Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Alleluja i do przodu

vile

„Pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone” – te słowa jak ulał pasują do wyników Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej w wyborach lokalnych. Po I turze wiele osób zwracało mi uwagę, że gdybym wystartował z innego ugrupowania lub komitetu – zdobyłbym mandat radnego. Możliwe, że miały rację. Jednak mandat (przynajmniej dla mnie) nigdy nie był celem samym w sobie, a tylko środkiem. Celem zaś jest wpisanie praw mniejszości narodowych do agendy podstawowych litewskich sił politycznych i rozwiązanie tych kwestii. ¼ merów, blisko 14 proc. głosów i drugie miejsce pod względem liczby zdobytych mandatów po konserwatystach – te liczby świadczą dobitnie, że LSDP nadal pozostaje jedną z dwóch najbardziej popularnych partii politycznych na Litwie i jedyną prawdziwą alternatywą po lewej stronie litewskiej sceny politycznej. I dzięki staraniom moim, Roberta Duchniewicza, Karolisa Dambrauskasa, Walentina Gawriłowa i wielu innych – jest to obecnie ugrupowanie najbardziej przychylne wobec mniejszości narodowych. Wspomniane wyżej słowa Marka Twaina pasują jednak nie tylko do socjaldemokratów, ale i do Remigijusa Šimašiusa. Już rok temu słyszałem, że Šimašius się skończył, że poza wycięciem kilku tui nie ma żadnych osiągnięć, że wilnianie są nim zmęczeni. A tymczasem w cuglach po raz drugi z rzędu wygrał z Artūrasem Zuokasem! Powiem uczciwie, że nie miałem co do tego, że wygra żadnych wątpliwości, ale nawet ja obstawiałem wynik bardzo równy, jakieś 55:45 lub nawet 52:48. Szczególnie że Zuokas przeprowadził naprawdę bardzo pomysłową, aktywną, populistyczną i… cholernie drogą kampanię wyborczą. A jednak wilnianie nie dali się nabrać na bezpłatny transport miejski i Šimašius zdobył 60 proc. głosów! Wydaje mi się zresztą, że te wybory to już koniec Zuokasa i jego ugrupowania w litewskiej polityce. 

Sukces Šimašiusa – podobnie jak jego zwycięstwo w roku 2015, gdy zdobył prawie 63 proc. głosów – cieszy mnie z jednego prozaicznego powodu: to zwycięstwo tolerancji nad nacjonalizmem. W 2015 roku Šimašius nie bał się twardo opowiedzieć się po stronie tzw. polskich postulatów, gdy tymczasem Zuokas żerował na nacjonalistycznej retoryce obrony litewskości Wilna (będąc jednocześnie w nieformalnej przedwyborczej koalicji z AWPL-ZChR!). W 2015 roku w programie wyborczym Šimašiusa tych akcentów promniejszościowych było jakby mniej i nie były już tak akcentowane, ale u Zuokasa nie było ich wcale. Poza tym Zuokas zawiązał formalną koalicję przedwyborczą z nacjonalistyczną partyjką Jaunoji Lietuva. Owszem twierdził, że jest to „koalicja techniczna” (cokolwiek by to miało znaczyć), ale fakt pozostaje faktem: szedł na wybory z partią, której liderzy jeszcze przed 4 laty próbowali zdobyć mandaty w wileńskiej Radzie Miejskiej pod hasłem „Wilno bez czerwonych (lewicy), błękitnych (homoseksualistów) i taboru cygańskiego”. Cieszę się, że po raz drugi z rzędu ten flirt z nacjonalizmem się nie opłacił, bo to oznacza, że postępuje normalizacja litewskiej polityki. O tej normalizacji świadczy i już wspomniany sukces socjaldemokratów – litewski wyborca zaakceptował nowe, bardziej lewicowe (w tym także promniejszościowe) oblicze LSDP.

Przed Šimašiusem stoją teraz trzy kolosalne wyzwania.

Po pierwsze, musi przywrócić Wilnu wielkość. Można na wszelkie sposoby zaklinać rzeczywistość, że Kowno nie jest dla stolicy żadnym konkurentem, jednak fakt pozostaje faktem: wilnianie chcą jakieś dużej, jednoczącej wszystkich idei. Niech to będzie Stadion Narodowy lub fabryka Tesli, ale Wilno powinno pokazać, że nadal pozostaje miastem ambitnym. Same dwujęzyczne tabliczki dekoracyjne czy wizyty w gay clubach - mimo, że świadczą o osobistej odwadze mera - już nie wystarczą.

Po drugie, musi zapewnić równomierny podział zysków z bycia litewską stolicą pomiędzy poszczególnymi dzielnicami miasta. Wilno jest najbogatszym, najszybciej rozwijającym się i najwygodniejszym z litewskim miast. Jednak podział tych profitów wcale nie jest równomierny. Od lat władze miejskie (i za Zuokasa, i za Šimašiusa) zaniedbują Nową Wilejkę, Nowe Miasto i Nowy Świat. Tak się składa, że są to dzielnice zwarcie zamieszkałe przez mniejszości narodowe. Nie trzeba więc się dziwić, że tylko w tych dzielnicach wygrał Zuokas. Wygrał nie zważając na flirt z nacjonalizmem – mieszkańcy głosując na niego wyrażali po prostu swój protest.

Po trzecie, musi zakończyć „feudalizację” polityki miejskiej. Od czasów Zuokasa, a być może i wcześniejszych polityka miejska wygląda następująco – koalicjanci dzielą pomiędzy sobą poszczególne obszary gospodarki miejskiej: oświatę, ochronę zdrowia, opiekę socjalną, gospodarkę komunalną. A następnie w każdej z tych dziedzin panoszą się tak jak chcą i umieją. W wyniku takiej „feudalizacji” mieliśmy w ubiegłej kadencji i przeforsowaną przez konserwatystów, a uderzającą w oświatę mniejszości narodowych reorganizację sieci wileńskich szkół, i „rejonizację” wileńskiej oświaty, gdy szkoły mniejszości narodowych – za przykładem praktyk stosowanych w rejonach wileńskim i solecznickim – stają się przyczółkami AWPL-ZChR, nauczyciele i uczniowie są zmuszani do uczestnictwa w imprezach organizowanych przez ZPL i Instytut Myśli Polskiej, a rodzice do przekazywania podatków na jedyną słuszną opcję i składania podpisów za Tomaszewskim.

Od tego, czy uda Šimašiusowi się tym wyzwaniom podołać, czy uda mu się udowodnić, że rzeczywiście reprezentuje nową jakość w litewskiej polityce – będzie zależał jego wynik w roku 2023. A więc: Alleluja i do przodu!

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci