Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Top 10: Das ist fantastisch

vile

Czasami wydaje mi się, że fantastyka to takie unowocześnione baśnie dla dorosłych. W czasach sowieckich fantastyka była szansą na ucieczkę od szarej rzeczywistości oraz na legalne zapoznanie się z dorobkiem zachodnich twórców. Zachodnie science fiction było bowiem w ZSRS tłumaczone dosyć szeroko, być może dlatego, że odległa przyszłość (zazwyczaj ponura) nie wydawała się ideologom z KPZS zagrożeniem dla morale człowieka radzieckiego. Tak więc wychowałem się na literaturze fantastycznej. Mój ojciec miał pokaźną bibliotekę książek przygodowych i fantastycznych, a jak już je wszystkie przeczytałem — nowe powieści dostarczała mi mama-bibliotekarka. Moja przygoda z lekturami z gatunku science fiction trwa do dzisiaj. Rozpoczęła się od Juliusza Verne’a i Herberta Wellsa, ale jednak do Top 10 najlepszych utworów fantastycznych według św. Mnie postanowiłem wciągnąć nieco inne książki.

Arkady i Borys Strugaccy „Drapieżność naszego wieku“. Moją ulubioną pozycją w dorobku braci Strugackich jest „Żuk w mrowisku”, ale ponieważ wymieniłem ją już w innym rankingu, to tym razem wymienię mój numer 2 — „Drapieżność naszego wieku“ (Хищные вещи века). Głównym bohaterem książki jest znany z innych książek braci Strugackich Iwan Żylin, były astronauta, uczestnik wypraw na Marsa, Plutona, oraz Almateę, a obecnie agent Rady Bezpieczeństwa. Przybywa do pewnego południowego kurortu, aby przeprowadzić śledztwo w sprawie tajemniczego neuronarkotyku, który jest przyczyną mnóstwa zgonów. Fani kryminałów bez problemu rozwiążą tą zagadkę po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron, jednak urok powieści polega na jej wielowarstwowości, wielowątkowości. W rzeczywistości „Drapieżność naszego wieku” — to traktat filozoficzny na temat współczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego. Obywatele opisywanego przez Strugackich miasta toną w rozrywkach i lenistwie. Próbują nadać sens swojemu istnieniu poprzez udział w różnych ekstremalnych ruchach. Bo człowiek nie może być sprowadzony tylko do zaspokojenia podstawowych potrzeb fizjologicznych. Potrzebuje dużego wyzwania duchowego, idei. Inaczej pogrąży się w samodestrukcji. Jednak wbrew pozorom to nie jest antyutopia. Obywatele miasta-kurortu są wolni. Mogą wybrać albo życie w cieniu wyszukanych rozrywek, albo działania. W tym świecie każdy może zostać tym kim chce, jeśli chce. Ta napisana w 1965 roku powieść nie tylko przewidziała mnóstwo późniejszych społecznych zjawisk („smutasy” – goci, „jeżozwierze” — punkowie, „drożka” — rave, „intele” — radykalna hipsterska lewica, „lapnik” — paintball itp.), ale też jej filozoficzny wydźwięk w czasach bezwarunkowego dochodu podstawowego staje coraz bardziej aktualny.

Stanisław Lem „Śledztwo“. Moją ulubioną powieścią Stanisława Lema jest „Niezwyciężony”, ale ponieważ ją także już w innym rankingu wymieniłem, tym razem dam pierwszeństwo również rzeczy dosyć starej (1959 r.) i nieco niesłusznie pomijanej — „Śledztwu”. Akcja powieści się dzieje w Anglii. Najpierw w prowincjonalnych kostnicach są znajdowane ciała w zupełnie innych pozycjach niż być powinno, a następnie trupy zaczynają… znikać. Scotland Yard podchodzi do sprawy bardzo poważnie, starannie badając miejsca „zbrodni”, ponosząc jednak niemal całkowitą klęskę. Nie udaje się namierzyć sprawcy, ani nawet określić metod jego działania, nie wspominając o motywach. Śledztwo przejmuje porucznik Gregory. Wkrótce możliwe staje się zastawienie pułapki na cwanego przeciwnika, jednak ta nic nie daje, a na domiar złego jeden z policjantów trafia do szpitala ze śmiertelnymi obrażeniami. Sprawa gmatwa się coraz bardziej, jako że wszystkie kolejne wydarzenia zdają się sugerować, że trupy „zmartwychwstały”… Ostatecznie przyczyna zaginięć zwłok zostaje wyjaśniona tylko częściowo. Albo inaczej — Lem przedstawia kilka możliwych wyjaśnień, każde z którym ma poważne mankamenty i pozostawia finał historii otwartym. W rzeczywistości bowiem Lemowi chodzi nie o rozwiązanie zagadki, tylko o zastanowienie się nad tym. co potrafi zdziałać przypadek, koincydencja, ślepy traf czy Los. Zawsze uważałem „Śledztwo” za idealny scenariusz dla Davida Lyncha.

J.R.R. Tolkien „Władca Pierścieni“. W gruncie rzeczy nie ma tu chyba czego za bardzo opisywać. Absolutne arcydzieło. Książka, która zapoczątkowała nurt fantasy i która pozostała dla wszystkich twórców tego nurtu nieprześcignionym wzorem. Od blisko 70 lat pobudzają wyobraźnie kolejnych młodych pokoleń. Pierwszy tom powieści trafił w moje ręce gdzieś u schyłku Pierestrojki, przeczytałem go jednym haustem i myszkowałem po wileńskich bibliotekach szukając następnych. Bezskutecznie. Na całość „trylogii” trafiłem dopiero w 1991 roku podczas pobytu u znajomych w Moskwie. Miałem zaledwie 24 godziny na przeczytanie kilkusetstronicowej księgi. And I did it! Czytałem przez cały dzień i przez całą noc, z minimalnymi przerwami na jedzenie. Gandalf, Frodo, drużyna Pierścienia, Sauron, Saruman, rycerze, czarodzieje, elfy i orki — wszystko mi się w głowie przemieszało, niewiele z przeczytanego zapamiętałem, ale nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy niż wtedy. Po kilku latach trafiłem na polski przekład „Władcy Pierścieni” i już czytałem bez pośpiechu, wodząc palcem po załączonych mapach. Do dziś książki Tolkiena stoją na widocznym miejscu na mojej półce i czasami — choć zdarza mi się to rzadko — do nich wracam, a niektóre pieśni elfów i krasnoludów jestem w stanie cytować z pamięci…

Ray Bradbury „Kroniki marsjańskie”. Bradbury — to niewątpliwie arcymistrz światowej fanatsyki i nie moglo go zabraknąć w moim zestawieniu. Po dłuższym zastanowieniu się wybrałem „Kroniki marsjańskie" - klasyczną już pozycja w amerykańskiej literaturze fantastyczno-naukowej, drugą z kolei książkę pisarza. Napisane w formie opowiadań „Kroniki" relacjonują historię podboju Marsa przez ludzi. Opowiadania są ze sobą bardzo luźno powiązane, czasami wręcz kolidują jedno z drugim, ale wszystkie są przepojone typowym dla Bradbury’ego liryzmem, poetyckością i pesymizmem. Po raz pierwszy przeczytałem „Kroniki” w wieku lat 12 bądź 13 i pamiętam, ze niezbyt mi się nie spodobały. Marzyłem o space operze na temat podboju Marsa, a dostałem poemat prozą. Jednak dzisiaj doceniam niezwykły urok tej książki. Pięknie napisana, wciągająca, nietuzinkowa opowieść nie tyle o Marsie i Marsjanach, co o nas samych. Nie wiem, czy to oznacza, że się zestarzałem, czy że zmądrzałem…

Aleksy Tołstoj „Aelita“. Jeśli już jesteśmy przy tematyce marsjańskiej, to w dzieciństwie od „Kronik marsjańskich” o wiele bardziej wolałem „Aelitę” Aleksego Tołstoja. To w gruncie rzeczy pierwsza sowiecka powieść science fiction, a nawet space opera z prawdziwego zdarzenia. Napisana w 1922 roku przez byłego hrabiego, byłego żołnierza armii Denikina Aleksieja Tołstoja, który wrócił z emigracji do ZSRS i stał się jednym z ważniejszych sowieckich pisarzy. W porewolucyjnym Petersburgu w swoim garażu genialny inżynier Mścisław Łoś konstruuje rakietę, która pozwoli mu na podróż na Marsa. Ogłasza iż szuka towarzysza podróży. Na apel zgłasza się były czerwonoarmista, poszukiwacz przygód Nikołaj Gusiew. Po dotarciu do celu mężczyźni są zdumieni poziomem rozwoju cywilizacji na czerwonej planecie oraz… stopniem dekadencji wymierającego społeczeństwa marsjańskiego. Dopóki Łoś zgłębia tajemnice historii Marsa, który przed wieloma wiekami został podbity przez wychodźców z ziemskiej Atlantydy (Tołstoj bardzo zgrabnie wyśmiewa w książce wszelkie teozofskie mity) i angażuje się w relację miłosną z Aelitą, córką złowieszczego władcy Marsa Tuskuba, Gusiew wznieca nieudaną rewolucję. Nie jest to książka genialna, brak w niej jakiejś filozofii, ale jest bardzo sprawnie napisana, posiada szybką akcję i jest doskonała na poprawienie humoru.

Philip K. Dick „Ostatni Pan i Władca“. Ta książka uchodziła za jedną z ulubionych pozycji w polskim podziemiu anarchistycznym. Mnie ten zachwyt anarchistów „Ostatnim Panem i Władcą” zawsze wydawał się dziwny, bo w opowiadaniu rzeczywiście anarchiści występują, ale nie są to ani libertarianie, ani anarcho-komuniści, ani syndykaliści, tylko nowocześni luddyści i postapokaliptyczni konserwatyści, dążący w świecie pozbawionym technologii za wszelka cenę do zachowania status quo. Tacy zwycięscy punkowie spod hasła „no future”. Nigdy nie czułem do nich sympatii, ale opowiadanie jest genialne.  Akcja toczy się w 200 lat po światowej rewolucji anarchistycznej, która obaliła wszystkie państwa i wprowadziła na świecie społeczeństwo anarchistyczne, pozbawione nie tylko rządów, ale i technologii. Nowego porządku pilnuje Liga Anarchistyczna — ochotnicza formacja, składająca się z niestrudzonych wędrowców przemierzających świat w poszukiwaniu jakichkolwiek namiastek etatyzmu bądź technologii i niszczących je. Ligę Anarchistyczną dochodzą plotki, że w jednym z zakątków Ziemi odrodziło się państwo, technologie się zaczęły szybko rozwijać, powstała zawodowa, doskonale wyekwipowana armia. Wysyła więc trzech agentów, aby zbadali sprawę. Anarchiści odnajdują to mikropaństewko i niszczą jej przywódcę — Borsa, starego robota o przeznaczeniu wojskowym. Dobro zwyciężyło?... Cóż, opowieść Dicka można odczytać na różne sposoby. Ziemianie pod „panowaniem” Ligi Anarchistycznej wcale nie czują się szczęśliwi, świat jest pusty, trudny, niebezpieczny i pogrążony w stagnacji, ludzie się boją mówić otwarcie w obawie przed posądzeniem o chęć restauracji ancient regime. Tymczasem w królestwie Borsa jest mnóstwo maszyn, jedzenia i lekarstw ułatwiających ludziom życie, ale jednocześnie jedynym celem tego państewka jest wojna...

Alfred Van Vogt „The Monster“. Ten kanadyjski pisarz science fiction nie jest u nas zbyt dobrze znany. Przyznam się szczerze, że i ja niewiele jego utworów czytałem, ale opowiadanie „The Monster” (znane w polskim przekładzie jako „Zmartwychwstanie”) zrobiło na mnie w swoim czasie kolosalne wrażenie. I do dzisiaj chętnie do niego wracam. Na Ziemię, której ludzkość wymarła w wyniku katastrofy przyrodniczej, przybywają badacze z kosmosu, aby wyjaśnić co się stało oraz zbadać przydatność planety pod kątem kolonizacyjnym. Zaczynają wskrzeszać ludzi z różnych epok i gdy wskrzesili mężczyznę z okresu katastrofy, okazało się, że nie potrafią nad nim zapanować. Nie wiem, czy kiedykolwiek czytałem coś równie optymistycznego. To opowiadanie to prawdziwy hymn na cześć ludzkości i homo sapiens. Gdy moja wiara w człowieka ulega zachwianiu na skutek kolejnej politycznej głupoty — zawsze wracam do Alfreda Van Vogta i ponownie nabieram wiary, że jesteśmy zwieńczeniem procesu ewolucji. A raczej - mamy szansę nim sie stać.

Andrzej Sapkowski „Ostatnie życzenie”. Tak wolę właśnie ten zbiór opowiadań o Wiedźminie, a nie sagę, chociaż ją także przeczytałem z przyjemnością. Bo te krótkie teksty o Geralcie były moim zdaniem o wiele bardziej urzekające. Zręczne rzemieślniczo, postmodernistycznie żonglujące motywami baśniowymi i mitologicznymi i przedstawiające ironiczne ujęcie świata fantasy, pełne czarnego humoru i gorzkich refleksji. Jednocześnie doskonałe językowo: widać, iż Andrzej Sapkowski zna wiele języków obcych i z tych umiejętności chętnie korzysta. Generalnie trzeba przyznać, że Sapkowski stworzył piękne uniwersum, które wybiło się ponad książki. Komiksy, gry komputerowe, film i serial rozsławiły Geralta z Rivii na cały świat, a z Sapkowskiego stworzyli jeden z najlepszych polskich produktów eksportowych. Ostatnio także Netflix zabrał się za jego ekranizację, 5 listopada w Budapeszcie ruszają zdjecia do pierwszych 8 odcinków, a ich premiera prawdopodobnie odbedzie sie w roku 2020...

Harry Harrison „Bill, bohater Galaktyki”. W swoim czasie bardzo lubiłem Harry’ego Harrisona. Za fantastyczne poczucie humoru. Z biegiem czasu przekonałem się, że Harrison napisał więcej tasiemcowej chałtury niż powieści wartościowych, ale „Billa, bohatera Galaktyki” lubię do dzisiaj. Wiejski chłopak-fajtłapa Bill z rolniczej planety zostaje okłamany przez oficera werbunkowego i trafia do oddziałów kosmicznej armii, która toczy bezsensowną wojnę na granicach olbrzymiego kosmicznego Imperium z rasą jaszczurek. Podczas jednej z kosmicznych bitew z Chingersami, gdy eskadra krążowników Imperium została praktycznie zniszczona, Bill przez przypadek trafia na mostek kapitański i również przypadkowo otwiera ogień do nieprzyjaciela, niszcząc flotę kosmitów. Staje się przez to bohaterem wojennym…  To książka przesiąknięta absurdalnym humorem, komizmem, ironią i drwiną z militarnej oraz imperialistycznej polityki. Przeczytałem ją jakieś 20 lat temu, ale Bill nadal jest moim ulubionym antybohaterem.

Robert Sheckley  „The Status Civilization” — jest to już ostatnia pozycja w moim subiektywnym Top 10, więc długo się zastanawiałem. Asimov, Heinlein, Pratchett, Clark, Martin?… Jednak wybrałem krótką powieść Roberta Sheckleya z roku 1960. Will Barrent, facet, który nie czuje za sobą żadnej winy I o ile pamięć go nie zwodzi – nie popełnił żadnego przestępstwa — trafia na planetę Omega, na którą Ziemia zsyła najbardziej zatwardziałych przestępców. Nie mogą z planety uciec, ale tak długo jak przebywają na niej — mogą robić co chcą. Powstał więc na Omedze świat rządzony przez przestępców, gdzie jedyną zasadą jest to, że nie ma żadnych zasad. Morderstwa są na porządku dziennym, a łamanie prawa, zwłaszcza zabijanie ludzi, polepsza status człowieka. A propos tytuł powieści został (imho) na język polski źle przetłumaczony („Planeta zła”). Na Omedze powstała bowiem właśnie cywilizacja statusu, społeczeństwo klasowe, a nie złe. Ta książka (oraz „Trudno być Bogiem” braci Strugackich) zainspirowała mnie w wieku bodajże lat 14 czy 15 do napisania jednego z pierwszych (w moim dorobku) opowiadań science fiction pt. „Rezerwat”…

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci