Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
środa, 06 grudnia 2017
Czy w litewskich urzędach możliwa jest obsługa interesantów w języku polskim? Ci, którym sen z ich endeckich powiek spędza widmo polsko-litewskiego resetu, twierdzą, że nie. Rzeczywistość, o czym pisałem niejednokrotnie, jest bardziej skomplikowana, ale generalnie zadająca kłam twierdzeniom miłośników fotek ze swastyka w tle i innych narodowych ufonautów. W sensie prawnym możliwości obsługi interesantów w języku polskim są stworzone. Zgodnie ze znowelizowanymi przed miesiącem (poprzednia wersja tego aktu prawnego też zreszta podobna możliwość przewidywała) Zasadami rozpatrywania podań i skarg oraz obsługi osób w podmiotach administrowania publicznego, zatwierdzonymi uchwałą nr 875 Rządu Republiki Litewskiej z dnia 22 sierpnia 2007 roku, osoby mają prawo ustne podanie do instytucji państwowej lub samorządowej złożyć w języku, który jest zrozumiały tak dla interesanta, jak i obsługującego go urzędnika. W przypadku gdy interesant nie zna języka litewskiego, a instytucja nie posiada pracownika, który mógłby z nim obcować w języku dla niego zrozumiałym, powinien uczestniczyć tłumacz. Tłumacza zapewnia interesant, chyba że instytucja postanowi inaczej (pkt 12). Podania pisemne są składane w języku litewskim (pkt 13), jednak kierownik instytucji może ustanowić — uwzględniając zapotrzebowanie społeczne oraz kompetencje językowe swoich pracowników — i inne języki, w których mogą być składane podania pisemne (pkt 15). Zgodnie z artykułem 14 część 1 Ustawy o administrowaniu publicznym zasady zatwierdzone przez rząd obowiązują wszystkie podmioty administrowania publicznego, wszystkie instytucje państwowe i samorządowe.
czwartek, 16 listopada 2017
Zacząłem pisać bloga mniej więcej przed siedmioma laty. I przez wszystkie wpisy (a obecny jest już 724) – czasami bezpośrednio, czasami między wierszami – przewija się myśl, że możliwa jest inna Wileńszczyzna niż ta obecna. To hasło wywołuje paroksyzmy nienawiści u zwolenników jedynie słusznej opcji, jest powodem do drwin wierszokletów-grafomanów, a ja mimo to nadal wierzę, że możliwa jest Wileńszczyzna demokratyczna, tolerancyjna, wielonarodowa, wielojęzykowa, zamożna. Nie twierdzę jednak, że nastanie jutro. Zima – jak mawiają bohaterzy filmu „Game of thrones” – będzie długa. W psychologii taki dualizm nazywany jest paradoksem Stockdale’a. James „Jim" Stockdale był amerykańskim pilotem wojskowym, który brał udział w wojnie wietnamskiej. W 1965 roku jego samolot został zestrzelony, a sam Stockdale trafił do tzw. Hiltonu – najkoszmarniejszego z północnowietnamskich obozów jenieckich. Amerykanów w tym obozie torturowano. Wielu umarło. Stockdale przeżył i po czterech latach wrócił do USA jako bohater narodowy. Gdy pytano go, kto nie przeżył, z rozbrajająca szczerością odpowiadał: „Optymiści. Mówili mi: „Stary, nie byłeś na szkoleniach z pozytywnego myślenia? Wizualizuj, że nas wyzwalają i to się spełni. Jeszcze na Święta Bożego Narodzenia będziemy w domu!” Minęły Święta Bożego Narodzenia a oni nadal byli w obozie, więc mówili: „Wyzwolą nas na Wielkanoc." Minęła Wielkanoc, a oni nadal byli w obozie, więc oczekiwali wyzwolenia na Dzień Dziękczynienia. I znów nic. Wtedy wielu z nich się załamało i zmarło." Tymczasem Stockdale w rozmowach ze współwięźniami podkreślał, że „na pewno nas wyzwolą", jednak jednocześnie należy być przygotowanym do konfrontacji z najbrutalniejszymi faktami obecnej rzeczywistości, która może trwać bardzo długo. Mam dla Was tę samą radę.
wtorek, 14 listopada 2017
Jeśli Wilno znowu chce być miastem ważnym, rzec można imperialnym, powinno integrować w sobie wszelkie naracje. Nie tylko litewską, ale też polską, żydowską, białoruską. To chyba najważniejszy wniosek, jaki się wyłonił podczas obrad konferencji zorganizowanej przez Klub Wileński w ubiegły czwartek (9 listopada). Klub Wileński, założona jeszcze w 1998 roku organizacja, nawiązująca stylem i tradycjami do klubów brytyjskich i jednocząca wpływowych Wilnian: lekarzy, adwokatów, przedsiebiorców., rozpoczął tą konferencję dyskusję, która ma znaleźć odpowiedź na pytanie, czym jest tożsamość wileńska. Odczyty wygłosili m.in. arcybiskup wileński Gintaras Grušas, historyk Zenonas Norkus, polityk Darius Kuolys, publicysta Rimvydas Valatka, językoznawczyni Loreta Vaicekauskienė. Mój natomiast odczyt dotyczył polskiej spuścizny Wilna i jej znaczenia dla współczesnej wileńskiej tożsamości. Poniżej przedstawiam skrótową (bardzo skrótową) jego wersję.
środa, 08 listopada 2017
O tym, iż Polacy na Litwie nie są żadnym monolitem, wie każdy, kto na Wileńszczyźnie mieszka, czytuje lokalne polskojęzyczne media, rozmawia z polskimi działaczami lub zwykłymi Polakami z Wilna. Zgadzając się ze sobą, co do celów (dla wszystkich Polaków na Litwie celem nadrzędnym jest zachowanie i rozwój polskości oraz dobrych relacji z Polską), różne osoby i środowiska różnie widzą taktykę i strategię ich realizacji. Jednak przez kilka ostatnich lat ten bezsporny fakt był przez decydentów i w Wilnie, i w Warszawie ignorowany. Wszystkim było łatwiej uznać, iż jedynym reprezentantem polskiej mniejszości na Litwie jest Waldemar Tomaszewski i tylko z nim (w przypadku Warszawy) należy rozmawiać i na wszelkie sposoby monolit AWPL-ZPL cementować lub też (w przypadku Wilna) rozmawiać nie należy. Ostatnio się sytuacja zaczyna się jednak zmieniać na lepsze. Wśród litewskiego establishmentu rośnie zrozumienie, iż Polacy na Litwie mają nie tylko AWPL-ZPL, ale i wiele grup opozycyjnych wobec „jedynie słusznej opcji” lub pośrednich, z którymi można i warto dyskutować. Podobny proces zachodzi i w Warszawie, czego dowodem słowa, które padły z ust szefa gabinetu politycznego prezydenta RP Andrzeja Dudy Krzysztofa Szczerskiego w wywiadzie dla „Nowej Konfederacji”: „(…) prowadząc politykę względem Polaków na Litwie musimy pamiętać o zróżnicowaniu tamtejszej społeczności polskiej. Istnieją przynajmniej trzy grupy Polaków na Litwie i każda z nich posiada odmienną strategię działania, podczas gdy do polskich mediów przebijają się głównie emocje czy argumenty jednej z tych grup. Podczas diagnozy sytuacji Polaków na Litwie warto wystrzegać się stereotypów i uproszczonych schematów.” Mnie się wydaje, że na Wileńszczyźnie de facto istnieją tylko dwie liczące się grupy Polaków: betonowi żołnierze Wodza i bardziej liberalne skrzydło (rekrutujące się tak ze zwolenników AWPL-ZChR, jak i ze środowisk wobec AWPL-ZChR opozycyjnych). Gdyż lokalnych endeków, jak i totalną opozycję a la Maciejkianiec, należy raczej uznać po prostu za folklor, jeśli nie za szkodników. Krzysztof Szczerski podkreśla również, iż „polski minister nie może dokonywać wyboru i ma obowiązek spotykać się ze wszystkimi” polskimi środowiskami na Litwie. I ostatnio widzimy, że są to nie tylko słowa, ale i czyny.
poniedziałek, 30 października 2017
Piątek. Noc. Wileński klub „nArauti”. Na scenie Will’n’Ska świętuje swoje piąte urodziny i prezentuje swój debiutancki krążek „1A”. Stoimy razem z kilkoma starymi punkowcami z fali lat 90. Przyglądamy się fantastycznemu pogo pod sceną. Z pogo wyrośliśmy, z punku – jeszcze nie. „Kurcze, chłopaki wymiatają jak Dr.Green!” – nieoczekiwanie stwierdza mój sąsiad. „Fakt. Pokolenia się zmieniają, a punk pozostaje wciąż taki sam!” – zgadza się z nim drugi punkowy „dziadek”. I to chyba najlepsza recenzja tej punkowej feerii, którą zafundował sztandarowy, przełomowy i jedyny polski zespół ska-punkowy na Litwie. Will’n’Ska gra z każdym koncertem coraz lepiej, coraz bardziej rasowo, coraz profesjonalniej. To nie są komplementy – mnie Will’n’Ska podobała się już wtedy, gdy pięć lat temu weszli na „scenę” Baru Wszystkich Świętych i walnęli „Pierwszy Autobus” oraz kilka coverów – tylko konstatacja faktu. Jeśli na początku ich kariery każdy utwór był w innym stylu, zdradzał różne fascynacje różnych członków zespołu – od The Beatles, Black Sabbath po Leningrad i Billy Idola – to z każdym kolejnym utworem są coraz bliżej wypracowania swojego własnego, rozpoznawalnego stylu. I najlepszym tego świadectwem jest debiutancki album „1A”.
czwartek, 26 października 2017
„Jeżeli mer nie ufa wyznaczonemu przez siebie dyrektorowi administracji, a mer został wybrany w wyborach bezpośrednich, popieramy stanowisko mera” – uważa Edyta Tamošiūnaitė, wicemer Wilna z ramienia wciąż jeszcze formalnie opozycyjnej AWPL-ZChR. Poszło o wczorajsze (25 października) głosowanie w sprawie odwołania dyrektor administracji samorządowej Wilna Almy Vaitkunskienė, które mer Wilna przegrał 24:23. Wcześniej bezpośredni wybór Remigijusa Šimašiusa wcale nie przeszkadzał radnym AWPL-ZChR w kontestowaniu każdej jego inicjatywy. I oto od kilku tygodni mamy zupełnie nową, alternatywna wręcz rzec można, rzeczywistość. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki umilkli dyżurni trolle, nie widać na łamach lie24 i „Tygodnika Wileńszczyzny” elaboratów Tadeusza Andrzejewskiego i Bogusława Rogalskiego o „polakożerczych i skorumpowanych liberałach” i „antypolskim Szymaszoidzie”. Dziś chyba nawet ja – liberasta i tolerasta według nomenklatury miłościwie Wileńszczyźnie panującej opcji – jestem wobec poszczególnych działań Šimašiusa i Co. bardziej krytyczny niż AWPL-ZChR i jego „orle pióra”. W 1939 roku prezydent USA Franklin Delano Roosevelt zapytany o stosunek administracji Białego Domu do krwawego nikaraguańskiego dyktatora Anastasio Samozy Garcii, bez owijanie w bawełnę odparł: „Somoza may be a son of a bitch, but he’s our son of a bitch.” I zaprosił Somozę do Białego Domu, ten z kolei odwdzięczył się przyszłemu przyjacielowi Stalina nazywając jedną z centralnych ulic managuańskich Aleją Roosevelta. Słowa Roosevelta stały się podręcznikową prawdą politologiczną, która najwyraźniej sprawdza się i na Litwie, i na Wileńszczyźnie. Wystarczyło jedno stanowisko, a „polakożerca” stał się „naszym polakożercą”. Zresztą to działa i w drugą stronę - przed dwoma laty Šimašius przysięgał na Hayeka i von Misesa, że z „AWPL i Zuokasem nigdy przenigdy koalicji nie stworzy", a teraz Tomaszewski stał się w jego oczach uczciwym i poszukiwanym partnerem koalicyjnym…
wtorek, 24 października 2017
„Grass” po angielsku oznacza trawę, „roots” — korzenie. W marketingu politycznym terminem „grassroots” określa się autentyczne, spontaniczne ruchy obywatelskie, wskazując na to, iż jak trawa wyrastają samoistnie. Przeciwieństwem ruchów typu grassroots jest zjawisko astroturfingu, który nazwa pochodzi od nazwy największego amerykańskiego producenta sztucznych trawników firmy Astro Turf. Protesty czy akcje typu astroturfing jedynie symulują obywatelskość i spontaniczność w rzeczywistości będąc jedynie dobrze zaplanowaną, zorganizowana i opłaconą akcją polityczną. A jego nieodłączną pochodną są wojny internetowych trolli. Czy zauważyliście Państwo, że w polskojęzycznych mediach na Litwie pod każdym wpisem dotyczącym jakiegoś bardziej skomplikowanego problemu lub – nie daj Boże! – krytycznego wobec włodarzy Wileńszczyzny, natychmiast pojawia się mnóstwo anonimowych komentarzy wyzywających autora tekstu lub wypowiedzi od zdrajców, masonów, liberastów, lewaków? Wbrew pozorom trolling i astroturfing wcale nie są tak niewinnymi zjawiskami na jakie wyglądają. Ja już się zdążyłem przyzwyczaić, że każdy mój komentarz wywołuje do tablicy internetowych trolli. Jest to nawet w jakimś stopniu… nobilitujące. Wielotysięczna partia z ferajną koalicjantów musi się ciągle wysilać, tworzyć coraz to nowe fake profile i nickname’y, żeby ukąsić według ich własnej nomenklatury — muchomora, blagiera i kundla. Jednak osoba mniej zaprawiona w internetowych i medialnych wojnach pewnie z siedem razy się zastanowi, czy warto się wypowiadać i pewnie ostatecznie uzna, że nie warto. Nasi raczkujący wileńscy trolle próbują przenieść na Wileńszczyznę kremlowskie standardy prowadzenia „dyskusji”, sprawdzone w Rosji, gdzie bandy wynajętych internautów toczą między sobą niekończące się internetowe wojny. W putinowskiej Rosji funkcjonują nawet całe fabryki trolli. Ich cel jest jeden — za pomocą astroturfingu, podszywania się pod oddolne inicjatywy, zalewania Internetu bluzgami i fake protestami, sprawić wrażenie olbrzymiego społecznego poparcia dla władzy i totalnej nienawiści do jej krytyków. Podobno taka minifabryczka istnieje i na Wileńszczyźnie.
wtorek, 17 października 2017
Nienawidzę tego naszego wiecznego okrzyku: „Walka trwa!“ Tej całej hurrapatriotycznej, sienkiewiczowskiej, romantycznej, pseudobohaterskiej narracji. Walczymy o szkoły, walczymy o polonistykę, walczymy o język, walczymy o ziemię, walczymy o tabliczki, walczymy o nazwiska. W jednosci siła! Bagnet na broń! Wszyscy na wiec, wznieśmy pięści. Litwina goń, goń, goń... Hurrpatriotom sie zawsze wydaje, że to oni będą leli innych, w rzeczywistości zazwyczaj inni leją nas. Jestem gotów przypuścić, iż istnieją patriotyczni masochiści, którym takie notoryczne dostawanie w ryj w imię polskości, może się podobać. Jednak masochiści w każdym narodzie stanowią zaledwie ułamek społeczności. Większość z nas bólu — ani fizycznego, ani metafizycznego — nie lubi, a więc i walki nie lubi, a po politykach oczekuje nie „bohaterskiego” rzucania się z gołą piersią na bagnety, tylko najszybszego rozwiązania problemów. Permanentna walka — to wymysł trockistów. Jednak jego autor, Lew Trocki, okazał się zbyt radykalny nawet dla swoich byłych towarzyszy broni, którzy mu ostatecznie złamali czaszkę czekanem.
niedziela, 15 października 2017
O man kaip tik atrodo, jog dabartiniai procesai vykstantys Lietuvos socialdemokratų partijoje (LSDP) galų gale sukurs mūsų politinėje padangėje tikrąją kairiąją jėgą. „Savanoriškas“ keliolikos socialdemokratų Seimo narių pasišalinimas iš partijos buvo — anksčiau ar vėliau — neišvengiamas. Madinga sakyti, kad jie buvo ne socialdemokratai, bet neoliberalai, bet iš tikrųjų nebuvo jie nei „neo“, nei „liberalai“. Lenkijoje tokius vadina „grupa trzymająca wladzę“ — „grupė besilaikanti valdžios“. Berods tokiai Lietuvos socialdemokratų partijai atėjo galas. Kokia bus naujoji? Sunku spręsti. Paskelbtame Manifesto „Už teisingą, klestinčią ir jungiančią Lietuvą“ projekte yra daug teigiamų dalykų ir nemažai nuostatų, keliančių daugiau klaustukų negu susižavėjimo. Man atrodo, kad aklas Podemos ar Syrizos imitavimas Lietuvos aplinkybėmis — tai kelias į niekur. Šį kelią jau patikrino mūsų kaimynės Lenkijos kairieji — partija Razem, kuri labai energingai prieš pora metų įsibrovė į Lenkijos politinę sceną, taip ir nesugebėjo pelnyti visuomenės palankumo ir balansuoja ties 5 proc. rinkiminio slenksčio. Kitą vertus Manifesto projekte labai teisingai atkreipiamas dėmesys į tai, kad „LSDP privalo kalbėti ne tik apie fizinį darbą dirbančius darbininkus, bet ir apie kūrybinę klasę“. Jeigu ši kryptis bus vystoma, jeigu naujoji LSDP ras tinkamą balansą savo programoje tarp atstovaujančios fizinį darbą dirbančių darbininkų interesus tradicinės kairės ir „liberal left“, kuri yra labiau priimtina šiuo metu už liberalus dažniausiai balsuojančiai kūrybinei klasei, manau, kad visos kalbos apie socialdemokratų mirtį pasirodys pernelyg ankstyvos. Bet kuriuo atveju ne man spręsti apie ekonominę ir socialinę atsinaujinusios LSDP programą. Man įdomios šios partijos nuostatos tautinių mažumų teisių srityje. Ir mano giliu įsitikinimu šiai temai Manifeste skiriama per mažai dėmesio ir siūlomi sprendimai nėra pakankami partijai svajojančiai ir (kaip rodo visuomenės apklausos) galinčiai tapti Lietuvos rusams ir lenkams jeigu ne pirmojo, tai bent antrojo pasirinkimo partija.
poniedziałek, 02 października 2017
Stała się rzecz, którą przed dwoma miesiącami uznałem za absolutnie niemożliwą. Liberałowie zerwali koalicję rządzącą Wilnem z konserwatystami i rozpoczęli rozmowy o utworzeniu nowej z „Porządkiem i Sprawiedliwością” oraz Akcją Wyborczą Polaków na Litwie-Związkiem Chrześcijańskich Rodzin. A więc stara prawda, iż w polityce nigdy nie należy nie mówić „nigdy" znalazła swoje kolejne potwierdzenie. Z wyborczej zapowiedzi Šimašiusa, że z Zuokasem i Tomaszewskim nie połączy sił nigdy, pozostał już tylko sam Zuokas. Jeszcze w marcu 2015 r. pisałem, iż koalicja liberałów z socjaldemokratami i AWPL-ZChR jest dla nas, wileńskich Polaków, koalicją idealną. Nadal tak uważam. Podobnie uważam, że Polakom bardziej opłaca się być w rządzie niż w opozycji. I coraz częściej się mówi i o możliwości wejścia AWPL-ZChR do koalicji rządowej. Przed kilkoma miesiącami rozważając taką możliwość twierdziłem, że jest to koalicja niemożliwa, chyba że „„zieloni chłopi” są w stanie wyprowadzić z frakcji LSDP co najmniej 7 posłów.” Okazało się, że Sauliusowi Skvernelisowi udało się doprowadzić do rozłamu we frakcji sejmowej Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej i wyprowadzić z niej 10 parlamentarzystów. Chęć przywalenia młodemu przywódcy i zachowania stanowisk, okazała się ważniejsza niż interes partyjny. Nie wiem, jak ten wewnętrzny kryzys w LPSD zostanie rozwiązany, natomiast AWPL-ZChR znalazła się na jego skutek przed historyczną szansą po raz czwarty wejść do rządu Republiki Litewskiej. Bo nowej koalicji „zielonych chłopów” z socjaldemokratami-rozłamowcami najwyraźniej brakuje głosów. Wejść dokładnie na takich warunkach, jakie uważał za komfortowe przywódca partii Waldemar Tomaszewski: „Być języczkiem u wagi.” A jednak Waldemar Tomaszewski o takich formalnych porozumieniach mówi z wyraźną niechęcią. Dlaczego?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73