kształtować. Według mnie najważniejsze jednak, że badanie ISP jest kolejnym z całej serii badań i sondaży, wykonanych w ostatnich latach tzw. polsko-litewskiego zimnego pokoju, które wykazuje, że ani wśród większości Polaków, ani wśród większości Litwinów (w tym Polaków na Litwie i Litwinow w Polsce) nie ma — wbrew temu co twierdzą politycy, media oraz ci, którzy wnioski wyciągają na podstawie anonimowych komentarzy w Internecie — wrogiego nastawienia do drugiej strony.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
Tagi
stat4u Polityka Wschodnia