Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Zawsze stawaj po stronie słabszego

vile
Uważam, że nie bywa dobrej czy złej reklamy. Bywają tylko reklamy skuteczne i nieskuteczne. Doskonałym przykładem jest kontrowersyjna kampania reklamowa, zainicjowana ostatnio przez „Go Vilnius”, pt. „Vilnius; the G-spot of Europe“. „Wilno – punktem G Europy.“ Osobiście uważam ją za głupią. Uważam, że odwoływanie się do seksu w promocji Wilna jest niepotrzebne i utrwalające niepochlebne stereotypy o tym, że Europa Wschodnia — to region „taniego piwa i jeszcze tańszych kobiet”. Jednak trzeba przyznać, że efekty tej kampanii reklamowej są fantastyczne. Od kilku tygodni mówią o Wilnie wszystkie liczące się media światowe. Od Nowego Jorku po Nową Zelandię. Jeśli taki był cel tej kampanii — to ryzyko się opłaciło. A że ktoś ją uważa za niegustowną czy rozpoczętą w złym momencie, bo w przeddzień wizyty papieskiej? Cóż de gustibus non est disputandum… Zupełnie czym innym jest zakłócanie w imię reklamy życia innym osobom. Np. życia religijnego. Jak podczas uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, czyli Zielnej, w Turgielach. Wczoraj (15 sierpnia) do kościoła weszło trzech przebranych za księży litewskich showmanów: komik Vitalijus Cololo oraz aktorzy Mindaugas Papinigis i Ainis Storpirštis. Była to akcja reklamowa „Zero Live Show“ Emilisa Vėlyvisa, który nakręcił kilka interesujących obrazów kryminalnych („Zero“, „Zero II“, „Zero 3” i „Redirected / Už Lietuvą!“) oraz jest nazywany litewskim Quentinem Tarantino. Porównania do Tarantino są grubo na wyrost, Vėlyvis swoją twórczością nie tyle łamie schematy i stereotypy, co je utrwala, jednak niewątpliwie jest zdolnym marketingowcem. Wszystkie jego filmy zostały nakręcone bez państwowego dofinansowania i wszystkie okazały się komercyjnymi przebojami. W dużym stopniu dzięki właśnie umiejętnie zaplanowanej i przeprowadzonej kampanii reklamowej. W Turgielach jednak Vėlyvis przesadził.

Vitalijus Cololo, który a propos jest polskiego pochodzenia, przemówił do zebranych turgielskich parafian nienaganną polszczyzną:

W tym roku nie będzie Apokalipsy. 11 października z nieba zejdzie światło, i to wszystko stanie się w Wilnie, w świętym miejscu, które się nazywa Siemens Arena. Kto przyjdzie, ten stanie się zdrowy i będzie szczęście dla całej jego rodziny”.

Następnie aktorzy zaczęli rozdawać zgromadzonym w kościele wiernym atrapy skrętów marihuany, a gdy w kościele pojawił się prawdziwy ksiądz, żeby sprawować mszę św., opuścili kościół. Trzeba przyznać, że i proboszcz, i wierni zareagowali na sytuację na podziw spokojnie. Ksiądz wytłumaczył zebranym, ze jest to akcja z nim nieuzgodniona, że należy na nią reagować bez gniewu, ale zdawać sobie sprawę, że jest to prowokacja.

Tę akcję największy litewski portal delfi.lt zatytułował „Ekipa Emilisa Vėlyvisa świętowała Zielną w kościele”, chociaż bliższy prawdy byłby tytuł „Ekipa Emilisa Vėlyvisa popełniła w Turgielach przestępstwo”, gdyż zakłócanie obrzędów religijnych jest czynem przestępczym z artykułu 171 litewskiego Kodeksu Karnego. Nie sądzę, że showmani zostaną za swój czyn ukarani. Ba, nawet mam nadzieję, że nie zostaną ukarani, gdyż byłaby to dla nich tylko dodatkowa i bezpłatna reklama. Tak na dobrą sprawę ukarać ich powinni widzowie bojkotując przedstawienie. I osobiście na „Zero Live Show” nie pójdę.

Obawiam się jednak, że — mimo iż fala oburzenia jest spora, a showmanów ostro krytykują litewscy influencerzy pokroju Mantasa Adomėnasa, Justinas Žilinskasa i Gabrielė Bernotienė — żadnego poważniejszego bojkotu nie będzie. Wielu Litwinom się wydaje, że nic się nie stało, bo przecież obrażono wiernych na polskiej mszy, a wielu Polakom — że są ważniejsze problemy. I rzeczywiście są problemy ważniejsze. Nawet w tych samych Turgielach. Alkoholizm, narkomania, ubóstwo. Jednak w życiu ludzkim nie wszystko się sprowadza do pełnej michy, sprawy tożsamościowe mają równie duże znaczenie. I nieważne, czy chodzi o tożsamość narodową, czy religijną. O pisownię polskich nazwisk czy o wolność sumienia. 

Jestem złym katolikiem. W odróżnieniu od dobrego katolika Waldemara Tomaszewskiego nie rozpoczynam i nie kończę każdego swojego przemówienia cytatem ze Św. Augustyna. W odróżnieniu od dobrej katoliczki Rity Tamašunienė nie podróżuje do Australii na koszt podatnika, żeby krzewić wśród kangurów wiedzę o religijnej turystyce w Wilnie. Na mszy niedzielnej bywam nieregularnie, u spowiedzi — jeszcze rzadziej. Dla mnie chrześcijaństwo to nie tyle budynki i rytuały, co zbiór zasad etycznych, których staram się przestrzegać. Nie próbuje ich nikomu narzucać. Nie chcę ustawowego zakazu aborcji i ustawowego nakazu nauczania religii w szkołach. Nie wierzę, że wiarę można krzewić za pomocą paragrafów kodeksu karnego. Nie uważam Kościół za świętą krowę, ex definitio zwolnioną od wszelkiej krytyki i satyry. Nie należę do tych, co żądają autodafe za kawały o księżach, ale jednocześnie jednak uważam, że strefę sacrum można naruszać tylko w imię wartości najważniejszych.

Gdy w 2005 roku duński dziennik „Jyllands-Posten” opublikował karykatury Mahometa — byłem po stronie muzułmanów, gdyż uważałem (i nadal uważam), że niepotrzebnie obrażono ich uczucia religijne. Gdy jednak za przedrukowanie tych karykatur islamscy terroryści rozstrzelali redakcję francuskiego tygodnika „Charlie Hebdo” – byłem jednoznacznie po stronie „Charlie”, bo żadna religia nie może służyć usprawiedliwieniem dla odbierania komukolwiek życia. Gdy w kościele protestuje ofiara przemocy seksualnej ze strony kleru – jestem bezapelacyjnie po jej stronie. Ale gdy w kościele szopkę urządzają showmani Vėlyvisa, żeby zareklamować swoje podrzędne show — jestem równie bezapelacyjnie po stronie wierzących. Bo jest taka złota zasada: gdy nie wiesz po której stronie stanąć — zawsze stawaj po stronie słabszego.

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci