Aleksander Vile Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
O potrzebie rozwoju społeczeństwa obywatelskiego o wiele łatwiej jest dyskutować niż samemu uczestniczyć w tym procesie, wsłuchiwać się w zgłaszane przez podmioty spolecznych aktywistów postulaty i razem z tymi nimi szukać rozwiązań odpowiadających wszystkim zainteresowanym stronom — taki smutny wniosek narodził mi się w trakcie dyskusji o aktywizmie społecznym i społeczeństwie obywatelskim, którą przy pomocy wilejskiej sołtys Haliny Borawskiej w Nowowilejskim Centrum Kultury zorganizował w ubiegłą środę (26 sierpnia) Polski Klub Dyskusyjny. Tym razem prelegentami mieli być filozof, założyciel ruchu NK95 i dyrektor Instytutu Myśli Krytycznej DEMOS Andrius Bielskis oraz radny wileńskiego samorządu, były doradca prezydenta Valdasa Adamkusa i założyciel Instytutu Społeczeństwa Obywatelskiego Darius Kuolys. Zjawił się tylko ten drugi, gdyż Andrius Bielskis wyjechał na jakąś konferencje do Francji. Dyskusja może nie była zbyt merytoryczna, nawet dla osób notorycznie zaangażowanych w różne aktywności społeczne idea społeczeństwa obywatelskiego nadal pozostaje pewnego rodzaju tworem teoretycznym i filozoficznym, nie zaś praktycznym. Pewnie dlatego oraz z uwagi na Wilejke, która nawet dla mieszkańcow Wilna jest swego rodzaju terra incognita (Halina Borawska opowiadała, że prezydent Dalia Grybauskaite odwiedzajac te wileńska dzielnicę była autentycznie przekonana, że to rejon wileński) na sali było zaledwie 25 osób. Można dowolnie filozofować o zawłaszczeniu przestrzeni publicznej, obywatelskim budżecie i samorządności boryka się z bardziej prozaicznymi problemami: apatią mieszkańców, którym niczego się nie chce, brakiem pieniędzy, arogancją władzy… Jednak wysłuchać Dariusa Kuolysa było naprawdę warto, bo to osoba, która walce o społeczeństwo obywatelskie na Litwie poświęciła większość swego życia. Nie brakuje w jego poglądach rzeczy kontrowersyjnych, kasandrycznych prognoz i apokaliptycznych wizji, ale ma niewątpliwy dar opowiadania w sposób łatwy i przystępny o rzeczach skomplikowanych.
środa, 26 sierpnia 2015
Przed kilkoma tygodniami samorząd m. Wilna wprowadził coś, czego nie była w stanie załatwić AWPL współrządząca litewską stolicą przez sześć z ostatnich 10 lat — obsługę interesantów w czterech językach: litewskim, angielskim, rosyjskim i polskim. Już na samym wstępie każdy interesant może wybrać na monitorze terminalu obsługi język, w którym chce otrzymać informację, wciskając odpowiednią flagę. Nazwy świadczonych usług, wyświetlane na monitorze, również są przetłumaczone na języki angielski, rosyjski i polski, na biurku każdego pracownika zaś widnieją tabliczki informacyjne z flagami, oznaczającymi języki, którymi się pracownik posługuje. Urzędnicy udzielają informacji w wybranym przez interesanta języku: litewskim, polskim, rosyjskim lub angielskim. Dziś (26 sierpnia) litewski rząd zalegalizował tę praktykę ostatecznie zmieniając zatwierdzone uchwałą rządową nr 875 z dnia 22 sierpnia 2007 roku Zasady obsługi osób oraz rozpatrywania ich podań w instytucjach publicznych, urzędach publicznych i innych podmiotach administrowania publicznego. Od teraz każda litewska instytucja sama — uwzględniając zapotrzebowanie oraz swoje możliwości — będzie decydowała w jakich językach obsługiwać interesantów.
czwartek, 20 sierpnia 2015
„Sądzimy, że w ten sposób ustrzelimy jednym strzałem dwa zające: język państwowy będzie zachowany, a osoby innej narodowości, które chcą zapisywać w dowodzie tożsamości swoje nazwiska w innym języku, dostaną taką możliwość” — tłumaczył wczoraj (20 sierpnia) dziennikarzom nową obywatelską inicjatywę ustawodawcza jeden z jej pomysłodawców Gintaras Songaila. Gdy jeden z liderów narodowców zabiera się za pomaganie osobom nielitewskiej narodowości i rozwiązywanie ich problemów — niczego dobrego oczekiwać nie warto. Nie inaczej jest i tym razem. Rzeczywiście grupa 17 marginalnych polityków i etno(eks)centrycznych działaczy nauki i kultury zgłosiła do litewskiej Głównej Komisji Wyborczej inicjatywę zebrania 50 tys. podpisów litewskich obywateli pod projektem poprawki do Ustawy o paszporcie i dowodzie osobistym Republiki Litewskiej, która pozwoliłaby na zapisywanie w dokumentach tożsamości imion i nazwisk nielitewskimi literami alfabetu łacińskiego, ale... tylko na dalszych stronach paszportu i rewersie dowodu osobistego. Wczoraj w krótkim wywiadzie dla telewizji LRT już powiedziałem, że jest to inicjatywa zła, teraz spróbuję wytłumaczyć dlaczego i jakie zające próbuje za jej pomocą ustrzelić Songaila.
wtorek, 18 sierpnia 2015
Gdzie cienko, tam się rwie. Wystarczyło, że przekraczając granicę litewsko-łotewską kolega wspomniał, iż nie ma paszportu, a jego dowód osobisty jest przeterminowany, żeby chwilę później naszego busa zatrzymali łotewscy policjanci. „O, proszę pana, Pański dowód osobisty jest nieważny! Piszemy protokolik…” „Nie trzeba protokołu. Zostanę na granicy, a koledzy pojadą dalej beze mnie i zabiorą mnie w drodze powrotnej…” „Może Pan zostać, ale protokół i tak spiszemy” „A może jednak można bez protokołu? Jesteśmy z Polskiego Klubu Dyskusyjnego. Jedziemy do Salaspils, aby odwiedzić miejsce bitwy pod Kircholmem” – próbujemy przebłagać stróży porządku pokazując na dowód naszych czystych intencji wiązankę kwiatów z białoczerwonymi wstążkami, którą wieziemy w bagażniku. „Pod Kircholmem? A cóż to za bitwa taka?” „Wspaniała bitwa sprzed 410 lat, w której Polacy, Litwini i Łotysze sprawili łomot Szwedów!” „Szwedom? No to święta sprawa! Możecie jechać…” – zgadzają się umundurowani Łotysze. W ten sposób trafiliśmy w sobotę (15 sierpnia) do Salaspils. Pomysł wyjazdu do Kircholmu powstał przed rokiem, podczas obchodów w Wilnie 400-lecia bitwy pod Orszą. Początkowo planowaliśmy wyjazd na koniec września, aby wziąć udział w oficjalnych uroczystościach. Jednak ostatecznie zdecydowaliśmy, że 15 sierpnia – rocznica Bitwy Warszawskiej, innej wspaniałej polskiej wiktorii – to również dobra okazja, żeby nie tylko uciec z topiącego się w słońcu miasta, ale i przypomnieć o bitwie, która w swoim czasie miała dla Rzeczpospolitej znaczenie olbrzymie, zwycięstwo było równie wspaniałe, a Polacy i Litwini walczyli w niej ramię w ramię przeciwko wspólnemu wrogowi.
sobota, 15 sierpnia 2015
Urodziłem się przed 40 laty. 30 lat po wojnie. W kraju, w którym rządziła jedna Partia, a każdy kolejny jej przywódca był genialny, najlepszy, najsprawiedliwszy, a przede wszystkim — nieomylny; w którym organizacje społeczne, mlodziezowe, branzowe i zawodowe stanowiły parawan dla Partii; w którym telewizja kłamała, gazety trzeba było czytać między wierszami, dyskusje się toczyły w kuchni w wąskim kręgu rodziny i przyjaciół, a każdy kto próbował wypowiadać się publicznie lub nawet myśleć inaczej niż nakazywały Partia i media — był automatycznie zapisywany w poczet wrogów ludu. Ludu, który tworzył z Partią jedność. Urodziłem się w kraju, który już nie istnieje. Przynajmniej tak mi się wydawało. Od jakiegoś czasu jednak łapie siebie na myśli, że ten kraj powraca. Powraca oczywiście w wersji soft — bez aresztów, rozstrzałów i łagrów. Powraca nie tylko w Rosji, na Białorusi, ale i na Litwie. Na Wileńszczyźnie. Notabene nie tylko w polskiej wspólnocie na Litwie, ale mi akurat swoja koszula bliżej ciała, więc przede wszystkim o niej od lat piszę. Powraca jako stan mentalny, charakteryzujący się powszechną apatią, stagnacją, obojętnością oraz zakłamaniem. Powraca w postaci kpin z inaczej myślących lub wyznających inne wartości. Powraca w postaci wiary w dobrego cara i złych pindosów. Powraca jako regres kulturowy i odcinanie się od europejskiej tradycji, bo to „gejropa“ i „zgniły“ liberalizm. Powraca jako dowód na to, że historia rzeczywiście się czasami powtarza, ale jeśli się powtarza — to zawsze powtarza się jako (tragi)farsa.
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
„Listy z Moskwy" Wojciecha Kajtocha przeczytałem jednym tchem. W dwa dni. A to w moim przypadku świadczy, że książka naprawdę mi się spodobała, bowiem na czytanie mam ostatnio bardzo mało czasu. No chyba że akurat jestem na urlopie, wówczas dosłownie „pożeram” zalegle lektury. „Listy z Moskwy” w jakimś sensie przypominają mój „Cień Słońca". Tylko lepiej na[pisany — lepszą polszczyzną oraz bez wulgaryzmów. Poza tym ja się w swojej opowieści rozliczałem z latami 90., a Wojciech Kajtoch „Listami z Moskwy” — z czasami o 10 lat wcześniejszymi. No i nie jest to książka postmodernistyczna, tylko bardzo tradycyjna. Co zresztą sugeruje i wybrany przez autora gatunek — powieści epistolarnej — który w naszych czasach sms’ow, maili i facebookowych konwersacji jest chyba pewnym ewenementem, a przez to dodaje książce swoistego smaczku i uroku. Książka jest naprawdę dobra, ale przede wszystkim — to chyba dla mnie było najważniejsze, bo oczywiście nie jestem w stanie wyłapać wszystkich powiązań z ówczesnym polskim i rosyjskim środowiskiem literackim — bardzo wiernie oddaje ducha owych czasów. Bowiem akcja powieści jest osadzona w połowie lat 80. w Moskwie. A tak się złożyło, ze w tym samym czasie, co bohater książki (i jej autor) ja również spędziłem w stolicy eks-ZSSR sporo czasu. Miałem wówczas jakieś 10-12 lat i w sposób oczywisty wiele rzeczy odbierałem zupełnie inaczej, ale też sporo z tego o czym pisze Wojciech Kajtoch i mi się podczas czytania przypomniało. Kolejki, handel polsko-rosyjski, biblioteki, początki pierestrojki, antysemityzm, stołówki w których najłatwiej było o zatrucie pokarmowe...
czwartek, 06 sierpnia 2015
Czasami spotykam się z zarzutami, że wprowadzam jakieś podziały dziennikarzy, nazywając poszczególnych przedstawicieli tego zawodu „trollami”. Otóż trollami nazywam nie tylko dziennikarzy, a poza tym moim zdaniem sam fakt, iż ktoś jest (współ)pracownikiem jakiegoś środka masowego przekazu (np. gazetki reklamowej) nie czyni z niego jeszcze dziennikarza. Podobnie fakt, iż ktoś z tzw. szczekającej karawany uważa, że zna się na grzybach lub psach nie czyni z niego publicysty. Nie zamierzam podawać naukowych definicji dla pojęć „publicystyka”, „dziennikarstwo” czy „trolling”, tylko moje subiektywne uwagi. Przede wszystkim nie uważam publicystę za dziennikarza. Owszem dziennikarz może pisać teksty publicystyczne, ale tak samo teksty publicystyczne może pisać polityk. Jeśli uznamy publicystykę za rodzaj dziennikarstwa, automatycznie będziemy musieli uznać za dziennikarza polityka prowadzącego bloga lub czas od czasu publikującego jakiś felieton czy komentarz. Byłoby to jednak — na mój gust — nielogiczne. Dlatego dla mnie granica pomiędzy dziennikarstwem i publicystyką jest niezwykle transparentna — celem dziennikarza jest informowanie społeczeństwa (czytelników, widzów, słuchaczy) o pewnych faktach i wydarzeniach (w świecie idealnym — informowanie obiektywne, neutralne i nienacechowane emocjonalnie, podając wszystkie możliwe punkty widzenia i opinie oraz nie stawanie — w przypadku sytuacji konfliktowej — po żadnej ze stron), celem publicysty jest przedstawienie społeczeństwu (czytelnikom, widzom, słuchaczom) swojego subiektywnego poglądu/analizy faktów i wydarzeń. Dziennikarz informuje pozwalając odbiorcy samemu wyciągać wnioski, publicysta interpretuje i ocenia fakty z własnego punktu widzenia, a jego celem jest wpływ na opinię publiczną. Jednak niezależnie od tego czy uznamy publicystykę za odmianę dziennikarstwa czy za gatunek całkowicie odrębny, publicystyki nie należy mylić z trollingiem — nawet jeśli go uprawia publicysta czy dziennikarz — bo publicystyka może być zabarwiona emocjonalnie, ale jej celem jest analiza rzeczywistości na podstawie wartości, światopoglądu, doświadczenia publicysty. Natomiast celem trollingu jest kreowanie rzeczywistości za pomocą emocji, propagandy, kłamstw, a najczęściej — ordynarnego chamstwa.
poniedziałek, 03 sierpnia 2015
We czwartek (30 lipca) minęło sto dni od kiedy Remigijus Šimašius został merem Wilna, a władza w mieście z rąk zuokasowców i AWPL przeszła w ręce liberałów i konserwatystów. Trzy miesiące to niewątpliwie zbyt krótki okres czasu, aby pokusić się o jakąś wiarygodną ocenę nowej rządzącej Wilnem większości. Nieprzypadkowo więc w jednym z sondaży opinii publicznej głosy wilnian podzieliły się na trzy mniej lub bardziej podobnej wielkości części: 34 proc. pierwsze miesiące urzędowania Remigijusa Šimašiusa ocenia pozytywne, 21 proc. – negatywnie, zaś 32 proc. - ani dobrze, ani źle. Osobiście zaliczam się do tych ostatnich. Albo raczej do tych, co dostrzegają w dzialaniach nowego mera i rzeczy pozytywne, i negatywne. Pierwsze dni urzędowania Šimašius poświęcił tzw. gaszeniu pożarów, które pozostały po poprzednikach, a jednak kika przedwyborczych obietnic mimo wszystko się udało mu urzeczywistnić. Powoli kończą się drogie, nieefektywne, czasami wręcz zahaczające o afery projekty Air Lituanica, Start Vilnius i Vilnius veža, podjeto prby usprawnienia zarządzania spółkami samorządowymi. Po raz pierwszy od lat zaczęło się zmniejszać zadłużenie miasta (o 8 milionów euro). Sporo wysiłku włożono w sprawy uporządkowania ścieżek rowerowych i likwidowanie kolejek do przedszkoli. Usunięto bałwany z Zielonego mostu i nie pozwolono na postawienie nowych (vide tzw. Aleja gwiazd na ulicy Niemieckiej). Są też sprawy, które ewidentnie się nie udały. Jedną z nich jest reorganizacja sieci wileńskich szkół średnich, szczególnie szkół mniejszości narodowych, która niewątpliwie odbije się za rok liberałom czkawką podczas wyborów sejmowych. Miało być przejrzyście, apolitycznie i z uwzględnieniem opinii społeczności szkolnych. Stało się „jak zawsze” czyli pośpiesznie, z podziałem na równych i równiejszych, buldożerem. Mimo wszystko jednak dorobek nowych władz samorządowych i w dziedzinie praw mniejszości nie oscyluje, jak twierdzą ci, co z ich obrony zrobili sobie intratny zawód, wokół zera.
czwartek, 30 lipca 2015
W ciągu najbliższych dwóch lat Litwa przyjmie 325 uchodźców: 255 z tych, co dziś przebywają w obozach w Grecji i Włoszech, i jeszcze 70 z krajów trzecich. Szczerze mówiąc nie sądzę, żeby dla naszego państwa byłoby jakimś szczególnym ciężarem przyjęcie i 710 imigrantów, jak postulowała w czerwcu br. Komisja Europejska, szczególnie, że wczoraj (29 lipca) litewski rząd podjął decyzję o ewakuacji obywateli litewskich, osób litewskiego pochodzenia oraz członków ich rodzin z Krymu, Donbasu i innych znajdujących się w strefie konfliktu części Ukrainy. Już wcześniej z Ukrainy ewakuowały swoich obywateli i rodaków Polska oraz Czechy. Obie decyzje są słuszne i ciesze się, że do tej drugiej i ja mogłem w jakimś tam niedużym stopniu przyczynić. Jesteśmy winni solidarność krajom Unii Europejskiej, które dziś borykają się z potężną falą nielegalnych imigrantów, bo Unia Europejska to nie tylko prawa (np. do korzystania z pieniędzy funduszy strukturalnych), ale i obowiązki. Jesteśmy winni solidarność osobom, które uciekają przed głodem, wojną, torturami i klęskami żywiołowymi, bo kiedyś tak samo ktoś pomagał nam (np. w okresie powojennym – uciekinierom z sowieckiego raju), a i w każdej naszej rodzinie mamy osoby, które dziś mieszkają lub pracują na imigracji. I jesteśmy winni solidarność naszym współobywatelom, którzy znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji na Ukrainie. Dlatego wkurwiają mnie te wszystkie antyimigranckie fobie, które słyszę w radiu, w telewizji, w prawie każdej rozmowie ze znajomymi, przyjaciółmi, krewnymi. Co gorsza te fobie nieraz na Wileńszczyźnie są rozdmuchiwane przez... kler. A więc przez osoby, które właśnie jako pierwsze powinny by były wyciągnąć do tych nieszczęsnych imigrantów rękę w geście chrześcijańskiego miłosierdzia. Mógłbym wymieniać konkretne przypadki, ale nie chodzi mi o napiętnowanie osób, tylko zwrócenie uwagi na zjawisko. Negatywne i głupie zjawisko.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Po tym jak jeszcze w czasach kampanii samorządowej Waldemar Tomaszewski zapowiedział inwazję „gołubych” (i najwyraźniej nie miał na myśli lotników), pojawienie się na tej lub innej imprezie AWPL koszulek czy jakichś innych homofobicznych gadżetów było tylko kwestią czasu. Jeśli już najwyższy partyjny autorytet zezwolił na rynsztokową retorykę, to dlaczego masy partyjne mają się w swoich „żartach” wysilać na coś więcej niż „prikoł” w stylu oglądanych przez nich Pietrosiana, Zadornowa i innych gwiazd festiwalu rosyjskiego humoru w Jurmale czy jakiegoś innego programu pseudohumorystycznego na jednym z licznych rosyjskich kanałów telewizyjnych. Wypada chyba jedynie cieszyć się, że napis na koszulkach nie był zrobiony cyrylicą oraz użyto tym razem nie rosyjskiego, tylko polskiego wyrażenia slangowego. Bo „pedał” — poza tymi przypadkami, gdy jest używany w sensie technicznym — w języku polskim jest pejoratywnym i ordynarnym określeniem osoby o nietradycyjnej orientacji seksualnej. Dlatego tym dziwaczniej brzmią teraz — gdy i na Litwie, i w Polsce się rozpętała burza medialna, gdy nie tylko organizacje pozarządowe broniące praw człowieka wyraziły swoje oburzenie, ale i Kontroler ds. Równych Możliwości wszczęła dochodzenie, a wileński samorząd rozpocząl śledztwo w sprawie nielegalnego wykorzystania swojego logotypu — wyjaśnienia uczestników zlotu rodzinnego AWPL i liderów partii, o tym, że przecież nic się nie stało, że każdy ma prawo nosić takie koszulki jakie chce, a poza tym istnieją przecież rowery bez pedałów. Jeśli już jesteście takimi kozakami — to bądźcie nimi do końca. Jak Gražulis, Uoka, Čekutis, Panka i cała reszta nacjonalistycznej ferajny. Bo czym tak na dobrą sprawę się różnicie od tych co startują w wyborach pod hasłem „Be žydrų, juodų, raudonų ir be taboro čigonų“ („Bez niebieskich, czarnych, czerwonych i taboru cygańskiego”)?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53
Tagi
stat4u