Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

Sanycz - legenda wileńskiego undergroundu

Gdy czytam wspomnienia moich rówieśników o latach 90., mam czasami nieodparte wrażenie, że mieszkaliśmy w dwóch różnych Wilnach Tak różnych, jakby należały do równoległych wszechświatów. Opisują oni jakieś bójki z Litwinami, jakąś wszechogarniającą falę litewskiego nacjonalizmu na ulicach, w trolejbusach, szykany i negatywne komentarze. Wierzę im na słowo, bo rzeczywiście tego nacjonalizmu nie brakowało: w mediach, w mowach i działaniach polityków, ale na poziomie ulicy paradoksalnie nigdy niczego podobnego nie doświadczyłem. A przecież jeździłem tymi samymi trolejbusami ze szkoły do domu, rozmawialiśmy (głośno!) z kolegami po polsku, śpiewaliśmy (może raczej wrzeszczeliśmy?) polskie i rosyjskie piosenki pod gitarę na ulicy Zamkowej (Pilies). Nikt nigdy nie zwrócił nam z tego powodu uwagi… Pewien znajomy zasugerował: „To dlatego, że przebywałeś w punkowym towarzystwie, a punkom narodowość zwisa…” Być może ma racje, chociaż mogę zapewnić, że przebywałem nie tylko w punkowym towarzystwie. A nawet najczęściej przebywałem nie w punkowym towarzystwie. Punków-Polaków wówczas w Wilnie było można policzyć na palcach jednej ręki. Ale rzeczywiście z tym środowiskiem się utożsamiałem. Było wariackie, buntownicze, wolnościowe i totalnie antynacjonalistyczne czyli takie jak ja. Sporą jego część w Wilnie stanowili Rosjanie, a jednym z najważniejszych, najciekawszych i najbardziej wpływowych artystów rosyjskiego pochodzenia w wileńskim undergroundzie był niewątpliwie Sanycz. Urodzony 7 czerwca 1973 roku Aleksandr "Sanycz" Kozulin, nomen omen absolwent legendarnej „Piątki”, o którym obrońcy szkoły (jak i o fakcie, że to szkoła polsko-rosyjska) starają się nie wspominać. Tymczasem jeśli popytać wśród uczestników wileńskiego undergroundu z przełomu lat 80.-90. ubiegłego wieku — rzadko o kim odzywają się z większym szacunkiem. Sanycz tworzył prawdziwy Rock’n’Roll, na koncertach wykładał się na 110 proc. Spalał się. Był rockowym szamanem. Wileńskim Sidem Viciuosem i Jimem Morisonem jednocześnie. Do końca swojego krótkiego życia pozostał wierny muzyce punkowej, chociaż w rzeczywistości bardziej go ciągnęło w stronę „The Doors”. Umiał dwuminutową piosenkę przekształcić w dwudziestominutową improwizację. W czasach, gdy większość punkowych kapel po prostu stała na scenie i wykrzykiwała słowa, jego koncerty były Show, a jego teksty — prawdziwą poezją.

Pierwszy swój publiczny występ Sanycz zaliczył w roku 1988 bądź 1989 w auli obecnej szkoły im. Joachima Lelewela.

To była chyba studniówka lub bal absolwentów. Raczej bal absolwentów, bo był dzień, zasłony odsłonięte, i było dużo światła — a wiec wiosna lub lato. A może to była odsłona corocznej imprezy „Halo, poszukujemy talenty?” Nieważne. Skład: Sanycz, wokal, gitara (zapewne pożyczony ode mnie niebieski „Orfeusz”. Gdzie on teraz?), Panicza – bębny i Walka na basie. Wydawało mi się, że grali piosenkę Akwariuma „Kozły”, ale przed dwoma dniami bezpośredni uczestnik tego performance’u przypomniał mi, że grali własny kawałek „Sobaki” („Psy”) — bardzo podobny, jeśli chodzi o złość, do „Kozłów”. Stad pewnie i mój błąd. Z trudem wyobrażam sobie co się działo w tym czasie w głowach zastępczyni dyrektora Emmy Rodionowny i dyrektora Wacława Benedyktowicza — chyba nawet nie wyobrażali, że takie piosenki istnieją. A tu wykonuje się je przed nimi głośno i na żywo. I już za późno cokolwiek robić

— wspominał po latach Andrėjus Lukaševičius, jeden z przyjaciół Sanycza. Piosenka rozpoczynała się słowami:

Пятница, вечер, пъяные дяди, режут друг друга в драке;

Зачем это все? Чего ради? Это не люди - собаки!"

(„Piątek, wieczór, pijani faceci zabijają jeden drugiego w bójce;

Po co to wszystko? W imię czego? To nie ludzie, a psy!”)

Rzeczywiście mogła się Wacławowi Baranowskiemu nie spodobać i zrazić do punku na całe życie. Gdy kilka lat później prosiliśmy go udostępnienie szkolnej sali na koncert rockowy — stanowczo domówił. Nie był to zresztą jedyny moment, gdy Sanycz wkurzył grono pedagogiczne. Podczas innej szkolnej uroczystości przeczytał ze sceny wiersz własnego autorstwa pt. „Poświęcenie nauczycielom”. Pedagodzy, rzecz jasna, się „rozczulili”.

 

Od 16 % do Credo Quia Absurdum

Po tych szkolnych bajerach przyszedł czas na prawdziwy punk. Sanycz zamknął się w pustej piwnicy tzw. Zielonego domku na Antokolu z przyjaciółmi Overem i Gensziłem i zaczął tworzyć własny punkowy band z prawdziwego zdarzenia.

Zamiast beczki perkusyjnej — jakaś dziwna skrzynka, ale już wtedy to był prawdziwy Rock’n’Roll. Over tworzył dźwięki na sowieckich magnetofonach, grał na perkusji własnego wyrobu zebranej po częściach. Pierwszy bas Sanycza w ogóle był na wpół akustyczny, a gitara Gensziła, choć i brzmiała dobrze, to jej pochodzenie było co najmniej niejasne. Gensził w ogóle był prawdziwym dresiarzem, którego nawet poważni kryminaliści szanowali. I oto oni zaczęli tworzyć razem muzykę. To była niesamowita mieszanka punku i heavy metalu, z szybkimi, po dwie-trzy minuty piosenkami na różne ostre, interesujące tematy. Gdy chłopaki zrozumieli, że coś się zaczyna udawać, przyjęli nazwę „16 %.”

— wspominał po latach Wiktor Jakowuk. 16 proc. bo taka była zawartość ekstraktu rzeczywistego w ich ulubionym piwie „Tauras”. Po jakimś czasie Gensziła zamienił w grupie Jegor — jako gitarzysta nie był rewelacyjny, ale za to był prawdziwym punkiem z… zamożnej rodziny. Pojawiły się nareszcie instrumenty z prawdziwego zdarzenia. Pojawił się własny, do nikogo nie podobny sound „16 %”. Do piwnicy Overa zaczęli z całego miasta ściągać ludzie: posłuchać zespołu, napić się piwa, poobcować… Powoli „16 %” zajęli miejsce w wileńskim punkowym panteonie, zagrali na prestiżowym Festiwalu Najgorszych Grup, który co roku organizowała firma nagraniowa Zona Records, żeby wyłapać talenty. Potem na festiwalu punkowym w Kijowie. Pojawił się materiał na album, ale atmosfera w grupie była coraz gorsza — Sanycz odpływał w stronę samodestrukcji: narkotyki, alkohol, mógł podczas występu z braku ketaminy wstrzyknąć sobie sok pomarańczowy. Zmęczony tym wszystkim Jegor odszedł, Sanycz i Over zaczęli we dwójkę tworzyć bardzo interesującą, profesjonalną muzykę na pograniczu punku, hardcore’u i psychodelicznego rocka. Powstał projekt „OverSan”, następnie — „C.Q.A.” (nazwą nawiązujący do „Credo quia absurdum” Tertuliana; zresztą Sanycz w ogóle był bardzo głęboko osadzony w chrześcijaństwie).

Środowisko niezbyt przychylnie odebrało te eksperymenty, posypały się oskarżenia, ze utracona drive, ze to niemal muzyka pop, i temu podobne. Po Owerze nigdy nie poznasz, co się dzieje u niego wewnątrz duszy, a Sanycz bardzo ostro to przezywał. Godzinami wykłócał się z Erkė, Maišasem (liderzy jednej ze sztandarowych ówczesnych litewskich punk grup „Erkė Maiše” — przyp. blog.) i innymi sensownymi, że ma prawo na eksperyment, na wolność artystyczną. Było widać, że w punk rocku mu zbyt ciasno

— wspomina Wiktor. Nie wiem, byłem na jednym z pierwszych koncertów „C.Q.A.” i mnie się wydaje, że cieszyli się nie mniejszą popularnością niż „16 %”.

 

Me and The Legend

Kwiecień 1992 roku. Notabene Niedziela Wielkanocna. Trafiamy z bratem po raz pierwszy na punkowy festiwal z prawdziwego zdarzenia. Fan club „The Cure” wynajął kawiarnię „Ramunė” przy alei Savanorių i zorganizował koncert siedmiu zespołów alternatywnych. Przed kawiarnią kilka policyjnych wozów, w kawiarni mnóstwo różnokolorowych punków i metalowców, wszyscy pijani. Agresywni policjanci z gumowymi „bananami”. Na pierwszy ogień idzie „SKAT”. Wówczas czołowa wileńska kapela grająca punk ’77 — coś jak krzyżówka The Sex Pistols z The Exploited. Mocne, zaangażowane teksty. Słuchamy z zapartym tchem. Czujemy się jak londyńczycy w Brixton academy w roku 1975. Następnie na scenę wdrapują się właśnie chłopaki z „C.Q.A.”. Przesterowane gitary, monotonny rytm perkusji, melodie w stylu „Grażdanskoj Oborony”, Sanycz rozbiera się do naga i skacze po scenie. Tłum pod sceną poguje. Któryś z punków wpada na policjanta, ten leje go „bananem” po głowie. Za kumplem wstawiają się następni punkowie, zaczyna się regularna bójka z policjantami.

Fuck the police

— wrzeszczy ze sceny Sanycz. Sala nie reaguje na angielszczyznę, więc powtarza po rosyjsku:

„Jebać policejskoje gawno!"

Chaos, krzyk, krew. Policjanci wdrapują się na scenę, „bananami” przepędzają zespół i wyłączają dźwięk. Sala szaleje. Organizatorzy próbują negocjować ze stróżami porządku. Powoli atmosfera się uspokaja i na scenę wchodzi następny zespół — „Preservative Factory” z Kowna. Wesoły hardcore z absurdalnymi tekstami. Po nich gra „Marichuanna” z wileńskich Leszczyniaków. Na sali ponownie dochodzi do masowej bójki. Teraz już nikt nie jest w stanie nad tym chaosem zapanować, koncert zostaje rozwiązany. Trzymając się ścian powoli wycofujemy się z Pacem ku wyjściu. Idąc na przystanek trolejbusowy widzimy kolejne zastępy policjantów biegnące w stronę kawiarni.

Po raz drugi usłyszałem „C.Q.A.” rok później w sali dyskotekowej Wileńskiego Instytutu Pedagogicznego razem ze „SKAT” i „Erkė Maiše”. Tym razem policja się zachowywała poprawnie, ale doszło do bójki między punkami. Ktoś rozbił szybę i administracja przerwała koncert, więcej w tej sali koncerty punkowe się nie odbywały. Był to jednocześnie jeden z ostatnich koncertów „C.Q.A.” — Over zaangażował się w tworzenie własnego studia nagrań, Sanycz uznał to za zdradę ideałów alternatywnego Rock’n’Rolla. Z zasady nie uznawał żadnej pracy zarobkowej — pracował zazwyczaj krótko i za minimalne wynagrodzenie: spawaczem w Fabryce Aparatury Paliwowej, stróżem na Cmentarzu Bernardyńskim… Zespół rozpadł się.

 

Fandango-94

Kilka miesięcy później Sanycz razem z Frankiem, Osisem i Aliukasem, którzy wcześniej grali bodajże w projekcie-efemerydzie „Sowieccy partyzanci za niepodległą Litwą”, stworzył kapelę „Pilk”. Ten sam fantastyczny, bujny, doprowadzony do szaleństwa Rock’n’Roll, chociaż sound bardziej hardcore’owy, bardziej głębokie i osobiste stały się też teksty Sanycza. Każdy występ „Pilku” był niesamowitym performancem ze względu na frontmana — Sanycz doskonale czuł czego sala od niego chce i dawał jej to. Do pewnego momentu. Gdy już panował nad nią niepodzielnie, rozpoczynał własne misterium punkrockowe. Wpadał w trans. Rozbierał się, tarzał się po podłodze ściskając mikrofon i ryzykując uduszenie się przewodem od niego, skakał w sam gąszcz pogujących, ciął swoje ciało ostrą brzytwą.

W listopadzie 1994 roku postanowiliśmy zorganizować w Wilnie punkowy festiwal. W pierwszych dniach grudnia przegadałem z Siergiejem, szefem galerii na górze Boufałowej i dogadaliśmy się, że wynajmie nam na 4 godziny salę w swojej galerii wraz ze sprzętem. Zbyszek Janowski, ksywa „Zbig”, pogadał ze swoim kumplem Paszą, który grał w zespole „Uchi” (wówczas dosyć popularny rosyjski zespół rockowy z Wilna), i ten się zgodził zagrać na naszej punk fieście. Pasza z kolei zagadał do Sławki ze „Spiczek” (popularna, dziś już legendarna, kapela folk-punkowa), ja przedzwoniłem do Domasa z „WC News” (wówczas początkująca kapela HC, następnie stała się legendą, a na jej bazie powstał najważniejszy litewski zespół ska punkowy — „Dr.Green”) oraz Tomasa Verbaitisa z „Turbo Reanimacija” (wówczas sztandarowa litewska kapela HC/punk), i tak mieliśmy już cztery doskonałe kapele na afiszu. Liczba absolutnie wystarczająca, biorąc pod uwagę, że w ostatniej chwili Siergiej skrócił czas naszego koncertu z 4 do 3 godzin. Na kilka dni przed koncertem zadzwonił jednak do mnie Sława ze „Spiczek” i zaproponował:

Sanycz także chce zagrać na waszej imprezie. Bezpłatnie. Co ty na to?

Nie mogłem odmówić — 23 grudnia 1994 roku na punkowej fieście „Fandango-94” zagrali: „WC News”, „Uchi”, „Turbo Reanimacija”, „Spiczki” i „Pilk”. Koncert się oczywiście przeciągnął grubo ponad trzy godziny. Siergiej groźnie spogląda na mnie i pokazuje na zegarek, dźwiękowiec krzyczy mi do ucha, że za nadgodziny będę musiał mu dopłacić, a Sanycz dalej wyje ze sceny swój żywiołowy, nieszablonowy punk rock: „Żyć",  „Moj miortwyj Bog", „Nie utraczu", „K Sołncu", „Nikto", „Hashland" i oczywiście największy hit - „Slepogłuchoniemota". Nie mogłem przecież przepędzić ze sceny legendę litewskiej sceny punkowej. A i nie chciałem, chociaż nie ma co się oszukiwać — obcowanie z nim było cholernie trudne. Sanycz coraz częściej przebywał we własnym, równoległym do naszego świecie, i słuchał już tylko siebie samego. Robił tylko to, co chciał. Pamietam, że tłumaczę mu, iz ma na występ zaledwie pół godziny. Kiwa głową, ale widać, że ma moje wskazówki w d...

 

Odszedł w czerwcu

Po raz ostatni usłyszałem Sanycza i „Pilk” wiosną 1996 roku w ramach Festiwalu Rosyjskojęzycznych Zespołów Rockowych. Było widać, że jest z nim coraz gorzej. Spalał się, oddawał siebie całego publiczności i… pił, pił, pił. Nigdy nie odmawiał propozycji napić się, a takich propozycji miał mnóstwo. Każdy chciał się napić z „samym Sanyczem”. Trafił na odwyk do szpitala w Nowej Wilejce.

Pojechaliśmy z Frankiem odwiedzić Sanycza w szpitalu. Zima. Nowa Wilejka. Sala, korytarz, pidżama w paski. Sanycz wyniósł worek cukierków, karmił nas nimi niemal na siłę, opowiadał bajery o sąsiadach. Widać było po nim, ze czul się źle, ale starał się nas rozweselić. W drodze powrotnej niemal że się popłakaliśmy” — wspomina Walia Strażewa, i autorka witraża ze św. Benedyktem do którego pozował Sanycz.

Sanycz spróbował po raz ostatni wyrwać się z objęć nałogu. Wyjechał do Rosji, do Obwodu Kaliningradzkiego, ale nie odnalazł się w nowej rzeczywistości. Wrócił na Litwę, próbował tworzyć nowe projekty, eksperymentował z hip hopem, staraniami jego przyjaciół ukazał się tomik z jego wierszami. Dla artysty rosyjskojęzycznego nie były to już dobre czasy. Rosyjskojęzyczne grupy rockowe masowo przechodzili na śpiewanie w języku litewskim i robili popowe kariery, w undergroundzie na Olimp trafili nowi wykonawcy i nowe style muzyczne: metalcore, ska, reggae. Poeta piszący po rosyjsku, muzycznie spoglądający w stronę „Grażdanskoj Oborony” i „The Doors” nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć. Poza tym był narkomanem. Heroinistą. Kłamał, pożyczał kasę i nie oddawał, naciągał przyjaciół i rodzinę. Ludzie starali się go omijać z daleka.

Namalowałam obraz. Widok Zarzecza z olbrzymim plakatem „Narkotykom – stop”. Chciałam podarować Sanyczowi na dzień urodzin, ale nie było go w domu. Po kilku dniach spotkałam go w trolejbusie, wyglądał na wykończonego. Skarżył się, że z powodu narkotyków nie może już od kilku miesięcy spać. Miałam przy sobie zdjęcie swojego obrazu — oddałam mu. To była nasze ostatnie spotkanie

— wspomina Walia Strażewa.

Zmarł tak jak się urodził. W czerwcu.

Wpis powstał częściowo na podstawie materiałów grupy na Facebooku „Саныча Светлой Памяти”

poniedziałek, 12 czerwca 2017, vile

Polecane wpisy

Komentarze
2017/06/16 12:37:38
Bardzo ciekawa i poruszająca historia, dziękuję!
-
2017/06/17 07:25:22
Dzięki :)