Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Vilnius Punk'88 In Memoriam

vile

U schyłku lata, w wileńskim klubie „Paviljonas”, odbył się koncert poświęcony trzydziestoleciu legendarnego festiwalu rockowego „Vilnius Punk'88“. Zagrali Nerrius Petchurra & Fantomai, Turbo Reanimacija, Dėlčia oraz specjalnie przybyły na tę okazję z Londynu Varveklis. Było śmiesznie i smutno jednocześnie. Sala wypełniona po brzegi, ale prawie wyłącznie podstarzałymi rockmanami, ich żonami i małoletnimi dziećmi. Niemal nikogo z współczesnych punków dla których Atsuktuvas i Varveklis to i zamierzchła przeszłość, i trochę ... obciach. Bo rzeczywiście to, co gra obecnie Nerijus Pėčiura punk rockiem nazwać trudno. To jakiś mało zabawny ersatz buntu i groteskowe grymasy polane garażowym umpa-umpa... Zresztą nawet odrodzona Turbo Reanimacija, niegdyś sztandarowa litewska kapela hardcore‘owa, wyglądała obecnie  jakoś blado i nieprzekonywująco.. Trzydzieści lat temu było zupełnie inaczej. Na dziedzińcu Alumnatu Uniwersytetu Wileńskiego zgromadziły się tłumy. Metale, punkowcy, rockersi wypełnili podwórze, siedzieli w oknach, a pod zaimprowizowaną sceną — szalone pogo. Na scenie zaś — legendy ówczesnego ruchu alternatywnego nie tylko z Wilna, ale i z innych litewskich miast oraz „sojuznych respublik”: Už Tėvynę, G.R.I., Mėsa, ABS z Tallinna i, oczywiście, sztandarowy zespół (anty)sowieckiego punk rocka — Grażdanskaja Oborona z Omska. Gdy agenci KGB spróbowali wejść na festiwal machając przed nosem ochroniarza legitymacjami służbowymi, ten spokojnie odpowiedział: „Jak kupicie bilety — to wejdziecie.” Musieli kupić, żeby usłyszeć zawsze aktualne przemówienie Tarmo Kruusimäe, lidera estońskiej kapeli ABS: „Kiedyś nauczyciele uczyli nas, że Breżniew to super gość, teraz uczą, że był zły… Ci sami nauczycieli ciągle nas uczą”.. Przynajmniej taki obraz tego legendarnego festiwalu wyłania się z opowiadań świadków, szczątkowych nagrań video i pożółkłych archiwalnych fotografii., bo osobiście na tym festiwalu nie byłem. Po trosze z uwagi na zbyt młody wiek, po trosze z uwagi na fakt, iż punk rockiem zaciekawiłem się jakieś dwa-trzy lata później.

Byłem typowym sowieckim dzieckiem. Październiątkiem, pionierem. Czytałem książki o Leninie i dzieciach, a gdy z nich wyrosłem – Juliusza Verne’a i Alfreda Szklarskiego. Muzyką się w zasadzie nie interesowałem. Bo muzyki – jak i seksu – w Związku Sowieckim nie było. Była przaśna sowiecka estrada a la Sofija Rotaru, Josif Kobzon i Ałła Pugaczowa. Ale to nie było coś, co mogło zainteresować młodego pacana z Karolinek. Było, oczywiście, podziemie rockowe, ale, aby słuchać tych nielegalnych nagrań trzeba było mieć nie tylko znajomości, ale i… magnetofon, a tego „dobra luksusowego” w naszym domu nie było do roku 1990. Rodzice ledwie wiązali koniec końcem, więc kasy na fanaberie smarkaczy nie było.

 

К сволочи доверчива…

genocidas_raudonajam_interventuiPamiętam, jak mój kolega z klasy za zarobione zbieraniem jarzębiny – każdego roku uczniowie starszych klas musieli odpracować miesiąc w kołchozie, zaś młodsi zebrać jak największą ilość wszelkiego rodzaju leczniczej flory (najwięcej płacono za bławatki, ale najłatwiej było zbierać jarzębinę właśnie) – pieniądze kupił jednokasetowy magnetofon. Zbieraliśmy się u niego po lekcjach i słuchaliśmy muzyki. Tylko że jego gusta nie odbiegały zbytnio od gustów twórców „Utrennei poczty” na centralnym kanale sowieckiej telewizji.

Z tymi popowo-estradowymi brzmieniami, które w żaden sposób do mnie nie przemawiały, zerwałem ostatecznie gdzieś w roku 1987. W audycji telewizyjnej „Wzgliad”, jednej z pierwszych niezależnych audycji w sowieckiej TV, usłyszałem występ zespołu DDT. Jurij Szewczuk charakterystyczna chrypką wywodził, wykrzykiwał:

Родина. Еду я на родину,

Пусть кричат -- уродина,

А она нам нравится,

Спящая красавица,

К сволочи доверчива…

Grupa DDT stała się moją „miłością” na całe życie. I bardzo się cieszę, że jej lider Jurij Szewczuk nigdy się nie skurwił, zawsze pozostał po stronie dobra, wolności, demokracji i dziś jest jednym z najostrzejszych krytyków Putina.

 

Zaoczny punk

atsuktuvasNatomiast punkiem zostałem niejako zaocznie. Gdy byłem w klasie bodajże dziesiątej inny mój przyjaciel przyniósł pewnego razu do szkoły czasopismo „Rowiesnik”. „Rowiesnik” był takim młodzieżowym, komsomolskim gniotem, ale na fali pierestroiki autorzy przemycali na jego stronach czasami jakieś ciekawsze teksty okołomuzyczne. Przyjaciel był zapalonym metalowcem i próbował mnie na swoją wiarę nawrócić podsuwając kolejne kasety z nagraniami Sodoma, Megathu, Metallici… A mnie podobalo się ciężkie brzmienie, ale okultyzm i pięciominutowe solówki nudziły  niemiłosiernie. Interesowała mnie rewolucja, a nie karkołomne konstrukcje z gitarowych riffów. Miałem już zaliczone urywki z „Państwa i anarchii” Michaiła Bakunina i tego poszukiwałem w muzyce. Przyjaciel podsunął mi więc pod nos czasopismo i powiedział:

Przeczytaj, to o tobie!

Był to artykuł o brytyjskim ruchu punk. Wynikało z niego, że punkowcy - to anarchiści, bo ich hymnem jest „Anarchy in the UK”, a autorzy tej piosenki, londyńska ekipa The Sex Pistols, to degeneraci, narkomani, buntownicy bez powodu, rzucający wiązankami przekleństw w eterze telewizji narodowej. Natychmiast zakochałem się w punku i The Sex Pistols na zabój, mimo iż nie słyszałem jeszcze żadnej punkowej piosenki. W tym sensie przypominałem uczestnika pierwszej fali litewskiego punku, którzy o punk rocku informacji czerpali ze stron komsomolskiego pisemka „Moksleivis", chociaż pokoleniowo należałem do drugiej.

W sierpniu 1990 roku rodzice kupili nareszcie mi magnetofon. Nie byle jaki – tylko dwukasetową „Vilmę”! Jak na czasy sowieckie – ostatni pisk mody. Można było nie tylko słuchać muzyki, ale i ją przegrywać. Ba, magnetofon posiadał mikrofon, a więc można było jeszcze i nagrywać własną muzykę. Poza tym dało się go wykorzystać i jako wzmacniacz do gitary elektrycznej… Jednym słowem cudo techniki rozwiniętego socjalizmu! Co prawda to cudo z niezwykłą wręcz żarłocznością „żuło” kasety, ale to była przypadłość wszystkich magnetofonów wyprodukowanych po naszej stronie żelaznej kurtyny.

 

Mетодом научного тыкаuz_tevyneW tym czasie w Wilnie już jak grzyby po deszczu powstawały pirackie studia, które za kilka rubli nagrywały kasety z ulubionymi wykonawcami. Oferta większości z nich była rozrywkowo-estradowa: Pugaczowa, Rotaru, Technologija, Karmen i dalej w ten deseń, ale były też dwa studia w których można było trafić na bardziej wartościowy towar. Jedno mieściło się w piwnicy uniwersyteckiej przy ulicy Skapo, drugie – także w piwnicy przy ulicy Venuolio, obok kina „Planeta” (wejście z podwórka). Tam się zawsze kręciło sporo metali i punkowców, którzy wertowali ręcznie zapisane katalogi wyszukując rarytasów. Metalu było w tych katalogach sporo, a z punkiem był problem.

Gdy tylko dostałem magnetofon i w prezencie cztery kasety TDK (wszystkie kasety produkcji zachodniej były na wagę złota, kosztowały krocie, ale i tak nie sposób było ich kupić; w sklepach muzycznych i kioskach kooperatyw leżały natomiast góry lokalnych sowieckich produktów a la MK) – natychmiast pobiegłem do studia przy Skapo i zamówiłem nagranie The Sex Pistols. W studiu posiadali trzy albumy tego zespołu: bootleg z 1976 roku, „Never Mind the Bollocs” z 1977 i „Great Rock’n’Roll The Swindle” z 1978. Nie mając zielonego pojęcia o ich twórczość — przypominam, że Google powstanie dopiero za 10 lat! — uznałem, że trzeba zacząć od najwcześniejszego i nagrałem bootleg. Gdy wstawiłem kasetę do magnetofonu i nieoczekiwanie okazało się, że czasopismo „Rowiesnik… nie kłamało! Po pierwsze, jakość nagrania koncertowego była przerażająco niska. Po drugie, muzyka była strasznie prymitywna. Nic to! Przesłuchałem raz i dwa, i przekonałem siebie, że mi się podoba. Przecież jestem punkiem, no nie? A punkowcy lubią The Sex Pistols! Aksjomat.

Z nagrywania następnych albumów ojców założycieli punk rocku jednak na jakiś czas zrezygnowałem. I przez blisko rok nagrywałem inne kapele: The Exploited, Dead Kennedys, The Stranglers, The Vibrators, The Clash… Z The Clash również zresztą „źle” trafiłem. Nauczony gorzkim doświadczeniem z pierwszą płytą The Sex Pistols tym razem nagrałem nie pierwsze dwa albumy, tylko „London Calling” z 1980 roku. Sęk w tym, że „London calling” to już nie punk! Joe Strummer i Co. zaczęli na nim eksperymentować z innymi gatunkami muzycznymi. Dla piętnastolatka było to zbyt ekstrawaganckie, popowe… Tak więc przez dłuższy okres czasu moimi ulubieńcami byli The Exploited i, especially, Dead Kennedys.

Interesowałem się też, oczywiście, litewską sceną punk. Tu był spory problem, bo było to środowisko bardzo hermetyczne: przyjaciele, znajomi, znajomi znajomych... Nagrania lokalnych kapel były trudno dostępne, a koncerty — rzadkie i zazwyczaj kończyły się bójkami z urlaganami i policją. Z braku dostępu do fanzinów (pierwszy, „Mūsų Ašigalyje“, powstał w roku 1986 z inicjatywy Atsuktuvasa, a początek lat 90. jest ich belle epoque: „Raganos ir alus”, „KNK”, „Orfanai Citadelyje”), początkowo wszelkich informacji o litewskim undergroundzie czerpałem z tygodnika „Mes“, młodzieżowego dodatku do litewskojęzycznej mutacji „Komsomolskiej Prawdy“, który po odzyskaniu niepodległości stał się „Lietuvos rytasem“.

„Mes“ był poświęcony młodzieży ogólnie, ale jego dziennikarze często opisywali koncerty punkowe, robili wywiady z kapelami. Dodatkowo gdzieś w roku 1990 lub 1991 trafiłem przypadkowo w bibliotece powszechnej na napisaną przez znanego rosyjskiego dziennikarza muzycznego i opozycjonisty Artemia Troickiego encyklopedię „Rock w SSSR“. Stała się ona dla mnie swojego rodzaju Biblią. To właśnie z tej książki dowiedziałem się o sztandarowych zespołach litewskiej sceny rockowej: Antis, Fojė i, of course, Už Tėvynę. Antis, Fojė  do mnie nie przemówili, a Nerijus „Atsuktuvas“ Pėčiura patrzył z kartek tej książki na mnie buntowniczym wzrokiem małoletniego chuligana. Olbrzymi irokez, skórzana kurtka z ćwiekami, porwane obcisłe jeansy. Wyglądał jak wypisz wymaluj członek The Exploited. Więcej — wyglądał jak półbóg punku! Aż trudno było uwierzyć, że to facet z Wilna, a nie z Londynu. Wybrałem się więc na koncert pod Domem Prasy w Wilnie, zorganizowany w proteście przeciwko sowieckiej agresji. Grało sporo różnych kapel, ale też UTV Nerijusa Pėčiury. Oczekiwałem, że będzie ostra punkowa muza, a dostałem... pastisz popu i estrady w wykonaniu Atsuktuvasa i dwóch dziewczyn z syntezatorami... Mojemu rozczarowaniu nie było końca. Nie wiedziałem, że Pėčiura już wcześniej porzucił punk rocka, a UTV to projekt popowy tylko nawiązujący do legendarnej nazwy.

Atsuktuvas w ciągu następnych kilkudziesięciu lat stworzył jeszcze wiele projektów muzycznych, próbując bez większych sukcesów przebić się do litewskiego muzycznego mainstreamu. Przed kilkoma laty powrócił do garażowych brzmień i wybrałem się na kilka jego koncertów. Niestety w tym co robi brak autentyczności. Jest to taki punk rock w stylu Sigue Sigue Sputnik — zbyt przemyślany i zbyt... archaiczny. A przecież były czasy, gdy Atsuktuvas te tłumy porywał!

 

1982: The Begining

Sa_SaNa dobrą sprawę litewski ruch punk narodził się już po rozpadzie The Sex Pistols, chociaż pierwszy litewski zespół protopunkowy, Mind‘s Disorder, powstał w 1973 roku, a i więc w czasach eksplozji garażowego rocka w USA i Anglii. Założyli go uczniowie 22. szkoły średniej w Wilnie (obecnie gimnazjum im. Mykolasa Daukšy): Arvydas „Makys“ Makauskas, Gediminas „Gedson“ Simniškis , Gintaras „Davas“ Davalga oraz Jaunius „Jauniukas“ Besenas. Ich utwory były przesiąknięte ironią, rozpoczynały się zazwyczaj jako pastisze słodkich, estradowych brzmień, aby za chwilę przerodzić się w prawdziwą rockową kakofonię. Mind‘s Disorder wyróżniali się też tym, że wszystkie piosenki śpiewali wyłącznie w języku angielskim. Istnieli przez 10 lat, jedyny swój koncert zagrali w roku 1977, ale za to w warunkach domowych nagrali aż 10 albumów. Sami nie uważali się za punkowców, w odróżnieniu od ich „spadkobierców” z grupy Sa Sa

Sa Sa powstał w 1982 roku i już nie tylko estetyką, buntem przeciwko siermiężnej sowieckiej rzeczywistości, ale i brzmieniem przypominał rasowe kapele punkowe, a jego teksty stanowiły pastisz sowieckich haseł i groteskowe przeróbki piosenek komunistycznych brygad agitacyjnych. Lider kapeli Nerijus „Ahlyj“ Rėza, wzywany na przesłuchania do KGB, tłumaczył, że kapela nie jest

zespołem punkrockowym, tylko humorystyczna agitbrygadą“.

Sa Sa przetrwał do roku 1990, a „pośmiertnie”, w roku 1994, ukazał się pierwszy i jedyny jego album pt. „Paskutinės dainos“. Mniej więcej w tym samym czasie powstał też w Szawlach zespół The Rats, który następnie przekształcił się w sztandarowy litewski zespół rockowy Bix.

Pod koniec 1982 roku w Wilnie i innych większych miastach Litwy pojawiły się też pierwsze grupki młodych punkowców. Porwane ojcowskie marynarki, spodnie, ciężkie wojskowe glany.

Rekrutowali się przede wszystkim ze środowiska młodzieży szkolnej, akademickiej. Słuchali rockndrolla, czytali Bakunina. Natomiast mniej uwagi zwracali na ubiór, wygląd. Ich interesowały idee i muzyka. Ja zostałem punkiem bodajże w roku 1986 i dla nas najważniejszy już był bunt, image, ubiór. Słuchaliśmy The Exploitde, UK Subs, sporo amerykańskiego hardcore'u. Docierały do nas pojedyncze numery fanzinu "Maximum Rock'n'Roll". Płyty i ziny szmuglowali marynarze z Kłajpedy, następnie można było je kupić na "barachołce" przy rondzie na Antokolu. No i piliśmy. Sporo piliśmy" - opowiadał mi przed kilkoma laty jeden z ojców chrzstnych litewskiego punk rocku Vikintas „Varveklis" Šimanskas podczas robienia wywiadu dla zine'u „W paszczu".

Kilka lat później — pojawiły się też DIY koszulki z nazwami zachodnich zespołów punkowych. Niewielu z nich w życiu słyszało chociaż jeden utwór The Clash bądź Damned, swoją wiedzę o punk rocku czerpali z artykułów w sowieckiej prasie, która krytykowała punk jako zjawisko „burżuazyjne“, „faszystowskie“ i „wrogie ideologicznie“. To wystarczyło, żeby stać się pociągającymi dla wielu młodych Litwinów. Nawet jeśli ich gusta muzyczne najczęściej oscylowały wokół AC/DC, Niny Hagen, DAF i Stray Cats (zresztą w tym samym czasie — pamiętam — za metalowców uchodzili miłośnicy Bon Jovi…).

Na początku dziewiątego dziesięciolecia ruch punkowy, szczególnie w Wilnie, był już zjawiskiem masowym. Osób, które określały się jako „punki“, były tysiące. Uczniowie wałęsali się po Wilnie gangami“ —twierdzi Nerijus „Atsuktuvas“ Pėčiura.

Symbole punkowe mieszały się na ich ubraniach z symbolami narodowymi: słupami Giedymina, Pogonią, trójkolorową flagą. W ogóle w odróżnieniu od zachodnich punkowców, litewscy byli nastawieni nacjonalistycznie, a przywitanie „Sieg Hail“ było na porządku dziennym, choć wynikało nie z sympatii prohitlerowskich, a z chęci zaszokowania otoczenia. W środowisku kolportowano ulotki z hasłami „Niech żyje punk i Wolna Litwa“, „Russians Go Home", z okazji świąt narodowych punki malowali na ścianach antysowieckie, patriotyczne graffiti. Na długo zanim rozpoczął się Sajūdis.

 

Punki vs. Montani

resize_1920x1080_47_lya_k1_bn1_21736101Wileńscy punkowcy zazwyczaj się kręcili w okolicach kawiarni „Vaiva” przy obecnej ulicy Pilies (Zamkowej), piwiarni „Bačka” (przy obecnej ulicy Wielka) oraz „Žibutė“ na Niemieckiej. Można było ich spotkać pijących piwo lub wina owocowe w zaniedbanym Psim Parku, który obecnie należy do zespołu Pałacu Prezydenckiego i jest zamknięty przed zwiedzającymi, a jeszcze częściej na murku przy Katedrze. To właśnie tu wyłapywali ich „montani” i następnie biciem uczyli szacunku do socjalistycznej Ojczyzny w porośniętych krzakami odmętach Ogrodu Bernardyńskiego. Szczególnie lubował się w tym gang zwany „Saducha” (od „Sad Mołodioży”; tak się nazywał w okresie sowieckim Ogród Bernardyński).

„Montani” — to chyba zjawisko stricte litewskie, a nawet wileńskie. Jeśli chodzi o nazwę, bo w sensie „ideologicznym” był to po prostu lokalny odłam ruchu, który w Rosji jest nazywany „gopnikami”, „luberami”, a w Polsce — „dresiarzami”. Młodzi chuligani z fabrycznych dzielnic, zwalczający nieformalsów drogą bicia, przymusowego strzyżenia i odbierania kieszonkowych. W przyszłości stali się zalążkiem mafijnych „brygad”.

W Wilnie byli zazwyczaj ubrani w jeansy i szerokie kurtki firmy „Montana”, pierwszej zachodniej (niemieckiej) firmy, której władze sowieckie pozwoliły na legalną sprzedaż swojej jeansowej produkcji w ZSRS. Jeansy „Montana” kosztowały w latach 80. w sklepie około 30 rubli, tylko że oczywiście nigdy ich w tych sklepach nie było, natomiast na czarnym rynku ich cena mogła sięgać nawet zawrotnej sumy 200 rubli (miesięczne wynagrodzenie wykwalifikowanego robotnika!).

W Wilnie „montani” rekrutowali się przede wszystkim z lokalnej młodzieży rosyjskojęzycznej, w tym także z miejscowych Polaków (niejaki Ryszard Maciejkianiec twierdzi, że „montaną” był i Waldemar Tomaszewski, jednak nikt inny tych rewelacji nie potwierdza, chociaż szkolni znajomi Tomaszewskiego nie ukrywają, że w razie potrzeby pięściami pracował nie najgorzej). Sami siebie mianowali „obrońcą socjalizmu” przed wpływami „zgniłego Zachodu”, jednak na co dzień słuchali zachodnich popowych wykonawców (np. C.C. Catch).

„Montani”, wspierani w swojej „walce” z punkami, depeszami, rockersami i metalami, przez milicję i KGB, były wieczną zmorą wileńskich punkowców, którzy nie byli dorównać w polu twardym, zaprawionym w bójkach na pięści lumpenproletariuszom. Ich jedyną szansą była ucieczka, chociaż pewnego razu, latem 1984 roku, jeden z punków (ni to Bimbam, ni to Mustafa) postanowił się bronić i uderzył „montanę” nożem. „Montani” zażądali rozmów pokojowych.

Logika saduchskich była dziwaczna: uważali, że jeśli pięciu „montanów“ łupi jednego punka — to wszystko jest ok, ale jesli ten w samoobronie własnej uderzy któregoś z napastników nożem — jest to nieuczciwe i niehonorowe“ — opowiada Paulius Gidenis, kurator wirtualnej wystawy „Młodzi i szaleni“ (z  której pochodzą ilustracje do tego tekstu), który uczestniczyl w tych negocjacjach. Ostatecznie jednak zawarto nietrwały rozejm.

W marcu 1984 roku w środowisku punkowym powstała nawet nieformalna grupa „Mirtis kacapams“ (Śmierć kacapom), której członkowie postanowili przeciwstawić się „montanom”, ucząc się zakazanego w ZSRS karate. Przy okazji twierdzili, iż „socjalizm jest ideologią błędną“ i „nie może istnieć długo“. KGB nieskutecznie próbował wpaść na ich trop, ale wpadł „tylko” na trop młodych punkowych „terrorystów”— przyszły legendarny punkowy wokalista Varveklis z kilkoma kolegami szkolnymi planował porwanie… samolotu pasażerskiego i ucieczkę do Turcji. Kto wie, czym by ten pomysł skończył, gdyby jeden ze spiskowców nie wygadał się rodzicom, a ci nie poinformowali milicji…

Litewski ruch punkowy był więc przeważnie ruchem etnicznie litewskim. Jak wspomina Varveklis:

Polacy, Rosjanie jakoś byli wtedy w tyle. Nie wiem dlaczego nigdy nad tym sie nie zastanawiałem ani nie przydawałem temu znaczenie. Nidgy nie byłem żadnym nacjonalistą czy patriotą, chociaż wtedy, w latach 80., ruch punkowy był traktowany jako część antysowieckiej rezystencji."

Dopiero gdzieś w roku 1986 pojawiły się w jego szeregach większe grupki nie-Litwinów, chociaż Aleksander Borowik, obecny zastępca redaktora naczelnego „Kuriera Wileńskiego“, w rozmowie ze mną wspominał, że już w 1982 roku także w wileńskiej „dziewiętnastce“ (obecnie — „syrokomlówka“) kilku młodych Polaków „punkowało“.

 

WC, Už Tėvynę, G.R.I.

komanda_WZ biegiem czasu ruch punkowy na Litwie się zmienił, „wykrystalizował”, stał się bardziej hermetyczny, mniej liczny i bliższy zachodnim kanonom. W 1986 roku dwaj wileńscy punkowcy Nerijus „Atsuktuvas” Pėčiura oraz Vikintas „Varveklis” Šimanskas założyli pierwszą litewską kapelę punkową WC (podczas występu na otwarciu wileńskiego Rock Clubu organizatorzy poprosili o inną, bardziej przyzwoitą nazwę i grupa wystąpiła jako „Komanda V”). Akurat wybuchła elektrownia atomowa w Czarnobylu i pierwszy kawałek zespołu miał prześmiewczy tytuł „„Aš nuplikau nuo peroksido“.

W 1986 roku było wiele takich garażowych zespołów jak WC, tylko żaden z nich nie miał odwagi, żeby wdtrapać się na scenę. Dopiero my to zrobiliśmy. Pochwaliliśmy się, że mamy zespół i Margarita Starkevičiūtė, która wówczas menedżerowała Antisowi, zaprosiła nas, żebyśmy zagrali przed nimi. My bez żadnego przygotowania —śmiało na scenę. I zagraliśmy coś. Ostatnia piosenka była czystej wody improwizacją“ — wspominał w wywiadzie dla 15min.lt i jeszcze wcześniej w rozmowie ze mną Varveklis.

Po tym koncercie nastąpił prawdziwy wysyp litewskich punkowych kapel: Mėsa, 33 proc. kiaulių pakeliui į Vatikaną, Dustas Nuodai, Auka. Powstawały, grały jedną-dwie piosenki i znikały. Grupa WC zagrała w sumie około 10 koncertów w różnych dziwnych miejscach na Litwie, w Estonii, Ukrainie i się rozpadła. Wersja kombatancka brzmiała by zapewne, że z powodu prześladowań KGB. Atsuktuvas i Varveklis byli wzywani do sowieckiej bezpieki non stop na rozmowy. W przeddzień pierwszego dużego antysowieckiego wiecu w Wilnie, który odbył się 23 sierpnia 1987 roku pod pomnikiem Adama Mickiewicza, Varveklis został zatrzymany i „prewencyjnie” wsadzony do aresztu na 15 dni, bo milicja obawiała się może w czasie wiecu wykrzyczeć, coś na co dorośli uczestnicy nie mieliby odwagi (a propos innych punków spacyfikowany bardziej pomysłowo - puszczono w telewizji koncert AC/DC i większość punkowców pozostała prze cały wieczór przed odbiornikami telewizyjnymi). Jednak prawda była o wiele bardziej prozaiczna.

Po prostu się pokłóciliśmy z Varveklisem z jakiegoś błahego powodu i nasze drogi się rozeszły” — wspomina Atsuktuvas.

Nerijus Pėčiura założył punkowy zespół Už Tėvynę, jego sztandarowym utworem stały się piosenki „Lietuva tai jega" (Litwa - o siła), którą już wkrótce nuciła cała Litwa, oraz „Šiandien glasnost” (Dzisiaj glasnost’), krytyczna wobec hipokryzji gorbaczowskiej pierestrojki: „Šiandien glasnost — daug kas galima, kalbom į ateitį – širdim į Staliną” (Dziś mamy glastnost’ – na wiele możemy sobie pozowlić, w przemówieniach jesteśmy w przyszłości, ale sercem — ze Stalinem). Už Tėvynę stała się stałym uczestnikiem Marszów Rockowych, które rozpoczęły litewską Śpiewającą Rewolucję.

Natomiast Varveklis grał najpierw w kapeli Emocinis karas, następnie w grupie G.R.I. (Genocidas Raudonajam Interventui) pozostając w głębokim podziemiu nawet wobec litewskiego rockowego półświatka. Podczas wydarzeń styczniowych 1991 roku, gdy wileńskimi ulicami rozbijały się sowieckie czołgi, a komandosi szturmowali placówki niepodległej Litwy, Varveklis z kolegami przez miesiąc pełnił wartę na wieży Giedymina broniąc litewskiej flagi. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości mieszkał w Polsce, Niemczech, Francji, obecnie na stale przebywa w Anglii.

 

 

Co nam zostało z tamtych lat?

varveklis_karlasMniej więcej około roku 1989 pierwsza fala litewskiego punk rocku wygasła. Wolność i niepodległość przyniosły nowe wyzwania. Niewielu uczestników pierwszej fali punku zachowała wierność punkowemu trybowi życia ideałom, który do dnia dzisiejszego mieszka na squotach w Londynie, maluje graffiti i tropi z bejsbolem neonazistów. Większość odstawiła glany, skóry i fryzury, założyła garnitury i lakierki, i stała się częścią biurowego planktonu. Co więc im zostało z tamtych lat? Najlepiej chyba to ujął Krzysztof Grabowski, jeden z liderów Dezertera, sztandarowej polskiej kapeli punk:

Liczę na to, że coś pozostało w umysłach. Ci ludzie, którzy w latach 80. nie zgadzali się na rzeczywistość i budowali własną, nie wyparowali, są w różnych miejscach i do dzisiaj to potrafią. Mam przeczucie, że takie doświadczenie ich zmieniło, że to nie są zwykli pazerni kapitaliści. Nawet jeśli dziś noszą garnitury i są prezesami, to jednak tli się w nich jakaś punkowa przyzwoitość i nie są skurwysynami w dorosłym życiu. W końcu o to chodziło.

Ja należę już do drugiej fali litewskiego punk rocka, która się rozpoczęła około roku 1992 fala. Bardziej anarchistycznej, lewicowej, antyfaszystowskiej, hardcore’owej. Bardziej sceptycznej wobec narodowych mitów i stereotypów niż Atsuktuvas, Varveklis i ich kolesie. Do uczestników tej drugiej fali słowa Grabowskiego pasują jak ulał. Wielu z nas zrobiło kariery w korporacjach i urzędach, ale zachowało tę punkową przyzwoitość, otwartość na innych i nie są skurwysynami. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo punk's not dead...

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci