Aleksander Vile Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Na tę płytę — której prezentacja odbędzie się juz za kilka godzin w DKP — czekaliśmy wyjątkowo długo. Ja — przez całe swoje świadome życie. Bo „Muzyczne Rodowody. Litwa” — to kompilacja nagrań dziesięciu polskich wykonawców z Wilna grających muzykę, która może się kojarzyć z Jamajką, Londynem, Skandynawią, ale do niedawna w żaden sposób się nie kojarzyła z polskością na Litwie. Rock, neofolk, reggae, hiphop, metal, punk, ska. Szczególnie ska jest wyjątkowo dużo na tej płycie. Gdy w dalekim 1992 roku zakładaliśmy z kolegami ze szkolnej ławy pierwszy (bodajże) punkowy zespół na Litwie śpiewający po polsku wydawało nam się, że rockowa rewolucja na Wileńszczyźnie wybuchnie lada dzień. Wybuchła, ale dokładnie 20 lat później, gdy w obskurnym pubie przy ulicy Wszystkich Świętych, pewnego mroźnego i śnieżnego grudniowego wieczoru, spotkały się na wspólnym charytatywnym koncercie, zorganizowanym przez „Pulaków z Wilni”, kapele Kite Art oraz Will’n’Ska. „Muzyczne Rodowody. Litwa” — to podsumowanie pewnego okresu rozwoju polskiej sceny alternatywnej na Wileńszczyźnie. Płyta promująca Wileńszczyznę jakiej dotychczas nie było. Wileńszczyznę, która nawet patriotyzm i folklor jest w stanie podać bez patosu, martyrologii i bicia piany. Po prostu Inną Wileńszczyznę.
piątek, 12 grudnia 2014
Jarosław Niewierowicz w ciągu kilku ostatnich lat stał się niewątpliwie jednym z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na Litwie. I w odróżnieniu od Waldemara Tomaszewskiego pozytywnie ocenianym tak przez Polaków, jak i przez Litwinów. To że nie zdobył dotychczas tytułu „Polaka Roku”, a w roku obecnym nie jest nawet do niego nominowany, świadczy dobitnie o poziomie tego „plebiscytu” i jego kapituły. Gdy Polski Klub Dyskusyjny, mniej więcej przed trzema tygodniami, ogłosił, iż 11 grudnia odbędzie się spotkanie z byłym ministrem energetyki Jarosławem Niewierowiczem, wiele młodszych i starszych pań i panien zapaliło się do uczestnictwa w dyskusji. Nie tyle z powodu zainteresowania problemami bezpieczeństwa energetycznego Litwy, co z chęci zobaczenia na własne oczy „najprzystojniejszego polskiego ministra na Litwie.” Co prawda wciągu trzech tygodni ten słomiany zapał się wypalił. Poza tym tego samego wieczoru w tym samym czasie, co spotkanie w PKD, w kościele św. Katarzyny odbywał się koncert kolęd w aranżacji jazzowej i bluesowej i spora część stałych bywalców Klubu wybrała bezpłatne wejściówki na jazz i blues, a nie — jak żartował prezes Klubu Mariusz Antonowicz — nudną dyskusję o energetyce, która na dodatek i odbywała się w późnych godzinach wieczornych. Mimo tych nie sprzyjających okoliczności na spotkanie z Jarosławem Niewierowiczem przyszło 35 osób. I mi się wydaje, że jest to liczba optymalna. Stwarza bowiem możliwość rozmowy w której każdy chętny może się wypowiedzieć.
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Rok 2014 dla Waldemara Tomaszewskiego to nie tylko rok wyborczych sukcesów. To także rok ostrej krytyki niektorych aspektów jego działalności. Nie tylko przez Litwinów. Wojciech Maziarski proponuje na łamach „Gazety Wyborczej" zaciekawić się jego postępowaniem w dniu 9 maja, gdy publicznie paradował po Wilnie ze stonką w klapie: „Dopytywany o to niedawno przez dziennikarza „Rzeczpospolitej" obłudnie łgał: „Wstążka gieorgijewska to jest symbol św. Jerzego, patrona rycerskości. Nie ma tutaj żadnych negatywnych skojarzeń. Symbol świętego Jerzego nie może być przecież żadnym złem". Jasne, to niewinna wstążeczka. A swastyka to hinduski znak szczęścia i pomyślności. Waldemar Tomaszewski rżnie głupa, ale dobrze wie, dlaczego tę stonkę nosi. My też wiemy. Szkoda tylko, że obok tego znaku wielkoruskiego szowinizmu i putinowskiej agresji przypiął sobie biało-czerwoną kokardę. Jakoś do siebie nie pasują. Panie Pośle, niech Pan się zdecyduje i coś odepnie." Wiadomo, że w przypadku stonki w klapie chodzi o głosy rosyjskie. Ale trzeba przyznać, że za zdobycie tych głosów AWPL zapłaciła stratami wizerunkowymi i — pośrednio — miejscem w koalicji rządzącej. Niektórym więc wręcz się marzy, iż pewnego dnia w polskiej partii dojrzeje jakaś masa krytyczna niezadowolonych z absolutnej władzy Woedza, która po prostu doprowadzi do jego usunięcia na boczny tor, tak jak w 1998 roku Tomaszewski wykołował swojego poprzednika, założyciela Akcji Wyborczej Jana Sienkiewicza, a następnie innego woedza — Ryszarda Maciejkianca, który był — jak pisały ówczesne jego nawiedzone zwolenniczki — „taki jak Piłsudski i nawet wąsy ma". Gdy się popatrzy w jaką schizofrenię wpadają czasami odsunięci w wyniku tych przewrotów pałacowych przywódcy, aż strach się bać co się może przetrafić po odsunięciu od władzy obecnemu Liderowi. Na szczęście taki scenariusz mu nie grozi. Zbyt umiejętnie dobrał sobie współpracowników, żeby którykolwiek był w stanie nawet pomarzyć o coupe d'etat.
czwartek, 04 grudnia 2014
Na większości zdjęć z czasów bardzo wczesnego dzieciństwa, gdy jeszcze nie umiałem nawet porządnie chodzić, trzymam zazwyczaj w rękach jakąś gazetę lub książkę, a więc najwyraźniej miałem do nich pociąg od pierwszych miesięcy swojego życia. Gdy tylko nauczyłem się składać literki w bardziej lub mniej sensowne wyrazy zabrałem się za pisanie „książek” i wydawanie gazetek szkolnych. Pod tym względem lepszy ode mnie był tylko mój młodszy brat, Pacuk, który rozpoczął wydawanie gazet zanim jeszcze nauczył się składać literki w wyrazy. Pewnie dlatego zrobił w mediach bardziej błyskotliwą karierę. W drugiej klasie podstawówki rzuciłem pomysł wydania gazetki klasowej pt. „Z kraju i ze świata” i przez tydzień pieczołowicie z kolegami ją rysowaliśmy, mając na ten czas zwolnienie z zajęć lekcyjnych. Wydaliśmy 1,5 numeru „Z kraju i ze świata” i pomysł porzuciliśmy. Do robienia gazetek szkolnych powróciłem w klasie czwartej. Zamierzaliśmy z Władkiem Bumbulem zrobić konspiracyjny, antyszkolny komiks-gazetkę pt. „Kleks” i rozpowszechnić ją potajemnie w klasie (czyli przyjść wcześnie rano, przed lekcjami i na każdym z trzech rzędów ławek położyć po ręcznej kopii gazetki). Ostatecznie jednak Władkowi się odechciało rewolucyjnej działalności i „Kleksa” wydałem sam jeden w jednym egzemplarzu. Wydawałem go przez chyba cztery-pięć lat z rzędu po kilkanaście numerów rocznie. Artystyczna wartość rysowanych przez mnie komiksów była mizerna — z powodu całkowitego braku jakichkolwiek talentów w tej dziedzinie — jednak ponieważ wyśmiewałem w „Kleksie” nauczycieli i uczniów, gazetka cieszyła się „zasłużoną”, choć dosyć ograniczoną z uwagi na „nieduży” nakład, popularnością. Już w klasach starszych, czasach przełomu ustrojowego, wydałem kilka numerów satyrycznej gazetki społeczno-politycznej pt. „Wiadomości brukowe”, a w 1994 roku rozpoczęła się — trochę przez przypadek — moja kariera zawodowego dziennikarza.
poniedziałek, 01 grudnia 2014
„Facebook ożył!” — tak skwitował ostatnie spotkanie w Polskim Klubie Dyskusyjnym Zbigniew Samko. To stwierdzenie ma, w moim odczuciu, dwa aspekty. Po pierwsze, rzeczywiście PKD przeniósł dyskusje toczone między litewskimi Polakami w internecie do realu, uczestnikami spotkań organizowanych przez Klub są w znacznej części osoby, które doskonale znają się z portali społecznościowych, ale zazwyczaj nigdy się nie spotkały w życiu realnym. Po drugie, ostatnia dyskusja przypominała też swoją formą dyskusje na forach internetowych. Uczestniczyły w niej z jednej strony osoby, które mają ukształtowane poglądy, są w stanie argumentować swoje opinie i rzeczywiście chciałyby wspólnie z innymi się zastanowić w jaki sposób polskie media na Litwie mogą się przyczynić do zwalczania propagandy rosyjskiej. Jednak temat dyskusji i rosnąca popularność Polskiego Klubu Dyskusyjnego przyciągnęły na spotkanie i sporą grupę tzw. trolli, którym nie tyle chodziło o zastanawianie się nad kondycją polskich mediów na Litwie, co o zademonstrowanie swoich prorosyjskich sympatii. No i jak na quasiinternetową dyskusję przystało był też admin-moderator, który nad tym chaosem opinii, dygresji, replik próbował zapanować i ostatecznie… nie do końca zapanował. Rola moderatora — w zastępstwie dr Andrzeja Pukszty — przypadła tym razem mnie. Dlatego nie zamierzam zdawać szczegółowej relacji z dyskusji, można o niej przeczytać na zw.lt, pl.delfi.lt i na innych portalach, tylko podzielić się własnymi spostrzeżeniami i refleksjami.
środa, 26 listopada 2014
Jeden z pierwszych polskich blogów na Wileńszczyźnie zaczęła w 2009 roku pisać Ewelina Mokrzecka, ale w listopadzie 2010 roku zacząłem pisać swojego nie pod jej wpływem, tylko dlatego, że miałem nieodparte wrażenie, iż wszystkie lokalne polskie media żyją w rzeczywistości, która ma wiele wspólnego z wizjami pacjenta szpitala psychiatrycznego, lecz niewiele z rzeczywistością, w której sam przecież się obracam. Po czterech latach mogę powiedzieć, żeby było warto, gdyż coraz więcej osób nawet jeśli nie zgadza się z każdą z moich opinii, to przekonuje się do tego, że wileńska rzeczywistość, teraźniejszość i historia, jest jednak dużo bardziej skomplikowana niż czarno-biały schemat serwowany przez „orle pióra”. W ciągu roku liczba czytelników „Innej Wileńszczyzny…”, która w tym roku nie tylko trafiła, ale i na stale zadomowiła się w Top 10 najpopularniejszych politycznych blogów „Gazety Wyborczej”, wzrosła o prawie 20 proc. Na Twitterze ma więcej followersów niż którekolwiek inne polskie medium na Litwie. Jako bloger miałem w tym roku wykłady dla studentów z Litwy, Polski,a nawet Niemiec, uczestniczyłem w kilku konferencjach na temat stosunków polsko-litewskich, udzieliłem kilkudziesięciu wywiadów dla polskich i litewskich naukowców, analityków oraz mediów (LRT, Radio Racja, „Polityka", „Gazeta Wyborcza”, zw.lt, alfa.lt i innych), dwóch wywiadów dla Instytutu Obywatelskiego (think tanku Platformy Obywatelskiej). Napisałem kilkadziesiąt tekstów dla portalu EastWest. Współpracuję od miesiąca z platformą www.blogerzyzeswiata.pl. Od stycznia br. jestem też jednym ze stałych komentatorów w audycji „Szósty Dzień Tygodnia” Radia „Znad Wilii”, która przypomina mi ulubione audycje opozycyjnego wobec reżimu Putina rosyjskiego radia „Echo Moskwy”. Moja „rozbijacka" robota została też nareszcie oficjalnie uznana przez „orle pióra" AWPL. Cieszę się, że nie tylko rośnie zainteresowanie alternatywnym, uargumentowanym punktem widzenia na sprawy Polaków na Litwie, ale też po raz pierwszy od wielu lat znów mamy do czynienia z dyskusją polsko-polską na łamach polskich mediów na Litwie i poza nimi. Bo dialog jest jednym z fundamentów demokracji.
poniedziałek, 24 listopada 2014
Wbrew pozorom nie będę dziś komentował hucznych obchodów 20-lecia Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. AWPL powstała w 1994 roku na wyraźne życzenie i z inicjatywy... litewskich polityków o antypolskim nastawieniu. Gdy się więc dziś słyszy ich narzekania na Waldemara Tomaszewskiego warto pamiętać, że to oni go zrodzili i oni — swoimi antypolskimi fobiami i etnocentrycznym uporem — utrzymują przy politycznym życiu. Któryś z „genialnych“ strategów ówczesnych konserwatystów bądź socjaldemokratów stwierdził bowiem, że jeśli zabroni się organizacjom społecznym uczestniczyć w wyborach to „problem“ postulatów Polaków na Litwie zniknie sam przez siebie (z organizacji społecznych w wyborach uczestniczył wówczas w zasadzie tylko Związek Polaków na Litwie), gdyż zabraknie politycznej reprezentacji Polaków na Litwie. Stało się inaczej. Związek Polaków na Litwie owszem stracił na znaczeniu, zaś polityczną polską reprezentację zamiast ZPL – który idealny nie był, ale istniała w nim namiastka dyskusji polsko-polska – zmonopolizowała AWPL, w której jedyna dyskusja toczy się na temat tego w jaki jeszcze sposób pochwalić szefa. Sobotnie obchody w Ledo Arena nie były wyjątkiem: Wódz chwalił Opatrzność, która nad nim i partią czuwa, prowadzi od zwycięstwa do zwycięstwa, a pozostali – Wodza. Demokracja demokracją, dyskusja dyskusją, a partyjna dyscyplina to grunt. Jak mawia mój „ulubiony“ poseł Zbigniew Jedziński to jest oczywiste „jak dwa razy dwa... pięć". Dziś więc napiszę o... puzzlach. Zwyczajnych a nie politycznych puzzlach.
czwartek, 20 listopada 2014
Od wielu lat rzesze naukowców, dziennikarzy i nawet zwykłych pasjonatów spoglądają z utęsknieniem w stronę Marsa. Czerwona planeta — tak podobna i tak totalnie różna jednocześnie od Ziemi — przyciąga, zaskakuje, rozczarowuje. Raz po raz powstają i upadają pomysły lotu załogowego na Marsa. Podobnie jest ze stosunkiem Polski do Litwy. Takiej bliskiej i dalekiej jednocześnie. Rzesze publicystów i polityków co jakiś czas próbują zrozumieć Litwinów, znaleźć z nimi wspólny język, naprawić stosunki i po pewnym czasie rezygnują rozczarowani ich niepojętymi antypolskimi fobiami. Jerzy Haszczyński opublikował ostatnio na łamach „Rzeczpospolitej” felieton pt. „Litwo! Rozczarowanie moje!”. Po raz kolejny powtarza w nim cały szereg najczęściej słusznych zarzutów Warszawy wobec Wilna. Po raz kolejny powtarza też mit, o tym jak to stosunki polsko-litewskie pięknie się układały na zaraniu litewskiej niepodległości. Akurat jestem wystarczająco stary, żeby pamiętać, jak napięte były wówczas te stosunki na Litwie — nie tylko a propos za sprawą prokremlowskich autonomistów — i jak Warszawa starała się tego nie dostrzegać (gdyby i dziś prowadziła podobną politykę stosunki polsko-litewskie byłyby równie „dobre” jak wtedy). Moim zdaniem obecnie stosunki są dużo bardziej poprawne. W jednym jednak przyznaje Haszczyńskiemu rację całkowitą — potrzebny jest przełom w myśleniu litewskich elit. Bez tego przełomu nic się w stosunkach polsko-litewskich nie zmieni. Tylko w odróżnieniu od Haszczyńskiego nie uważam, że Polska powinna czekać na ten przełom z opadniętymi rękami, bezradna. Wydaje mi się, że raczej potrzebuje finezyjnej strategii na przyśpieszenie tego przełomu, na zmianę nastawienia tak litewskich elit jak i opinii publicznej. I przydałby się jej w realizowaniu tej strategii, gdy już i o ile wogóle kiedykolwiek powstanie, sojusznik wśród Polaków na Litwie. Niestety jak wynika z wywiadu, którego udzielił ostatnio dla tejże „Rzeczpospolitej” Waldemar Tomaszewski tymczasem o takiego sojusznika łatwiej chyba Moskwie niż Warszawie, chociaż to ta ostatnia łoży bajońskie kwoty na polską kulturę, szkolnictwo i organizacje społeczne na Litwie. A więc — pośrednio — i na Waldemara Tomaszewskiego oraz AWPL.
poniedziałek, 17 listopada 2014
Yes, yes, yes! Nareszcie moja „rozbijacka” robota doczekała się oficjalnego uznania. Po czterech latach prowadzenia bloga zostałem uhonorowany osobnym artykułem na swój temat na portalu w narodzie zwanym lie24. Nie byle kto, tylko sam Henryk Pieszko, doradca mera Wilna, zarzucił mi „próby rozbijanie jedności Polaków” za pomocą mojego „nieco nudnawego” blogu. Szczerze mówiąc miałem już pewne obawy, że liderzy „jedynie słusznej” opcji mnie nie czytają. No bo pisze tak człowiek przez cztery lata, stara się i zero reakcji, ale okazuje się, że to było trochę jak w kawale o dwóch starych aktorach — tragiku i komiku — których pewnego razu nie zaproszono na jakiś jubileusz teatru. Siedzą więc obaj w knajpie, piją wódę i tragik wzdycha ciężko: „Nie zaprosili, a więc już zapomnieli o mnie…” A na to komik wesoło: „Nie zaprosili. A więc mnie jeszcze pamiętają!” Pamiętają i czytają, a słowa o tym, że mój blog jest tylko „nieco” nudnawy z ust takiego mistrza pióra jak Pieszko — to w ogóle komplement najwyższej rangi. Lepsi są tylko internetowi trolle z tradycyjnymi rewelacjami o spisku, masonach, antypolskości i saugumasowskich pieniądzach. O tych ostatnich słyszę tak często, że pewnie będę musiał kiedyś wybrać się na Vytenio 1 i sprawdzić, a może i w rzeczy samej jakaś wypłatka przyznana przed laty na mnie czeka i tylko głupi księgowi VSD — wiadomo, lietuvisy — nie są w stanie mi jej przelać na konto, więc zasuwam jak mały samochodzik za free?...
czwartek, 13 listopada 2014
Początek roku 2010 nie był dla mniejszości narodowych na Litwie zbyt udany. 1 stycznia nie tylko bowiem wygasła Ustawa o mniejszościach narodowych, ale i został zlikwidowany rządowy Departament ds. Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa. Co prawda tak skuteczność ustawy jak i Departamentu budziła wątpliwości — byli jednak symbolami, że Litwa o prawa mniejszości narodowych dba. W poniedziałek (10 listopada) rządowy Komitet Planowania Strategicznego zdecydował o odrodzeniu od lipca przyszłego roku Departamentu ds. Mniejszości Narodowych. Było to jedno z haseł przedwyborczych socjaldemokratów i jak dotychczas jedyne z tych dotyczących mniejszości narodowych, które doczeka się realizacji. Wczoraj (12 listopada) zaś liberałowie zorganizowali w parlamencie publiczne konsultacje z przedstawicielami mniejszości narodowych w sprawie projektu Ustawy o mniejszościach narodowych (Ruch Liberałów przed kilkoma tygodniami podjął decyzję o stworzeniu grupy roboczej, która ma przygotować ten projekt). Dosyć powszechnie się uważa, że to nic innego, jak wybieg, trik przedwyborczy w celu zrobieniu sobie pozytywnego piaru na łamach prasy mniejszości narodowych oraz zdobycia głosów nie-Litwinów. I jest to oczywiście prawda, chociaż biorąc pod uwagę, że piarowcy partii ogólnolitewskich nie mają zielonego pojęcia o mediach mniejszości narodowych, nie sądzę, aby ten trik się udał. Podobnie jak nie sądzę, aby wyborcy rzucili się na złamanie karku do urn wyborczych, żeby przegłosować na tych, co im obiecają gruszki na wierzbach lub zwiększają biurokrację. Jednak takie symboliczne gesty są potrzebne, gdyż powoli, ale jednak robią wyłom w myśleniu litewskich elit na temat praw mniejszości narodowych.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47
Tagi
stat4u Polityka Wschodnia