Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

Problem tkwi w nas

„Czy kiedykolwiek rzucała ci się krew z nosa?” , „Lis najchytrzejsza” - te zdania pochodzą z zeszytów do ćwiczeń i podręczników, z których uczą się dzieci z polskich szkół na Litwie. Gdy przed kilkoma tygodniami Ewelina Mokrzecka i portal zw.lt opisali jak liczne są błędy w tłumaczonych z języka litewskiego podręcznikach dla szkół polskich, w jak fatalnym stanie są podręczniki do nauki języka polskiego – wybuchła bomba. „Macierz Szkolna“ zwołała natychmiast posiedzenie zarządu, internet zalała powódź komentarzy, wydawnictwo przeprosiło i solenie przyrzekło poprawę... Wydawało się, że będą jakieś zmiany na lepsze. Jednak na dyskusję zorganizowaną przez Polski Klub Dyskusyjny w ubiegły czwartek (25 stycznia) przyszło zaledwie 40 osób. Szkoda, bo była to może nie najciekawsza dyskusja w historii PKD, ale na pewno jedna z najbardziej merytorycznych. I wypowiedzi prelegentów (dr Henryki Sokołowskiej z Litewskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, Danuty Szejnickiej z Centrum Rozwoju Edukacji, redaktorki w Wydawnictwach Uniwersytetu Warszawskiego Kai Kojder oraz — to jest dopiero przełom w stosunku „zorganizowanej społeczności polskiej na Litwie” do „tzw. polskiego klubiku dywersyjnego”! —prezesa „Macierzy Szkolnej” Józefa Kwiatkowskiego), i wypowiedzi uczestników (m.in. autorki podręcznika „Magiczne literki” Marzeny Grydź, nauczycielek Danuty Korkus, Marii Kleczkowskiej, przedstawicielki jednego z litewskich wydawnictw Katarzyny Kuckiewicz) były merytoryczne i ważne. Pomijam oczywiście dyżurna wypowiedź Józefa Kwiatkowskiego na wstępie dyskusji o tym, że in general to wszystkiemu winne jest państwo litewskie, które prowadzi politykę „depolonizacji i przymusowej lituanizacji”. Umówmy się prezes te słowa powiedzieć musiał, bo na sali obecne były media. Zresztą tej jego wypowiedzi nie poparł nikt ani z prelegentów, ani z sali. Wręcz przeciwnie wszyscy mówili raczej o potrzebie współpracy polsko-litewskiej przy rozwiązywaniu problemu z podręcznikami.

Przyznam się uczciwie, że zawsze mam pewien moralny dylemat krytykując Waldemara Tomaszewskiego, Józefa Kwiatkowskiego czy jakiegoś inne naszego działacza, bo jestem przekonany, że autentycznie „chcą jak najlepiej”, tylko — jak mawiał kiedyś b. premier Rosji Wiktor Czernomyrdin — im „wychodzi jak zawsze”. Niestety dyskusja w PKD jedynie utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja krytyka jest słuszna, bo gdy się o problemach nie mówi (tak jak było w ciągu ostatnich 27 lat) — same przez się problemy nie rozwiązują się.

 

Nauczanie partyzanckie

Józef Kwiatkowski de facto przyznał, że o złej jakości podręczników wie od 10-15 lat, ale nic nie robił w tej sprawie, bo… nie było skarg i protestów ze strony nauczycieli i rodziców. Ktoś ponuro zauważył, że pewnie nikt się nie skarżył, bo pewnie większość nauczycieli i rodziców nawet tych błędów nie zauważyła, jednak prawda jest bardziej prozaiczna. Protestów i skarg nie było, bo — jak wytłumaczyli z kolei nauczyciele — szkoły się przyzwyczaiły do partyzantki. Błędy w podręcznikach są od ręki poprawiane na bieżąco przez nauczycieli lub po prostu się korzysta z podręczników w języku litewskim, które są nowsze, bardziej innowacyjne i jakościowe, a zadania z języka litewskiego własnoręcznie dla dzieci tłumaczy znowuż ten sam nauczyciel. Wszyscy doskonale przy tym rozumieją, że takie partyzanckie nauczanie nie może zagwarantować jakości.

Za pierwszym razem nauczyciel błąd poprawi, szczególnie jeśli jest ich niewiele. Ale po jakimś czasie się po prostu do nich przyzwyczai, nie będzie zwracał na nie uwagi. Nie jest też możliwe poprawianie dziesięciu błędów na stronie. A więc uczeń będzie się uczył z podręcznika przeświadczony, że takie właśnie formy językowe są poprawne” — próbowała uczulić zebranych na problem Henryka Sokołowska. „Jak słucham jak mówią dzieci w polskiej szkole do siebie na korytarzu podczas przerw, to mam wrażenie, że mówią tak jakby cytowały te błędne podręczniki” — wtórowała Kaja Koider, która jako pierwsza na Wileńszczyźnie publicznie poruszyła kwestię błędów w podręcznikach.

Wydawnictwa litewskie nie są zainteresowane wydawaniem podręczników dla szkół polskich – nakłady mizerne, a wydatki duże. W najlepszym razie więc wydawnictwo wychodzi w przypadku takich podręczników na zero. Także nauczyciele z polskich szkół nie spieszą się do pisania podręczników: pieniądze małe, czasu na to potrzeba wiele, a urlop twórczy może trwać maksymalnie pół roku.

 

Kto ma za ten jakościowy podręcznik zapłacić?

Litwa? Litewskie Ministerstwo Oświaty i Nauki na dofinansowanie podręczników dla mniejszości narodowych przeznacza zaledwie o 14 proc. więcej środków niż na podręczniki dla szkół litewskich, gdy tymczasem koszt takiego podręcznika jest czasami dwa razy wyższy niż podręcznika litewskiego. 

Rodzice? Gdy Kaja Koider zaproponowała przeznaczyć na ten cel przynajmniej część pieniędzy z tzw. bonu pierwszaka czyli ponad 100 euro, które każdego roku otrzymują od RP rodzice pierwszaków z polskich szkół na Litwie — odpowiedziała jej grobowa cisza na sali.

Polska?  Józef Kwiatkowski twierdzi, że Warszawa jest gotowa sfinansować wydanie gotowego podręcznika, ale nikt nie chce się zabierać za jego pisanie bez gwarancji, iż dostanie za swoją pracę godziwą zapłatę. Wydaje mi się, że kwestia zmiany zasad dofinansowania takich projektów zawsze jest do uzgodnienia, jednak nikt w rozmowach z Polską nawet nie próbował tego problemu poruszyć, napisać projektu, uzgodnić nowe warunki finansowania. Dlaczego? Bo — jak przyznał Józef Kwiatkowski — „Macierz Szkolna” jest zaangażowana w inne projekty pomocy polskim szkołom na Litwie: kupuje komputery („dziś polska szkoła jest najlepiej technicznie wyposażoną szkołą na Litwie”) i finansuje… „teatrzyki szkolne”.

Wiem, że się powtórzę po raz n-ty, ale jednak: naszym problemem jest nie tyle „lituanizacyjna polityka państwowa”, co brak priorytetów. W gruncie rzeczy nie wiemy, czego chcemy.  Zamiast zastanawiać się jak przyciągnąć uczniów do polskiej szkoły – zastanawiamy się nad tym jak zachować jak najwięcej (pół)pustych budynków szkolnych, zamiast zastanawiać się nad tym, jak przyciągnąć studentów na kierunki nauczycielskie i absolwentów tych kierunków do szkół — bronimy (pół)pustych uniwersytetów, zamiast drukować podręczniki — płodzimy teatrzyki szkolne…

 

Co robić?

Pod koniec spotkania Józef Kwiatkowski zaapelował do zebranych, żeby podjąć jakąś rezolucję, żeby „było wiadomo, co dalej robić." PKD w zasadzie na swoich spotkaniach apeli nie uchwala, naszym celem jest zainicjowanie rozmowy na tematy trudne, a nie zgrywanie ekspertów od wszystkiego (i bez PKD ich na Wileńszczyźnie nie brakuje). Szczególnie, że po tej dyskusji jestem przekonany, że w gruncie rzeczy od wielu lat wiemy, co trzeba robić. W razie jednak potrzeby - uprzejmie służę konspektem:

Po pierwsze, należy natychmiast polepszyć jakość tłumaczeń z języka litewskiego. Wymusić na wydawnictwach korekturę merytoryczną, stylistyczną takich tłumaczeń. Stworzyć komisję ekspertów (np. przy ministrze oświaty i nauki), która by oceniała jakość takiego tłumaczenia i zatwierdzała przetłumaczony podręcznik czy zeszyt do ćwiczeń. Dziś niestety za jakość odpowiada tylko wydawnictwo, które jest nastawione na maksymalizację zysków i minimalizację kosztów.

Po drugie, należy zdecydować, czy sprowadzamy podręczniki do nauki w szkołach polskich na Litwie z Polski (jest to związane z wieloma problemami – zaczynając na tym, iż nie ma ku temu podstaw prawnych, a kończąc na różnicach programowych, do których wyrównania należałoby i tak do każdego podręcznika napisać jeszcze lokalny suplement), czy tworzymy (piszemy) je na miejscu, co również wiąże się z poważnymi problemami: brak zaplecza intelektualnego, chętnych do pracy, ale też jeszcze wyższymi kosztami. Nie umiem odpowiedzieć, który wariant jest lepszy, ale eksperci ze Stowarzyszenia Polonistów, „Macierzy Szkolnej”, resortu oświaty, oddelegowani przez AWPL-ZChR doradcy, posłowie i radni powinni raz usiąść razem i zdecydować, a następnie konsekwentnie przyjęte ustalenia wcielić w życie.

Po trzecie, znaleźć na to wszystko odpowiednie dofinansowanie. Przede wszystkim na Litwie — państwo litewskie powinno znacząco zwiększyć dofinansowanie do podręczników w języku polskim.  Powinni też do tego się dołożyć i rodzice uczniów, i państwo polskie (nawet kosztem komputera czy teatrzyku szkolnego), i lokalne polskie organizacje.

Czy są to cele niemożliwe do zrealizowania? Ależ skąd! Nie trzeba zmieniać ustaw, nie trzeba zbierać chwiejnej większości poselskiej, nie trzeba uzgadniać z polonofobami z komisji kalbajobów, wszystko jest w gestii rządu i resortu oświaty, a dziś jak wiadomo AWPL-ZChR jest z premierem Sauliusem Skvernelisem w jak najlepszej komitywie, de facto jest w koalicji rządowej. W czym więc tkwi problem? Po tej dyskusji jestem jeszcze bardziej przekonany: w dużym stopniu problem tkwi w nas samych…

poniedziałek, 29 stycznia 2018, vile

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Kaja KD, *.cgates.lt
2018/01/29 10:12:57
O błedąch w podręcznikach - jeszcze przed pojawieniem się tekstu Eweliny - opowiadałam (nauczycielom i nauczycielkom!) parokrotnie. Zawsze wywoływało to spore zdziwienie i dopytywanie, czy aby na pewno dana forma jest niepoprawna.
Notuję też wypowiedzi nauczycieli, choć tylko te, które są bardziej charakterystyczne. "żeby byłoby" już przestaję nawet wyłapywać.
Oto kilka przykładów (w nawiasach poprawne formy):
- dzieci położyli do piórnika (włożyły)
- upiększenia na choinkę (ozdoby)
- syn składał maturę (zdawał)
- u mnie skończyła się czarna farba w printerze (w mojej drukarce skończył się czarny tusz)
- dzieci się wysportują (zmęczą ćwiczeniami?)
- chce nam wrzucić kicz (wcisnąć kit)
- nie będę zaciągała więcej czasu (zabierała)
- całe klasy byli bardzo zadowoleni (były zadowolone)
- prawa półkula odpowiada humanitarom (prawa półkula odpowiada za myślenie humanistyczne)

-
Gość: Kaja KD, *.cgates.lt
2018/01/29 10:21:25
Chciałabym przy okazji polecić książkę dr Kingi Geben "Kulktura języka polskiego. Zmiany słownikowe w polszczyźnie mówionej na Litwie" (VUL, Vilnius 2013).
Jestem zdania, że polszczyzna mówiona Wileńszczyzny jest piękna i nie powinno się na nią na siłę wpływać. Niech sobie ma pełno zapożyczeń, rusycyzmów i lituanizmów, archaizmów i lokalizmów ;). Język polski na Wileńszczyźnie jest wyjątkowy i stanowczo jestem za tym, że warto go zachować, także w zmieniającej się formie, pełnej naleciałości, różnorodności i odmienności od literackiej polszczyzny. Język to twór żywy i znacznie ciekawsze niż naprawianie go, powinno być obserwowanie, jak się zmienia.
Książka dr Geben powinna jednak stać się obowiązkową lekturą dla nauczycieli i nauczycielek z polskich szkół na Litwie, doskonale bowiem punktuje większość naleciałości i wyjaśnia ich pochodzenie (co - jak sądzę - może znacznie ułatwić czytelnikowi uświadomienie sobie nieprawidłowości we własnych wypowiedziach).
Ideałem byłoby, gdyby osoby odpowiedzialne za nauczanie dzieci posługiwały się płynnie zarówno wileńską polszczyzną mówioną, jak i polszczyzną literacką.
-
2018/01/29 11:51:46
Kaju, dzięki za spostrzeżnia. Wszystko to prawda, it is that it is. I poziom podręczników jest jaki jest, i poziom nauczycieli :( Ale zacznijmy ze sprawy łatwiejszej - podręczniki łatwiej poprawić niż wymienić kilka tysięcy nauczycieli, chociaz jabym osobiscie był z atym, żeby polskiego w naszych szkołach uczyli poloniści z Polski lub po studiach w Polsce. Za czasów mojej młodości tak było i to się chyba dobrze sprawdziło..
-
Gość: Kaja KD, *.cgates.lt
2018/01/29 12:22:52
Oh, absolutnie nie uważam, że nauczycieli należy wymieniać! Polemizowałam jedynie z argumentem, że mogą sami poprawiać błędy w podręcznikach. Wielu nie może.
Nie sądzę też, by była możliwość sprowadzania polonistów z Polski ani wysyłania młodzieży do Polski na studia (choć - kto wie! może to jest jakiś plan, ale musiałby to być niemal kierunek zamawiany z gwarancją dobrze płatnej pracy po skończeniu studiów i powrocie na Litwę). Ale już organizacja kursów poprawnej polszczyzny byłaby możiwa.
Uważam, ze poprawienie podręczników to naprawdę niewielki koszt i wysiłek. I jest to absolutnie najpilniejsza rzecz, pilniejsza od dyskusji o pisaniu i sprowadzaniu podręczników z Polski.
-
2018/01/29 18:03:00
Poprawienie tłumaczeń - to niewątpliwie priorytet. Szczególnie, że tak jak wspomniałaś koszt jest niewielki. Ale myśląc długofalowo trzeba się zastanawiać nad wszystkimi kwestiami. Ja niestety nie bardzo wierzę w możliwość nauczenia czegokolwiek kogoś kto uprawia ten zawód od 30 lat i uważa, że posiadł już wszystkie rozumy. Dopóki nie powstanie jakaś konkurencja - nie sądzę, że będą chcieli się uczyć.
PS. Każda taka dyskusja niestety odkrywa jak zgniły jest system na Wileńsszczyźnie... :(