Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
11 października 1899 roku w Afryce Południowej wybuchła wojna. Oddziały Transwalu i Wolnego Państwa Oranje zaatakowały pozycje wojsk brytyjskich i początkowo odniosły kilka istotnych sukcesów militarnych. Ta wojna toczona między Burami a Imperium Brytyjskim przez blisko trzy lata wywołała ogromne zainteresowanie europejskiej opinii publicznej. Relacje z dalekiej Afryki nie schodziły z pierwszych stron gazet. Sympatie większości Europejczyków były po stronie Burów, takiego współczesnego Dawida w obronie swojej niepodległości stawiającego zaciekły opór brytyjskiemu imperialistycznemu Goliatowi. W rzeczywistości sytuacja była dużo bardziej skomplikowana, ale mniejsza o to. Te sympatie przejawiły się nie tylko w organizowano manifestacji poparcia, zbieraniu składek na rannych, wdowy i sieroty, apelowaniu do rządów o podjęcie interwencji dyplomatycznej w celu zakończenia wojny, ale i w czynnym udziale w wojnie. Według różnych ocen od 2 do 6 tysięcy obcokrajowców walczyło w tej wojnie po stronie republik burskich. Byli wśród nich Holendrzy, Niemcy, Francuzi, Włosi, Amerykanie, Irlandczycy, Rosjanie i Polacy. Byli i Litwini. Jeden z rosyjskich ochotników, porucznik 129. Warszawskiego Pułku Rezerwowego Eugeniusz Augustus, po powrocie z Afryki w swoich wspomnieniach pisał, że w rosyjskim oddziale po stronie burskiej walczyło 8 Litwinów spod Kowna (według południowoafrykańskiego badacza Davida Saksa jednym z nich był Jakub Leviton, Żyd spod Szawel, naturalizowany Bur, który dołaczył do burskiej armii jeszcze w czasach rajdu Jamesona i slużył nieprzerwania az do konca II wojny), którzy osiedlili się w Transwalu na rok czy dwa przed wojną. Niestety byli zwykłymi chlopami, więc ich imiona i nazwiska rosyjskiego oficera nie zaciekawiły. W Holendersko-Niemieckim Oddziale Sanitarnym trudnił się lekarz z Wilna, niejaki Łowiczyński. Nieco więcej natomiast wiemy o litewskich Żydach, litwakach, którzy walczyli w burskich komandach.
poniedziałek, 06 sierpnia 2018
To zabrzmi niezbyt skromnie, ale zaryzykuję. Wydaje mi się, że po wielu latach praktyki znam się na prawie i na dziennikarstwie, po części również na public relations. Gdy natomiast oglądam to, co wyprawiają ostatnio Waldemar Tomaszewski, Michał Mackiewicz i ich akolici widzę wyraźnie, że na prawie i dziennikarstwie nasi liderzy znają się minimalnie, a na PR wcale. W maju br. Michał Mackiewicz, prezes Związku Polaków na Litwie i poseł na Sejm RL z ramienia AWPL-ZCHR, został oskarżony o fałszowanie dokumentacji finansowej przy rozliczaniu dotacji z Macierzy. Każdy, kto chociaż raz w życiu przekartkował podręcznik z zakresu public relations wie, jak należało w te sytuacji zachować się – dążyć do zminimalizowania uszczerbku wywołanego przez te informacje. Mackiewicz powinien był podać się do dymisji, ZPL powinien był wymienić całe kierownictwo na nowe osoby o nieskazitelnej reputacji, stworzyć komisje do zbadania sprawy i zaudytowania problemu. Dokładnie w ten sposób zachował się – po aresztowaniu swojego prezesa Eligijusa Masiulisa - Ruch Liberałów i jak wiemy odniósł nieoczekiwany sukces w wyborach parlamentarnych 2016 roku. Liberałom sporo można zarzucić, ale na PR się znają. AWPL-ZChR-ZPL zachował się jednak wbrew wszelkim zasadom PR. Mackiewicz nie tylko nie ustąpił, ale został wybrany na kolejną, bodajże szóstą kadencję, a Waldemar Tomaszewski stanął murem w obronie kamrata i problem, który mógł być zamieciony w oka mgnieniu pod dywan, stał się problemem olbrzymim i rzutującym nie tylko na stosunek wyborców do AWPL-ZChR, ale i na stosunki polsko-litewskie. Co więcej casus Mackiewicza wywołał lawinę kolejnych skandali z udziałem działaczy "niezamieszanej w żadne skandale" partii.
środa, 01 sierpnia 2018
Przed tygodniem napisałem o kolejnej odsłonie egzotycznego sojuszu litewskich i polskich radykałów. Gdy AWPL-ZChR i jej przystawki znajdują się w głębokim kryzysie z uwagi na fałszowanie faktur przez jednego z liderów „zorganizowanej polskiej społeczności na Litwie”, pomocną dłoń wyciągnęli Waldemarowi Tomaszewskiemu litewscy konserwatyści, zgłaszając projekt nowelizacji Ustawy o oświacie i postulując wprowadzenie od 2023 roku w szkołach mniejszości narodowych nauczania 60 proc. przedmiotów w języku litewskim. Pomysł ten wywołał mnóstwo negatywnych komentarzy. Skrytykowali go nie tylko działacze AWPL-ZChR, ale też lider socjaldemokratów Gintautas Paluckas, litewscy historycy i publicyści. Nie zabrakło w tym krytycznym chórze i głosu Polskiego Klubu Dyskusyjnego. „Nie widzę żadnej poważniejszej różnicy pomiędzy Akcja Wyborczą Polaków na Litwie i Polskim Klubem Dyskusyjnym” — napisał poseł na Sejm RL Laurynas Kasčiūnas, po tym jak ja i Mariusz Antonowicz, członkowie zarządu PKD, na łamach litewskiej, polskiej i rosyjskojęzycznej prasy skrytykowaliśmy jego niedorzeczny projekt. Powołując się na doświadczenia putinowskiej Rosji, Kasčiūnas uznał PKD za „systemową opozycję” w rodzaju G.Ziuganowa i W.Żirinowskiego. Po było nie było politologu, nawet jeśli ten politolog to eks-kamrat niejakiego Mindaugasa Murzy, lidera litewskich narodowych radykałów, spodziewałem się jednak bardziej błyskotliwej analizy. Polski Klub Dyskusyjny — moim zdaniem — nie jest ani systemową, ani niesystemową opozycją, ponieważ klub dyskusyjny nie może być opozycją wobec partii politycznej. Partia polityczna walczy o glosy wyborców, władzę, stanowiska, klub dyskusyjny – organizuje dyskusje, wspiera dialog, próbuje przekonywać do swoich racji, na drodze kompromisów i dialogu szukać rozwiązań aktualnych problemów. Jeśli już rozpatrywać PKD w kategoriach opozycji czy alternatywy, to jest on opozycją moralną. Nie fałszuje faktur, nie wzywa do strajków, nie tworzy komitetów wyborczych, tylko próbuje wpływać na politykę za pomocą racjonalnych argumentów. Czasami odnosi sukcesy. PKD próbuje reprezentować coś, co Richard Nixon określił niegdyś jako „the great silent majority”. Tych litewskich Polaków, którzy po prostu milczą. Ludzi, którzy są pozbawieni głosu w publicznym dyskursie, zdominowanym przez krzykliwą mniejszość w rodzaju Tomaszewskiego i Kasčiunasa.
środa, 25 lipca 2018
Gdy przed kilkoma miesiącami krytykowałem łotewską reformę szkolnictwa i prognozowałem, że już wkrótce podobne inicjatywy pojawią się także na Litwie — wielu uważało mnie za niepoprawnego sceptyka, bo przecież reforma na Łotwie uderza tylko w Rosjan, a nie dotyczy szkół polskich. Niestety miałem rację, co potwierdził zgłoszony we wtorek (24 lipca) przez posłów Audroniusa Ažubalisa, Agnė Bilotaitė i Laurynasa Kasčiūnasa poprawek do Ustawy o oświacie. Trzej posłowie, reprezentujący tzw. chadecki, a w rzeczywistości nacjonalistyczne, skrzydło Związku Ojczyzny-Litewskich Chrześcijańskich Demokratów proponują, aby od 2023 roku 60 proc. przedmiotów w szkołach mniejszości narodowych było nauczanych w języku litewskim. Oczywiście, tradycyjnie, wszystko to „z troski o dobro dzieci”. „Dobra znajomość języka państwowego jest kluczem do udanego życia społecznego i zawodowego″ – twierdzi Agnė Bilotaitė. Oczywiście, że tak! Wątpię, że istnieje na Litwie choćby jeden Polak czy Rosjanin, który byłby odmiennego zdania. Wszyscy chcemy znać język litewski jak najlepiej. I znamy. Ba, coraz częściej posługujemy się nim dużo lepiej niż swoim językiem ojczystym! Tak, twórcy projektu słusznie zwracają uwagę na to, że wyniki ujednoliconego egzaminu z języka państwowego maturzystów ze szkół litewskich i szkół mniejszości narodowych się różnią. Wyniki Polaków i Rosjan są nieco gorsze niż wyniki Litwinów, ale wynika to nie z tego, że w szkołach mniejszości narodowych za mało przedmiotów się naucza po litewsku, tylko z faktu, iż ujednolicona matura z litewskiego została wprowadzona bez odpowiedniego okresu przygotowawczego! Brakuje podręczników, brakuje nauczycieli, brakuje metodyk nauczania. Poza tym dopiero w ubiegłym roku szkolnym zostało ujednolicone nauczanie języka litewskiego w klasach początkowych w szkołach litewskich i mniejszości narodowych, a więc dopiero za 12 lat, w roku 2030, będziemy mogli powiedzieć, czy obecny system nauczania języka litewskiego w szkołach mniejszości narodowych się sprawdza, czy potrzebuje zmian. O co zatem chodzi konserwatystom?
wtorek, 24 lipca 2018
Ładnych kilkanaście lat temu przekraczałem pewnego razu granicę izraelsko-jordańską. Jordańscy pogranicznicy nigdzie się nie spieszyli, więc to trwało i trwało, a ja stałem cierpliwie w kolejce, w prażącym niemiłosiernie arabskim słońcu. Aż naraz usłyszałem wołanie: "Aleksandrai!" I zobaczyłem dwie... starsze panie biegnące w moją stronę. Okazało się, że to dwie emerytki z Litwy, które spotkałem rok wcześniej w... Libii! Przypomniała mi się ta historia podczas summitu "Wileńszczyzna 2040", który odbył się u schyłku czerwca w podwileńskich Glinciszkach z inicjatywy Polskiego Klubu Dyskusyjnego. Uczestnicy zastanawiali się m.in. nad kierunkami rozwoju polskości na Litwie na najbliższe 20 lat, a jeden z paneli dyskusyjnych był poświęcony społecznemu i gospodarczemu rozwojowi Wileńszczyzny oraz tzw. srebrnej gospodarce. Nie ulega bowiem wątpliwości, iż im bardziej zamożna będzie Wileńszczyzna, tym bardziej wykształceni, zadowoleni i świadomi będą jej mieszkańcy, w tym też świadomi swojej polskiej tożsamości. W chwili obecnej trudno nam prognozować, jak będzie wyglądała gospodarka Litwy za kilkadziesiąt lat. Jednego jednak możemy być niestety pewni – tendencje demograficzne są nieubłagalne. Obecnie na Wileńszczyźnie (bez Wilna) mieszka około 200 tysięcy mieszkańców, w roku 2040 będzie nas już zaledwie 140 tysięcy, a 60 proc. tej populacji będą stanowiły osoby powyżej 60 roku życia. W tej sytuacji alternatywą może być rozwój tzw. srebrnej gospodarki, czyli sektora usług dla seniorów. To zabrzmi paradoksalnie — szczególnie uwzględniając wysokość emerytur dzisiejszych litewskich emerytów — ale za kilkadziesiąt lat to w tym sektorze będą się kręciły miliardy euro. Po pierwsze, dlatego, że litewskie emerytury powoli, ale konsekwentnie wzrastają. Po drugie, dlatego, że mniej więcej w okolicach 2040 roku na Litwę zaczną wracać emeryci z Anglii, Niemiec, Norwegii i Irlandii, którzy wyemigrowali za chlebem po wejściu Litwy do Unii Europejskiej. Po trzecie, jeśli przedstawimy ofertę usług odpowiedniej jakości – jesteśmy w stanie przyciągnąć emerytów i z innych krajów UE. Po czwarte, bo emeryci się zmienili i dziś są coraz bardziej atrakcyjnym konsumentem. Podróżują, uczą się i kształcą się. Jak te moje znajome podróżniczki spod Akaby.
środa, 18 lipca 2018
Canarinhos nie zostali mistrzami świata, ale byli niewątpliwie jedną z gwiazd Mundialu w Rosji, a w szeregach reprezentacji Brazylii błyszczał Paulinho. Przeciwko Serbii zdobył nawet gola na 1:0. Niewielu jednak wie, że swoją karierę piłkarską rozpoczął… na Litwie. W już nieistniejącym klubie piłkarskim FK Vilnius. I nie wspomina pobytu w naszym kraju najlepiej. „Na początku, gdy przybyłem do Wilna wszystko układało się wspaniale. Piękne miasto, pełne starych budynków, jakie widziałem tylko w filmach. Pewnego dnia szedłem po mieście z jednym z moich kolegów, Rodneiem. Podeszła do nas bardzo agresywna grupa ludzi. Zaczęli naśladować małpy i nękać nas. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłem rasizmu. I niestety nie był to jedyny raz. Na ulicach ludzie wpadali na nas, próbując nas sprowokować. Podczas meczów fani naśladowali odgłosy małp i rzucali w nas monetami. To było obrzydliwe uczucie” - wspomina Paulinho w wywiadzie dla „The Players Tribune“. Po roku opuścił Wilno i przeniósł się do Polski. Tam również długo miejsca nie zagrzał, gdyż nie mógł sobie poradzić z depresja, której nabawił na Litwie, i wrócił do ojczyzny. W ubiegłym roku przeszedł z Chin do legendarnej Barcelony, a koszt transferu opiewał na 40 milionów euro… Państwo litewskie co roku pakuje grube miliony w promocję naszego kraju zagranicą. Wypada się cieszyć, że poczytne zachodnie gazety, czasopisma i portale coraz częściej wciągają Wilno, Kowno, Kłajpedę i inne litewskie miasta i miasteczka na listę miejsc, które należy obowiązkowo odwiedzić. Jednak trzeba też przyznać, że najlepszą reklamą są ludzie, którzy wrócili z Litwy zadowoleni i szczęśliwi. Szczególnie ludzie, których głos coś w dzisiejszym świecie znaczy. Jedna wypowiedź Paulinho o rasizmie Litwinów niweluje całą mozolnie tworzoną kampanię promocyjną Państwowego Departamentu Turystyki czy Invest Lithuania. Tak więc w gruncie rzeczy to każdy z nas jest ambasadorem swojego kraju, miasta, narodu. Nawet jeśli nigdy nie był poza granicami Litwy.
poniedziałek, 02 lipca 2018
„Nie wiem dotychczas: żartował czy mówił poważnie (…) gdy zjawiłem się u niego na wysokim piętrze bloku w centrum Gdyni i usłyszałem, że za wywiad będę musiał zapłacić” – pisze znany wileński dziennikarz Tadeusz Tomaszewski w książce „Wracając do Wilna” o swoim spotkaniu z Franciszkiem Walickim. Gdy czytałem wywiad, który powstał w wyniku tego spotkania – miałem w głowie to samo pytanie. Historie tego niesamowitego działacza kulturalnego, autora piosenek, dziennikarza i impresaria, są bowiem tak niesamowite, że trudno się oprzeć wrażeniu, iż konfabuluje. Pływał po Karaibach na „Darze Pomorza”, ilustrował felietony Leopolda Tyrmanda, grał w drugiej reprezentacji Litwy w koszykówce, ożenił się z Żydówką i w 1941 roku udał się wraz z nią do getta wileńskiego. Uciekł. Ukrył się w Zakopanem i ponownie trafił w ręce Niemców. I ponownie uciekł… A to zaledwie ułamek, kilkanaście pierwszych, powiązanych z Wilnem lat długiego życia Franciszka Walickiego. I w zasadzie jeśli nie każdy, to co drugi życiorys z 21 rozmówców Tadeusza Tomaszewskiego mógłby zostać kanwą filmu sensacyjnego. „Wracając do Wilna” – zbiór fachowo przeprowadzonych i literacko opracowanych przez Tadeusza Tomaszewskiego wywiadów radiowych z byłymi Wilniukami czyta się jednym tchem, jak książkę przygodową. Te wspomnienia bardzo różnych osób, których łączy tylko czas i miejsce - początek XX wieku w Wilnie – to chyba jedna z najciekawszych pozycji książkowych na temat Wilna jaka ukazała się w tym roku. I nie jest to tylko moja opinia – wszak książkę wydało zasłużone i prestiżowe polskie wydawnictwo „Czytelnik”, a nie któraś z marginesowych oficyn wydawniczych, specjalizujących się w drukowaniu „dzieł” kresowych grafomanów. Jak żartuje sam Tadeusz Tomaszewski – umowę z tym wydawnictwem podpisał siedząc w tym samym fotelu, co przed laty Jarosław Iwaszkiewicz. A może mówi poważnie?...
poniedziałek, 25 czerwca 2018
Czy możemy wyobrazić sobie, jak będą wyglądali świat, Litwa, Wileńszczyzna za 20 lat? I tak, i nie. Z jednej strony możemy z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć tendencje demograficzne, z innej — nie jesteśmy w stanie przewidzieć zmian technologicznych. Niewątpliwie jednak możemy spróbować nakreślić przynajmniej wizję, zarys świata, w którym chcielibyśmy żyć lub w którym chcielibyśmy, żeby żyli nasi dzieci i wnuki. W 2012 roku litewski Sejm zatwierdził Strategię Postępu Państwowego „Litwa 2030”, w której oparł wizję Litwy z 2030 roku na trzech „wielorybach”: inteligentnej ekonomice, inteligentnym zarządzaniu i inteligentnym społeczeństwie. W 2015 roku nieformalna grupa związana z Kongresem Polaków w Republice Czeskiej stworzyła strategię zachowania i rozwoju polskości na Zaolziu pt. „Wizja 2035”. Na Litwie wiemy, że polskość powoli się kurczy, z każdym rokiem jest coraz mniej Polaków i coraz mniej osób władających językiem polskim, jednak nadal nie mamy żadnej strategii przeciwstawienia się tym negatywnym tendencjom. Jest jednak szansa, że sytuacja się niedługo zmieni. W ubiegły weekend Polski Klub Dyskusyjny zorganizował w podwileńskich Glinciszkach summit polskich działaczy, ekspertów, naukowców, dziennikarzy i przedsiębiorców z Wileńszczyzny, w celu opracowania strategii zachowania i rozwoju polskości na Litwie do roku 2040. W spotkaniu wzięło udział ponad 40 osób (m.in. prezes Polsko-Litewskiej Izby Handlowej Jarosław Niewierowicz, przewodniczący Związku Harcerstwa Polskiego na Litwie Paweł Giliauskas, szefowa Europejskiej Fundacji Praw Człowieka Ewelina Dobrowolska, dyrektor Instytutu Badań Rynku Pracy prof. Bogusław Grużewski), jeszcze około 15-20 nie było w stanie — z różnych przyczyn (urlopy, uroczystości rodzinne, wyjazdy służbowe) — przyjechać w ten letni weekend do Glinciszek, ale zadeklarowało swój udział w projekcie na jego dalszych etapach. Inicjatorzy mają nadzieję, że w roku 2020 z ich pomocą uda się stworzyć dokument strategiczny, przedstawiający tak status quo polskiego stanu posiadania na Wileńszczyźnie jak i długofalowe cele oraz kierunki jego zmiany, i przedstawić go wszystkim liczącym się partiom politycznym na Litwie: od AWPL-ZChR po socjaldemokratów. Być może w całej objętości przez żadną siłę polityczna nie zostanie zaakceptowany, ale nawet jego częściowa realizacja byłaby milowym krokiem do przodu.
piątek, 22 czerwca 2018
Poseł Zbigniew Jedziński pełni w AWPL-ZChR rolę, którą w putinowskiej roli pełni Władimir Żyrinowskij. Mówi i proponuje to, co Waldemar Tomaszewski ma na myśli, ale co nie wypada mu wyartykułować we własnym zakresie: aborcja, agenci KGB, banderowski Majdan… Jak opinia publiczna przyjmie inicjatywę dobrze – to i tak Wódz zapisze sukces na własne konto, jak nie — to spisze porażkę na konto Jedzińskiego. Pomysł ustawy antyaborcyjnej trochę się ostatnio skompromitował, gdy jeden z najbardziej zacietrzewionych jego zwolenników i sojuszników AWPL-ZChR w litewskim parlamencie poseł Petras Gražulis zrobił nieślubne dziecko pewnej kobiecie z Połągi i wydało się, że namawiał ją do usunięcia ciąży. Więc we czwartek (21 czerwca) litewski parlament (głosami m.in. byłych aparatczyków CK KPL, którzy z KGB nie tylko współpracowali całkiem jawnie, ale i tę organizacje nadzorowali) w pierwszym czytaniu poparł inny pomysł Zbigniewa Jedzińskiego - projekt upublicznienia imion i nazwisk wszystkich pracowników i współpracowników KGB. Paradoksalnie jeszcze 7 lat temu Waldemar Tomaszewski bardzo chętnie kagiebistów zatrudniał i wciągał na listy wyborcze, argumentując: „Przestańmy szukać jakichś upiorów z przeszłości." Tylko krowa nie zmienia poglądów?… Na pierwszy rzut oka projekt Jedzińskiego wygląda rewelacyjnie: cóż może bowiem być lepszego niż przejrzystość, a ujawnienie imion i nazwisk kagiebistów tę przejrzystość zwiększa?… Tylko mam nieodparte wrażenie, że jest to nic innego jak temat zastępczy. Bądźmy szczerzy – polski i rosyjski wyborca nie głosuje na Tomaszewskiego, Mackiewicza i Jedzińskiego z uwagi na ich pomysły lustracyjne czy antyaborcyjne, tylko w celu rozwiązania problemów mniejszości narodowych. Jednak w tej akurat dziedzinie niewiele się dzieje, a od posłów AWPL-ZChR więcej inicjatywy ustawodawczej przejawiają np. socjaldemokraci Gintautasa Paluckasa. Potrzebny więc temat zastępczy, który pokazałby wyborcom burzliwą aktywność ustawodawczą AWPL-ZChR. A raczej – imitację tej burzliwej działalności.
wtorek, 19 czerwca 2018
Wszystkie dane statystyczne wskazują, że polskość na Litwie się kurczy. Powoli, ale nieuchronnie. Jak wynika z powszechnego spisu ludności z roku 2011, Polacy nadal są największą mniejszością narodową na Litwie. Oficjalnie jest nas na Litwie 6,6 proc., ale w ciągu dziesięciolecia odsetek Polaków na Litwie spadł o 14,8 proc. Oznacza to, że w roku 2011 na Litwie było nas o 34 tysiące mniej niż w roku 2001. Dzisiaj, jak szacuje litewski Departament Statystyki, jest nas na Litwie już dużo mniej niż 200 tysięcy. Jednocześnie spada i popularność języka polskiego wśród Polaków. Jak wynika z danych spisu powszechnego z roku 2011 tylko dla 79 proc. litewskich Polaków język polski jest językiem ojczystym. W latach 2001-2011 o 20 proc. wzrosła liczba litewskich Polaków uważających język litewski za język ojczysty. I o tych samych 20 proc. wzrosła liczba Polaków uważających za swój język ojczysty język rosyjski. Według badań Uniwersytetu Wileńskiego 26 proc. litewskich Polaków za prestiżowy uważa język litewski, 17 proc. - rosyjski, język polski – tylko 8 proc. Nie czas i nie miejsce, żeby się rozwodzić nad jakością naszej wileńskiej polszczyzny, ale warto przypomnieć, że z badań polonistów Wileńskiego Uniwersytetu Pedagogicznego wynika, iż w latach 1996-2006 liczba rusycyzmów w gwarze polskiej młodzieży na Litwie wzrosła o 10 proc.! Ktoś powie, że zanikanie języków mniejszościowych jest naturalną tendencją. W ciągu ostatniego stulecia w Europie zniknęło kilka języków (jednym z ostatnich był manx gallic z wyspy Man, który zniknął w roku 1974 wraz ze śmiercią ostatniej osoby nim mówiącej). Blisko 100 ze 15o europejskich języków jest dziś zagrożona, wieloma z tych języków mówi zaledwie kilkanaście lub kilkaset osób. Jednak są i przykłady budujące, gdy język wymierający się odrodził. Takim przykładem jest m.in. Cymraeg.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77