Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
Tagi
stat4u
poniedziałek, 19 czerwca 2017
Zawsze byłem wielkim miłośnikiem telewizji, chociaż paradoksalnie oglądam ją bardzo rzadko. Wydaje mi się, że obok wynalezienia druku i internetu jest to jeden z najważniejszych wynalazków w historii ludzkości, przynajmniej jeśli chodzi o wpływ na świadomość społeczną. Telewizja się oczywiście zmienia, staje się coraz bardziej wirtualna, interaktywna, sofistyczna, dziś częściej oglądamy ją w komputerze niż na ekranie telewizora, ale jej wpływ nadal pozostaje przemożny. A gdy już mówimy o telewizji nie da się pominąć fenomenu seriali telewizyjnych. Niegdyś uważane za gorszy gatunek, ubogiego krewnego filmów dużego ekranu, swoimi scenariuszami, rozmachem, dbaniem o szczegóły, a nawet budżetami przerastają dziś częstokroć swojego kinowego konkurenta. „Twin Peaks”, „Boardwalk Empire”, „Game of thrones” – zmienili nasze myślenie o serialu, jako niższym, podrzędnym gatunku sztuki. Przed pięcioma laty zamieściłem na tym blogu swój osobisty TOP 5 najlepszych telewizyjnych filmów z gatunku political drama. Od tamtego czasu wiele czasu upłynęło i powstało sporo nowych wartościowych obrazów i dziś chciałbym omówić kolejnych pięć wartych – moim subiektywnym zdaniem – polecenia. Szczególnie, że właśnie zakończyłem oglądanie piątego sezonu jednego z nich, całkiem słusznie uważanego za jeden z najważniejszych – „House of Cards”. I muszę z przykrością stwierdzić, że HoC powoli, ale nieuchronnie schodzi na psy.
czwartek, 15 czerwca 2017
Gdy na początku roku eks-premier i lider tymczasowej sejmowej Grupy 3 Maja Andrius Kubilius zapowiadał, że już 1 czerwca zostanie wznowione na Wileńszczyźnie nadawanie polskich telewizji — byłem sceptyczny. Sprawy, której nie udało się załatwić w ciągu ponad 20 lat, nie da się załatwić — nawet przy najlepszych chęciach — w kilka miesięcy. Jak okazało się miałem rację — telewizji polskich nadal na Wileńszczyźnie nie ma. Jednak jest spora szansa na to, że się niebawem pojawią. Gdy przed dwoma laty Polski Klub Dyskusyjny (PKD) zwrócił się do litewskich i polskich instytucji z apelem o wznowienie nadawania na Litwie kanałów polskich telewizji — wydawało się, że wola na pustyni. Okazało się jednak, że wysiłek PKD nie poszedł na marne. Apele, artykuły, dyskusje oficjalne i nieoficjalne, które w ciągu tych lat przeprowadziliśmy z wieloma polskimi i litewskimi działaczami zaczynają owocować. W ubiegłym roku postulat wznowienia nadawania polskich telewizji na Wileńszczyźnie znalazł się w oficjalnym programie wyborczym litewskich konserwatystów i — rzecz nie tylko na Litwie rzadko spotykana — nie został zapomniany po wyborach. Parlamentarna Grupa 3 Maja, zainicjowana przez A.Kubiliusa, ale na którą się składają przedstawiciele wszystkich frakcji sejmowych, od chwili ukonstytuowania się rozpoczęła aktywne zabiegi na rzecz jego realizacji. Poparcie dla pomysłu wyraził premier Saulius Skvernelis, a minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkevičius lobbował pomysł w Warszawie podczas spotkania z Witoldem Waszczykowskim. Litewskie Centrum Radia i Telewizji przygotowało kosztorys i bazę techniczną. Ostatnio do tego pociągu wskoczyła i frakcja sejmowa Akcji Wyborczej Polaków na Litwie-Związku Chrześcijańskich Rodzin, wystosowując do prezesa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego apel o umożliwienie nadawania na Litwie ośmiu (w tym co prawda jednego nieistniejącego – TVP Religia) kanałów TVP. Ten apel szczególnie cieszy, gdyż jak dotychczas AWPL-ZChR bardziej lobbowała na rzecz kanałów rosyjskojęzycznych, a poza tym — nie oszukujmy się — głos partii Waldemara Tomaszewskiego w Warszawie ma dużo większe znaczenie niż głos wszystkich polityków litewskich razem wziętych (podobnie jak na Litwie głos jednego Kubiliusa ma większe znaczenie niż cała frakcja AWPL-ZChR razem wzięta). A to właśnie w Warszawie najwyraźniej brakuje zainteresowania tą sprawą.
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Gdy czytam wspomnienia moich rówieśników o latach 90., mam czasami nieodparte wrażenie, że mieszkaliśmy w dwóch różnych Wilnach Tak różnych, jakby należały do równoległych wszechświatów. Opisują oni jakieś bójki z Litwinami, jakąś wszechogarniającą falę litewskiego nacjonalizmu na ulicach, w trolejbusach, szykany i negatywne komentarze. Wierzę im na słowo, bo rzeczywiście tego nacjonalizmu nie brakowało: w mediach, w mowach i działaniach polityków, ale na poziomie ulicy paradoksalnie nigdy niczego podobnego nie doświadczyłem. A przecież jeździłem tymi samymi trolejbusami ze szkoły do domu, rozmawialiśmy (głośno!) z kolegami po polsku, śpiewaliśmy (może raczej wrzeszczeliśmy?) polskie i rosyjskie piosenki pod gitarę na ulicy Zamkowej (Pilies). Nikt nigdy nie zwrócił nam z tego powodu uwagi… Pewien znajomy zasugerował: „To dlatego, że przebywałeś w punkowym towarzystwie, a punkom narodowość zwisa…” Być może ma racje, chociaż mogę zapewnić, że przebywałem nie tylko w punkowym towarzystwie. A nawet najczęściej przebywałem nie w punkowym towarzystwie. Punków-Polaków wówczas w Wilnie było można policzyć na palcach jednej ręki. Ale rzeczywiście z tym środowiskiem się utożsamiałem. Było wariackie, buntownicze, wolnościowe i totalnie antynacjonalistyczne czyli takie jak ja. Sporą jego część w Wilnie stanowili Rosjanie, a jednym z najważniejszych, najciekawszych i najbardziej wpływowych artystów rosyjskiego pochodzenia w wileńskim undergroundzie był niewątpliwie Sanycz. Urodzony 7 czerwca 1973 roku Aleksandr "Sanycz" Kozulin, nomen omen absolwent legendarnej „Piątki”, o którym obrońcy szkoły (jak i o fakcie, że to szkoła polsko-rosyjska) starają się nie wspominać. Tymczasem jeśli popytać wśród uczestników wileńskiego undergroundu z przełomu lat 80.-90. ubiegłego wieku — rzadko o kim odzywają się z większym szacunkiem. Sanycz tworzył prawdziwy Rock’n’Roll, na koncertach wykładał się na 110 proc. Spalał się. Był rockowym szamanem. Wileńskim Sidem Viciuosem i Jimem Morisonem jednocześnie. Do końca swojego krótkiego życia pozostał wierny muzyce punkowej, chociaż w rzeczywistości bardziej go ciągnęło w stronę „The Doors”. Umiał dwuminutową piosenkę przekształcić w dwudziestominutową improwizację. W czasach, gdy większość punkowych kapel po prostu stała na scenie i wykrzykiwała słowa, jego koncerty były Show, a jego teksty — prawdziwą poezją.
czwartek, 08 czerwca 2017
Już półtora wieku Skandynawowie walczą z alkoholem, który doprowadzał ich w swoim czasie do nędzy i degeneracji. Wprowadzone w tych krajach drakońskie zakazy graniczą z prohibicją, ale mieszkańcy doskonale dają sobie radę z ograniczeniami. Szwedzi, zwłaszcza ci z południa, zaopatrują się w tańszy alkohol w Danii i Niemczech. Finowie jeżdżą na podobne zakupy do Tallina i Petersburga. Kupują na zapas i gromadzą alkohol w domowych barkach, co z kolei zachęca do częstszego otwierania butelek. Tak więc spożycie alkoholu niewiele się w Skandynawii zmniejszyło. W tym samym kierunku zmierza najwyraźniej i Litwa. Przyjęte w ubiegły czwartek (1 czerwca) przez litewski parlament poprawki do Ustawy o kontroli alkoholu wprowadzają trzy nowe restrykcyjne przepisy dotyczące sprzedaży alkoholu. Od 2018 roku kupić, posiadać i spożywać napoje alkoholowe będą mogły osoby, które skończyły 20 lat. Ponadto skrócony zostanie czas sprzedaży alkoholu: w dni robocze i soboty – od godz. 10.00 do 20.00, w niedziele – od godz. 10.00 do 15.00. Ustawa wprowadza też totalny zakaz reklamy alkoholu. Mimo iż w mediach w ostatnich tygodniach toczyła się ostra dyskusja w sprawie propanowanych zakazów, pod Sejmem pikietowali przeciwnicy restrykcyjnych ograniczeń, a opozycyjni politycy prześcigali się w ich krytykowaniu, ostatecznie za poprawkami głosowało ponad stu parlamentarzystów, ze wszystkich frakcji sejmowych, z wyjątkiem liberałów. Mnie osobiście te poprawki nie przeszkadzają, dawno już przekroczyłem dwudziestkę, reklamy mnie wkurzają, a alkohol kupuję rzadko, więc ograniczenia godzin sprzedaży niewiele mnie obchodzą. Przeszkadza mi natomiast pogląd, niestety na Litwie dominujący, że patologie społeczne (takie jak alkoholizm czy palenie tytoniu (vide projekt zakazu palenia na balkonach)) można zwalczyć zakazami oraz wiara ich twórców, że te zakazy będą przestrzegane oraz egzekwowane.
wtorek, 06 czerwca 2017
Szczerze przyznaję się, że obawiałem się nieco tej dyskusji. Akcja Wyborcza Polaków na Litwie – Związek Chrześcijańskich Rodzin – to temat trudny. AWPL jest nie tylko jedyną polską partią polityczną, ale też swego rodzaju instytucją. Na Wileńszczyźnie i w stosunkach polsko-litewskich wszystko się w ten czy inny sposób, pośrednio lub bezpośrednio kręci wokół organizacji Waldemara Tomaszewskiego. Ma swoich twardych zwolenników, jak i nie mniej zapalonych przeciwników. W ogóle chyba nie ma na Litwie aktywnej społecznie lub politycznie osoby, która nie miałaby wobec tej partii wyraźnego stanowiska. Tak więc organizując w ubiegły czwartek (1 czerwca) dyskusję na temat przyszłości Akcji Wyborczej Polski Klub Dyskusyjny mógł się narazić wszystkim. I chyba się naraził. Prelegent spotkania, dr Paweł Sobik z wrocławskiej Fundacji Pobliża, autor książki „Akcja Wyborcza Polaków na Litwie w systemie politycznym Republiki Litewskiej” mówił bowiem rzeczy, które nie przypadną do gustu ani żelbetonowemu elektoratowi AWPL-ZChR, ani nieprzejednanej opozycji. Z jednej strony podkreślił, iż Akcja Wyborcza Polaków na Litwie jest swego rodzaju fenomenem, nigdzie w Europie Polacy nie odnieśli takiego sukcesu politycznego, jak na Litwie. Polscy politycy są obecni, sprawują władzę nie tylko na poziomie samorządowym, ale i na poziomie parlamentarnym, kilkakrotnie wchodzili też w skład rządzących Litwą koalicji. Jednocześnie jednak fenomenalne wyniki wyborcze partii nie przełożyły się dotychczas w żaden sposób ani na rozwiązanie problemów polskiej mniejszości na Litwie, ani poprawę relacji Wilna z Warszawą.
czwartek, 01 czerwca 2017
„Wystarczyło jednej stronicy, ażebym uległ wpływowi tego narkotyku i przeczytał jednym tchem 577 stronic dużego formatu" — wspominał Czesław Miłosz. „Czy wiesz, że dziesięć lat temu wyszła książka po polsku w Argentynie, o której boję się ci pisać w za dużych superlatywach, bo tak namiętnie ją pokochałem. Pisana przez zagrodowego szlachcica znad Berezyny. Język słowotwórczy, dźwięczny, półbiałoruski. Konkretność wizji, miłość ziemi, drzew, chmur, obok której Reymont sztuczny jest i zimny, obok której myśleć można tylko o Panu Tadeuszu. Wierz mi, ta książka, nad którą z Marysią jak stare osły płaczemy, ZOSTANIE i będzie świadczyć o tamtej Atlantydzie" — pisał z kolei w jednym z listów Józef Czapski. Mowa o „Nadberezyńcach" Floriana Czarnyszewicza – epicka, na poły awanturnicza, na poły romansowa, zapomniana opowieść o dramatycznych losach mieszkańców polskich zaścianków na ziemiach położonych między Berezyną a Dnieprem w latach 1911-1920. Michał Kryspin Pawlikowski uważał ją za „Wojnę i pokój“ polskich Kresów. Autorem tej powieści jest Florian Czarnyszewicz. „Wielki pisarz, o którym mało kto w Polsce słyszał. Tak mało, że nawet gdy znany, sławny amerykański wokalista kilka lat temu powiedział, że jego dziadkiem był Polak o nazwisku Czarnyszewicz, to w żadnych mediach nie skojarzono tego pokrewieństwa“ — ze smutkiem zauważa Bartosz Bajków, który odkrył niedawno, iż krewnym Floriana Czarnyszewicza jest... wokalista legendarnego amerykańskiego zespołu rockowego „Aerosmith“ Steve Tyler. Niestety ani ten fakt, ani pełne zachwytu recenzje klasyków nie sprawiły, aby Czarnyszewicz przebił do szerszej świadomości czytelniczej czy trafił na łamy podręczników literatury polskiej. Zapomniany w Polsce, na Wileńszczyźnie jest Florian Czarnyszewicz w ogóle nieznany, mimo iż część swojego burzliwego życia spędził właśnie w naszym małym heimacie.
poniedziałek, 29 maja 2017
Wygląda na to, że Łotwa w stosunkach polsko-litewskich staje się ulubionym wytrychem każdej ze stron, który pozwala na „dowalenie” oponentowi. Litewscy narodowcy w dyskusjach na temat oryginalnej pisowni imion i nazwisk kurczowo trzymają się tzw. wariantu łotewskiego. Jednocześnie polscy narodowcy tradycyjnie przeciwstawiają stosunki Polski i łotewskich Polaków z Łotwą, jako wzorcowe, złym stosunkom z Litwą, która litewskich Polaków dyskryminuje. I jedni, i drudzy zapominają o podstawowej zasadzie logicznego myślenia – porównywać można tylko rzeczy podobne. A więc nie można wyciągać zbyt daleko idących wniosków tylko na tej podstawie, że np. i głowa, i arbuz mają okrągły kształt. Inaczej stajemy się jak bohater Jorge Luisa Borgesa, który porównywał lustro do kopulacji, bo również zwiększa liczbę ludzi. Podobnie nie można porównywać sytuacji polskiej mniejszości na Łotwie i na Litwie, gdy te sytuacje są różne i z różnych przesłanek historycznych, geopolitycznych, kulturowych wynikają. „Zdrowy nacjonalista”, były litewski minister spraw zagranicznych Audronius Ažubalis od lat walczy o św. litewski Alfabet, któremu podobno śmiertelnie zagraża możliwość zapisania nazwiska Wieszcza z „w” i „cz”. Jednym z najczęściej przez niego stosowanych argumentów jest powoływanie się na przykład łotewski – na Łotwie niełotewskie nazwiska mogą być zapisane oryginalnie, ale dopiero na dalszych stronach paszportu, natomiast na stronie podstawowej – tylko w wersji łotewskiej (literami łotewskiego alfabetu i z obowiązkowym – tego nawet na Litwie nie ma - dodaniem łotewskich końcówek). Zdaniem Azubalisa próby części litewskich polityków zalegalizowanie pisowni nielitewskich nazwisk w oficjalnych dokumentach z użyciem W, X i Q są nie tylko „zdradą języka litewskiego”, ale i jedności Bałtów. „Na Łotwie na takie inicjatywy litewskich parlamentarzystów, zmierzające do zasadniczej zmiany statusu języka państwowego, spogląda się ze strachem, gdyż pozwoliłyby Kremlowi na rozpętanie kolejnej krucjaty „w obronie dyskryminowanej mniejszości rosyjskojęzycznej w faszystowskiej Łotwie” – porównuje na łamach delfi.lt głowę do arbuza eks-minister, zapominając, że legalizacja litewskich nazwisk w Polsce do napięć w stosunkach polsko-łotewskich nie doprowadziła.
czwartek, 25 maja 2017
Przed kilkoma laty trafiłem do Kandy, dawnej stolicy Sri Lanki. Wieczorem po zwiedzeniu miasta udałem się obejrzeć słynne fireshow. Kilkaset osób ze wszystkich stron świata oczekiwało na przedstawienie, zgasły światła i cała sala… rozbłysła niebieską poświatą. Nie, to nie był jeszcze pokaz ognia. Po prostu co drugi z widzów wyciągnął swojego smartfona, odpalił Internet i przygotował się do filmowania i fotografowania występów lokalnych magików. Był to chyba pierwszy raz, gdy uświadomiłem sobie jak olbrzymie jest nasze uzależnienie od gadżetów i internetu. Dla mnie podróż — to właśnie możliwość na tydzień, dwa lub trzy oderwać się od telefonu, komputera, telewizora, spróbować rozejrzeć się po świecie, zauważyć jego piękno. Zdaję jednak sprawę, że jestem coraz bardziej marginalną mniejszością. Dla większości podróż to obowiązek zameldować się co kilka godzin na Facebooku, Twitterze, SnapChacie i Instagramie, wrzucić kolejne zdjęcie niskiej jakości i pełen zachwytów post, zebrać tradycyjną daninę kilkunastu like’ów i komentarzy od swoich oddanych przyjaciół, którzy like’ują i wypisują „WOW” oraz „osom” nawet nie czytając i nie oglądając tego co wrzucono. Te „podróżnicze” impresje to bowiem tylko krótki przystanek w niekończącej się podróży większości z nas po mediach społecznościowych. Podróży na którą składają się miliony bezsensownych memów z kotami, idiotycznych filmików, wyrwanych z kontekstu cytatów, nikomu niepotrzebnych informacji o tym, jak nam się dzisiaj spało. Memów, filmików i wpisów, które wrzucamy w nadziei, że właśnie na tym polega życie. „Choose Facebook, Twitter, Instagram and hope that someone, somewhere cares” — mówi Marc Renton, bohater filmu “T2: Trainspotting”. Wybierz Facebook, Twitter, Instagram i miej nadzieję, że to kogokolwiek, gdziekolwiek obchodzi. Nie obchodzi. Nie jestem luddystą, którzy na początku XIX wieku protestowali przeciwko zmianom sposobu ich życia, spowodowaną przez wynalezienie maszyn tkackich, po przez niszczenie krosien. Nie postuluję zniszczenia tych wszystkich nowych technologii. Szczególnie, że są one bardzo często pomocne, ułatwiają nam życie. Jednak warto pamiętać i o zagrożeniach, które niosą. Rozpowszechnienie się mediów społecznościowych prowadzi bowiem i do rozpowszechnienia się post-prawdy.
wtorek, 23 maja 2017
„Komisja Języka Litewskiego - za oryginalną pisownią na głównej stronie paszportu” — tryumfowały w poniedziałek (22 maja) tytuły we wszystkich litewskich gazetach i portalach internetowych. „Zdrajcy!” — grzmieli obrońcy św. Alfabetu na portalach społecznościowych. W rzeczywistości jednak… nie stało się nic. Państwowa Komisja Języka Litewskiego, rozpatrzyła dwa projekty Ustawy o pisowni imion i nazwisk (zezwalający na zapis nielitewskich imion i nazwisk z użyciem W, Q i X na podstawowej stronie paszportu/dowodu osobistego i zezwalający taki zapis tylko na dalszych stronach), i podtrzymała swoją opinię z września 2014 i czerwca 2015 roku: wyraziła zgodę na oryginalny zapis (a propos nie tylko z X, Q i W, ale i ze znakami diakrytycznymi) imienia i nazwiska w litewskich dokumentach wydanych obcokrajowcom oraz osobom, które zmieniły nazwisko po zawarciu związku małżeńskiego z obcokrajowcami, a także ich dzieciom. Komisja nie wypowiedziała się na temat prawa osób, których przodkowie posiadali obywatelstwo innego państwa, do oryginalnego zapisu nazwiska, gdyż „nie była w stanie ustalić ile takich osób jest, a więc i jaki byłby wpływ na język litewski.” A więc nihil novi? Niezupełnie. Zmiana zaszła tylko należy jej szukać nie w kolejnej decyzji w stylu „jestem za, a nawet przeciw” Państwowej Komisji Języka Litewskiego, tylko w niedzielnej (21 maja) wypowiedzi prezesa litewskiego Sądu Konstytucyjnego Dainiusa Žalimasa w telewizji LNK.
wtorek, 16 maja 2017
Jakiś czas temu „Financial Times” opublikował artykuł o tym, jak szybko się kurczą wpływy języka rosyjskiego. Język rosyjski nadal należy do dziesiątki najpopularniejszych języków na świecie, zajmuje obecnie miejsce ósme, ale wyprzedziły go już nie tylko chiński, arabski oraz angielski, ale nawet bengalski. Jak twierdzi to prestiżowe brytyjskie wydawnictwo w ciągu ostatnich 20 lat język rosyjski „stracił więcej ziem niż jakikolwiek inny język na świecie”. W Kazachstanie odsetek osób używających języka rosyjskiego spadł z 33 proc. w roku 1994 do 20 proc. w roku 2016, w Estonii – z 40 proc. do 29 proc., na Łotwie – z 33 proc. do 23 proc. I tylko na Białorusi – jak zauważa „Financial Times” – odsetek użytkowników języka rosyjskiego w tym czasie wzrósł z 50 proc. w roku 1994 do 70 proc. w roku 2016. Ja bym uściślił te dane – na Białorusi i Wileńszczyźnie. Według danych ze spisu powszechnego 2001 roku nieco ponad 80 proc. litewskich Polaków jako swój język ojczysty wskazało język polski, 8,7 proc. – język rosyjski, zaś 7,3 proc. – język litewski. Dziesięć lat później język polski za swój język ojczysty uznało już tylko 77 proc. Polaków na Litwie. Wzrosła – o mniej więcej 20 proc. - liczba Polaków uważających za swój język ojczysty język litewski. To akurat nie zaskakuje – z jednej strony Litwa jest krajem etnolingwistycznym, języki mniejszości narodowych są traktowane po macoszemu, na wszelkie sposoby eliminowane z życia publicznego, z drugiej zaś strony w każdym, nawet najbardziej tolerancyjnym kraju, istnieje naturalne dążenie części przedstawicieli mniejszości narodowych do asymilacji, do wtopienia się, rozpłynięcia w większości narodowej.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70