Aleksander Vile Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
środa, 07 grudnia 2016
„Będę się starał zresetować relacje z Polską” – zapowiada w co drugim wywiadzie szod kilku tygodni nowy premier Litwy Saulius Skvernelis. To, czy mu się ten fant powiedziecie zależy od kilku czynników. Po pierwsze, czy takiego resetu będzie chciała Polska, czy nasze kraje znajdą wspólną płaszczyznę do działania, na której potrzebna będzie bliższa współpraca dwustronna. Jak dotychczas głosozne przez Warszawę koncepcje międzymorza czy trójmorza, nie wyszły poza ramy deklaracji. Po drugie, jaki będzie stosunek AWPL-ZChR do nowego litewskiego rządu. Czy dalej będzie kontynuowana akcja protestacyjna, czy raczej przeważą wspólne konserwatywne wartości. Po trzecie, co się uda nowemu litewskiemu rządowi zrobić w sprawie tzw. polskich postulatów. Tymczasem w tej ostatniej kwestii możemy jedynie wróżyć z fusów czyli projektu programu rządowego, który wczoraj (6 grudnia) przedstawił Sejmowi premier Saulius Skvernelis. Eksperci, którzy liczyli przed wyborami po cichu, że „zieloni chłopi” jedynie dadzą trochę głosów dla koalicji centroprawicowej i pozwolą Landsbergisowi Jr. zostać premierem, załamują ręce, że program jest tak ogólnikowy, że da się pod jego założenia podpiąć wszystko. W rzeczywistości program rządu i powinien zawierać jedynie deklaracje programowe, ogólne kierunki i priorytety, zaś resztę życie i tak ułoży po swojemu. I wszystkie programy rządowe do roku 2008 takimi ogólnikowymi zbiorami deklaracji były. To dopiero Andrius Kubilius zmienił tę litewską tradycję polityczną – program jego rządu był niezwykle drobiazgowy, szczegółowy i ostatecznie w dużym stopniu nie został wykonany, gdyż kryzys gospodarczy podyktował zupełnie inne rozwiązania niż zakładaliśmy (uczestniczyłem w pisaniu części dotyczącej wymiaru sprawiedliwości i praworządności) w listopadzie 2008 roku pisząc go. W tym sensie program przedstawiony przez Skvernelisa jest wariantem kompromisowym. Jest wystarczająco szczegółowy w jednych kwestiach i niezwykle ogólnikowy w innych. Najbardziej chyba ogólnikowy w kwestiach właśnie dotyczących mniejszości narodowych.
czwartek, 01 grudnia 2016

W kilku kolejnych numerach kwartalnika „Znad Wilii” Romuald Mieczkowski wysunął teorię o dwóch biegunach i trzech Wileńszczyznach, z którą chciałbym nieco popolemizować: „Niektórzy reprezentanci Polaków robią wszystko, by strona litewska nie chciała z nimi prowadzić jakiejkolwiek rozmów. Problemy, owszem istnieją, i niemałe, ale to jest zupełnie „inna bajka”. Natomiast coraz bardziej uwypuklają się, stają się namacalne i nie do ukrycia flirty z „rosyjskimi kolegami” (…). To jeden z biegunów. Drugi, określmy go umownie jako „europejski”, na pewno jest w konfrontacji z pierwszym. Właściwie „kanapowy”. Należą do niego Polacy głównie na dobrych posadach w administracji litewskiej, choć nie tylko, reprezentacyjni na zewnątrz. Jak to Europejczycy. Pomiędzy tymi dwoma biegunami znajduje się reszta Polaków — uczestnicząca w wiecach protestu i manifestacjach patriotycznych. Pracowita i głosująca na „swoich”, ale tak naprawdę wyboru większego niemająca.” „Dla czytelnika spoza Litwy wyjaśnię w wielkim uproszczeniu co to za bieguny. Jeden z nich — partyjny, nie wie, czy słusznie zwany narodowym; drugi — „liberalny” i niby „europejski”. „Europejczycy” bywają zmienni i w każdej sytuacji potrafią zaistnieć. Oba bieguny łączy krótka pamięć, tworzenie legend o sobie i żądza sprawowania dusz” — pisze Romuald Mieczkowski. Nie będę polemizował z teorią dwóch biegunów, bo rzeczywiście istnieją. Nie będę też polemizował z „wieczną” tezą o opłacanych przez administrację litewską „kanapowych” Europejczykach. Zapewniam, że Polacy na dobrych posadach w administracji litewskiej (z wyjątkiem może kilku osób) w żadną działalność się nie angażują i są niestety bardziej Litwinami niż Polakami. Swoją drogą Wileńszczyzna jest bodajże jedynym miejscem na Ziemi, gdzie osoba, która zrobiła karierę w strukturach państwowych swojej ojczyzny musi się z tego… tłumaczyć! Szczególnie jeśli jednocześnie stać ja na aktywną pozycję obywatelską. I tłumaczyć się nie tylko przed pseudonarodowcami dla których lojalność wobec swojej ojczyzny jest chyba kwestią dwuznaczną, ale i przed osobami uważającymi się za patriotów Litwy. Zamierzam polemizować z mitem o istnieniu jakiejś warstwy średniej, która znajduje się poza lub pomiędzy tymi dwoma biegunami.

wtorek, 22 listopada 2016
Wstydliwie milczymy o tym, że blisko 40 proc. litewskich Polaków popiera aneksję Krymu, że polska młodzież na Litwie czerpie informacje o świecie przede wszystkim z rosyjskich telewizji i vKontakte, że z listy krajowej polskiej partii kandydują dziennikarze prokremlowskiej telewizji i nagradzani przez Putina żelbetonowi marksiści. Milczymy, bo nie wypada o tym głośno mówić. Milczymy, bo to może zaszkodzić Sprawie. Milczymy, bo wreszcie nie ma komu o tym mówic i pisać. Książka pt. „Na początku było Słowo”, która ukazała się przed kilkoma miesiącami, stała się okazją do dyskusji na temat, jak wyglądałaby Wileńszczyzna, gdyby „Słowo Wileńskie" przetrwało. W zasadzie wszyscy obecni na prezentacji — byli pracownicy i czytelnicy gazety — przyznali, że byłaby inna. Bo „Słowo Wileńskie” było gazetą w języku polskim, patrzącą i władzy, i opozycji, i biznesowi na ręce, stanowiło zalążek prawdziwej czwartej władzy na Wileńszczyźnie, ale upadło przed 20 laty. Właśnie czując tę próżnię i próbując przedstawić inny, nieobecny w lokalnych mediach punkt widzenia, w listopadzie 2010 roku założyłem tego bloga i mimo iż prowadzę go już od sześciu lat, i napisałem 640 wpisów – nadal chyba jest aktualny. Bo w światowym rankingu wolności słowa Wileńszczyzna zajęłaby zapewne miejsce gdzieś pomiędzy Zimbabwe i Białorusią.
czwartek, 17 listopada 2016
Są dwa sposoby oceny swoich oponentów. Jedni uważają swoich przeciwników za kretynów i głupków. Wtedy świat jest czarno-biały, prosty, łatwy: po jednej stronie my czyli dobro, po drugiej stronie — oni czyli zło. Wszystko, co robią „oni” jest z założenia złe, wszystko co się robi przeciwko „nim” — dobre. Jednak takie czarno-białe myślenie nijak się ma do rzeczywistości. Dlatego jestem zwolennikiem opcji drugiej. Próbuję zrozumieć motywacje moich oponentów, ich racje, nie zakładam z góry, że są idiotami nawet jeśli zachowują się jak idioci. I nie odrzucam idealizmu jako czynnika determinującego zachowania ludzi, w tym polityków. Nikt z liczących się polityków nie przyszedł do polityki po władzę i kasę, tylko każdy z nich chciał realizować jakieś swoje ideały. I Waldemar Tomaszewski, moim zdaniem, jest autentycznym idealistą. Jestem przekonany, że w odróżnieniu od karmiących się wokół niego politycznych przydupasów, autentycznie wierzy w to, że jest mężem opatrznościowym wileńskich Polaków, że gdyby nie jego działania — sytuacja Polaków na Litwie byłaby dużo gorsza. Jestem też przekonany, że jego katolicyzm nie jest pustym gestem na pokaz, tylko autentyczną wiarą, która napędza też jego inicjatywy polityczne. W rzeczywistości, gdyby Waldemarowi Tomaszewskiemu jedynie chodziło o głosy — najlepszym rozwiązaniem byłoby w ogóle nie poruszać ani tematu aborcji, ani tematu in vitro, ani obowiązkowej nauki religii w szkołach, bo w tych tematach ani wśród Litwinów, ani wśród Rosjan, ani wśród nawet Polaków na Litwie nie ma konsensusu. Dla zdobycia głosów wystarczyłyby same nazwiska, tabliczki, szkoły, zwrot ziemi i obietnica 120 euro na każde dziecko. Tomaszewski jednak z uporem wałkuje te tematy, bo jest autentycznie przekonany, że są ważne. To budzi szacunek, nawet jeśli masz na te kwestie inne spojrzenie. Jednocześnie Waldemar Tomaszewski jest doskonałym praktykiem politycznym. Stworzył na Wileńszczyźnie niezwykle sprawną maszynkę do głosowania, umie puścić oko, wykonać gest do każdego elektoratu, w razie potrzeby zaostrzyć lub złagodzić swoją retorykę. W ostatnich wyborach parlamentarnych noga mu się nieco podwinęła, ale to nie Waterloo. Jestem pewien, że jest jeszcze w stanie wyciągnąć z tego potknięcia się wnioski, przegrupować siły i poprowadzić AWPL-ZChR do kolejnych zwycięstw. Podobnie jak jestem pewien, że jednak pewnego dnia przegra.
wtorek, 15 listopada 2016
Souvlaki, tzatziki, Baba Ghanoush, dolmados, Vpilaf z chorizo, pannacotta, mus z mango i marakui I tunezyjska zupa jarzynowa z ciecierzycą. Oto co jedli w Warszawie polscy biznesmeni-patrioci 11 listopada na tegorocznym przyjęciu „Noc wolności” z okazji Święta Niepodległości Polski. Gdyby wpadła w ich ręce książka Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej pt. „Wilno.Rodzinna historia smaków” mogło być i smaczniej, i ciekawiej, i patriotyczniej. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to pierwsza od wielu miesięcy książka, którą wciągnąłem jednym tchem. Biorąc pod uwagę, że — było nie było — to książka kucharska, a ja z kuchnią mam tyle wspólnego, że umiem nastawić czajnik i zrobić sobie kanapkę z serem twarogowym — to wręcz czyn bohaterski. Oczywiście, żartuję, bo „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to nie jest wbrew pozorom książka kucharska, mimo, iż przepisy Genowefy Wołkanowskiej (oraz piękne zdjęcia Waldemara Gorlewskiego i Łukasza Falkowskiego je ilustrujące) stanowią blisko połowy objętości. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to przede wszystkim wspaniały reportaż literacki w najlepszych tradycjach polskiej szkoły reportażu, i tej pisanej dużymi, i tej pisanej małymi literkami, której zresztą Ewa Wołkanowska-Kołodziej jest adeptką i absolwentką. Powiem więcej: wydaje mi się, że Ewa Wołkanowska-Kołodziej — to najlepsze polskojęzyczne pióro reporterskie jakie Wileńszczyzna w ostatnich dziesięcioleciach wydała. Czytając jej książki i reportaże zawsze mam chęć odstawić pisanie na zawsze, bo czuję się jak nędzny wyrobnik przy mistrzu.
czwartek, 10 listopada 2016
Przed chwilą wróciłem z premierowego pokazu „Smoleńska” w Wilnie. Mam mieszane uczucia. I wcale nie z powodu teorii spiskowej, która legła u podstaw tego obrazu. „JFK” Olivera Stone’a — to też film oparty na teorii spiskowej, co do której można mieć wiele zastrzeżeń, ale jednocześnie arcydzieło. Film Antoniego Krauze arcydziełem na pewno nie jest. Z jednej strony film stawia ważne pytania, na które odpowiedzi mogą być różne. Z drugiej - to jednak bardzo przeciętny thriller polityczny. Nie propagandowy, jak twierdzą przeciwnicy, ale dramaturgicznie zbyt rozlazły i dosyć średnio zagrany. A jednak bardzo się cieszę, że ten film trafił do Wilna. I wręcz wołam o więcej! Po pierwsze, dlatego, że wilniucy też mają prawo na własne oczy zobaczyć i wyrobić zdanie na temat najbardziej kontrowersyjnych i dyskutowanych dzieł współczesnej kultury polskiej. I być może też zadać sobie jakieś pytania, które nie przyjda do głowy jeśli non stop oglądać tylko Pierwyj Bałtijskij Kanał. Po drugie, jeśli chcemy konkurować z propagandą rosyjską, która coraz bardziej się rozpowszechnia na Wileńszczyźnie, warto zaserwować polskojęzyczną odtrutkę. Cieszę się, że Instytut Polski w Wilnie sprowadza do Wilna filmy, wystawy i muzyków z najwyższej półki, bo budują na Litwie (nie ma co się oszukiwać — przede wszystkim w litewskich elitach) wizerunek Polski jako kraju o wysokiej kulturze, jako wzór do naśladowania, zmuszają do przemyśleń i refleksji. Ale dla mas ani „Baby bump” Kacpera Olszewskiego, ani Wojtek Mazolewski nigdy nie staną się alternatywą dla Nikołaja Baskowa, Ałły Pugaczowej czy „Bumera”. A „Smoleńsk” — z wartką akcją i walącym w łeb przekazem — być może tak. I fakt, że wejściówki na ten film rozeszły się w trzy dni — najlepszym na to dowodem.
poniedziałek, 07 listopada 2016
Pomyliłem się. Do ostatniej chwili uważałem, że koalicja centroprawicowa (Związku Chłopów i Zielonych z konserwatystami) jest bardziej realistyczna. Stabilna większość, zbieżność śwaitopoglądowa, poparcie ośrodka prezydenckiego. A jednak, przynajmniej oficjalnie, takiej koalicji nie będzie. Z drugiej strony pomyliłem się wcale nie tak znacznie, bo jednak zwrot w prawo nastąpił. Nie oszukujmy się faktem, iż mniejszym partnerem koalicyjnym w nowym rządzie są socjaldemokraci. Wkraczamy właśnie w epokę wielobiegunowej Litwy. Kwestiami społecznymi i gospodarczymi będzie się owszem zajmowała formalna koalicja Związku Chłopów i Zielonych i socjaldemokratów, ale kwestiami światopoglądowymi (a więc i tzw. polskimi postulatami) —nieformalne i ponadpartyjne koalicje układane w Sejmie ad hoc. Koalicje, które najczęściej będą miały charakter narodowy i zachowawczy. To nie będzie klasyczny układ z jedną czy dwoma dominującymi i w rządzie, i w parlamencie partiami, ani równie klasyczny układ koalicyjny, w którym jeden mniejszy partner koalicyjny jest tzw. języczkiem u wagi. To będzie układ w którym wag jest bez liku i bez liku jest języczków u tych wag. Jest to dla litewskich Polaków i szansa, i zagrożenie. Szansa, bo posiadając zdolnych negocjatorów i umiejętnie kreując nastroje społeczne w takim wielobiegunowym systemie politycznym łatwiej jest ułożyć koalicję na rzecz realizacji najbardziej medialnych polskich postulatów; zagrożenie, bo jeszcze łatwiej w takiej politycznej rzeczywistości jest ułożyć koalicję przeciwko polskim postulatom.
środa, 02 listopada 2016
Książka „Mūsiškiai” Rūty Vanagaitė — która została przyjęta na Litwie z niezbyt ukrywaną niechęcią — wywołała dyskusje, zmusiła niektóre władze miejscowe do uporządkowania żydowskich mogił zbiorowych, ale też wielu Litwinów do odkrycia prawdy o części historii swojego kraju i narodu. I właśnie to odkrycie było dla mnie zupełnie nie zrozumiałe. „Mūsiškiai” jest porównywana do książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”, opowiadającej o pogromie w Jedwabnym. Jednak „Sąsiedzi” rzeczywiście otworzyła Polakom oczy na wydarzenia, które przez wiele lat były okryte zmową milczenia, przełamała tabu na mówienie o udziale Polaków w Holokauście. Przez dziesiątki lat wmawiano nam, że byliśmy takimi samymi ofiarami niemieckiej okupacji jak Żydzi i o to okazało się, że rzeczywistość wcale nie jest czarno-biała. Zrozumiała jest więc niechęć sporej części polskiego społeczeństwa do Grossa i jego książek, odzierających nas z narodowej martyrologii, męczeństwa i bohaterstwa, z wizji historii do której przyzwyczaiło się kilka pokoleń. Nie mogłem natomiast zrozumieć, dlaczego podobna reakcja spotkała książkę Rūty Vanagaitė. Bo przecież współudział Litwinów w Holokauście nigdy nie był „białą plamą”. Mówiło się o tym nawet w szkolnych podręcznikach historii. Owszem ukrywano skalę tego współudziału, mówiono o „garstce przestępców”, o „niemieckich kolaborantach”, ale samego współudziału nigdy nie kwestiowano. Ponary, IX fort, Ypatingasis Burys — każdy kto minimalnie się interesował historią Litwy z czasów II wojny światowej znał te nazwy. Po przeczytaniu „Mūsiškiai” zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. To, że Litwini i Polacy na Litwie żyją w równoległych wszechświatach.
czwartek, 27 października 2016
Post factum to każdy jest mądry. Teraz politolodzy się prześcigają w udowadnianiu, iż nadzwyczajny sukces Litewskiego Związku Chłopów i Zielonych (zdobyli summa summarum 56 mandatów; taki trick udał się jak dotychczas tylko Litewskiej Demokratycznej Partii Pracy, która zdobyła w 1992 roku 73 mandaty, i konserwatystom w 1996 – 68) był do przewidzenia: rosnąca przepaść pomiędzy Litwą A i Litwą B, wzrost cen po wprowadzeniu euro, niepopularna liberalizacja Kodeksu Pracy, afery korupcyjne, w które zostały zamieszane prawie wszystkie partie polityczne na Litwie, arogancja władzy i arogancja opozycji, koncentrowanie się mainstreamowych ugrupowań na kampanii na portalach społecznościowych, a nie rozmowach z wyborcami. Wszystko to prawda. „Zieloni chłopi” rzeczywiście doskonale się wstrzelili ze swoim lewicowym programem wyborczym i narodowo-konserwatywnym światopoglądem (trochę przypominają pod tym względem polskie „Prawo i Sprawiedliwość") w nastroje sporej części mieszkańców Litwy, rozczarowanych socjaldemokratami i ich satelitami, którzy przez 4 ostatnie lata dreptali w miejscu, ale jednocześnie pamiętających nocne reformy i cięcia emerytur oraz wynagrodzeń przeprowadzone przez konserwatystów. Szkoda tylko, że jakoś nikt nie zwracał na to uwagi przed wyborczym Armagedonem, który zgotował litewskiej scenie politycznej Ramūnas Karbauskis. Dokładnie tak samo jak te przedwyborcze prognozy należy też traktować i obecne kassandryczne wizje końca Litwy pod rządami Karbauskisa, kreślone przez mainstreamowych politologów. Wydaje mi się, że rzeczywiście na tak rewelacyjny wynik nie liczyli nawet najwięksi optymiści w obozie „zielonych chłopów”, ale to nie oznacza, że teraz zaczną wcielać swoje najbardziej radykalne reformy. Szczególnie, że nieoczekiwanie spadło na nich brzemię utworzenia nowej koalicji rządowej w sytuacji, gdy głosów jest za mało, żeby rządzić samodzielnie i za dużo, aby któremuś z potencjalnych sojuszników taka koalicja się opłacała.
wtorek, 25 października 2016
Możecie sobie wyobrazić konferencję poświęconą promoskiewskim separatystom w — nieważne litewskim czy polskim — Sejmie? Bo ja nie. I na szczęście nie tylko ja, skoro Kancelaria Sejmu RP zablokowała w ostatniej chwili konferencję tzw. spóźnionych kresowiaków o wileńskich autonomistach z lat 90., która miała się w ubiegły czwartek, 20 października, odbyć w polskim parlamencie. Temat tzw. Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego, który w czasach wybijania się Litwy na niepodległość próbowano stworzyć na Wileńszczyźnie, niewątpliwie nie jest jednoznaczny i zasługuje na szczegółowe badania naukowe. I w ostatnich czasach kilka prac naukowych na ten temat powstało (m.in. w tym roku na Uniwersytecie Łódzkim nasza krajanka Barbara Jundo-Kaliszewska obroniła doktorat dotyczący tej kwestii). Dla mnie jednak nie ulega wątpliwości, że była to inicjatywa, którą Moskwa wykorzystała jako dywersję na tyłach litewskiego ruchu niepodległościowego, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że ją autentycznie popierała spora część wileńskich Polakow i musimy wiedzieć dlaczego. Jedyne na co ten temat nie zasługuje — to publicystyczne bicie piany przez ludzi, którzy z tzw. obrony Polaków na Litwie zrobili (lub próbują zrobić) sobie intratny interes. W dzisiejszych czasach, gdy stosunki pomiędzy Polakami i Litwinami, pomiędzy Polską i Litwą są napięte, najmniej potrzebujemy odgrzewania starych konfliktów i wywoływania upiorów z przeszłości. Dziś bardziej potrzebujemy odwołania się do spuścizny antykomunisty Jerzego Giedroycia niż prokomunistycznego (pseudo)autonomisty Czesława Wysockiego. Na szczęście tego samego dnia, gdy w Warszawie odbywał — co prawda już bez uwagi mediów, polityków i echa — się bal pogrobowców autonomistów, w Wilnie odbyła się dyskusja na temat aktualności idei Jerzego Giedroycia dla współczesnych Polski i Litwy. Dyskusja — zorganizowana przez Polski Klub Dyskusyjny, Instytut Polski w Wilnie oraz Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia — zgromadziła interesujących rozmówców (m.in. publicystę Rimvydasa Valatkę, historyka Alvydasa Nikžentaitisa, politologa Andrzeja Pukszto i autorkę biografii Jerzego Giedroycia, której przekład na język litewski właśnie się ukazał, Magdalenę Grochowską), i gros (na sali było około 60 osób) interesującej publiczności.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65
Tagi
stat4u