Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
czwartek, 25 maja 2017
Przed kilkoma laty trafiłem do Kandy, dawnej stolicy Sri Lanki. Wieczorem po zwiedzeniu miasta udałem się obejrzeć słynne fireshow. Kilkaset osób ze wszystkich stron świata oczekiwało na przedstawienie, zgasły światła i cała sala… rozbłysła niebieską poświatą. Nie, to nie był jeszcze pokaz ognia. Po prostu co drugi z widzów wyciągnął swojego smartfona, odpalił Internet i przygotował się do filmowania i fotografowania występów lokalnych magików. Był to chyba pierwszy raz, gdy uświadomiłem sobie jak olbrzymie jest nasze uzależnienie od gadżetów i internetu. Dla mnie podróż — to właśnie możliwość na tydzień, dwa lub trzy oderwać się od telefonu, komputera, telewizora, spróbować rozejrzeć się po świecie, zauważyć jego piękno. Zdaję jednak sprawę, że jestem coraz bardziej marginalną mniejszością. Dla większości podróż to obowiązek zameldować się co kilka godzin na Facebooku, Twitterze, SnapChacie i Instagramie, wrzucić kolejne zdjęcie niskiej jakości i pełen zachwytów post, zebrać tradycyjną daninę kilkunastu like’ów i komentarzy od swoich oddanych przyjaciół, którzy like’ują i wypisują „WOW” oraz „osom” nawet nie czytając i nie oglądając tego co wrzucono. Te „podróżnicze” impresje to bowiem tylko krótki przystanek w niekończącej się podróży większości z nas po mediach społecznościowych. Podróży na którą składają się miliony bezsensownych memów z kotami, idiotycznych filmików, wyrwanych z kontekstu cytatów, nikomu niepotrzebnych informacji o tym, jak nam się dzisiaj spało. Memów, filmików i wpisów, które wrzucamy w nadziei, że właśnie na tym polega życie. „Choose Facebook, Twitter, Instagram and hope that someone, somewhere cares” — mówi Marc Renton, bohater filmu “T2: Trainspotting”. Wybierz Facebook, Twitter, Instagram i miej nadzieję, że to kogokolwiek, gdziekolwiek obchodzi. Nie obchodzi. Nie jestem luddystą, którzy na początku XIX wieku protestowali przeciwko zmianom sposobu ich życia, spowodowaną przez wynalezienie maszyn tkackich, po przez niszczenie krosien. Nie postuluję zniszczenia tych wszystkich nowych technologii. Szczególnie, że są one bardzo często pomocne, ułatwiają nam życie. Jednak warto pamiętać i o zagrożeniach, które niosą. Rozpowszechnienie się mediów społecznościowych prowadzi bowiem i do rozpowszechnienia się post-prawdy.
wtorek, 23 maja 2017
„Komisja Języka Litewskiego - za oryginalną pisownią na głównej stronie paszportu” — tryumfowały w poniedziałek (22 maja) tytuły we wszystkich litewskich gazetach i portalach internetowych. „Zdrajcy!” — grzmieli obrońcy św. Alfabetu na portalach społecznościowych. W rzeczywistości jednak… nie stało się nic. Państwowa Komisja Języka Litewskiego, rozpatrzyła dwa projekty Ustawy o pisowni imion i nazwisk (zezwalający na zapis nielitewskich imion i nazwisk z użyciem W, Q i X na podstawowej stronie paszportu/dowodu osobistego i zezwalający taki zapis tylko na dalszych stronach), i podtrzymała swoją opinię z września 2014 i czerwca 2015 roku: wyraziła zgodę na oryginalny zapis (a propos nie tylko z X, Q i W, ale i ze znakami diakrytycznymi) imienia i nazwiska w litewskich dokumentach wydanych obcokrajowcom oraz osobom, które zmieniły nazwisko po zawarciu związku małżeńskiego z obcokrajowcami, a także ich dzieciom. Komisja nie wypowiedziała się na temat prawa osób, których przodkowie posiadali obywatelstwo innego państwa, do oryginalnego zapisu nazwiska, gdyż „nie była w stanie ustalić ile takich osób jest, a więc i jaki byłby wpływ na język litewski.” A więc nihil novi? Niezupełnie. Zmiana zaszła tylko należy jej szukać nie w kolejnej decyzji w stylu „jestem za, a nawet przeciw” Państwowej Komisji Języka Litewskiego, tylko w niedzielnej (21 maja) wypowiedzi prezesa litewskiego Sądu Konstytucyjnego Dainiusa Žalimasa w telewizji LNK.
wtorek, 16 maja 2017
Jakiś czas temu „Financial Times” opublikował artykuł o tym, jak szybko się kurczą wpływy języka rosyjskiego. Język rosyjski nadal należy do dziesiątki najpopularniejszych języków na świecie, zajmuje obecnie miejsce ósme, ale wyprzedziły go już nie tylko chiński, arabski oraz angielski, ale nawet bengalski. Jak twierdzi to prestiżowe brytyjskie wydawnictwo w ciągu ostatnich 20 lat język rosyjski „stracił więcej ziem niż jakikolwiek inny język na świecie”. W Kazachstanie odsetek osób używających języka rosyjskiego spadł z 33 proc. w roku 1994 do 20 proc. w roku 2016, w Estonii – z 40 proc. do 29 proc., na Łotwie – z 33 proc. do 23 proc. I tylko na Białorusi – jak zauważa „Financial Times” – odsetek użytkowników języka rosyjskiego w tym czasie wzrósł z 50 proc. w roku 1994 do 70 proc. w roku 2016. Ja bym uściślił te dane – na Białorusi i Wileńszczyźnie. Według danych ze spisu powszechnego 2001 roku nieco ponad 80 proc. litewskich Polaków jako swój język ojczysty wskazało język polski, 8,7 proc. – język rosyjski, zaś 7,3 proc. – język litewski. Dziesięć lat później język polski za swój język ojczysty uznało już tylko 77 proc. Polaków na Litwie. Wzrosła – o mniej więcej 20 proc. - liczba Polaków uważających za swój język ojczysty język litewski. To akurat nie zaskakuje – z jednej strony Litwa jest krajem etnolingwistycznym, języki mniejszości narodowych są traktowane po macoszemu, na wszelkie sposoby eliminowane z życia publicznego, z drugiej zaś strony w każdym, nawet najbardziej tolerancyjnym kraju, istnieje naturalne dążenie części przedstawicieli mniejszości narodowych do asymilacji, do wtopienia się, rozpłynięcia w większości narodowej.
czwartek, 11 maja 2017
Fatalne stosunki między Polską i Litwą, konflikty pomiędzy Polakami i Litwinami są na rękę tylko Kremlowi. To aksjomat, którego zdawałoby się nawet nie trzeba udowadniać, a jednak życie, a przede wszystkim politycy, dostarczają coraz to nowych dowodów na prawdziwość tej tezy. Gdy tylko zostanie wykonanych chociaż jeden, chociaż symboliczny krok w stronę porozumienia polsko-litewskiego, natychmiast pojawia się skądś, używając terminologii kremlowskiej, „pożyteczny idiota”, który wrzuca łyżkę dziegciu, próbuje wszystko zepsuć, rozwalić, rozpalić na nowo już wygasający konflikt. Oto przed kilkoma dniami, we wtorek, litewscy parlamentarzyści niby ruszyli w kierunku rozwiązania problemu oryginalnej pisowni nielitewskich imion i nazwisk. Pierwsze czytanie pomyślnie przeszedł projekt odpowiedniej ustawy. Projekt nieidealny, rozwiązujący przede wszystkim problemy Litwinek, które wyszły za mąż za obcokrajowców, obcokrajowców, którzy nabyli obywatelstwo litewskie, i ich dzieci, ale jednak dający i pewnej części litewskich Polaków szansę na oryginalny zapis swojego nazwiska. I natychmiast, już następnego dnia, na jednym z największych litewskich portali internetowych pojawia się artykuł nawołujący do zamknięcia wszystkich szkół w których nauczanie odbywa się nie w języku litewskim. Artykuł nie jakiegoś Stasysa z ulicy, tylko Vidmantasa Martikonisa, jednego z liderów wileńskich liberałów, radnego miasta Wilna i przewodniczącego miejskiego Komitetu ds. Ekonomii i Finansów.
Blogi Lietuvos ir Lenkijos santykiai, konfliktai tarp lietuvių ir lenkų naudingi tik Kremliui. Tai aksioma, kurios įrodinėti lyg ir nereikia, bet gyvenimas, o ypač politikai, vis pažeria naujų įrodymų. Kai tik padaromas bent vienas, bent simbolinis žingsnis lietuvių ir lenkų santarvės link, iš karto atsiranda koks nors, naudojant Kremliaus terminologija, „naudingas idiotas“, kuris įmeta deguto šaukštą, bando viska sugadinti, sugriauti, atgaivinti jau gęstantį konfliktą. Štai prieš kelias dienas, antradienį, Lietuvos parlamentarai lyg ir pajudėjo originalios nelietuviškų vardų ir pavardžių rašybos įteisinimo link. Pateiktas atitinkamo Įstatymo projektas. Netobulas, sprendžiantis, visų pirma, lietuvaičių ištekėjusių už užsieniečių ir Lietuvos pilietybę įgijusių užsieniečių bei jų vaikų problemas, bet iš dalies pritaikytinas ir labai mažai Lietuvos lenkų, kovojančių už galimybę originaliai užrašyti savo pavardes, daliai. Ir iš karto, kitą dieną, viename iš populiariausių Lietuvos interneto portalų pasirodo straipsnis su reikalavimu uždaryti Lietuvoje visas valstybines tautinių mažumų mokyklas, t.y. mokyklas, kuriose mokama tautinių mažumų kalba. Straipsnis ne šiaip sau kokio nors stasio iš gatvės, o Vidmanto Martikonio, vieno iš Vilniaus liberalų lyderių, Vilniaus miesto savivaldybės tarybos nario bei Ekonomikos ir finansų komiteto pirmininko.
poniedziałek, 08 maja 2017
„Od wielu lat stypendia rządu RP, umożliwiające studia w Polsce, cieszą się niesłabnącą popularnością“ — twierdzi portal wilnoteka.lt. To twierdzenie stoi jednak w sprzeczności z danymi podanymi przez tę samą wilnoteka.lt w innym artykule. W roku 2012 o stypendium rządu RP ubiegało się 130 maturzystów z Wileńszczyzny, w 2013 roku — 100, w 2016 roku — 80, a w roku bieżącym o 40 stypendiów walczyło już tylko 60 kandydatów. Co gorsza komisja egzaminacyjna przyznała tylko 36 stypendiów z powodu niskiego poziomu wiedzy kandydatów. „Uczniowie na Litwie niestety prezentują niższy poziom i zauważamy to nie po raz pierwszy. W tym roku wyjątkowo nie wykorzystaliśmy tylko 4 stypendiów, a były takie lata, kiedy nie wykorzystaliśmy połowy. Cóż, po prostu czymś się trzeba zasłużyć na te 900 złotych miesięcznie. Są to pieniądze polskiego podatnika i powinny być dobrze wykorzystane. Trudno nagrodzić tym samym stypendium osoby, które uzyskały 230-240 punktów, i te, które uzyskały 101 punkt. Przyjęliśmy taką zasadę, że stypendium otrzymają te osoby, które uzyskały 55 proc. możliwych do uzyskania punktów, czyli minimum 137 punktów” – powiedziała zw.lt Elżbieta Kryńska, zastępca dyrektora Biura Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej, członek komisji egzaminacyjnej. Być może ten niski poziom kandydatów wynika z ogólnego mniejszego zainteresowania studiami w Polsce wśród maturzystów. Studia, które niegdyś były szansą na lepsze wykształcenie, oknem na świat, dziś są już tylko jednymi z wielu w kontekście możliwości studiowania nie tylko na Litwie, ale i w każdym innym kraju unijnym. Z drugiej jednak strony trzeba przyznać, że i w szkołach polskich jest sporo myślenia życzeniowego.
środa, 03 maja 2017
„Po raz kolejny w tym roku obchody Konstytucji 3 Maja przeprowadzono na cmentarzu na Rossie, po raz kolejny złożyła się na nie niekończąca się kolejka samorządowych, partyjnych i szkolnych delegacji składająca kwiaty u mauzoleum Matki i Serca Syna. Od lat się zastanawiam, dlaczego np. we Lwowie obchody Święta Konstytucji są zgodnie z logiką przeprowadzane pod pomnikiem Adama Mickiewicza, który przynajmniej żył w czasach bliskich Konstytucji, zaś u nas wszystko (nawet spotkania endeków!) się dzieje przy grobie Józefa Piłsudskiego. Piłsudski niewątpliwie wybitnym mężem stanu był, ale symbolem zgody polsko-litewskiej — w odróżnieniu od Konstytucji 3 Maja i Adama Mickiewicza — nigdy nie był. I nie będzie“ — tak napisałem przed rokiem. I w zasadzie mógłbym te słowa powtórzyć dziś, gdyż wszystko na co w tym dniu z okazji Trzeciego Maja było stać ambasadę RP i niezliczone rzesze polskich organizacji na Litwie — to kwiaty dla Marszałka i msza za Ojczyznę. Na szczęście były tego dnia i inne gesty: życzenia złożyli Dalia Grybauskaitė, Viktoras Prancketis, Remigijus Šimašius, Andrius Kubilius, Linas Linkevičius i inni politycy litewscy, przy placu Europy wileński samorząd wywiesił flagę Polski (tym razem policja nie miała problemu z odróżnieniem jej od flagi ZSRS), a tymczasowa grupa parlamentarna Trzeciego Maja i Polski Klub Dyskusyjny zorganizowali w Sejmie konferencję na temat europejskiego znaczenia Trzeciego Maja i historycznej bliskości Polski i Litwy. Nie twierdzę, że jest to najlepszy sposób upamiętnienia jednej z najważniejszych i najświatlejszych dat w polsko-litewskiej historii, jednak przynajmniej podjęto jakąś próbę wyjścia sobie naprzeciw. Potrzebujemy jakiegoś ogólnonarodowego, jednoczącego i Polaków, i Litwinów symbolu i miejsca (w 2007 r. był pomysł nazwania skweru przy wileńskim samorządzie imieniem Konstytucji 3 Maja — być moźe warto do niego powrócić?) upamiętniającego Konstytucję 3 Maja. Potrzebujemy obchodów mniej patetycznych, oficjalnych, wymuszonych i trącących myszką, ale jeszcze bardziej potrzebujemy przełamania murów etnicznych gett, w których i Polacy, i Litwini tkwią.
wtorek, 25 kwietnia 2017
Trudno znaleźć na Litwie osobę, która nie słyszałaby o Tadeuszu Wróblewskim. Wybitny teoretyk prawa, adwokat, polityk, bibliofil, jeden z liderów krajowców, niestrudzony orędownik porozumienia polsko-litewsko-białoruskiego nawet w czasach, gdy takie porozumienie wydawało się być totalną utopią. Ostatecznie jego imię nosi jedna z głównych ulic na wileńskiej Starówce, biegnąca obok Katedry w stronę Wilii. Niewielu natomiast zapewne wie, iż Tadeusz Wróblewski miał jeszcze dwie siostry i pięciu braci. Siostra i dwaj bracia umarli, natomiast trzeci brat – Augustyn Wróblewski – zapisał się w historii nie tylko jako wybitny biochemik, autor przełomowych prac w zakresie fermentacji drożdżowej, ale i jako – obok Edwarda Abramowskiego – klasyk polskiej myśli… anarchistycznej. „Jestem anarchistą i szczycę się tym, i wy musicie wreszcie uszanować tę nazwę, to miano, bo ono okrywa najlepszych i najszlachetniejszych ludzi” – napisał w eseju „Jestem anarchistą”. Był synem znanego wileńskiego lekarza homeopaty oraz entomologa Eustachego Wróblewskiego, który jeszcze jako student, wziął udział antyrosyjskim spisku i został zesłany na Syberię. Gdy po 8 latach wrócił do Wilna - ożenił się z Emilią z Beniowskich (jej dziadkiem był słynny poszukiwacz przygód, król Madagaskaru Maurycy August Bieniowski), która prowadziła w Wilnie pensję dla dziewcząt. W 1858 roku urodził im się syn, Tadeusz, a 8 lat później, 20 lipca 1866 roku, Augustyn. Eustachy i Emilia Wróblewscy pasjonowali się zbieraniem książek, przede wszystkim przyrodniczych, w 1912 roku ich potężny księgozbiór przekształcono w bibliotekę publiczną, która w 1926 roku została upaństwowiona, a obecnie nosi nazwę Biblioteki Wróblewskich Litewskiej Akademii Nauk. Zamiłowanie rodziców do książek i nauk przyrodniczych wpłynęło na Augustyna, który od dziecka zaczytywał się Moleschottem i Vogtem, zbierał owady i rośliny. Jednocześnie nasiąkał patriotyzmem i… nastrojami rewolucyjnymi. Ostatecznie jego dziadkiem był Bartłomiej Bieniowski, uczestnik powstania listopadowego, który na emigracji w Anglii został jednym z liderów ruchu czartystów, zaś stryj, Walery Antoni Wróblewski, był jednym z generałów Komuny Paryskiej.
czwartek, 20 kwietnia 2017
"Polski Klub Dyskusyjny odrodził myśl intelektualną Polaków na Litwie. Niegdyś zniszczona przez bolszewików, następnie sprowadzona do poziomu nagłówków w gazecie Czerwony Sztandar, jeszcze później notorycznie punktowana przez patriotów-garszwistów ze stowarzyszenia „Vilnija“, ta myśl stała się dzięki Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu częścią składową politycznego i kulturalnego krajobrazu Litwy" — powiedział w swoim laudatio znany litewski historyk Eligijus Raila podczas wręczania Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu Nagrody Klanu Gailiusów. Przed kilkoma dniami byliśmy świadkami jak te słowa stały się faktem. PKD — oskarżany przez awupeelowskie trolle o działalność dywersyjną, agenturalną i antypolską — umiał wznieść się ponad podziałami i udzielić wsparcia decyzji radnych AWPL-ZChR z rejonu wileńskiego, którzy zostali zatakowani przez litewskich nacjonalistów z powodu nazwania ulicy imieniem Tadeusza Konwickiego. Za sprawą PKD takiego poparcia udzielili i politycy litewscy: konserwatysta Andrius Kubilius oraz liberał Remigijus Šimašius. Ostatecznie przed kilkoma dniami i przedstawicielka rządu na okręg wileński pod tą presją również uznała, że taka nazwa jest zgodna z prawem. Mer Wilna i były premier Litwy poparli i pomysł nazwania imieniem wybitnego polskiego pisarza i reżysera ulicy w Kolonii Wileńskiej, co skrupulatnie odnotowały lokalne polskie media. Równie skrupulatnie pomijając fakt, iż jest to również propozycja PKD. Te same zresztą media równie skrupulatnie pomijają informacje o tym, że to PKD zainicjował dyskusję na temat wznowienia nadawania na Litwie polskich telewizji, która powoli nabiera realnych kształtów. Pomijają, bo PKD zadał kłam całej ich dotychczasowej filozofii, że z Litwinami nie da się rozmawiać, a lokalnych polskich liderów nie można krytykować. PKD, jak to ujął Eligijus Raila i co wielu na Wileńszczyźnie nie w smak, "przeciwstawił wciąż żywej tradycji „Dzierżyńskiego i kołchozu czterech pancernych“ antysowiecki kulturalny paradygmat Józefa Mackiewicza — „Rojstów“, rozerwał czerwoną chustę Wileńszczyzny". Zresztą proponuje zapoznać się z całym tekstem jego laudatio. Nawet w moim nienajlepszym tłumaczeniu robi duże wrażenie.
wtorek, 18 kwietnia 2017
Mam nieodparte wrażenie, że reforma oświaty jest na Litwie procesem wiecznym. Trwa już nieprzerwanie od roku 1990 i końca jej nie widać. Nawet nie reforma, tylko niekończący się ciąg reform. Każdy kolejny minister przekreśla wszystko, co zrobili jego poprzednicy i rozpoczyna kolejną reformę. A sytuacja robi się coraz gorsza. Przed kilkoma miesiącami OECD ogłosiła wyniki badania PISA za rok 2015. Wśród 70 krajów uczestniczących w badaniu Litwa zajęła 36 miejsce, tuż za Łotwą i Rosją, daleko za Polską oraz o lata świetlne od Estonii. Średnia unijna uczniów ze słabymi ogólnymi umiejętnościami wynosi 12 proc., na Litwie — 15 proc. W ciągu ostatnich trzech lat o blisko 4 proc. zwiększył się na Litwie odsetek uczniów mających najsłabsze umiejętności czytania ze zrozumieniem. Minister oświaty i nauki proponuje ze spadającymi wskaźnikami walczyć wydłużając o dwa tygodnie rok szkolny. Nie jest to pomysł nowy, jednak bez szerszego kontekstu, bez wiedzy o tym, jakie kolejne, obok wydłużenia roku szkolnego, zmiany są przewidziane (przede wszystkim w programach nauczania), jest tak samo użyteczny, jak lansowany przez polskich działaczy na Litwie pomysł na zachowanie polskiej szkoły po przez przekształcenie niemalże wszystkich szkół polskich w tzw. długie gimnazja.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69