Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

Jak zostałem prawnikiem

Dokładnie przed 20 laty, 1 czerwca 1998 roku, zdałem egzamin magisterski, obroniłem pracę na temat Sądu Konstytucyjnego Republiki Litewskiej i ukończyłem z drugą lokatą na roku Uniwersytet Gdański. W odróżnieniu od dzisiejszej młodzieży, która w wieku 15 lat już doskonale wie nie tylko, co chce studiować, ale i na jakim uniwersytecie, i w kierunku wymarzonych studiów sukcesywnie podąża, moje pokolenie w 15 lat jeszcze się bawiło pistoletami lub lalkami. W swojej klasie byłem, chyba jeśli nie jedynym, to na pewno jednym z nielicznych, którzy w tym wieku przynajmniej wiedzieli, co chcą studiować. Pamiętam, że po ukończeniu klasy 9, nasza wychowawczyni, Elena Prochorowa, przeprowadziła wśród nas sondę na temat „Kim chcesz być?”, gdy przyszła moja kolei odpowiadać, powiedziałem bez najmniejszego wahania: „Prawnikiem". Wychowawczyni była najwyraźniej zaskoczona: „Prawnikiem? Nie, ty zostaniesz podróżnikiem!" Rzeczywiście geografia (obok historii) była moim ulubionym przedmiotem szkolnym, zaś książki podróżnicze pochłaniałem masowo, jednak nawet mając 15 lat doskonale zdawałem sobie sprawę, że na podróże trzeba jednak jakoś zarobić, a prawnicy zarabiają całkiem nieźle. Więc po dziecięcych marzeniach o zostaniu – kolejno – traktorzystą, kosmonautą, leśniczym, chemikiem i policjantem, mniej więcej w okolicach 14 roku życia byłem już pewien, że chcę być prawnikiem. Gdy rok później leżałem w szpitalu z powodu jaskry, leżący obok mnie emerytowany nauczyciel z Uciany, zadał mi to samo pytanie i uzyskał tę samą odpowiedź. Był przerażony: „Prawo? Z twoim wzrokiem? To jest niemożliwe! Przecież tam trzeba tak wiele czytać! Wybierz lepiej zawód nauczyciela”. Ja jednak byłem nieugięty: chcę być prawnikiem i tylko prawnikiem! I mimo, iż — z reka na sercu — niezbyt się przykładałem, żeby ten swój cel życiowy zrealizować, ostatecznie prawnikiem jednak zostałem. Podróżnikiem zresztą również.

Prawo zawsze było kierunkiem prestiżowym, a więc, aby dostać się na wymarzony kierunek potrzebowałem albo znajomości, albo idealnego świadectwa dojrzałości. Ani jednego, ani drugiego nie posiadałem. Ojciec – tokarz, mama – bibliotekarka, w mojej rodzinie nigdy nie było ani jednego sędziego lub adwokata. Uczniem również byłem przeciętnym. Nauki humanistyczne dawały mi się z łatwością, ścisłe  - z trudem, i świadectwo maturalne było tego najlepszym dowodem. Gdybym był bardziej skłonny do kompromisów, pewnie wyprosiłbym u nauczycieli lepsze oceny, ale byłem wówczas punkiem i anarchista, więc na wszystkie sugestie pocałowania tego lub innego nauczyciela przedmiotów ścisłych w cztery litery, odpowiadałem:

Na jaką zasłużyłem  – taką ocenę i stawiajcie.

Zazwyczaj zasłużyłem, ich zdaniem, na ocenę zaledwie dostateczną. Egzamin wstępny na Wydziale Prawnym Uniwersytetu Wileńskiego, a w roku 1993 prawo można było studiować tylko na UW, a studentów na roku maklsymalnie było stukilkunastu, zdałem idealnie, bo chodziło nie o wiedzę, tylko myślenie logiczne. Poza tym w tamtych czasach egzamin wstępny można było zdawać po polsku (sic!). Ostatecznie zabrakło mi jednak dwóch punktów (zebrałem 36 na potrzebnych 38 punktów) z uwagi na kilka „trój” w świadectwie dojrzałości i musiałem zdecydować się na studia w Polsce.

 

Zasada 4Z

Podczas studiów w Gdańsku mieszkałem w akademiku na Polankach (pozdrawiam serdecznie DS nr 5), rzut beretem od domu Lecha Wałęsy. Do morza co prawda daleko, a na studia do Sopotu (Wydział Prawa i Administracji UG znajdował się wówczas w Sopocie) trzeba codziennie dojeżdżać SKMem, ale za to spokój, cisza, park w Oliwie pod bokiem, a na Wrzeszcz z jego klubami nocnymi i innymi rozrywkami – zaledwie kilka przystanków tramwajem. Zresztą doslownie pod bokiem znajdował się klub studencki „Iks” oraz piwiarnia „Magnes”. W „Magnewie” piło się „Specjal Mocny” (przesadzam - ja zawsze wolałem „Gdańskie") oraz jadało się zapiekanki, zaś w „Iksie” żądało się od djów – bezskutecznie - The Sex Pistols, ale ostatecznie tańczyło się pod „Mniej niż zero”… W odróżnieniu od szkoły, którą szczerze nienawidziłem i po ukończeniu odwiedziłem zaledwie dwa razy, studia mi się podobały. I nie tylko z uwagi na rockendrollowe życie studenckie (piwo, wóda, koncerty punkowe, balówy do rana, pierwsze nieszczęśliwe miłości; to właśnie wtedy napisałem większą część swojej debiutanckiej powieści „Cień Słońca"), ale i na sam charakter studiów prawniczych. Za moich czasów był, co prawda, popularny następujący kawał.

Idzie dwóch studentów medycy ulicą i widzą kawałek czystej kartki leżącej na chodniku. Podnieśli, obejrzeli i wyrzucili. Idą dwaj studenci Polibudy. Też widzą ten sam kawałek niezapisanej kartki. Podnoszą, oglądają i wyrzucają. Idzie dwóch studentów prawa. Jeden podnosi kartkę i się pyta drugiego:

Co to jest?”

A drugi odpowiada:

Nie wiem, ale wkuwamy!

W rzeczywistości jednak prawo – to przede wszystkim logika. Można oczywiście kuć przepisy i formułki, a można spróbowac zrozumieć jak to wszystko działa. I jeden, i drugi sposób nadawał się do zdania egzaminów, ale ja wolałem ten drugi. Owszem zdarzali się wykładowcy, którym zależało wyłącznie na tym, aby student wykuł materiał. Jednak większość wykładowców na szczęście wolała studentów myślących. Oczywiście na teście pisemnym to swoje myślenie pokazać było dosyć trudno, więc ci, co nie lubił kuć, ale mieli mniej lub bardziej rozwinięty zmysł logiczny, zdawali egzaminy na tzw. zerówkach, które zazwyczaj miały formę ustną. Ja kuć nie lubilem, szczególnie po nocach. Sprawiedliwie uważałem, że jak sie czegoś nie nauczylo do północy, to po północy juz się tym bardziej nie nauczy. Co prawda pewnego razu z kolegą Andrzejem Jarmołkowiczem pastanowiliśmy uczyć sie postępowania cywilnego przez całą noc i nawet dokładnie o północy wypiliśmy z namaszczeniem po puszce "Red Bulla" (żeby nie zasnąć), jednak pół godziny później... chrapaliśmy już w najlepsze.

 

Wileńskie pochodzenie nie było panaceum

Panował pogląd, że jeśli się trafiło na profesora o wileńskich korzeniach (a nie było to w Gdańsku z lat 90-ych trudne) – to wyższą ocenę miało się jak w banku. Pamiętam, że większość moich kolegów z Wilna właśnie z tego powodu ubiegało się o zdawanie „zerówki” z prawa pracy u Lecha Kaczyńskiego. Wiadomo bowiem było, że Kaczyński ma do Wilna sentyment. Ja jednak wybrałem trudniejszą drogę – i postanowiłem zdawać egzamin u dr. Waldemara Uziaka, który – nie ma co ukrywać - był siekierą. Do egzaminu przystąpiliśmy razem z kolega Romkiem Matonisem. Mi poszło jak z płatka, Romek niestety nie dał rady odpowiedzieć na żadne pytanie. Próbowałem go wybronić:

Panie profesorze, jesteśmy z Litwy, kolega ukończył szkołę litewską, więc trochę trudniej mu nauka po polsku idzie…

Ale przecież pan również jest z Litwy, a jednak się nauczył!

– odparł nieugięty Uziak i postawił koledze pałę. Akurat nie przeszkodzilo to Romkowi zostać kilka lat później doktorem prawa. 

Zresztą wileńskie pochodzenie wcale nie było panaceum na wszelkie nasze studenckie problemy. Pamiętam, jak prof. Jerzy Młynarczyk, stary wilniuk ze Zwierzyńca, darzący nasze miasto niezwykłym sentymentem, zorganizował zaskakującą „zerówkę” z prawa morskiego. Otóż przyniósł na egzamin obraz marynistyczny – bodajże – Henryka Baranowskiego i zlecił jego opisanie z punktu widzenia prawa morskiego. Wielu zrezygnowało natychmiast, jednak wilniucy pozostali na swoich miejscach, wierząc, że jakoś – ze względu na profesorski sentyment – się wykręcą. Ostatecznie mój opis okazał się całkiem spoko i dostałem „czwórkę”, jednak większość kolegów z Wilna musiała wrócić do Gdańska wcześniej z wakacji wiosennych na sesję poprawkową. Mnie sesje poprawkowe, jakimś szczęśliwym trafem ominęły. Nawet prawo europejskie zdałem za pierwszym podejściem, chociaż egzamin oblało 3/4 roku (z uwagi na niechęć wobec nas prof. Władysława Czaplińskiego; niechęć całkowicie zresztą zrozumiałą - został dosłownie stratowany prze studentów próbujących zająć najlepsze (do spisywania) miejsca, gdy otwierał drzwi do sali egzaminacyjnej)...

 

Na Litwie wszystko jest możliwe?

Seminarium magisterskie robiłem u znanego polskiego konstytucjonalisty, prof. Andrzeja Pułło. Był to chyba – dla wilniuka – wybór i najgorszy, i najlepszy jednocześnie. Pułło był znany ze swojej miłości do Wilna I Litwy, ale jednocześnie z niezwykłego pedantyzmu. Poprawność językowa i dbałość o szczegóły były jego punkcikami. Z uwagi na sentyment do Wilna garnęli się do niego studenci z Wilna, z uwagi na pedantyzm oraz prawo konstytucyjne, które uchodziło za nie prestiżowe - omijali go studenci z Korony. Ostatecznie na moim seminarium magisterskim większość stanowili Polacy z Litwy: ja, Renata Cytacka, Grzegorz Sakson, Tadeusz Krupowicz i Romuald Matonis. Wszyscy poza Romkiem Matonisem wybraliśmy tematy w ten lub inny sposób związane z litewskim prawem konstytucyjnym i był to strzał w dziesiątkę. Profesor Andrzej Pułło, co prawda, czytając prace magisterskie kolegów robił duże oczy i wykrzykiwał:

Nie, proszę państwa, ale to przecież jest absolutnie niemożliwe!

Ale po chwili, widząc nasze kamienne twarze, się uspokajał i dodawał:

Hm, no ale na tej Litwie… Hm, no być może… Hm, no tak, tam wszystko jest możliwe…

Ostatecznie wszyscy (z wyjątkiem znowuż Romka Matonisa, który na temat swojej magisterki wybrał nową Konstytucję RP, a na tym akurat Andrzej Pułło się znał wyśmienicie) obroniliśmy swoje prace magisterskie bardzo dobrze. Po obronie ruszyliśmy na Monciak i piliśmy piwo przez cały dzień w knajpie o wdzięcznej nazwie „Błękitny Pudel”. Ostatecznie trafiłem do akademika na Oliwie dopiero pod wieczór, taksówką i w potokach rwącego z nieba deszczu stulecia. Tydzień później dostałem w dziekanacie przy ulicy Armii Krajowej 116 dyplom i po oblaniu go w słynnej gdańskiej knajpie „Rugbuś”, będącej mekką złodziei i bandytów z całego Wrzeszcza, wyjechałem z Gdańska na zawsze. Legenda głosi, że przed wyjazdem zdążyłem jeszcze wysłać połowę złodziejskiego półświatka na drzewo i przed linczem uratował mnie jedynie autorytet kolegi-wilniuka, który robił z tym półświatkiem jakieś intratne interesy. Zresztą takich legend o sobie na studiach słyszałe wiele i zazwyczaj nie miały zbyt wiele wspólnego z prawdą...

 

Duża żaba w małym stawie

W odróżnieniu od większości swoich kolegów nigdy nie chciałem zostać w Polsce na stale. Kocham język polski, kulturę polską, uwielbiałem literaturę, muzykę, teatr, kino, ale jednak zawsze czułem, że jedynie  w Wilnie jestem u siebie. Litwa jest moją ojczyzną, Wilno - to mój heimat. Tłumaczyłem to w sposób bardzo pragmatyczny: lepiej być dużą żaba w małym stawie, niż małą w dużym. Wydawało mi się, że Litwa która dosłownie przed chwila poradziła z sobie z zapaścią gospodarcza pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości, z polityczną niestabilnością i zorganizowaną przestępczością, jest wschodnioeuropejskim Klondikem, krajem o nieograniczonych możliwościach. I tak właśnie było.

Miesiąc po powrocie do Wilna miałem już trzy propozycje pracy: w Ardenie, w ambasadzie RP w Wilnie i w charakterze redaktora naczelnego „Kuriera Wileńskiego”. Jeszcze na studiach rozpocząłem współpracę z tygodnikiem „Słowo Wileńskie” i dziennikarstwo pochłonęło mnie bez reszty. Przestałem marzyć o pracy prawniczej, myślałem, że dziennikarstwo i public relations – to jedyne co chce w życiu robić. Wybrałem więc „Kurier Wileński”. Ostatecznie jednak Czesław Okińczyc, a to od niego pochodziła propozycja, zrezygnował z przejęcia zadłużonego po dziurki w nosie „Kuriera” i stworzył alternatywny polski dziennik – „Gazetę Wileńską”, a ja – mając zaledwie 23 lata – zostałem jego kierownikiem. Udało nam się stworzyć niewątpliwie gazetę unikalną, jednak niestety – jak wszystkie media polskie na Litwie – nieopłacalną. I po roku zrozumiałem, że jednak najwyższy czas wrócić do zawodu wyuczonego, który daje dużo większą stabilność finansową. Szczerze mówiąc w Gdańsku byliśmy wszyscy przekonani, że po studiach w Polsce nie mamy żadnych szans na stanowiska w litewskiej służbie państwowej i czeka nas jedynie kariera radców prawnych w polsko-litewskich firemkach prywatnych. Te stereotypy na temat Litwy i jej stosunku do Polaków okazały się jednak nieprawdziwe. Większośc z nas zatrudnienie znalazła właśnie w sektorze publicznym...

 

Marzenia się spełniają

Nie oznacza to wcale, że znalezienie pracy poszło mi z łatwością. Odszedłem z „Gazety Wileńskiej” w listopadzie 1999 roku i szukałem pracy przez prawie 7 miesięcy. Wysłałem blisko 50 CV i listów motywacyjnych, uczestniczyłem w kilkudziesięciu konkursach, ale ciągle miałem pecha. Za każdym razem byłem tuz poza podium: drugi albo trzeci. Byłem już gotów zrezygnować ze starań i wyjechać do Polski, aż pewnego dnia trafiłem na rekrutację w litewskim Ministerstwie Sprawiedliwości. Podczas konkursu ktoś z członków Komisji zapytał mnie:

No dobrze, panie Radczenko, po litewsku mówi pan — bądźmy szczerzy — z fatalnym akcentem, a jak pan pisze?

Bez akcentu

— odparłem bez namysłu. I chyba właśnie poczucie humoru sprawiło, że dostałem to stanowisko, bo moje kwalifikacje i prawnicze, i językowe były wówczas... teoretyczne raczej. Zostałem zatrudniony na okres próbny. Następnie go przedłużono. Po roku zostałem zatrudniony na stale. I zostałem prawnikiem. Następnie kierownikiem działu, wicedyrektorem, głównym doradcą. Dzisiaj, gdy ktos mnie pyta, czy znam taką czy inna ustawę, bardzo często mogę odpowiedzieć: nie tylko że znam, ale i sam ją napisałem... A jednocześnie nie zrezygnowałem i ze swoich zainteresowań pozaprawniczych.

W roku 1995, z okazji pierwszego (i ostatniego) dnia urodzin tygodnika „Słowo Wileńskie”, kierownictwo gazety postanowiło przedstawić czytelnikom sylwetki swoich pracowników. Każdy z nas dostał do opisania kilku swoich przyjaciół, a następnie krótkie i dowcipne notatki ukazały się w świątecznym numerze „Słowa”. Mój biogram wyszedł spod pióra Wandy Zajączkowskiej:

Marzy: aby po świecie latać, być ciągle gdzie indziej, robić coś innego.

I w gruncie rzeczy to moje marzenie się spełniło. Wypróbowałem siebie w wielu zawodach i dziedzinach, i chociaż dzisiaj jestem prawnikiem – to latam po świecie, ciągle jestem gdzie indziej i ciągle robię coś nowego…

No dobra, nie wszystko się ziściło:

Spod stosu zaś całej alternatywności, anarchii i ciętości języka wygląda Oleś, który (niezbyt chętnie, ale…) przyznaje, ze przyszła pani Radczenkowa nie będzie osobą stereotypową, ale na pewno skromną.

Cóż, nadal jestem w trakcie poszukiwania skromnej, ale niestereotywej ;)

piątek, 01 czerwca 2018, vile

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: varsaviak, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2018/06/01 09:17:51
Wspominki - to fajna, lecz niebezpieczna rzecz, bo zawsze jak człowiek napatrzy się z uśmiechem na to co za rufą, to przed dziobem jakaś burza, jak nic się szykuje ;)
-
2018/06/01 16:00:15
do varsaviaka: Pewnie nie bedziesz szczegolnie zaskoczony, gdy powiem, że masz calkowita rację? :)
-
2018/06/04 19:31:05
Fajne, ale nieco przaśne klimaty. Teraz to "studenty" mają wypasione gmaszyska, zresztą obok twojego akademika. Prawnicy to już nawet od 2000 czy 2001 roku. Potem powstały następne i okolica zmieniła się nie do poznania. Ale i styl życia też. Chyba na minus.
-
2018/06/18 11:10:09
Wiadomo że kiedyś były zupełnie inne czasy, jeszcze nie tak dawno 10 - 15 lat temu. Nie chcę tutaj klasycznie wypalić "kiedyś było lepiej" no ale fakt faktem było inaczej. Teraz dużo młodych ludzi nie wie co chce studiować, albo nawet odpuszczają ten temat idąc od razu do pracy, bo wykształcenie wyższe już naprawdę nie znaczy tyle co kiedyś.