Aleksander Vile Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
poniedziałek, 02 marca 2015
Największą sensacją niedzielnych (1 marca) wyborów samorządowych jest niewątpliwie fenomenalny wynik Ruchu Liberałów. Liberałowie są od roku „na fali” i stali się druga najważniejszą partia prawicową — biorąc pod uwagę ich trzeźwo-pragmatyczne spojrzenie na wiele kwestii (m.in. praw mniejszości) — można się spodziewać zmian jakościowych w litewskiej polityce. Liberałowie, którzy przestali już być „młodszym bratem” konserwatystów, jeśli nie zabraknie im konsekwencji, są w stanie stać nie drugą, ale pierwszą partią opozycyjną na Litwie. Nie zaszkodziły im nawet próby Artūrasa Zuokasa zmontowania „drugiej partii liberalnej”, które okazały się całkowitym niewypałem. Poza tym obeszło się bez większych sensacji. Liderem tak wyborów jak i sondaży przedwyborczych są socjaldemokraci, na drugim miejscu konserwatyści. Pogorszyły się wyniki współrządzących Litwą Partii Pracy oraz „Porządku i Sprawiedliwości”. Wyborcy, którzy tradycyjnie głosują na populistów, najwyraźniej poszukują nowej siły politycznej, czego dowodem jest sukces antysystemowej partii „Litewska lista” w wyborach w Wilnie. Na Wileńszczyźnie bez zmian — AWPL w koalicji z Aliansem Rosjan praktycznie zachowała swoje dotychczasowe pozycje, zdobywając około 8 proc., w skali kraju. Znacząco jednak zwiększył się udział rosyjskiego elektoratu w jej sukcesach.W Wilnie największą sensacją jest wynik kandydata Ruchu Liberałów Remigijusa Šimašiusa, który zdobył ponad 33 proc. głosów! Artūras Zuokas, który praktycznie przez wszystkich był uważany za faworyta wyborów w Wilnie, ledwie trafił do drugiej tury, zdobywając w ostatniej chwili mniej niż 2 tysiące głosów więcej niż Waldemar Tomaszewski.
czwartek, 26 lutego 2015
Do wyborów samorządowych zostało zaledwie kilka dni. Teraz wszyscy politycy, aktywiści, członkowie komisji wyborczych będą wmawiali nam, ze udział w glosowaniu jest OBOWIĄZKIEM OBYWATELSKIM. Nie jest! W odróżnieniu od Belgii, Australii, Wenezueli i Singapuru nie ma na Litwie przymusu wyborczego, udział w wyborach jest naszym prawem a nie obowiązkiem. Możemy z tego prawa skorzystać lub nie. I nawet nie idąc na wybory też w ten sposób wyrażamy swoją postawę obywatelską. Bo drastyczny spadek poparcia wyborczego, który może być spowodowany nie tylko oddaniem głosu na innych kandydatów lub partie, ale i bojkotem wyborów, może otrzeźwić nawet najbardziej zadufanego w sobie politycznego lidera, a już na pewno da sporo domyślenia jego kamratom partyjnym. Zresztą biorąc udział w głosowaniu również możemy to uczynić na różne sposoby: zagłosować zgodnie z własnymi przekonaniami politycznymi, zagłosować na najpopularniejszą lub najmniej popularną partię, zagłosować na tych, co zawsze lub kardynalnie zmienić swoje polityczne preferencje i dać szanse komuś nowemu, zagłosować na najlepszy program lub po prostu na najprzystojniejszego kandydata, zagłosować na „swoich”, zagłosować na „mniejsze zło”, zagłosować na partię i spróbować wyrankingować kandydatów z końca listy, zagłosować na partię i wykreślić wszystkich kandydatów na mera, zagłosować na najlepszego kandydata na mera i wykreślić wszystkie partie. Możemy nawet powykreślać wszystkie partie i kandydatów. Każdy sposób na zademonstrowanie swojej postawy obywatelskiej jest jednakowy dobry.
poniedziałek, 23 lutego 2015
Wojna hybrydowa na Ukrainie, aneksja Krymu oraz prorosyjskie sympatie znacznej części mniejszości narodowych na Litwie, w tym Polaków, oraz nierozwiązane problemy w relacjach polsko-litewskich stwarzają podstawy do stawiania przez publicystów i media polskie i litewskie pytań o możliwość ukraińskiego scenariusza z „zielonymi ludzikami” na Wileńszczyźnie. „Fala prowokacji rosyjskich wobec państw bałtyckich mająca związek z wojną toczącą się na Ukrainie sprawia, że coraz bardziej realny staje się scenariusz dokonania na ich terytorium działań o charakterze tzw. wojny hybrydowej” — nie owija w bawełnę na łamach defence24.pl Piotr Maciążek. I słusznie. Nie ulega żadnym wątpliwościom, iż Kreml sprawdza kraje bałtyckie, sprawdza odporność UE i NATO na prowokacje. Władimir Putin swoimi działaniami na Ukrainie już udowodnił, iż jest liderem absolutnie nieobliczalnym, gdyż myśli bardziej taktycznie a nie strategicznie — wziąć to co jest do wzięcia, a potem się zastanawiać co dalej. Stąd nie da się wykluczyć jakiegoś scenariusza zastosowania instrumentów charakterystycznych dla tzw. wojny hybrydowej i na terytorium Litwy. Na pewno nie będzie to jednak ani scenariusz krymski, ani scenariusz doniecki. „Zielone ludziki” na opancerzonych transporterach, „kupionych" w Военторге, nie wjadą do Solecznik czy Niemenczyna. Po prostu dlatego, że nie ma na Wileńszczyźnie bazy socjalnej dla jakichkolwiek separatystycznych wystąpień.
czwartek, 19 lutego 2015
Spotkanie z kandydatami na mera Wilna Remigijusem Šimašiusem (Ruch Liberałów) oraz Mykolasem Majauskasem (konserwatyści) nosiło charakter nieformalny. Stało się tak z wielu powodów: kandydaci nie mogli wziąć udział w zorganizowanej przez Polski Klub Dyskusyjny jeszcze w środku stycznia oficjalnej debacie przedwyborczej z udziałem Artūrasa Zuokasa i Gintautasa Paluckasa, długo trwało uzgadnianie terminu, który by wszystkim pasował. Jednak mimo, iż spotkanie nie było wcale reklamowane w mediach, a ostatecznie potwierdzenie, że odbędzie się ukazało się na 48 godzin przed dyskusją, to zgromadziło blisko 30 osób. Pewnie nieprzypadkowo połowę uczestników stanowiły kobiety, bo Remigijus Šimašius i Mykolas Majauskas nie od dziś są nazywani Bradem Pittem i Johnniem Deppem litewskiej polityki. Eleganccy, elokwentni, europejscy. Niewątpliwie zwycięstwo któregokolwiek z nich oznaczałoby, że Wilno będzie miało bardzo młodego i przystojnego mera. Jednak w polityce liczy się nie tyle wygląd i wizerunek, co poglądy. Wydaje mi się, że wczorajsza (18 lutego) dyskusja i pod tym względem była owocna. Mniejsze niż zazwyczaj grono uczestników, nieformalny charakter rozmowy przy kufelku kawy i filiżance piwa, zapewnił możliwość każdemu nie tylko zadania gościom Klubu nurtujących pytań, ale i podzielenia się własnymi spostrzeżeniami. Dyskusja była czasami chaotyczna, gdyż praktycznie niemoderowana, czasami kandydaci szpilkowali jeden drugiego, ale generalnie odbywała się w bardzo miłej i przyjacielskiej atmosferze, rozpoczęła się przed spotkaniem i trwała jeszcze długo po nim.
wtorek, 17 lutego 2015
W fizyce jak wiadomo jony ujemne i jony dodatnie się przyciągają. Nie inaczej jest w polityce, gdzie przyciągają się wszelkiej maści radykałowie. Narodowi socjaliści z łatwością stają się komunistami, socjaliści narodowcami, a na Litwie polscy i litewscy narodowi publicyści chętnie się nawzajem wspierają w zwalczaniu każdej opcji, która może zagrozić ich czarno-białemu obrazowi świata. Bo dla nich stosunki polsko-litewskie — to ustalony szablon: albo litewski cham powinien klęczeć przed polskim panem, albo litewscy Polacy powinni się uznać za polskojęzycznych Litwinów i przez resztę życia posypywać głowę popiołem za Wilno. W tym czarno-białym schemacie obie strony barykady czują się wyjątkowo dobrze i tak naprawdę jedynym zagrożeniem dla ich spokojnej, sytej egzystencji są ci, co próbują przerwać kwadraturę polsko-litewskiego konfliktu. Bo jeśli im się uda, o czym będą pisali dyżurni pismacy? Być może właśnie dlatego jednego dnia ukazuje się tekst Anatolijusa Lapinskasa, a drugiego Bogusława Rogalskiego, o tym jacy ci bracia Radczenko, marzący o „innej Wileńszczyźnie” czyli Wileńszczyźnie nie czarno-białej, monokulturalnej (polskiej lub litewskiej) tylko multikulturalnej, w której każdy byłby u siebie, są źli. Jeden bardziej przywala jednemu, drugi drugiemu z braci, ale generalnie chodzi obu, zdawałoby się nieprzejednanym wrogom od pióra, o to samo: nie rozwalajcie nam naszego „pięknego”, przez lata pieczołowicie budowanego światka, w którym wszystko jest jasne i klarowne — po jednej stronie my, dobro wcielone, prawdziwi patrioci i obrońcy polskości/litewskości (niepotrzebne skreślić), po drugiej — oni, zło, okupanci, wrogowie, agenci, zdrajcy i sprzedawczycy…
poniedziałek, 09 lutego 2015
Estoński minister oświaty Jewgienij Osinowski przyznał publicznie, że przeprowadzona przed paroma laty w Estonii reforma oświaty, wprowadzająca w szkołach mniejszości narodowych model „60/40” (60 proc. przedmiotów w szkołach mniejszości narodowych jest prowadzonych po estońsku, 40 proc. – w języku mniejszości, taki sam model obowiązuje na Łotwie), nie zdała egzaminu. „W tym roku szkoły opuścił pierwszy strumień absolwentów, którzy w ciągu 3 lat nauki w gimnazjum 60 proc. przedmiotów uczyli się w języku estońskim i możemy wyciągać wnioski. Badania, analizy i wizytacje w szkołach pokazują, że średni poziom władania językiem estońskim nie poprawił się w tym czasie (…). Są także znane przykłady pogorszenia się rezultatów egzaminów z języka estońskiego" – powiedział w rozmowie z portalem Delfi. Wg Osinowskiego zwiększa się czas, który uczniowie przeznaczają na przyswojenie materiału po estońsku, zaciera się kontakt nauczyciela mówiącego po estońsku z rosyjskimi uczniami, uczniowie na pytania pedagoga odpowiadają po prostu „tak" lub „nie", albo powtarzają wykute na pamięć frazy z estońskiego. Podobnie jest na Łotwie. Na Litwie na szczęście reforma oświaty z roku 2012 wprowadziła do szkół mniejszości narodowych nauczanie zaledwie kilku przedmiotów po litewsku (ten wymóg i tak zresztą nie jest w części szkół polskich spełniany „na prośbę rodziców”) i „tylko” ujednoliciła egzaminy maturalne z litewskiego, ale już matura z ubiegłego roku pokazała, iż model nie działa jak należy — egzamin z języka litewskiego pomyślnie zdało 88,4 proc. abiturientów szkół litewskich i zaledwie 83,7 proc. ze szkół mniejszości narodowych. Bo wygląda na to, że dla reformatorów na Litwie, podobnie jak w Estonii i na Łotwie, o wiele ważniejsze było wprowadzenie nauczenia przedmiotów po litewsku czy ujednolicenie matury, a nie doskonalenie znajomości języka litewskiego u abiturientów z nielitewskich szkół.
czwartek, 05 lutego 2015
Oczywiście należy sprecyzować co uważamy za zwycięstwo. W przypadku AWPL — moim zdaniem — zwycięstwo to zachowanie dotychczasowych dominujących pozycji w rejonach wileńskim i solecznickim oraz najważniejszej partii drugiego rzutu w Wilnie, rejonie trockim i święciańskim. Wszystko wskazuje na to, że ten cel zostanie osiągnięty. Po pierwsze, dlatego, że wszędzie tam, gdzie Waldemar Tomaszewski czuje się zagrożony korzysta ze sprawdzonej metody — wciąga na listy możliwie jak najszerszy wachlarz kandydatów. Np. w Wilnie na liście można znaleźć i umiarkowano-liberalnych uciekinierów z partii ogólnokrajowych, i polskojęzycznych nacjonalistów, i rosyjskojęzycznych marksistów, przy których Waldemar Tomaszewski – to najlojalniejszy „lietuviski” patriota. W ten sposób AWPL próbuje zdobyć każdy możliwy do zdobycia głos. Mrugając jednocześnie i do liberałów, i do nacjonalistów, i do tęskniących za ZSSR, ale umieszczając ich tak na liście, żeby do rady dostali się tylko najwierniejsi z wiernych. W samej partii ponuro się żartuje, że im lepszy wynik wykazał kandydat nie pasujący Wodzowi w poprzednich wyborach – tym dalej na liście zostanie odsunięty w kolejnych. Po drugie, dlatego, że partie ogólnokrajowe nie zdołały w ciągu blisko roku narzekania na wstążkę gieorgijewską zaproponować Polakom żadnej politycznej alternatywy. AWPL jest ulubionym chłopcem do bicia litewskich polityków i politologów. Prawicowi mówią wprost, że dopóki Polacy nie wywalą prokremlowskiego Tomaszewskiego lub nie stworzą dla niego alternatywy nic w kwestii polskich postulatów nie ruszy. Lewicowi nawołują do angażowania się w działalność partii ogólnokrajowych. Po każdych kolejnych wyborach odzywają się głosy, że Polacy po raz kolejny zagłosowali na „swoich”. Problem w tym, że nawet pobieżna analiza list wyborczych w zbliżających się wyborach samorządowych pokazuje, że większość liczących się partii ogólnokrajowych nie poczyniła żadnych kroków, aby te polskie głosy przyciągnąć. W przypadku samorządów niewiele partie mogą mniejszościom narodowym zaoferować w programach, więc nawet nie będę ich szczegółowo analizował, jednak elementarnie brakuje na listach komitetów wyborczych polskich nazwisk. Dziś więc Tomaszewskiemu może zagrozić tylko... sam Tomaszewski, jeśli popełni jakiś fatalny błąd.
poniedziałek, 02 lutego 2015
Student ma do zdania egzamin z zoologii. Wiadomo jak dużo czasu trzeba poświęcić, żeby dobrze się przygotować. A tu w telewizji transmisja z Rolland Garros, z Euro, potem z Wimbledonu, z Igrzysk Olimpijskich... Więc student przygotowuje tylko jeden temat o dżdżownicy. Na egzaminie profesor zapytał jednak: „Co pan wie o słoniach?” „O słoniach? No więc słoń, to dziwne zwierzę. Jego trąba przypomina dżdżownicę. A dżdżownica...” Dokładnie tak wyglądała – zdaniem jednego z uzcestników spotkania, ale także po części i moim - piątkowa (30 stycznia) dyskusja z prezesem AWPL, kandydatem na mera Wilna Waldemarem Tomaszewskim w Polskim Klubie Dyskusyjnym. Uczestnicy spotkania byli niezwykle aktywni, zadali mnóstwo pytań z różnych dziedzin, zaś Waldemar Tomaszewski odpowiedział (konkretnie) tylko na kilka, a mimo to podobnie jak student z przytoczonego wyżej kawału „egzamin” zaliczył. Już przez sam fakt, że przyszedł do Klubu, który jego zwolennicy określają nie inaczej jak „saugumasowskim”. Z jednej strony to pokazuje, że Tomaszewski w ciągu 17 lat prezesowania wyrobił się na rasowego polityka, który się nie obawia konfrontacji z żadnym audytorium (tylko za telewizja nie przepada) i może przez dwie godziny nawijać najczęściej o niczym, z drugiej, iż Polski Klub Dyskusyjny w ciągu czterech miesięcy działalności stał się instytucją, której nie da się ignorować. Była to chyba jedna z najbardziej masowych (na sali zabrakło krzeseł dla wszystkich chętnych; ogółem przyszło około 90 osób), przypominająca czasami — z uwagi na dużą liczbę cytatów ze św. Augustyna i św. Jana Pawła II — kazanie. Czego się z niego dowiedziałem? Otóż dowiedziałem się, że Waldemar Tomaszewski – jeśli zostanie merem – nie postawi sobie pomnika oraz że z wileńskich polskich pisarzy najbardziej lubi Kraszewskiego, Syrokomlę, Miłosza, Mickiewicza i Słowackiego. Na szczęście wszyscy już mają na Wileńszczyźnie szkoły swojego imienia.
czwartek, 29 stycznia 2015
Niejednokrotnie pisałem, że Waldemar Tomaszewski jest dobrym taktykiem politycznym. Dlatego doskonale zdaje sobie sprawę, iż musi prowadzić swoją partię od jednego wyborczego zwycięstwa do drugiego. W przeciwnym razie ktoś w partii może zacząć wątpić w jego geniusz polityczny. A takie wątpliwości zawsze kończą w ten sam sposób — wymianą jednego geniusza politycznego na drugiego. Waldemar Tomaszewski jest osobą jeszcze bardzo młodą, do emerytury mu daleko, a wracać do wyuczonego zawodu inżyniera budownictwa mu się ewidentnie nie chce, bowiem nawet w okresie odradzającego się powoli rynku nieruchomości inżynier budownictwa na Litwie zarabia nieco mniej niż europoseł. Dlatego i w tegorocznych wyborach samorządowych „Blok Waldemara Tomaszewskiego” jest skazany na sukces. W sensie praktycznym oznacza to, że musi przyciągnąć jeszcze więcej głosów rosyjskich, gdyz Polacy mogą się już czuć nieco rozczarowani brakiem jakichkolwiek efektów praktycznych doktryny pt. „w jedności siła" i nawet jesli nie widzą alternatywy w partiach ogólnokrajowych (które i nie próbuja takiej alternatywy stworzyć) to moga po prostu na wybory nie przyjść. Wstążeczka gieorgijewska i lekka krytyka Majdanu już 1 marca nie wystarczą, dlatego lider AWPL wytacza cięższe działa wciągając na listy coraz więcej Rosjan i to takich, którzy nie ukrywają ani swoich marksistowskich, ani prorosyjskich poglądów.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Istnieje mit — ostatnio powtórzony przez niejakiego towarzysza szychta — iż jestem przeciwnikiem AWPL. Nie jestem. Co prawda ostatni raz głosowałem na AWPL w roku 2000, a więc nie jestem też i zwolennikiem polskiej partii. Traktuję Akcję Wyborczą dokładnie tak samo jak każdą inną. Z niektórymi założeniami programowymi się zgadzam całkowicie, z innymi — częściowo, zaś z jeszcze innymi — nie zgadzam się w ogóle. Jestem natomiast wrogiem wrogów wolności. Dawno temu wybrałem wolność jako fundament swoich poglądów politycznych i przy swoich wolnościowych poglądach trwam niezmiennie. Podobnie jak od 20 lat nie zmieniam poglądów w sprawie stosunków polsko-litewskich. AWPL — to partia licząca ponad tysiąc członków. Wielu z nich to ludzie uczciwi, pełni pomysłów i próbujący zmieniać rzeczywistość według własnych ideałów i możliwości. Nawet jeśli nie zawsze się z ich ideałami zgadzam, szanuję osoby, które je posiadają. Nie brakuje jednak w partii i hochsztaplerów, karierowiczów oraz przechrzt, które wczoraj wyśmiewały partię, „katolskie szopki" i „podwożenie" wyborców, a dziś pchają się na jej listy wyborcze i do konfesjonałów. Z takimi mi nie pod drodze niezależnie od tego jaką partię reprezentują. Jestem także przeciwnikiem zdobywania głosów za pomocą podsycania konfliktów na tle etnicznym, wykorzystywania tzw. zasobów administracyjnych i rządzenia za pomocą zastraszania i kłamstw. A AWPL niestety cierpi na te dolegliwości. Najlepszym dowodem jest skazany w ubiegłym tygodniu prawomocnym wyrokiem sądowym Tadeusz Kułakowski, od lat filar partyjnej machiny wyborczej w Rudominie. Nie twierdzę jednak, że AWPL jest pod tym względem na Litwie wyjątkiem. Na palcach jednej ręki można policzyć partie, które cechuje wewnętrzna demokracja. Nie oznacza to jednak, że należy wobec AWPL stosować taryfę ulgową. Wręcz przeciwnie, ponieważ piszę przede wszystkim o sprawach Wileńszczyzny, volens nolens na partii nią rządzącej skupia się i lwia część moich uwag krytycznych.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48
Tagi
stat4u Polityka Wschodnia