Aleksander Vile Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
czwartek, 30 lipca 2015
W ciągu najbliższych dwóch lat Litwa przyjmie 325 uchodźców: 255 z tych, co dziś przebywają w obozach w Grecji i Włoszech, i jeszcze 70 z krajów trzecich. Szczerze mówiąc nie sądzę, żeby dla naszego państwa byłoby jakimś szczególnym ciężarem przyjęcie i 710 imigrantów, jak postulowała w czerwcu br. Komisja Europejska, szczególnie, że wczoraj (29 lipca) litewski rząd podjął decyzję o ewakuacji obywateli litewskich, osób litewskiego pochodzenia oraz członków ich rodzin z Krymu, Donbasu i innych znajdujących się w strefie konfliktu części Ukrainy. Już wcześniej z Ukrainy ewakuowały swoich obywateli i rodaków Polska oraz Czechy. Obie decyzje są słuszne i ciesze się, że do tej drugiej i ja mogłem w jakimś tam niedużym stopniu przyczynić. Jesteśmy winni solidarność krajom Unii Europejskiej, które dziś borykają się z potężną falą nielegalnych imigrantów, bo Unia Europejska to nie tylko prawa (np. do korzystania z pieniędzy funduszy strukturalnych), ale i obowiązki. Jesteśmy winni solidarność osobom, które uciekają przed głodem, wojną, torturami i klęskami żywiołowymi, bo kiedyś tak samo ktoś pomagał nam (np. w okresie powojennym – uciekinierom z sowieckiego raju), a i w każdej naszej rodzinie mamy osoby, które dziś mieszkają lub pracują na imigracji. I jesteśmy winni solidarność naszym współobywatelom, którzy znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji na Ukrainie. Dlatego wkurwiają mnie te wszystkie antyimigranckie fobie, które słyszę w radiu, w telewizji, w prawie każdej rozmowie ze znajomymi, przyjaciółmi, krewnymi. Co gorsza te fobie nieraz na Wileńszczyźnie są rozdmuchiwane przez... kler. A więc przez osoby, które właśnie jako pierwsze powinny by były wyciągnąć do tych nieszczęsnych imigrantów rękę w geście chrześcijańskiego miłosierdzia. Mógłbym wymieniać konkretne przypadki, ale nie chodzi mi o napiętnowanie osób, tylko zwrócenie uwagi na zjawisko. Negatywne i głupie zjawisko.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Po tym jak jeszcze w czasach kampanii samorządowej Waldemar Tomaszewski zapowiedział inwazję „gołubych” (i najwyraźniej nie miał na myśli lotników), pojawienie się na tej lub innej imprezie AWPL koszulek czy jakichś innych homofobicznych gadżetów było tylko kwestią czasu. Jeśli już najwyższy partyjny autorytet zezwolił na rynsztokową retorykę, to dlaczego masy partyjne mają się w swoich „żartach” wysilać na coś więcej niż „prikoł” w stylu oglądanych przez nich Pietrosiana, Zadornowa i innych gwiazd festiwalu rosyjskiego humoru w Jurmale czy jakiegoś innego programu pseudohumorystycznego na jednym z licznych rosyjskich kanałów telewizyjnych. Wypada chyba jedynie cieszyć się, że napis na koszulkach nie był zrobiony cyrylicą oraz użyto tym razem nie rosyjskiego, tylko polskiego wyrażenia slangowego. Bo „pedał” — poza tymi przypadkami, gdy jest używany w sensie technicznym — w języku polskim jest pejoratywnym i ordynarnym określeniem osoby o nietradycyjnej orientacji seksualnej. Dlatego tym dziwaczniej brzmią teraz — gdy i na Litwie, i w Polsce się rozpętała burza medialna, gdy nie tylko organizacje pozarządowe broniące praw człowieka wyraziły swoje oburzenie, ale i Kontroler ds. Równych Możliwości wszczęła dochodzenie, a wileński samorząd rozpocząl śledztwo w sprawie nielegalnego wykorzystania swojego logotypu — wyjaśnienia uczestników zlotu rodzinnego AWPL i liderów partii, o tym, że przecież nic się nie stało, że każdy ma prawo nosić takie koszulki jakie chce, a poza tym istnieją przecież rowery bez pedałów. Jeśli już jesteście takimi kozakami — to bądźcie nimi do końca. Jak Gražulis, Uoka, Čekutis, Panka i cała reszta nacjonalistycznej ferajny. Bo czym tak na dobrą sprawę się różnicie od tych co startują w wyborach pod hasłem „Be žydrų, juodų, raudonų ir be taboro čigonų“ („Bez niebieskich, czarnych, czerwonych i taboru cygańskiego”)?
czwartek, 23 lipca 2015
„Szwedzi, którzy mają spory problem z neonazizmem wśród młodzieży co roku wysyłają do nas kilka tysięcy uczniów ze szkół szwedzkich na „rehabilitację”. Oni mają własny program, własnych przewodników, udostępniamy im jedynie możliwość korzystania z naszej infrastruktury. Myślę, że po wizycie w naszym muzeum wielu z nich zmienia poglądy. Ja zresztą również jestem gotów oprowadzić po byłym KL Stutthof nawet neonazistę, jeśli będzie mnie słuchał, a nie przerywał głupimi uwagami i bredniami. Wierzę, że wizyta w tym miejscu może nawet takie osoby zmienić na lepsze” — powiedział nam Waldemar Szymański, wieloletni przewodnik po Muzeum Stutthof, a obecnie także nieoficjalny piarowiec muzeum. Niestety delegacja Polskiego Klubu Dyskusyjnego była jedną z nielicznych, które odwiedzają w ostatnich latach KL Stutthof, z Litwy. Jest to dziwniejsze, że neonazistów na Litwie nie brakuje, a obóz koncentracyjny w Stutthofie był jednym z tych niemieckich obozów, w których koncentracja Litwinow była największa. Podobno przez blisko 6 lat — był to jeden z pierwszych i najdłużej działających niemieckich obozów koncentracyjnych (utworzony na anektowanych terenach Freie Stadt Danzig, w miejscowości Sztutowo, 36 km od Gdańska, funkcjonował od 2 września 1939 roku do 9 maja 1945 roku) — przez Stutthof przewinęło się blisko 120 tysięcy więźniów, z tego 4 tysięcy stanowili mieszkańcy Litwy. Przede wszystkim Żydzi, ale też Polacy z Wileńszczyzny, księża katoliccy oraz spora grupa litewskiej inteligencji. Był to jeden z tych nielicznych przypadków, gdy osoby tej samej narodowości okazali się po różnych stronach nazistowskiej machiny śmierci — wśród ochraniających KL Stutthof była garstka litewskich esesmanów, zaś wśród więźniów — kwiat litewskiej inteligencji. W z rekonstruowanym krematorium znajduje się nawet pamiątkowa tablica po litewsku i po polsku ku pamięci wszystkich mieszkańców Litwy, niezależnie od narodowości, którzy przebywali lub ponieśli śmierć w Stutthofie. Właśnie przy niej złożyliśmy z kolegami z PKD skromną wiązankę kwiatów.
poniedziałek, 20 lipca 2015
Ryzykując narazić się prawdziwym patridiotom muszę przyznać, że mi te sowieckie rzeźby na Zielonym Moście jakoś specjalnie nie przeszkadzały. Mijając je każdego ranka w drodze do pracy po prostu przestałem je zauważać. Nie wiele więc mię obchodzi rozpoczęte przez władze miejskie usuwanie tych bałwanów, szczególnie że na oryginalnym moście ich nigdy nie było. Bardziej mnie denerwuje, gdy usuwając jedne bałwany próbuje się wpakować nowe. Niewątpliwie jestem zwolennikiem zachowania jak największej liczby zabytków, ale nie jestem purystą architektonicznym. Uważam, że to miasto powinno służyć ludziom, a nie ludzie miastu. Doskonale zdaje sobie sprawę, że czas nie stoi w miejscu, świat się zmienia, a wraz z nim zmienia się i oblicze architektoniczne naszych miast. Należy jednak, w moim przekonaniu, wyraźnie oddzielić zmiany niezbędne dla wygody mieszkańców od zmian, które są wyłącznie wynikiem wybujałych ambicji ich pomysłodawców. Do tych ostatnich zaliczam pomysł stworzenia na wileńskiej ulicy Niemieckiej (Vokiečių) tzw. Alei Gwiazd. Za ten pomysł obecnie baty zbiera mer Wilna Remigijus Šimašius, chociaż został zgłoszony przez muzyków Tomasa Augulisa, Andriusa Mamontovas i szefową PR portalu internetowego delfi.lt Aistė Žilinskienė jeszcze na jesieni ub.r., zaś w lutym br. - a więc jeszcze za rządów Artūrasa Zuokasa — wstępnie przez władze miejskie zaakceptowany. Miasto jedynie zaproponowało przeniesienie tego obiektu z alei Giedymina, o którą zabiegali pomysłodawcy, na ulicę Niemiecką. Pomysł nie wzbudził kontrowersji ani wtedy, gdy został zgłoszony, ani gdy został wstępnie zaakceptowany, aż do czasu, gdy poparcia mu publicznie udzielił nowy włodarz stolicy. Być może dlatego, że pomysłodawcy z tym pomysłem się wówczas zbytnio nie afiszowali, a być może media i opinia publiczna przyglądały się poczynaniom poprzednich władz bardziej pobłażliwie niż obecnych. Zresztą w ogóle ostatnio liberałowie w Wilnie w sensie piarowskim przegrywają na całej linii (wystarczy wspomnieć ostatnia aferę Jakileaks). Tak czy inaczej dobrze się stało, że przynajmniej teraz — zanim zapadły ostateczne decyzje — publiczna dyskusja się rozpoczęła.
piątek, 17 lipca 2015
„Czy znacie jakichś Litwinów, którzy oddali swoje dzieci do szkoły polskiej?” — zapytał Zbigniew Rokita, sekretarz reakcji prestiżowego dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”, współautor książki „Na końcu języka” podczas spotkania z Polskim Klubem Dyskusyjnym, które odbyło się we środę (15 lipca) w miejscu symbolicznym — Rzeczpospolitej Pawłowskiej. Po dłuższym zastanowieniu musieliśmy przyznać, że takie wypadki raczej się nie zdarzają. I to jest chyba odpowiedź na te wszystkie pytania związane z polskich szkolnictwem. Niewątpliwie reorganizacja szkół polskich — szczególnie w Wilnie — to nic przyjemnego. I moim zdaniem — o czym niejednokrotnie pisałem i mówiłem (w tym merowi Remigijusowi Šimašiusowi) — obecne działania władz miejskich są zbyt pośpieszne i źle przygotowane. Decyzje musiały być podjęte, skoro z ich podjęciem zwlekały poprzednie władze, ale można było je lepiej przygotować i lepiej przedyskutować, a nie podejmować na 1,5 miesiąca przed początkiem nowego roku szkolnego. Nie zmienia to faktu, że tak długo jak szkoła polska nie stanie się prestiżową i atrakcyjną, tak długo jak do polskich szkół w Wilnie będzie uczęszczało mniej niż połowa dzieci z polskich rodzin — obecnej sieci szkół nie zachowany. Niezależnie od tego kto będzie rządził miastem czy też jak liczne będą protesty i strajki. Niewątpliwie szkoła powinna być jak najbliższej ucznia i jego miejsca zamieszkania. Bardzo wielu rodziców decyduje się na oddanie swoich pociech do szkoły litewskiej, gdyż mieści się ona obok domu, za drogą, tymczasem do polskiej trzeba zasuwać przez cale miasto. Jednak oznaczałoby to radykalną rekonstrukcję obecnej sieci szkolnej i tworzenie w każdej dzielnicy Wilna szkółek na 50-100 uczniów. Jakie były nakłady finansowe takiej decyzji (które musiałoby ponieść miasto-bankrut), a poza tym czy taka szkółka byłaby w stanie zapewnić odpowiedni poziom nauczania? Zresztą jak słusznie zauważył podczas dyskusji politolog Mariusz Antonowicz: „Do Liceum Wileńskiego, Gimnazjum Jezuitów i gimnazjum żydowskiego dzieci dojeżdżają z całego miasta, a nawet z rejonów. Jeśli polska szkoła osiągnie podobny poziom — nie będzie miała problemu z uczniami i pomieszczeniami”. Właśnie o tym braku atrakcyjności i polskiej szkoły i w ogóle polskości (a bez atrakcyjności polskości nie ma co liczyc na atrakcyjność polskiej szkoły) na Litwie rozmawialiśmy w Pawłowie ze Zbigniewem Rokitą.
poniedziałek, 13 lipca 2015
Wszystko wskazuje na to, że już w najbliższą środę (15 lipca) rada stołecznego samorządu podejmie ostateczną decyzję w sprawie szkoły średniej im. Joachima Lelewela. Kolejną ostateczną decyzję, gdyż przed kilkoma tygodniami liberałowie i konserwatyści przeforsowali decyzję o przekształceniu „Lelewela” w szkolę podstawową. Mimo sprzeciwu społeczności szkolnej i prośby resortu oświaty, aby wstrzymać się jeszcze z podjęciem decyzji. Zwolennicy takiego rozwiązania argumentowali, iż „Lelewel” nie ma szans na akredytacje jako długie gimnazjum. Teraz się okazuje, że jednak szanse są, a nowelizacja prawa oświatowego, którą podpisała w piątek (10 lipca) prezydent daje szkołom dodatkowe dwa lata na akredytację. „Szkołę im. Joachima Lelewela potraktujemy wyjątkowo: placówka jest rozlokowana w dwóch budynkach, w obu gmachach jest wypełniona w 50 proc., dlatego proponujemy, aby przeniosła się na ulicę Minties i zezwalamy na dwuletni okres przejściowy, w ciągu którego szkoła będzie mogła spełnić wszelkie zobowiązania” – oświadczył wicemer z ramienia konserwatystów Valdas Benkunskas. Wygląda to na szantaż w stylu słynnej wypowiedzi Radosława Sikorskiego w Kijowie: „Sign deal or you will all die.” Nie dziwi więc, że „zawsze wierni „Piątce” na to reagują w stylu innej „pasionarii” — Dolores Ibárruri: „Es preferible morir de pie que vivir de rodillas.”
czwartek, 09 lipca 2015
Czytanie Wojciecha Kajtocha — to zawsze przyjemność. Niezależnie od tego, czy się czyta jego wiersze, utwory prozatorskie, recenzje, eseje, artykuły naukowe. Nawet jeśli czas od czasu trzeba sięgnąć po słownik lub przynajmniej Wikipedię, aby zrozumieć wszystkie niuanse terminologiczne. Jednak wydane w roku bieżącym przez Centrum Badań Europy Wschodniej „Szkice polonistyczne-rusycystyczne” — to pozycja, która jest ważna nie tylko i nie tyle z powodów estetycznych. Nie tylko z uwagi na treść, ale i czasy w których się ukazuje. Od czasu wybuchu konfliktu na Ukrainie w pisaniu o Rosji i Rosjanach, ale też o stosunkach polsko-rosyjskich (dotyczy to w takim samym stopniu także stosunków rosyjsko-litewskich) dominuje czarno-biały schemat. Źli vs. Dobrzy. Cywilizacja vs. Barbarzyńcy. Każdy kto na ten podział sie nie zgadza, próbuje Rosję i Rosjan (nie mylić z obecnymi władzami na Kremlu) zrozumieć — natychmiast dostaje przydomek „ватник” i na tym się dyskusja z nim kończy. Bo toczymy WOJNĘ i aby w tej wojnie zwyciężyć, trzeba walczyć skutecznie, zaś aby walczyć skutecznie, trzeba zdehumanizować wroga. Na szczęście obok świata propagandy i rynsztokowych „znawców” tematu, których wylęgarnią są portale społecznościowe i anonimowe fora na portalach internetowych, jest jeszcze świat nauki, w którym powstają książki takie jak „Szkice polonistyczne-rusycystyczne” oparte — jak pisze we wstępie sam prof. Wojciech Kajtoch — „na zdroworozsądkowym założeniu, że kulturowe i mentalne stosunki dwóch narodów: polskiego i rosyjskiego nie mogły i nie mogą być ani tak idealne, jak nam wmawiano, ani tak złe, jak nam się wmawia.” Dziesięć tekstów — esejów i artykułów naukowych — powstawałych w okresie ponad trzydziestu lat, które są dobrą odtrutką na „prawdy" serwowane przez internetowych trolii.
poniedziałek, 06 lipca 2015
Czesław Okińczyc zawsze budził, budzi i chyba jeszcze przez wiele lat będzie budził kontrowersje. Ma swoich zażartych przeciwników i zwolenników. Tych pierwszych dużo więcej niż tych drugich. Dlaczego? „Przy całym swoim wyczuciu politycznym, umiejętności definiowania sytuacji, umiejętności dzielenia rzeczy na ważne i nieważne ma taki prawniczy sposób porządkowania świata. A równocześnie potrafi być bezceremonialny — wygarnie w oczy, co myśli” — mówi przyjaciel Okińczyca Wojciech Wróblewski. To prawda, Okińczyc umie być czasami wkurzająco bezceremonialny, ale mi się jednak wydaje, że ta negatywna ocena jego osoby przez część społeczności wynika w większym stopniu z zazdrości. Bo Czesław Okińczyc jest niewątpliwie człowiekiem sukcesu. Już w czasach sowieckich był wziętym adwokatem, w czasie wybijania się Litwy na niepodległość został jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków polskich na Litwie, sygnatariuszem Aktu Odrodzenia Niepodległej Litwy, wiceprzewodniczącym sejmowego Komitetu Spraw Zagranicznych. Był doradcą wszystkich litewskich prezydentów (z wyjątkiem obecnej), wielu premierów. Stworzył Radio „Znad Wilii”, wydawał gazety. I zarabiał pieniądze. I chyba to ostatnie najbardziej się niektórym nie podoba. Na Wileńszczyźnie bowiem każdy, kto odniósł sukces jest traktowany nieufnie. A już na pewno się oczekuje, że będzie z powodu swojego sukcesu non stop posypywał głowę popiołem, siedział cicho, głaskał wszystkich po głowach i te zarobione pieniądze rozdawał na prawo i lewo wszystkim „potrzebującym”. Okińczyc nie jest jednak człowiekiem, który by dał się zapędzić w taki kozi róg wiecznego przepraszania za sukces. A jakim człowiekiem jest? Na to pytanie próbuje dać odpowiedź książka Witolda Beresia i Jacka Jana Komara pt. „Okińczyc. Wileński autorytet Opowieść o wolnej Litwie”. Książka, w moim odczuciu, nieidealna, nierówna, ale interesująca, warta przeczytania i zmuszająca do zastanowienia się. Z trudem pewnie utoruje sobie drogę pod wileńskie strzechy, skoro już teraz zostało wydane przez miłościwie nam panującą opcję (tę samą, która tak dzielnie walczy z pokusami „ocenzurowania” propagandowych rosyjskich kanałów telewizyjnych na Litwie) ЦУ, żeby Okińczyca z jego książką nie wpuszczać do polskich szkół czy innych instytucji na Wileńszczyźnie.
środa, 01 lipca 2015
Wczoraj (30 czerwca) odbyło się ostatnie posiedzenie sejmowe w sesji wiosennej. Po raz kolejny — tym razem na wniosek partii rządzących — z agendy został skreślony projekt Ustawy o pisowni imion i nazwisk. I chyba… dobrze się stało. Bo najwyraźniej groziła nam powtórka z kwietnia 2010 roku, gdy podczas wizyty w Wilnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego litewski parlament odrzucił projekt Ustawy o pisowni imion i nazwisk. Ten gest Kozakiewicza nabrał w dwa dni później mrocznego symbolizmu, gdy prezydent Lech Kaczyński, orędownik porozumienia polsko-litewskiego, zginął pod Smoleńskiem. Wczoraj na Litwie również przebywał prezydent RP — Bronisław Komorowski, któremu na Uniwersytecie Witolda Wielkiego wręczono tytuł doktora honoris causa. Gdyby podczas jego wizyty odrzucono po raz kolejny ten projekt — a nastroje w Sejmie wskazują, że był to scenariusz możliwy — i tak przecież nienajlepsze stosunki polsko-litewskie zostałyby po raz kolejny i na długo zepsute. Na szczęście jest też wiadomość dobra: Sejm przyjął wczoraj ustawę przekładającą ostateczny termin reorganizacji szkół średnich w gimnazja i szkoły podstawowe na rok 2017. Jeśli nie zostanie zawetowana przez prezydent i jeśli samorzady nie będą forsowaly reorganizacji — polskie szkoły na Wileńszczyźnie dostaną dwa lata na zakończenie akredytacji. Jestem absolutnie przekonany, iż wcześniej czy później kwestie oryginalnej pisowni imion i nazwisk, dwujęzycznych napisów i innych praw etnicznych zostaną na Litwie rozwiązane pozytywnie. Wynika to bowiem z wektora rozwoju ludzkości, a najnowszym przykładem jest decyzja amerykańskiego Sądu Najwyższego (26 czerwca) o legalizacji małżeństw jednopłciowych. Sąd uznał, że konstytucyjne gwarancje sprawiedliwego procesu i równego dostępu obywateli do ochrony prawnej oznaczają, iż poszczególne stany nie mogą zakazać małżeństw tej samej płci. Ta decyzja oznacza, że małżeństwa homoseksualne staną się legalne we wszystkich 50 stanach USA (dotychczas 13 stanów się temu sprzeciwiało). Ta decyzja nie do pomyślenia na Litwie, jak i brak u nas decyzji w sprawie np. pisowni imion i nazwisk, świadczą dobitnie jak daleko jesteśmy za cywilizowanym światem.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Gdy już wydaje się, że mamy sezon ogórkowy, pisać nie ma o czym, a paranoja miłościwie nam panującej jedynie słusznej opcji sięgnęła dna, okazuje się, że to dopiero pierwsza warstwa mułu. Już samo nadanie przez rejon wileński honorowego obywatelstwa Waldemarowi Tomaszewskiemu świadczyło o tym, że źle się dzieje w głowach jego włodarzy, którym się najwyraźniej marzy Korea Północna. Podobnie jak źle się dzieje w głowie samego Waldemara Tomaszewskiego, który to odznaczenie przyjął, naiwnie sądząc, że w ten sposób zatuszuje skandale związane z odejściem AWPL z koalicji rządzącej czy koalicjami wyborczymi z „egzotycznymi” działaczami prokremlowskimi. Ale okazało się, że nawet ten kafkowski pomysł można doprowadzić do absurdalnego, choć w gruncie rzeczy przewidywalnego zakończenia – na uroczystość wręczenia Waldemarowi Tomaszewskiego tytułu honorowego obywatela, która odbyła się w Domu Kultury Polskiej w Wilnie w piątek (26 czerwca), nie wpuszczono dziennikarzy Radia „Znad Wilii”/zw.lt. Ochroniarz zawracał wszystkich, którzy nie mieli zaproszeń. Tak się złożyło, że część dziennikarzy polskich mediów na Litwie ich nie dostała. Jak donosi portal l24 organizatorem imprezy był samorząd rejonu wileńskiego, a więc impreza — jak przypuszczam — została sfinansowana (przynajmniej po części) przez podatników. Nie wpuszczenie więc na nią mediów jest nie tylko dwuznaczne z punktu widzenia etycznego, ale i prawnego. Kogo na takiej imprezie karmić kotlecikiem i poić wódeczką — to oczywiście suwerenny wybór i decyzja organizatorów, jednak nie wpuszczanie mediów na uroczystość wręczania przez władze publiczne osobie publicznej odznaczenia publicznego — to cenzura, której zakazuje artykuł 44 Konstytucji Republiki Litewskiej. I to że nikt z zaproszonych na tę imprezę szanownych gości — dziennikarzy, polityków, dyplomatów, działaczy oświaty i kultury — na ten przejaw censorshit nie zareagował, świadczy tylko o mierności tych, śpiewających Zwykłemu Wielkiemu Człowiekowi niekończącą się hosannę. Następny przystanek — to otwarte listy naszej lokalnej „twórczej inteligencji” do Wilna i Warszawy z prośbą o zakazanie „wrogich” głosów i innych mediów? Nawet jeśli nie, to powoli zaczynam rozumieć tych, co dają sobie spokój z taką polskością - jej pseudoobrońcy i bez pomocy Litwinów wykończą Polaków na Litwie w ciągu dwóch pokoleń...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
Tagi
stat4u