Aleksander Vile Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
wtorek, 24 maja 2016
Moja debiutancka powieść „Cień Słońca“ ukazała się przed rokiem. W ciągu roku zeszło ponad 170 książek i to — jak twierdza znajomi wileńscy autorzy — wynik całkiem spoko. Napływają też kolejne recenzje, które wskazują, że każdy czytelnik nie tylko po swojemu, nie tylko inaczej niż ja tę książke odbiera, ale też częstokroć są to opinie różniące się między sobą diametralnie w ocenie wydźwięku tych lub innych wątków, postaci i rozwiązań literackich. „Cień Słońca....hm.. hm... hm.... — takie miałam refleksje podczas czytania. Przy czym te „hm” są bardzo różne, bo książka też jest bardzo zróżnicowana... Gangsterzy, wiedźmy, trolejbusy i rzyganie... bynajmniej nie od choroby lokomocyjnej... (…) Bawiła mnie odwaga i te postacie, które są oczywiste... chwilami zhistoryzowany czas, który był naszym! moim! udziałem. Na końcu trzy odrębne opowiadania i depresja. Naprawdę Dziura wprawiła mnie w depresję aż nie chciało mi się ani mówić, ani pisać o tej książce przez jakiś czas. Cóż, takie życie... jestem z tych przewrażliwionych, i unikam dziur, zwłaszcza tych czarnych i bezdennych, ale tak na poważnie to opowiadanie „Głowa Murzyna” jest super, właśnie w sposób wyciszony, powtarzalny, jakiś taki wyobcowany zmierza obsesyjnie i dotyka tego czegoś, co chyba jest transcendencją...” — napisała Elwira Krupowicz. Wygląda na to, że opowiadanie „Głowa Murzyna” to najlepsze co udało mi się dotychczas sklecić. Zresztą to chyba nic dziwnego, bo pomiędzy napisaniem „Cienia Słońca” i napisaniem „Głowy Murzyna” minęło (bagatela!) jakieś 15 lat.
czwartek, 19 maja 2016
„Polacy są jak woły w ludzkiej formie (...). Ubierają się źle, szczególnie niewiasty. Wszystko leży na nich jak złoty łańcuszek na świni. A gdy wyczesują włosy, spada z nich chmara żyjątek...“ — tak opisywał XVIII-wiecznych Polaków Johannes Georgius Adamus Forster. Z powodu tych słów jest uważany często za „antyPolaka” i protoplastę niemieckiego nacjonalizmu. Wątpię jednak, że taki pogląd jest słuszny. Szczególnie, że wydaje się być w rażącej sprzeczności z poglądami, które Forster przez całe życie wyznawał. „Wszyscy ludzie na ziemi mają takie samo prawo do mojej dobrej woli..., a moje chwalenie i ganienie jest niezależne od narodowych uprzedzeń" — pisał. Forster jest raczej powszechnie na świecie uważany za jednego z głównych reprezentantów kosmopolityzmu, a więc całkowitego przeciwieństwa nacjonalizmu. A jego słowa o Polakach, zawarte zresztą w listach opublikowanych w wiele lat po śmierci, są może dosadną i niezbyt politycznie poprawną generalizacją, ale czy napewno bezpodstawną?... Pal zresztą licho ten cały „polnische Wirtschaft”, bo Georg Forster — przyrodnik, etnolog, podróżnik, pisarz i mason — zasłynął przede wszystkim jako autor książki „A Voyage Toward the South Pole and Round the World“, opisującej druga podróż kapitana Jamesa Cooka. Dzięki tej publikacji dwudziestodwuletni Georg Forster został przyjęty do Royal Society of London for Improving Natural Knowledge i uważa się, że położył podwaliny pod nowoczesną naukową literaturę podróżniczą. O tej książce wiedzą wszyscy, którzy się interesują geografią, zoologią, botaniką i przygodami. Nawet dziś, po ponad 200 latach od napisania, czyta się ją z zapartym tchem. Natomiast przypuszczam niewiele osób wie, że urodzony na Pomorzu Gdańskim Georg Forster był przez kilka lat związany z Wilnem, w latach 1784-1787 wykładał historię naturalną w Szkole Głównej Litewskiej w Wilnie, która następnie przyjęła nazwę Uniwersytetu Wileńskiego.
niedziela, 15 maja 2016
Niejako wywołany przez nijakiego Bogusława Rogalskiego do tablicy odpowiadam: niewiele mnie obchodzi los Ruchu Liberałów, a tym bardziej jego eks-przywódcy Eligijusa Masiulisa. Nigdy mu jakoś szczególnie nie sympatyzowałem, ani go nie chwaliłem Nie należę też do tych litewskich publicystów, którzy od kilku dni załamują ręce nad upadkiem podobno jedynej uczciwej litewskiej partii, bo nie wierzę w uczciwe partie polityczne. Mam poglądy liberalne — i tego nie zmieni ani ujadanie awupeelowskich szczekaczy, ani machlojki polityków, którzy nazywają siebie „liberałami” — ale od lat nie jestem związany z żadną partią polityczną. Ani formalnie, ani nieformalnie. To że czasami chwalę te lub inne działania liberałów poszerzające zakres wolności, poszanowania dla praw człowieka czy mniejszości — wcale nie znaczy, że się z tymi politykami w jakikolwiek sposób utożsamiam. Podobnie jak nie utożsamiam się z socjaldemokratami, konserwatystami czy AWPL, których działania również czasami chwalę. Dokładnie tak samo fakt, iż czasami krytykuję działania liberałów, a krytykuje niewiele rzadziej niż Bogusław Rogalski, konserwatystów, socjaldemokratów czy AWPL nie oznacza, iż robię to na zamówienie jakiejś innej siły politycznej. Jestem krytyczny wobec wszystkich partii politycznych, bo każda z nich ma coś za uszami. Liberałowie – casus Masiulisa, konserwatyści — casus Matuzasa, socjaldemokraci — sprawę tzw. dworu Vijunelės, Partia Pracy – sprawę podwójnej księgowości, Porządek i Sprawiedliwość — sprawy Rolandasa Paksasa i kup słonia, i nawet „najuczciwsza partia na Litwie” czyli miłościwie nam panująca AWPL ma swojego Andruszkiewicza, który zastrzelił kochanka żony, Kułakowskiego, który wykorzystywał bezrobotnych na prywatnych budowach czy case ustawionych przetargów publicznych w rejonie solecznickim, który od kilku miesięcy bada prokuratura. Niektóre z tych skandali są wyssane z palca, inne rzeczywiste. Właśnie dlatego uważam, że nieważne jest która siła polityczna aktualnie władzę sprawuje czy wygrywa wybory, tylko jak efektywnie społeczeństwo obywatelskie ją kontroluje między wyborami. Bo jeśli uważamy, iż aby zmienić świat na lepsze wystarczy raz na cztery lata zagłosować – to znajdujemy się dokładnie w tym miejscu na jakie sobie zasłużyliśmy.
wtorek, 10 maja 2016
W większości mediów polskojęzycznych ukazujących się na Litwie wyniki badania pt. „Wyzwania piśmienności medialnej. Badania nawyków medialnych wśród litewskiej młodzieży”, przeprowadzonego przez spółkę TNS we współpracy z Nordycką Radą Ministrów oraz Instytutem Stosunków Międzynarodowych i Nauk Politycznych Uniwersytetu Wileńskiego, pozostały praktycznie niezauważone. Owszem odnotowano fakt, iż młodzież na Litwie — i ta litewska, i ta nielitewska — informacji o świecie czerpie nie z gazet, radia, telewizji czy nawet portali internetowych, tylko z portali społecznościowych (40,7 proc. ankietowanych odpowiedziało, że o wydarzeniach na Litwie lub świecie dowiaduje się z Facebooka) oraz fakt, iż młodzież o pochodzeniu nielitewskim ma mniejsze zaufanie wobec mediów niż młodzież litewskojęzyczna. 59, 8 proc. Rosjan i 59,4 proc. Polaków odpowiedziało, że nie ufa litewskim mediom. Wśród Litwinów takich osób jest zaledwie 19,4 proc. Jednak pozostałe fakty, stawiające polska mniejszość na Litwie w dosyć niewygodnym świetle, zostały przez większość naszych „orlich piór” starannie przemilczane. Mimo iż tak na dobrą sprawę nie stanowią ani żadnej tajemnicy, ani żadnego odkrycia.
niedziela, 08 maja 2016
Znana amerykańska działaczka lewicowa i publicystka Emma Goldman (notabene nasza krajanka) niegdyś powiedziała: „Gdyby wybory cokolwiek zmieniały, na pewno zostałyby zakazane.” Nie sądzę, by ta sentencja pasowała do wszystkich wyborów, ale do wyborów prezesa Akcji Wyborczej Polaków na Litwie — pasuje jak ulał. VIII zjazd sprawozdawczo-wyborczy polskiej partii, który obradował wczoraj (7 maja), w Wilnie wyglądał dokładnie tak samo jak VII, VI, V i każdy inny zjazd AWPL od roku 1999 czyli wyboru na prezesa partii Waldemara Tomaszewskiego. Najpierw delegaci prześcigali się w śpiewaniu laurek na cześć Wodza i Partii („AWPL jest najuczciwszą partia polityczną na Litwie”, „Dużo zrobiliśmy”, „Partia podąża we właściwym kierunku”, „Dalej pójdziemy raz obraną słuszną drogą” itp.), a potem niemal jednogłośnie (134 delegatów „za”, jeden „przeciw”; tym jedynym — jak sądzę — był sam Waldemar Tomaszewski, który słynie przecież ze skromności) po raz n-ty wybrali Waldemara Tomaszewskiego na przewodniczącego. Zaś aby zadowolic wszystkie partyjne klany i baronów rejonowych — Jedzińskiego, Talmonta, Palewicza, Krawczonok i Rekść wybrali na wiceprezesów. No i jeszcze zmienili nazwę partii. Z AWPL na AWPL – Związek Chrześcijańskich Rodzin. Kolejne ruchy pozorowane. Kolejna zmiana, która de facto nic nie zmienia.
czwartek, 05 maja 2016
Nie zamierzałem początkowo pisać tego tekstu, ale ponieważ w ostatnich dniach wywiązała się na portalach spolecznościowych dyskusja na temat czy trzeba brać udział w Świątecznej Paradzie Polaków, czy nie — postanowiłem przybliżyć swój punkt widzenia na to wydarzenie. Otóż rozumiem tych Polaków z Wilna, którzy na Paradzie (30 kwietnia) nie byli. „Gdy pracowalem jeszcze w samorządzie po prostu zmuszano wszystkich do tego marszu, dlatego do dzis mam do niego awersję” — mówi jeden ze znajomych, który przez wiele lat pracował w podwileńskim samorządzie. Były uczeń jednego z podwileńskich gimnazjów polskich, wspomina, iż w 2013 roku zagrożono mu, że jeśli nie pojedzie na Pochód nie dostanie stypendium Semper Polonia. Niezależnie od tego jak aktywnie działał na rzecz polskości wcześniej. Jego kolega, który w tym gimnazjum się dalej uczy, twierdzi, że w tym roku było tak samo. Nie są to wypowiedzi jakichś leni czy pijaków, zlituanizowanych czy zrusyfikowanych mankurtów, którym w ogóle niczego się w życiu nie chce. Tylko aktywnych wileńskich społeczników, kochających polskość nie słowami, a czynami. Wiem, że to o czym piszę sie nie spodoba wyznającym zasadę „nie trzeba głośno mówić", ale tak niestety czasami wygląda „walka o polskość” na Wileńszczyźnie, gdzie nawet najlepsze inicjatywy są realizowane przez przysłowiowe cztery litery. Próbując zapędzić ludzi do kolejnej wersji „komunizmu”. W sumie to się nawet temu nie dziwię, skoro na czele polskich organizacji dalej częstokroć stoją ci, co kiedyś stali na czele komsomolskich i komunistycznych. Dlaczego więc, nie zważając na to, że wiedziałem, iż może nawet połowa z sześciu tysięcy uczestników została na tę Paradę spędzona w trybie obowiązkowym, wziąłem z kilkoma przyjaciółmi w niej udział? Bo podobnie jak ja większa część uczestników była tam jednak z autentycznej potrzeby zamanifestowania przynajmniej raz na trzy lata swojej polskości urbi et orbi. Widziałem to z uśmiechów na ich twarzach, łez wzruszenia w oczach, słyszałem w ich rozmowach. Szedłem właśnie z nimi, a nie z prezesami, dyrektorami, starostami i dyplomatami.
wtorek, 03 maja 2016
„Nigdy od ciebie, miasto, nie mogłem odjechać. Długa była mila ale cofało mnie jak figurę w szachach“ — napisał Czesław Miłosz w jednym ze swych niezliczonych wierszy poświęconych Wilnu. Mam bardzo podobne wrażenie. Gdy studiowałem w Gdańsku — zawsze chciałem wrócić do Wilna. Lubiłem Gdańsk, znałem każdą uliczkę, a już na pewno każdą piwiarnię w Trójmieście, uwielbiałem jeździć SKM i całą resztą doskonale zorganizowanego transportu publicznego, spacerować po Parku Oliwskim i pić jabole na molo w Sopocie, bawić się na koncertach rockowych w Kwadratowej i w nocnych klubach na Monciaku, gapić się na magiczne budynki na Mariackiej. Lubiłem to że nie ma w Gdańsku zimy, lubiłem też sztormy i burze, i w ogóle lubił już sam fakt obecności w pobliżu morza, jego słony smak i zapach, chociaż nad morzem bywałem niezwykle rzadko, ze dwa-trzy razy w ciągu roku. Lubiłem Gdańsk i nadal go uwielbiam, a jednak nigdy nie pokochałem. Zawsze ciągnęło mnie do mojego prowincjonalnego, pokręconego, wielojęzycznego, wiecznie skłóconego Wilna. Na studiach tłumaczyłem to sobie, że „lepiej być dużą żabą w małym błocie, niż małą w dużym.” Po części to prawda. Gdybym został po studiach w Gdańsku pewnie miałbym lepszą sytuację materialną, większy szacunek, mniejsze problemy i w ogóle mieszkałbym w strefie ukochanego języka polskiego i kultury polskiej, a jednak nigdy takiej możliwości nawet na serio nie rozważałem. Powróciłem do Wilna jednak nie z powodu sentymentu. Powróciłem, bo moim zdaniem Wilno było i nadal jest swego rodzaju Klondike’iem. Ziemią Obiecaną. Dziewiczą puszczą i celiną w jednym. Miejscem gdzie nie ma nic, a przez to wszystko jest możliwe. Mówię oczywiście w sensie metaforycznym. Wystarczy zainwestować czas i odrobinę pracy w realizacje swojego pomysłu, a na pewno stanie się ciałem.
wtorek, 26 kwietnia 2016
Przed kilkoma dniami (24 kwietnia) Zygmunt Szendzielarz, ps. „Łupaszka", spoczął po 65 lat latach po śmierci na warszawskich Powązkach. Dla jednych bohater, dla innych — morderca. Bo nie ulega żadnej wątpliwości, że „Łupaszka" przez dziewięć lat bohatersko walczył o wolną Polskę. Najpierw z Niemcami, później z Sowietami. Zginął 8 lutego 1951 roku w kazamatach UB na Rakowieckiej. Przez wiele lat jego działalność była objęta klauzulą milczenia, nieprzypadkowo więc stał się jednym z symboli Żołnierzy Wyklętych. Jednocześnie jednak nie ulega wątpliwości, że jego oddziały co najmniej kilkakrotnie uczestniczyły w mordowaniu ludności cywilnej, w tym kobiet i dzieci. Historyk Paweł Rokicki, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN oraz Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, nie ma żadnych wątpliwości, iż te mordy należy uznać za zbrodnie wojenne na ludności cywilnej. Niestety coraz częściej próbuje się „Łupaszkę” bezrefleksyjnie wpisać do panteonu bohaterów narodowych, a klauzula milczenia zaczyna być ponownie stosowana. Tylko teraz w stosunku do wydarzeń obarczających sumienie dowódcy V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Takich jak masakra w Dubinkach. Podobna zresztą klauzula obowiązuje do dziś na Litwie wobec zbrodni kolaborantów niemieckich litewskiego pochodzenia. W tym takich jak mord w Glinciszkach.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
„Prostakowi, lub nawet człowiekowi przeciętnemu, zawsze się wydaje, że filozofowie coś jakby bredzą, a najśmieszniejsze w tym jest to, że ma on rację. Nie mówię, że w każdym przypadku…“ — napisal kiedyś Waldemar Łysiak. Uważam się za człowieka przeciętnego, dlatego z pewnym zrozumiałym niepokojem zabrałem się za czytanie książki „Poszukiwanie optymizmu w epoce pesymizmu” Leonidasa Donskisa i Tomasa Venclovy, która ukazała się w ubiegłym roku w polskim przekładzie staraniami KEW. Wiadomo Tomas Venclova — doskonale polskiemu czytelnikowi znany — to wybitny litewski poeta, pisarz, tłumacz i eseista. Leonidas Donskis — na Litwie jeden z najbardziej rozpoznawalnych uczestników debaty publicznej, w Polsce znany raczej tylko specjalistom — to wybitny filozof, eseista i publicysta. A więc pewnie będą „bredzić”, używać przydługich zdań i słów, których znaczenia bez słownika nie odgadniesz. Tymczasem w rzeczywistości jest książka bardzo przystępnie napisana, ale jednocześnie wartościowa. Ta książka napisana w formie listów Leonidasa Donskisa do Tomasa Venclovy i Tomasa Venclovy do Leonidasa Donskisa stanowi bardzo głęboką i wnikliwą diagnozę sytuacji na świecie na początku XX wieku. „Wiek XXI nie będzie łatwy. W najgorszym wypadku będzie tak samo trudny albo nawet trudniejszy niż wiek XX, choć sądziliśmy, ze groza tego wieku nie może się powtórzyć. (…) Sądzę, że najgorszego przypadku możemy uniknąć, jednak tylko wtedy, jeśli nie zarazimy się duchem przeciwnika” — pisze Tomas Venclova.
czwartek, 14 kwietnia 2016
Przyznaję się bez bicia, że im dalej tym mniej rozumiem logikę postępowania działaczy „tzw. Akcji Wyborczej Polaków na Litwie”. Oto portal internetowy w narodzie zwany lie24 od kilku lat i ustami etatowych komentatorów, i piórem anonimowych społeczników, i klawiatura anonimowych internautów przestrzega, iż „tzw. Polski Klub Dyskusyjny” jest niczym innym jak „wyreżyserowaną farsą”, a Renata Cytacka, Edyta Tamasiunaite, Danuta Narbut, Albert Narwojsz i w ogóle kwiat partyjnego aktywu i tak zjawia się na dyskusji przez ten „liberalny klubik” zorganizowany! Czy oni partyjnych mediów nie czytają? Ktoś w ogóle ich egzaminuje ze znajomości matczasti czy partyjnym ideologom wystarczają same kliki? Co gorsza zjawiają się nie na byle dyskusji na jakiś małoważny temat (np. o oświacie polskiej na Litwie), tylko na spotkaniu z liderem „błękitnych ludzików” vel przewodniczącym Ruchu liberałów Eligijusem Masiulisem i przewodniczącym samorządowego Komitetu Oświaty, Kultury i Sportu Vytautasem Mitalasem. I nie tylko się zjawiają, ale i napędzają „liberalnemu klubikowi” frekwencję, bo tak na oko to właśnie miłościwie nam panujący obrońcy polskości, szkół, języka i religii stanowili połowę obecnych na tym spotkaniu. Masochiści czy co? Bo muszę przyznać, że spotkanie z liderami litewskich liberałów do najciekawszych nie należało. Zresztą w ogóle jak dotychczas żadne ze spotkań z przedstawicielami litewskich partii politycznych — nieważne czy mówimy o socjaldemokratach, konserwatystach czy Waldemarze Tomaszewskim — niczego odkrywczego i przełomowego w polsko-litewski dialog nie wniosło. W zasadzie tekst o spotkaniu z Eligijusem Masiulisem i Vytautasem Mitalasem w PKD mógłbym nawet napisać przed spotkaniem, bo z grubsza wiadomo o czym będą mówili. Niższe podatki, klimat inwestycyjny i, oczywiście, skoro dyskutujemy z Polakami — nazwiska i tabliczki. Zawczasu też wiadomo było o co będą ich pytali uczestnicy spotkania — reorganizacja szkół w Wilnie oraz ujednolicony egzamin z języka litewskiego.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60
Tagi
stat4u