Aleksander Vile Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
wtorek, 26 kwietnia 2016
Przed kilkoma dniami (24 kwietnia) Zygmunt Szendzielarz, ps. „Łupaszka", spoczął po 65 lat latach po śmierci na warszawskich Powązkach. Dla jednych bohater, dla innych — morderca. Bo nie ulega żadnej wątpliwości, że „Łupaszka" przez dziewięć lat bohatersko walczył o wolną Polskę. Najpierw z Niemcami, później z Sowietami. Zginął 8 lutego 1951 roku w kazamatach UB na Rakowieckiej. Przez wiele lat jego działalność była objęta klauzulą milczenia, nieprzypadkowo więc stał się jednym z symboli Żołnierzy Wyklętych. Jednocześnie jednak nie ulega wątpliwości, że jego oddziały co najmniej kilkakrotnie uczestniczyły w mordowaniu ludności cywilnej, w tym kobiet i dzieci. Historyk Paweł Rokicki, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN oraz Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, nie ma żadnych wątpliwości, iż te mordy należy uznać za zbrodnie wojenne na ludności cywilnej. Niestety coraz częściej próbuje się „Łupaszkę” bezrefleksyjnie wpisać do panteonu bohaterów narodowych, a klauzula milczenia zaczyna być ponownie stosowana. Tylko teraz w stosunku do wydarzeń obarczających sumienie dowódcy V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Takich jak masakra w Dubinkach. Podobna zresztą klauzula obowiązuje do dziś na Litwie wobec zbrodni kolaborantów niemieckich litewskiego pochodzenia. W tym takich jak mord w Glinciszkach.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
„Prostakowi, lub nawet człowiekowi przeciętnemu, zawsze się wydaje, że filozofowie coś jakby bredzą, a najśmieszniejsze w tym jest to, że ma on rację. Nie mówię, że w każdym przypadku…“ — napisal kiedyś Waldemar Łysiak. Uważam się za człowieka przeciętnego, dlatego z pewnym zrozumiałym niepokojem zabrałem się za czytanie książki „Poszukiwanie optymizmu w epoce pesymizmu” Leonidasa Donskisa i Tomasa Venclovy, która ukazała się w ubiegłym roku w polskim przekładzie staraniami KEW. Wiadomo Tomas Venclova — doskonale polskiemu czytelnikowi znany — to wybitny litewski poeta, pisarz, tłumacz i eseista. Leonidas Donskis — na Litwie jeden z najbardziej rozpoznawalnych uczestników debaty publicznej, w Polsce znany raczej tylko specjalistom — to wybitny filozof, eseista i publicysta. A więc pewnie będą „bredzić”, używać przydługich zdań i słów, których znaczenia bez słownika nie odgadniesz. Tymczasem w rzeczywistości jest książka bardzo przystępnie napisana, ale jednocześnie wartościowa. Ta książka napisana w formie listów Leonidasa Donskisa do Tomasa Venclovy i Tomasa Venclovy do Leonidasa Donskisa stanowi bardzo głęboką i wnikliwą diagnozę sytuacji na świecie na początku XX wieku. „Wiek XXI nie będzie łatwy. W najgorszym wypadku będzie tak samo trudny albo nawet trudniejszy niż wiek XX, choć sądziliśmy, ze groza tego wieku nie może się powtórzyć. (…) Sądzę, że najgorszego przypadku możemy uniknąć, jednak tylko wtedy, jeśli nie zarazimy się duchem przeciwnika” — pisze Tomas Venclova.
czwartek, 14 kwietnia 2016
Przyznaję się bez bicia, że im dalej tym mniej rozumiem logikę postępowania działaczy „tzw. Akcji Wyborczej Polaków na Litwie”. Oto portal internetowy w narodzie zwany lie24 od kilku lat i ustami etatowych komentatorów, i piórem anonimowych społeczników, i klawiatura anonimowych internautów przestrzega, iż „tzw. Polski Klub Dyskusyjny” jest niczym innym jak „wyreżyserowaną farsą”, a Renata Cytacka, Edyta Tamasiunaite, Danuta Narbut, Albert Narwojsz i w ogóle kwiat partyjnego aktywu i tak zjawia się na dyskusji przez ten „liberalny klubik” zorganizowany! Czy oni partyjnych mediów nie czytają? Ktoś w ogóle ich egzaminuje ze znajomości matczasti czy partyjnym ideologom wystarczają same kliki? Co gorsza zjawiają się nie na byle dyskusji na jakiś małoważny temat (np. o oświacie polskiej na Litwie), tylko na spotkaniu z liderem „błękitnych ludzików” vel przewodniczącym Ruchu liberałów Eligijusem Masiulisem i przewodniczącym samorządowego Komitetu Oświaty, Kultury i Sportu Vytautasem Mitalasem. I nie tylko się zjawiają, ale i napędzają „liberalnemu klubikowi” frekwencję, bo tak na oko to właśnie miłościwie nam panujący obrońcy polskości, szkół, języka i religii stanowili połowę obecnych na tym spotkaniu. Masochiści czy co? Bo muszę przyznać, że spotkanie z liderami litewskich liberałów do najciekawszych nie należało. Zresztą w ogóle jak dotychczas żadne ze spotkań z przedstawicielami litewskich partii politycznych — nieważne czy mówimy o socjaldemokratach, konserwatystach czy Waldemarze Tomaszewskim — niczego odkrywczego i przełomowego w polsko-litewski dialog nie wniosło. W zasadzie tekst o spotkaniu z Eligijusem Masiulisem i Vytautasem Mitalasem w PKD mógłbym nawet napisać przed spotkaniem, bo z grubsza wiadomo o czym będą mówili. Niższe podatki, klimat inwestycyjny i, oczywiście, skoro dyskutujemy z Polakami — nazwiska i tabliczki. Zawczasu też wiadomo było o co będą ich pytali uczestnicy spotkania — reorganizacja szkół w Wilnie oraz ujednolicony egzamin z języka litewskiego.
wtorek, 12 kwietnia 2016
W społeczeństwie litewskim budzi się powoli zainteresowanie polską spuścizną Wilna. Książka lewicowego historyka i publicysty Dariusa Pocevičiusa pt. „Sto historycznych reliktów Wilna”, której hucnza i liczna (ponad 60 osób) prezentacja odbyła się u schyłku marca w Polskim Klubie Dyskusyjnym, jest między innymi na to dowodem. Autor nie tylko przedstawia w niej jak były zmieniane, a nawet wypaczane nazwy wileńskich ulic w różnych okresach historycznych. Za czasów władz rosyjskich, litewskich, polskich i niemieckich. Ale opowiada w swojej książce i o innych reliktach historycznych. Tak z czasów carskich, jak i polskich. Dla niego one wszystkie są częścią składową historii Wilna. Ani gorszą, ani lepszą od reliktów litewskich. Właśnie dlatego Darius Pocevičius tak gniewnie potępia wszelkie próby niszczenia, zamazywania polskich śladów w Wilnie i tworzenia pseudoreliktów litewskich. I jego głos — głos nomen omen — anarchisty, a więc również nie najpopularniejszy w mieszczańskim półświatku, trafia do wielu Litwinów. Gdy tymczasem nasze protesty trafiają w próżnię. Po części dlatego, że zazwyczaj ogłaszamy je tylko po polsku i tylko na łamach polskojęzycznych mediów, których nawet sami nie bardzo chcemy czytać i słuchać. Po części dlatego, że brakuje nam osób, których zdanie dla Litwinów miałoby znaczenie.
czwartek, 07 kwietnia 2016

Zawsze mówiłem, że Waldemar Tomaszewski ma niesamowite poczucie humoru. „Nie oczerniamy naszych oponentów” — powiedział podczas konferencji-sprawozdawczo-wyborczej wileńskiego oddziału Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. Gdyby słowa te zostały wypowiedziane nie 1 kwietnia stwierdziłbym, że nasz capo di tutti capi zapada na nieco zbyt wczesną formę sklerozy. Bo jakżesz traktować te niezliczone łatki muchomorów i kundli, które kleją mi i innym polskim publicystom „orle pióra” AWPL na łamach swoich gazet i portali? Jako nagrodę i wyróżnienie? Ja tak i traktuję, ale obawiam się, że nie dla każdego może to być takie oczywiste. No ale wiadomo słowa padły w Prima Aprilis, więc tak też należy je traktować — jako tzw. April fool. Czy tak samo należy traktować zapowiedź o tym, iż na antenie nowopowstałego Radia Wilno — jak twierdza jego twórcy — „będzie wyrażane szerokie spektrum poglądów“ jeszcze się okaże. Słowa te co prawda padły nie w Prima Aprilis, tylko dwa dni później, nie zmienia jednak ten fakt ich nieco żartobliwego wymiaru. Chciałbym się mylić, ale raczej nie po to Waldemar Tomaszewski stworzył swoje własne radio, żeby promować medialnych kundli, liberastów i innych błękitnych ludzików. Niestety bardziej wiarygodne, iż będzie to radiowa wersja pewnego portalu zwanego w narodzie lie24, a szerokie spektrum poglądów prezentowanych na antenie sprowadzi się do dyskusji na temat losu przybyszy ze Żmudzi i polskojęzycznych zdrajców na świętej ziemi wileńskiej: czy należy ich bezzwłocznie rozstrzelać, zgodnie z maksymą wygłoszoną przez Nieomylnego na już wspomnianej konferencji, iż każdy głos na AWPL „jest niczym nabój do karabinu“ (a jak wiemy z Antona Czechowa, jeśli w sztuce na ścianie wisi broń, to koniecznie musi wystrzelić), czy jedynie wypędzić do „historycznej ojczyzny“. W tym przypadku, jak mawiał francuski filozof Claude Adrien Helvetius, znajomość pewnych zasad chroni przed potrzebą znajomości poszczególnych faktów.

środa, 06 kwietnia 2016
Danuta Narbut, Jarosław Tomaszun i Renata Cytacka, działacze Forum Rodziców Szkół Polskich, jak się okazuje są gotowi bronić nie tylko szkół. Wystosowali ostatnio oświadczenie, w którym sprzeciwiają się planom „poszczególnych posłów PiS“ odwołania szefa warszawskiej Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie" Janusza Skolimowskiego. Bo ich zdaniem Janusz Skolimowski „ma dobre rozeznanie w realiach życia codziennego Polaków na Litwie", „jest przykładem rzetelnej pracy na rzecz społeczności polskiej oraz wspaniałej pracy dyplomatycznej", a także „działa uczciwie i przejrzyście". Osobiście mam zupełnie inny pogląd tak na pracę Janusza Skolimowskiego w charakterze ambasadora RP na Litwie, jak i na kwestię przejrzystości działalności kierowanej przez niego Fundacji, ale abstrahując od moich subiektywnych ocen, czy stawanie w obronie byłego pracownika KC PZPR i informatora tajnych służb PRL rzeczywiście jest w interesie Polaków na Litwie? W mojej ocenie do takich oświadczeń naszych działaczy bardziej pasują słowa prezydenta Francji Jaquesa Chiraca, że ktoś „a perdu une bonne occasion de se taire.”
wtorek, 05 kwietnia 2016
„Cytacka zagrożeniem dla bezpieczeństwa Litwy” — obwieściły sensacyjne nagłówki litewskich gazet i portali, gdy w ubiegłym tygodniu opublikowano Raport na temat zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego w roku 2015, przygotowany wspólnie przez Departament Bezpieczeństwa Państwowego (VSD) oraz Drugi Departament Służb Operacyjnych litewskiego Ministerstwa Ochrony Kraju. A nasi bogoojczyźniani komentatorzy usłużnie w ten nurt (co prawda myląc Vaišvilę z Vaišnorasem, ale kto by tam lietuvisami przejmował) wpisali: antypolska nagonka! Sęk w tym, że akurat takiego stwierdzenia na temat Cytackiej w tym raporcie nie ma. Działalność szpiegowska rosyjskich i białoruskich służb specjalnych, bezpieczeństwo cybernetyczne, zagrożenie ze strony islamskich terrorystów i kryzys migracyjny — każdy problem, z którym borykają się kraje zachodnie, został w raporcie szczegółowo omówiony. Za największe zagrożenia dla bezpieczeństwa Litwy uznano rosyjskie ambicje imperialne i agresywną politykę zagraniczną, a także agresywna propaganda i próby podsycania wrogich nastrojów wobec państwa. Natomiast Renata Cytacka została wymieniona tylko raz, bo jej wypowiedzi są czasami wykorzystywane przez kremlowską propagandę w wojnie informacyjnej przeciwko Litwie.
wtorek, 29 marca 2016
Jak tak się przyglądam przepychankom wokół polskich szkół w Wilnie to przypomina mi się stary kawał. Kowalski na budowie biega z pustą taczką w te i we wte. Widząc to kierownik pyta: „Kowalski, a ty co tak z tą pustą taczką latasz?“ „Panie kierowniku — mówi Kowalski – jestem tak zapracowany, że nie ma kiedy załadować.“ Jesteśmy tak zaangażowani w „walkę o polską szkołę“, że nie mamy nawet czasu się zastanowić nad sednem problemu, któremu próbujemy bohatersko podołać. Co więcej — jest coraz trudniej się zorientować w obecnej sytuacji polskich szkół w Wilnie i w naszych żądaniach z nimi związanych. Politycy i media używają na jej określenie lapidarnego skrótu myślowego — likwidacja polskiego szkolnictwa w Wilnie. Bo w ten sposób jest łatwiej trafić do opinii publicznej. „Będziemy stanowczo domagali się akredytacji wszystkich szkół mniejszości narodowych m. Wilna oraz utrzymania istniejących szkół podstawowych i placówek przedszkolnych!" — bardziej konkretnie piszą z kolei w swoim apelu organizatorzy niedawnych wieców. A więc szkoły nie są likwidowane, ale chcemy żeby wszystkie dotychczasowe zostały akredytowane oraz zachowane. Paradoksalnie tak czy inaczej wszystkie i zostaną akredytowane (co nie znaczy że wszystkie dostaną taki status o jaki ubiegają się), a i zamykanie przedszkoli i szkół podstawowych nie jest przewidziane. Więc o co protestującym chodzi? Pomijając niemającą dla Polaków większego znaczenia (polskich prywatnych przedszkoli w Wilnie nie ma, a do samorządowych nie ma kolejek) kwestię przyznania przez stołeczny samorząd 6 milionów euro dotacji prywatnym przedszkolom (100 euro miesięcznej rekompensaty za czynsz na dziecko, uczęszczające do prywatnego przedszkola), którą AWPL uważa za przejaw korupcji, ale która pozwoliła stworzyć w ubiegłym roku 1,5 tysiąca nowych miejsc w przedszkolach, problemy polskiej oświaty w Wilnie sprowadzają się do trzech kwestii.
wtorek, 22 marca 2016
Będąc stanowczym przeciwnikiem Kremla i jego lokalnych popleczników oraz stanowczym przeciwnikiem rusyfikacji, która niestety czyni nadal spore postępy wśród litewskich Polaków, jestem jednocześnie miłośnikiem języka rosyjskiego i kultury rosyjskiej. Szczególnie że mam wśród Rosjan sporo bliskich przyjaciół. Do takich zaliczam np. zespół Spichki. Ładnych kilka lat temu profesor Alfredas Bumblauskas, jeden z największych litewskich autorytetów w dziedzinie historii, w jakimś wywiadzie wyznał, że Litwę na świecie tak na dobrą sprawę znają z dwóch powodów: z pomnika Frankowi Zappie oraz z zespołu Spichki. Oczywiście taka wypowiedź profesora jest swoistą prowokacją, ale Spichki — to niewątpliwie jedna z legend wileńskiego undergroundu, mająca na swoim koncie 7 albumów i setki koncertów. Nie tylko na Litwie, ale także w Polsce, Niemczech, Rosji, Łotwie, Estonii, Czechach. Tym przyjemniej jest mi ogłosić, iż po pięciu latach nieobecności zespół tryumfalnie powrócił na litewską scenę i jak zapowiedział lider kapeli Sława Aleksiejew nie zamierza z niej w najbliższym czasie schodzić. 12 marca w wileńskim klubie „Tamsta” odbył się pierwszy koncert reaktywowanego zespołu, który pokazał, że Wania, Sławik, Graf i Frank nadal są w stanie porwać tłumy. Od najmłodszych dzieciaków po dziadków. W pogującym kotle pod sceną można było spotkać i starych załogantów, i młodzież alternatywną, i szefów działów z różnych ministerstw, i bezrobotnych. Rosjan, Litwinow, Polaków. Bo Spichki zawsze były zespołem, który przełamywał wszelkie stereotypy. Muzyczne, polityczne, subkulturowe, narodowościowe. „Polityka, ideologie nas nie interesują” — zawsze deklarowali.
piątek, 18 marca 2016
Odbył się (17 marca) kolejny wiec protestacyjny pod wileńskim samorządem. Miałby sens (jako dodatkowy argument), gdyby strony prowadziły jakiś dialog, ale takiego dialogu od roku brak. Tak więc w zasadzie nie byłoby niczego w tym wydarzeniu wartego skomentowania, gdyby nie następująca wypowiedź Waldemara Tomaszewskiego: „Dla nas, rdzennych mieszkańców tej ziemi, jest niezrozumiałe, jak mogą przybysze znęcać się nad naszymi dziećmi. Czy możemy sobie wyobrazić sytuację, że ja lub Renata Cytacka zostaniemy wybrani na mera Taurogów, skąd pochodzi mer Šimašius, i będziemy tam zamykali szkoły. Tego nigdy by nie było, bo staramy się pracować sumiennie." Największy niepokoj budzi nie fakt, iż lider AWPL sugeruje, że w Taurogach wybór uczciwego polityka na mera jest niemożliwy, tylko odgrzewanie podziałów na „my” i „oni”, „swoi” i „obcy”, „przybysze” i „rdzenni mieszkańcy”, których Waldemar Tomaszewski starał się ostatnio unikać. Wygląda na to, że z uwagi na zbliżające się wybory sejmowe uznał, iż należy porzucić dotychczasową baśniową narrację, że AWPL już nie jest partią polsko-rosyjską, tylko wszystkich obywateli oraz że coraz więcej Litwinów na nią głosuje, i powrócić do sprawdzonej konfrontacji na tle narodowościowym. Powrócić do haseł doskonale znanych z np. rosyjskich kampanii wyborczych („понаехали тут”, „Москва нерезиновая” itp.). Wilka zawsze do lasu ciągnie, a nacjonalistę do ksenofobicznej retoryki. Szczególnie, że biorąc pod uwagę obecne antyimigranckie nastroje jest szansa że taka narracja doskonale się w nastroje społeczne wpisze. Na Litwie co prawda imigrantów za dnia ze świecą należałoby szukać, ale z braku Irakijczyka, Syryjczyka czy Afgańczyka wszystkie niepowodzenia, zaniedbania i problemy (w tym wynikające z własnych błędów) można przecież spisać i na przybysza z Taurogów, Telsz, Kowna lub Kłajpedy. Ważne, żeby był nie „nasz”.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Tagi
stat4u