Aleksander Vile Radczenko o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
środa, 26 listopada 2014
Jeden z pierwszych polskich blogów na Wileńszczyźnie zaczęła w 2009 roku pisać Ewelina Mokrzecka, ale w listopadzie 2010 roku zacząłem pisać swojego nie pod jej wpływem, tylko dlatego, że miałem nieodparte wrażenie, iż wszystkie lokalne polskie media żyją w rzeczywistości, która ma wiele wspólnego z wizjami pacjenta szpitala psychiatrycznego, lecz niewiele z rzeczywistością, w której sam przecież się obracam. Po czterech latach mogę powiedzieć, żeby było warto, gdyż coraz więcej osób nawet jeśli nie zgadza się z każdą z moich opinii, to przekonuje się do tego, że wileńska rzeczywistość, teraźniejszość i historia, jest jednak dużo bardziej skomplikowana niż czarno-biały schemat serwowany przez „orle pióra”. W ciągu roku liczba czytelników „Innej Wileńszczyzny…”, która w tym roku nie tylko trafiła, ale i na stale zadomowiła się w Top 10 najpopularniejszych politycznych blogów „Gazety Wyborczej”, wzrosła o prawie 20 proc. Na Twitterze ma więcej followersów niż którekolwiek inne polskie medium na Litwie. Jako bloger miałem w tym roku wykłady dla studentów z Litwy, Polski,a nawet Niemiec, uczestniczyłem w kilku konferencjach na temat stosunków polsko-litewskich, udzieliłem kilkudziesięciu wywiadów dla polskich i litewskich naukowców, analityków oraz mediów (LRT, Radio Racja, „Polityka", „Gazeta Wyborcza”, zw.lt, alfa.lt i innych), dwóch wywiadów dla Instytutu Obywatelskiego (think tanku Platformy Obywatelskiej). Napisałem kilkadziesiąt tekstów dla portalu EastWest. Współpracuję od miesiąca z platformą www.blogerzyzeswiata.pl. Od stycznia br. jestem też jednym ze stałych komentatorów w audycji „Szósty Dzień Tygodnia” Radia „Znad Wilii”, która przypomina mi ulubione audycje opozycyjnego wobec reżimu Putina rosyjskiego radia „Echo Moskwy”. Moja „rozbijacka" robota została też nareszcie oficjalnie uznana przez „orle pióra" AWPL. Cieszę się, że nie tylko rośnie zainteresowanie alternatywnym, uargumentowanym punktem widzenia na sprawy Polaków na Litwie, ale też po raz pierwszy od wielu lat znów mamy do czynienia z dyskusją polsko-polską na łamach polskich mediów na Litwie i poza nimi. Bo dialog jest jednym z fundamentów demokracji.
poniedziałek, 24 listopada 2014
Wbrew pozorom nie będę dziś komentował hucznych obchodów 20-lecia Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. AWPL powstała w 1994 roku na wyraźne życzenie i z inicjatywy... litewskich polityków o antypolskim nastawieniu. Gdy się więc dziś słyszy ich narzekania na Waldemara Tomaszewskiego warto pamiętać, że to oni go zrodzili i oni — swoimi antypolskimi fobiami i etnocentrycznym uporem — utrzymują przy politycznym życiu. Któryś z „genialnych“ strategów ówczesnych konserwatystów bądź socjaldemokratów stwierdził bowiem, że jeśli zabroni się organizacjom społecznym uczestniczyć w wyborach to „problem“ postulatów Polaków na Litwie zniknie sam przez siebie (z organizacji społecznych w wyborach uczestniczył wówczas w zasadzie tylko Związek Polaków na Litwie), gdyż zabraknie politycznej reprezentacji Polaków na Litwie. Stało się inaczej. Związek Polaków na Litwie owszem stracił na znaczeniu, zaś polityczną polską reprezentację zamiast ZPL – który idealny nie był, ale istniała w nim namiastka dyskusji polsko-polska – zmonopolizowała AWPL, w której jedyna dyskusja toczy się na temat tego w jaki jeszcze sposób pochwalić szefa. Sobotnie obchody w Ledo Arena nie były wyjątkiem: Wódz chwalił Opatrzność, która nad nim i partią czuwa, prowadzi od zwycięstwa do zwycięstwa, a pozostali – Wodza. Demokracja demokracją, dyskusja dyskusją, a partyjna dyscyplina to grunt. Jak mawia mój „ulubiony“ poseł Zbigniew Jedziński to jest oczywiste „jak dwa razy dwa... pięć". Dziś więc napiszę o... puzzlach. Zwyczajnych a nie politycznych puzzlach.
czwartek, 20 listopada 2014
Od wielu lat rzesze naukowców, dziennikarzy i nawet zwykłych pasjonatów spoglądają z utęsknieniem w stronę Marsa. Czerwona planeta — tak podobna i tak totalnie różna jednocześnie od Ziemi — przyciąga, zaskakuje, rozczarowuje. Raz po raz powstają i upadają pomysły lotu załogowego na Marsa. Podobnie jest ze stosunkiem Polski do Litwy. Takiej bliskiej i dalekiej jednocześnie. Rzesze publicystów i polityków co jakiś czas próbują zrozumieć Litwinów, znaleźć z nimi wspólny język, naprawić stosunki i po pewnym czasie rezygnują rozczarowani ich niepojętymi antypolskimi fobiami. Jerzy Haszczyński opublikował ostatnio na łamach „Rzeczpospolitej” felieton pt. „Litwo! Rozczarowanie moje!”. Po raz kolejny powtarza w nim cały szereg najczęściej słusznych zarzutów Warszawy wobec Wilna. Po raz kolejny powtarza też mit, o tym jak to stosunki polsko-litewskie pięknie się układały na zaraniu litewskiej niepodległości. Akurat jestem wystarczająco stary, żeby pamiętać, jak napięte były wówczas te stosunki na Litwie — nie tylko a propos za sprawą prokremlowskich autonomistów — i jak Warszawa starała się tego nie dostrzegać (gdyby i dziś prowadziła podobną politykę stosunki polsko-litewskie byłyby równie „dobre” jak wtedy). Moim zdaniem obecnie stosunki są dużo bardziej poprawne. W jednym jednak przyznaje Haszczyńskiemu rację całkowitą — potrzebny jest przełom w myśleniu litewskich elit. Bez tego przełomu nic się w stosunkach polsko-litewskich nie zmieni. Tylko w odróżnieniu od Haszczyńskiego nie uważam, że Polska powinna czekać na ten przełom z opadniętymi rękami, bezradna. Wydaje mi się, że raczej potrzebuje finezyjnej strategii na przyśpieszenie tego przełomu, na zmianę nastawienia tak litewskich elit jak i opinii publicznej. I przydałby się jej w realizowaniu tej strategii, gdy już i o ile wogóle kiedykolwiek powstanie, sojusznik wśród Polaków na Litwie. Niestety jak wynika z wywiadu, którego udzielił ostatnio dla tejże „Rzeczpospolitej” Waldemar Tomaszewski tymczasem o takiego sojusznika łatwiej chyba Moskwie niż Warszawie, chociaż to ta ostatnia łoży bajońskie kwoty na polską kulturę, szkolnictwo i organizacje społeczne na Litwie. A więc — pośrednio — i na Waldemara Tomaszewskiego oraz AWPL.
poniedziałek, 17 listopada 2014
Yes, yes, yes! Nareszcie moja „rozbijacka” robota doczekała się oficjalnego uznania. Po czterech latach prowadzenia bloga zostałem uhonorowany osobnym artykułem na swój temat na portalu w narodzie zwanym lie24. Nie byle kto, tylko sam Henryk Pieszko, doradca mera Wilna, zarzucił mi „próby rozbijanie jedności Polaków” za pomocą mojego „nieco nudnawego” blogu. Szczerze mówiąc miałem już pewne obawy, że liderzy „jedynie słusznej” opcji mnie nie czytają. No bo pisze tak człowiek przez cztery lata, stara się i zero reakcji, ale okazuje się, że to było trochę jak w kawale o dwóch starych aktorach — tragiku i komiku — których pewnego razu nie zaproszono na jakiś jubileusz teatru. Siedzą więc obaj w knajpie, piją wódę i tragik wzdycha ciężko: „Nie zaprosili, a więc już zapomnieli o mnie…” A na to komik wesoło: „Nie zaprosili. A więc mnie jeszcze pamiętają!” Pamiętają i czytają, a słowa o tym, że mój blog jest tylko „nieco” nudnawy z ust takiego mistrza pióra jak Pieszko — to w ogóle komplement najwyższej rangi. Lepsi są tylko internetowi trolle z tradycyjnymi rewelacjami o spisku, masonach, antypolskości i saugumasowskich pieniądzach. O tych ostatnich słyszę tak często, że pewnie będę musiał kiedyś wybrać się na Vytenio 1 i sprawdzić, a może i w rzeczy samej jakaś wypłatka przyznana przed laty na mnie czeka i tylko głupi księgowi VSD — wiadomo, lietuvisy — nie są w stanie mi jej przelać na konto, więc zasuwam jak mały samochodzik za free?...
czwartek, 13 listopada 2014
Początek roku 2010 nie był dla mniejszości narodowych na Litwie zbyt udany. 1 stycznia nie tylko bowiem wygasła Ustawa o mniejszościach narodowych, ale i został zlikwidowany rządowy Departament ds. Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa. Co prawda tak skuteczność ustawy jak i Departamentu budziła wątpliwości — byli jednak symbolami, że Litwa o prawa mniejszości narodowych dba. W poniedziałek (10 listopada) rządowy Komitet Planowania Strategicznego zdecydował o odrodzeniu od lipca przyszłego roku Departamentu ds. Mniejszości Narodowych. Było to jedno z haseł przedwyborczych socjaldemokratów i jak dotychczas jedyne z tych dotyczących mniejszości narodowych, które doczeka się realizacji. Wczoraj (12 listopada) zaś liberałowie zorganizowali w parlamencie publiczne konsultacje z przedstawicielami mniejszości narodowych w sprawie projektu Ustawy o mniejszościach narodowych (Ruch Liberałów przed kilkoma tygodniami podjął decyzję o stworzeniu grupy roboczej, która ma przygotować ten projekt). Dosyć powszechnie się uważa, że to nic innego, jak wybieg, trik przedwyborczy w celu zrobieniu sobie pozytywnego piaru na łamach prasy mniejszości narodowych oraz zdobycia głosów nie-Litwinów. I jest to oczywiście prawda, chociaż biorąc pod uwagę, że piarowcy partii ogólnolitewskich nie mają zielonego pojęcia o mediach mniejszości narodowych, nie sądzę, aby ten trik się udał. Podobnie jak nie sądzę, aby wyborcy rzucili się na złamanie karku do urn wyborczych, żeby przegłosować na tych, co im obiecają gruszki na wierzbach lub zwiększają biurokrację. Jednak takie symboliczne gesty są potrzebne, gdyż powoli, ale jednak robią wyłom w myśleniu litewskich elit na temat praw mniejszości narodowych.
poniedziałek, 10 listopada 2014
„Mógłbyś jednym zdaniem podsumować o czym była dzisiejsza dyskusja?” zapytał mnie po czwartkowym spotkaniu w Polskim Klubie Dyskusyjnym z b. wiceministrem kultury, sekretarzem ZPL Edwardem Trusewiczem oraz koncertmistrzem Litewskiej Państwowej Orkiestry Symfonicznej Zbigniewem Lewickim Olek Suchodolski, który na spotkanie się spóźnił. Po dłuższym zastanowieniu się stwierdziłem, że jednym zdaniem nie jestem w stanie tego ująć. „Czyli było tak jak zawsze: dajcie nam więcej forsy, a zrobimy wam kulturę?” — skonstatował Suchodolski. I się pomylił. Nie było tak jak zawsze. Uczestnicy dyskusji praktycznie nie mówili o pieniądzach i nie żądali pieniędzy. W zasadzie jedyne pytanie dotyczące pieniędzy, a raczej stosunku litewskiego Ministerstwa Kultury do finansowania projektów kulturalnych mniejszości narodowych, zadałem Edwardowi Trusewiczowi ja. Uczestnicy natomiast bardziej skoncentrowali się na rozważaniach jak kulturę polską uczynić atrakcyjną, jak zwiększyć popyt na nią oraz czy potrzebna jest edukacja kulturalna. I to jest chyba ta nowa jakość, którą PKD wniósł w polską społeczność na Litwie. Dał trybunę ludziom młodym, mającym zupełnie inne nastawienie, świeże spojrzenie i nowe idee niż zawodowi działacze, którzy bardzo często wierzą, że bez pieniędzy nic nie da się zrobić. A część z nich, że w ogóle nic nie da się zrobić...
czwartek, 06 listopada 2014
Każdego roku, gdy na 1 listopada odwiedzamy groby naszych krewnych w Rudominie, mijamy leżące w południowo-wschodniej części miasteczka, przy turgielskim trakcie, tajemnicze ruiny jakiejś świątyni. Mury z olbrzymich głazów porośnięte krzakami i trawą są wypełnione jakimś romantycznym urokiem. Przyciągają jak magnes. Nie tylko przypadkowych turystów, ale i lokalny margines społeczny, lubiący (sądząc po śladach) upalnym latem w ich cieniu golnąć sobie flaszkę czystej pod niespieszną rozmowę o dziejach minionych miasteczka starszego niż Wilno. I każdego razu te ruiny wywołują w naszej rodzinie dyskusję: czy była to świątynia katolicka, czy — tak jak leżąca w pobliżu cmentarna cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy — prawosławna, a może prawosławna wybudowana na fundamentach katolickiej (zjawisko na Wileńszczyźnie występujące często w okresie zaboru rosyjskiego)? No i co się tej świątyni przytrafiło? Po tegorocznej wyprawie postanowiłem na te pytania odpowiedzieć raz i na zawsze.
poniedziałek, 03 listopada 2014
Ronald Heifetz, guru strategicznego planowania, pewnego razu powiedział: „Najczęstszym błędem współczesnych czasów jest to, że skomplikowane problemy próbuje się rozwiązać najprostszymi sposobami.“ Niewątpliwie problemy związane z realizacją postulatów polskiej mniejszości na Litwie są problemami skomplikowanymi i łatwo nie uda się ich rozwiązać. W dużym stopniu dlatego, że obu stronom wydaje się, iż nawet minimalne ustępstwo będzie katastroficzne w skutkach. W takich sytuacjach niewątpliwie najlepszym rozwiązaniem jest dążenie do tzw. modelu win-win, który zakłada, że wszyscy uczestnicy jakiegoś procesu, odnoszą korzyści, żaden z nich nie przegrywa - wszyscy wychodzą zwycięsko. Wręcz modelowym przykładem win-win, jeśli chodzi o stosunki polsko-litewskie, jest zakończenie pewnego etapu sporu o tzw. tabliczki. Tak jak postulowałem jeszcze przed dwoma laty najpierw minister spraw wewnętrznych zmienił swoje rozporządzenie dotyczące oficjalnego oznakowania ulic, następnie zaś samorządy rejonów wileńskiego i solecznickiego na jego podstawie przy ulicach z polskimi tabliczkami zamieścili słupki z nazwami ulic tylko po litewsku, zaś przedstawiciel rządu w powiecie wileńskim uznał, iż w ten sposób tabliczki z nazwami ulic umieszczone na domach prywatnych przestały być tabliczkami oficjalnymi i odstąpił od karania samorządowców. Decyzje przedstawiciela rządu zatwierdziły sądy. Tak więc tabliczki z polskimi nazwami na domach prywatnych pozostały, ale te oficjalne — na słupkach — są tylko w języku państwowym. I wilk syty, i owce całe. Szkoda tylko że zamiast podkreślać, iż jest to sytuacja w której zwyciężyły obie strony oraz (przede wszystkim) zdrowy rozsądek, obie strony traktują to piarowsko: litewska mówi o tym, że skapitulowały polskie samorządy, polska — że litewski rząd. Gdy tak naprawdę obie strony po prostu poszły po rozum do głowy.
czwartek, 30 października 2014
Tak jak przypuszczałem (m.in. w audycji „Szósty Dzień Tygodnia" mówiłem o tym jeszcze w sierpniu br.) AWPL wystawia w stolicy swoje najcięższe działo — Waldemara Tomaszewskiego. W zasadzie swojego jedynego lidera i jedyną rozpoznawalną osobowość medialną jaką ma. Od samego początku było wiadomo, że tylko Tomaszewski może mieć jakiekolwiek szanse w starciu z Artūrasem Zuokasem czy Remigijusem Šimašiusem. Jarosław Kamiński, wicemer Wilna, który był przez jakiś czas lansowany jako kandydat Akcji Wyborczej jest praktycznie nieznany wyborcom, a wśród tych, którzy go znają — zbyt niepopularny. Do końca nie było jednak wiadomo, czy na kandydowanie zdecyduje się sam Waldemar Tomaszewski. Wszystkie nieoficjalne sondaże zamawiane przez różne partie wskazują, że AWPL straciła sporo głosów w Wilnie po dwóch latach współrządzenia Litwą bez jakichkolwiek namacalnych wyników oraz odejściu z koalicji w atmosferze skandalu. Spora część wilnian nie może np. darować Tomaszewskiemu poświęcenia ministra energetyki Jarosława Niewierowicza w imię osobistych i partyjnych ambicji. Partia może stracić w Wilnie nawet 1/3 głosów. Czy kandydowanie Tomaszewskiego zmobilizuje tych wyborców do ponownego zagłosowania na AWPL? Jeśli nie — byłaby to poważna rysa na jak dotychczas zwycięskim wizerunku lidera polskiej partii.
poniedziałek, 27 października 2014
„Kino litewskie w zasadzie nie istnieje. Od czasu do czasu pojawia się ciekawy film dokumentalny (ostatnio o bitwie pod Grunwaldem), raz do roku jakaś komedia romantyczna (na poziomie absolutnie żenującym)“ — można by długo dyskutować z tym stwierdzeniem Piotra Kępińskiego z „Nowej Europy Wschodniej“, jednak trzeba obiektywnie przyznać, że litewski przemysł filmowy od Hollywood dzielą lata świetlne a Litwa do światowych potęg filmowych nie należy. Nie znaczy to, że Wilno jest całkowicie nie obecne w kinie. Wręcz przeciwnie jest naszego miasta w filmach, zazwyczaj zagranicznych, gdyż na Litwie niestety powstaje ich zazwyczaj zaledwie kilka w ciągu roku, całkiem sporo. Dzieje się tak za sprawą Litewskiego Studia Filmowego z Wilna (Lietuvos kino studija), które świeci coraz większe sukcesy w konkurencji z czeskim Barrandovem. „Defiance” z Danielem Craigiem, „Highlander: The Source” z Adrianem Paulem, serial HBO „Elizabeth I“, który zgarnął nagrodę BAFTA, trzy „Złote Globy” i dziewięć EMMY — to tylko niektóre z filmów, które powstały w Wilnie. Ja bym chciał jednak w tym wpisie wrócić do czasów mego dzieciństwa i opowiedzieć o Wilnie w filmach sowieckich. A trzeba przyznać, że litewska stolica pojawiała się na ekranie sowieckich produkcji filmowych dosyć często. I nie mam tu na myśli filmów kręconych przez litewskich reżyserów. Wilno, Ryga, Tallinn, Lwów bardzo często odgrywały w filmach sowieckich reżyserów zagranicę: Londyn, Paryż, Rzym, Berlin… W Wilnie na przykład kręcono Londyn na potrzeby kultowych „Przygód Sherlocka Holmesa i doktora Watsona” (Приключения Шерлока Холмса и доктора Ватсона) Igora Maslennikowa i Berlin dla „17 mgnień wiosny” (Семнадцать мгновений весны) Tatiany Lioznowej.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
Tagi
stat4u Polityka Wschodnia