Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Pozytywni dewianci

vile
Na początku lat 90. małżeństwo Jerry i Monique Sternin z organizacji Save the Children dostali od władz komunistycznego Wietnamu pozwolenie na wjazd na okres kilku miesięcy, aby pomóc w walce z głodem, który dotknął wówczas — jak to często w krajach komunistycznych bywa — wietnamskie dzieci na terenach wiejskich. Okres pobytu, na który zezwoliły władze, był dosyć krótki, a co gorsza Sterninowie praktycznie nie mieli kasy na żadną większą akcję żywieniową czy szkoleniową z udziałem zachodnich speców od rozdawania przysłowiowych wędek. Pieniędzy wystarczyło im de facto tylko na bilety lotnicze do Hanoi i z powrotem. Mimo to się nie poddali. Na początku na terenach ich działalności aż 64 proc. dzieci było bardzo źle odżywionych. W ciągu dwóch lat liczba niedożywionych dzieci na tych terenach spadła jednak o 85 proc.! Jakim cudem? Otóż w wioskach, w których mieszkały głodujące rodziny, żyły też inne rodziny, nie odbiegające od tych głodujących ani poziomem zamożności, ani wyksztalceniem, ale w których dzieci nie głodowały. Jerry i Monique Sternin przeanalizowali dla czego im się udaje nakarmić swoje dzieci. Okazało się, że bardzo często używają do przygotowywania posiłków produktów, które w ludowej tradycji wietnamskiej są uważane za nienadające się do spożycia, mimo iż są zdrowe i zawierają wiele cennych składników odżywczych. Jakieś rośliny leśne, grzyby, zwierzęta polne. Rodziny te dbały też ściśle o przestrzeganie higieny osobistej przez dzieci, panował w nich zwyczaj spożywania (nawet niedużych) posiłków trzy lub cztery razy dziennie, a nie dwa razy jak w rodzinach niedożywionych. Sterninowie zaczęli więc organizować dla mieszkańców wiosek specjalne sesje szkoleniowe, w których rodziny, którym udało się nakarmić swoje dzieci, dzieliły się doświadczeniem z rodzinami niedożywionymi. W każdej społeczności istnieją osoby, którym własne, niepodzielane przez innych sposoby i strategie, umożliwiają lepsze rozwiązanie jakiegoś problemu niż innym członkom społeczności, chociaż nie posiadają oni, w porównaniu z nimi, żadnych specjalnych, dodatkowych zasobów czy wiedzy. Socjologowie nazywają ich „pozytywnymi dewiantami”. Moim zdaniem zjawisko „positive deviance” można zastosować z powodzeniem nie tylko do walki z głodem w krajach Trzeciego Świata, ale i do rozwoju… polskiego szkolnictwa na Litwie.

Jeśli zostawimy nieco na boku mantry Waldemara Tomaszewskiego, Józefa Kwiatkowskiego i innych naszych działaczy o tym, że „polska szkoła jest najlepsza”, że „nie trzeba samobiczować  się” i że „dyskusje o poziomie nauczania nie wpływają na jego polepszenie”, to trzeba uczciwie przyznać, że sytuacja z tym poziomem nauczania, o którym — że zacytuję pewnego „antypolskiego”, zdaniem jednego z liderów „zorganizowanej polskiej społeczności”, pisarza —  „nie trzeba głośno mówić” wcale nie jest idealna. We wszystkich rankingach szkół na Litwie — nieważne kto je przeprowadza i jakie kryteria stosuje — większość polskich szkół plasuje się w drugiej i jeszcze dalszych setkach, a nasi uczniowie prym wiodą jedynie w znajomości języka rosyjskiego. Co gorsza — jak wyliczył prof. Jarosław Wołkonowski na podstawie danych o przeznaczaniu tzw. koszyka studenta — wyniki egzaminów maturalnych absolwentów polskich szkół są niemal dwa razy gorsze od średniej krajowej. Udział maturzystów z „koszykiem studenta” z gimnazjów polskich na Litwie ma tendencję malejącą: z 35,8% (średnia krajowa 46,3%) w roku 2010 do 27,6% w 2016 roku (średnia krajowa 50,1%). Spośród blisko 40 zbadanych polskojęzycznych gimnazjów i szkół średnich tylko jedna, a mianowicie gimnazjum im. J. I. Kraszewskiego z Wilna ma lepszy wynik (51,3%) za lata 2010-2017 niż średnia krajowa w tym okresie (47,3%). Nie sądzę, że dzieje się tak dlatego, że są to szkoły mniejszości narodowych, bo na przykład wyniki szkół rosyjskojęzycznych na Łotwie są zazwyczaj lepsze od wyników szkół łotewskojęzycznych: np. z fizyki, matematyki i historii - o blisko 50 proc.

W grudniu ub.r. opiniotwórcze czasopismo „Reitingai", jak co roku, ogłosiło ranking 50 najlepszych z 450 gimnazjów na Litwie. Gimnazja były oceniane na podstawie wyników państwowych egzaminów maturalnych. Wśród 50 szkół, które najlepiej uczą języka litewskiego, jest tylko jedna polska - Gimnazjum w Rukojniach na 17. miejscu. Szkoła ta znalazła się w czołówce po raz kolejny: w 2016 roku była na 19. miejscu. Wśród 50 szkół z najlepszymi wynikami z języka angielskiego są dwie polskie: Gimnazjum im. św. Urszuli Ledóchowskiej w Czarnym Borze (18. miejsce) i Gimnazjum im. S. Moniuszki w Kowalczukach (39. miejsce), za to aż 9 polskich szkół znalazło się wśród 50 najlepszych z języka rosyjskiego. 5 szkół polskich znalazło się na liście 50 z najlepszymi wynikami z fizyki, a Gimnazjum im. W. Syrokomli w Wilnie jest na pierwszym miejscu w kraju pod względem wyników z chemii. Trzeba jednak pamiętać, że mamy na Litwie 37 polskich gimnazjów, a więc zdecydowanej większości z nich w tych pięćdziesiątkach po prostu nie ma.

Rankingi wskazują jednak, że mamy w naszej społeczności szkolnej i „pozytywnych dewiantów”. Tak z Wilna, jak i z rejonów. Być może warto stworzyć jakąś strategię wymiany doświadczeń, podczas której przedstawiciele tych szkół, które od wielu lat, stabilnie notują dobre wyniki, plasują się w górnych rewirach wszelkich rankingów, podzieliliby się swoimi patentami na sukces z innymi placówkami? Jestem pewien, że taka wymiana doświadczenia i tak się odbywa, ale być może warto nadać jej szerszy, głębszy i bardziej zorganizowany charakter? Bo albo nauczymy się sami rozwiązywać nasze problemy, bez pomocy z zewnątrz, albo dalej będziemy oczekiwali na cud. A problem z cudami jest zazwyczaj taki, że chociaż — jak uczy Biblia — się zdarzają, to jednak zdarzają się niezwykle rzadko…

Ten komentarz ukazał się dzisiaj (20 marca) w audycji polskiej litewskiego radia publicznego LRT Klasika

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci