Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

HoC schodzi na psy czyli Political fiction on TV

Zawsze byłem wielkim miłośnikiem telewizji, chociaż paradoksalnie oglądam ją bardzo rzadko. Wydaje mi się, że obok wynalezienia druku i internetu jest to jeden z najważniejszych wynalazków w historii ludzkości, przynajmniej jeśli chodzi o wpływ na świadomość społeczną. Telewizja się oczywiście zmienia, staje się coraz bardziej wirtualna, interaktywna, sofistyczna, dziś częściej oglądamy ją w komputerze niż na ekranie telewizora, ale jej wpływ nadal pozostaje przemożny. A gdy już mówimy o telewizji nie da się pominąć fenomenu seriali telewizyjnych. Niegdyś uważane za gorszy gatunek, ubogiego krewnego filmów dużego ekranu, swoimi scenariuszami, rozmachem, dbaniem o szczegóły, a nawet budżetami przerastają dziś częstokroć swojego kinowego konkurenta. „Twin Peaks”, „Boardwalk Empire”, „Game of thrones” – zmienili nasze myślenie o serialu, jako niższym, podrzędnym gatunku sztuki. Przed pięcioma laty zamieściłem na tym blogu swój osobisty TOP 5 najlepszych telewizyjnych filmów z gatunku political drama. Od tamtego czasu wiele czasu upłynęło i powstało sporo nowych wartościowych obrazów i dziś chciałbym omówić kolejnych pięć wartych – moim subiektywnym zdaniem – polecenia. Szczególnie, że właśnie zakończyłem oglądanie piątego sezonu jednego z nich, całkiem słusznie uważanego za jeden z najważniejszych – „House of Cards”. I muszę z przykrością stwierdzić, że HoC powoli, ale nieuchronnie schodzi na psy.

W 2013 roku pierwszy sezon „HOUSE OF CARDS” powalił na kolana. Nie tylko mnie, ale w zasadzie cały świat. Netflix – internetowa wypożyczalnia filmów i seriali – wkroczyła w dziedzinę tworzenia produkcji telewizyjnych niezwykle ostro i nowatorsko (wszystkie 13 odcinków zostały wyłożone do sieci tego samego dnia), wysoko ustawiając poprzeczkę. Absolutnie fenomenalny Kevin Spacey jako chorobliwie ambitny kongresman Frank Underwood i Robin Wright (pamiętam, że w swoim czasie tylko dla niej oglądałem „Santa Barbarę’) jako jego żona Claire Underwood – stanowili piękną, machiaweliczną parę od której nie można było oderwać wzroku, w której nie dało się nie zakochać. A jeszcze niesamowite ujęcia en face, w ramach, których główny bohater tłumaczy, co zamierza zrobić lub jaką gafę za chwilę ktoś prawdopodobnie popełni. No i oczywiście niezwykła dbałość o szczegóły – każda decyzja bohaterów była wyraźnie zmotywowana, opierała się o amerykańską praktykę prawną i polityczną, wyjaśniała kulisy funkcjonowania systemu politycznego USA. Politycy zostali odarci w HoC z jakiejkolwiek iluzji idealizmu, romantyzmu czy poświęcenia – to w gruncie rzeczy tylko zgraja ambitnych i przebiegłych cyników bez skrupułów walczących o władzę. Potrzebują władzy nie dla reform, przemian, wcielania w życie programów i nie dla pieniędzy nawet, tylko dla samej władzy. Jak mówi w jednym z odcinków główny bohater (oceniając odejście swojego pomocnika do sektora prywatnego):

Such a waste of talent. He chose money over power, in this town a mistake nearly everyone makes. Money is the McMansion in Sarasota that starts falling apart after ten years, power is the old stone building that stands for centuries. I can not respect someone who does not see the difference.”.

Schody zaczęły się w pierwszym odcinku sezonu drugiego, gdy Frank Underwood zabija współpracującą z nim dziennikarkę Zoe Barns. Od lat obserwuję życie politeczne z pozycji uprzywilejowanego świadka i jestem jak najgorszego zdania o politykach, jednak bez pięciu minut wiceprezydent Stanów Zjednoczonych zabijający własnymi rękoma ludzi – to jednak gruba przesada. Niestety z każdym kolejnym odcinkiem i z każdym kolejnym sezonem ilość romantycznych głupstw i thrillerowskich przerysowań stanowiła się coraz większa (wystarczy wymienić absolutnie karykaturalnego prezydenta Rosji Wiktora Petrowa (Lars Mikkelsen)). Sezon piąty był pod tym względem najbardziej obfity w światowej skali spiski, quasi-masonów, zabójstwa, rozwiązania polityczne i ekonomiczne z d… wzięte. Ten serial słusznie od samego początku był porównywany do „Makbeta” Szekspira. Jednak początkowo były to jedynie aluzje dodające smaku kreowanej przez jego twórców współczesnej rzeczywistości politycznej. W sezonie piątym „Makbet” Szekspira ostatecznie pokonał trylogię Michaela Dobbsa. Nawet wiedźma się pojawiła w osobie podsekretarz Jane Davis (Patricia Clarkson). To nadal piękny, wciągający film, który przez jeszcze co najmniej jeden sezon się pociągnie, ale niestety niemający już nic wspólnego z rzeczywistością.

Paradoksalnie o wiele bardziej realistyczny jest inny amerykański serial z gatunku political fiction – komediowy „VEEP” (HBO). Wszedł na ekrany w kwietniu 2012 roku i ma już za sobą sześć sezonów. Główną bohaterką tego show jest wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Selina Meyer (Julia Louis-Dreyfus), która wygląda trochę jak Sarah Palin próbująca być Frankiem Underwoodem. Świat „Veep” – to jednak świat dużo bliższy rzeczywistości niż świat „House of Cards”. W nim nie ma błyskotliwych strategów politycznych i masońskich spisków, a jest tłum beznadziejnych, chorobliwie ambitnych, politycznych i biznesowych głupków, którzy próbują uprawiać politykę, tylko, że polityki już nie ma. Nie ma wielkich idei, jest tylko marketing polityczny, PR. „Veep” pokazuje, zgodnie z prawdą, jak współczesna polityka zamieniła się w jedną niekończącą się konferencję prasową, możliwość zrobienia zdjęcia w odpowiednim miejscu, pokazania się przed kamerami z rodziną czy uściśnięcia dłoni „człowiekowi z ulicy”. Czyż nie to samo mamy na Litwie czy w Polsce, gdzie programy partii są pisane po przebadaniu rynku, socjaldemokraci liberalizują Kodeks Pracy, liberałowie głosują za cenzurą, a miernoty polityczne zajmują najwyższe stanowiska? Selina Mayer jest ograniczona, samolubna, egoistyczna, notuje jedną spektakularną klapę za drugą, a jej „spin doktorzy” i doradcy są tak samo nieudaczni jak ona, i mimo to… notorycznie pnie się do góry po drabinie kariery politycznej. Zresztą pomijając celne punktowanie rzeczywistość jest to świetna komedia, w której mnóstwo przeklinania, słownych konfrontacji, humoru sytuacyjnego.

 

Teraz czas na dwa seriale, które nie należą do gatunku politycznego dramatu sensu stricte, ale o niego mocno się ocierają. A więc przede wszystkim rewelacyjny „BILLIONS” (Showtime). Mamy już za sobą dwa sezony tego serialu zbudowanego na konflikcie pomiędzy dwoma bohaterami, reprezentującymi dwa różne środowiska: świat wielkiej finansjery i państwa. I nie widzę jeszcze żadnych oznak degrengolady scenariusza. Serial dalej trzyma w napięciu, zaskakuje nieoczekiwanymi zwrotami akcji, zmusza do myślenia. Jest poza tym nowatorski – np. pojawia się w nim postać gender non-binary, który w wolnym tłumaczeniu  brzmi „osoba/postać neutralna płciowo”. W historii telewizji takiego bohatera jeszcze nie było. Głównymi bohaterami są zacietrzewieni przeciwnicy: boss funduszu hedgingowego Bobby „Axe” Axelrod (Damian Lewis) i nowojorski prokurator Chuck Rhoades (Paul Giamatti). Miliarder Axelrod pochodzi z nizin społecznych, zbił majątek dzięki swojej ciężkiej pracy, ale nie do końca uczciwie i legalnie. Z kolei Rhoade. jest przedstawicielem nowojorskiej elity politycznej i finansowej, który wybrał służbę publiczną. Ale w rzeczywistości marzy o karierze politycznej i powoli przygotowuje do niej grunt, zabiegając o popularność, ale też względy lokalnych bossów partyjnych. Ani jeden, ani drugi bohater nie jest jednoznaczny. Walczący o sprawiedliwość Rhoades jest gotów posunąć się do fałszerstw, szantażu, łamania prawa, żeby wygrać, z kolei czerpiący dochody z poufnych informacji, niszczący losy poszczególnych osób i nawet miast dla zysku Axe jest jednocześnie kochającym mężem, ojcem i filantropem. Konflikt prawny pomiędzy banksterem, który na wszelkie sposoby próbuje uniknąć więzienia i prokuratorem, który chce go do więzienia wsadzić, powoli staje się prawdziwą manią i dla Axe’a, i dla Rhoadesa. W tym konflikcie nie będzie sytuacji win-win, albo jeden, albo drugi ostatecznie zostanie pogrążony, rozdeptany, zniszczony i przysypany piachem. Smaczku historii dodają żony głównych bohaterów: Wendy Rhoades (Maggie Siff) i Lara Axelrod (Malin Akerman), które prowadzą również własną wojnę. Wendy Rhoades obok Claire Underwood - to chyba jedna z ciekawszych postaci kobiecych, wykreowanych w ostatnich latach w TV (imho).

Drugi serial, który chciałbym wyróżnić to „GOOD WIFE” – amerykański serial telewizyjny, emitowany przez stację CBS od 22 września 2009 do 8 maja 2016. Jest to praktycznie jedyny znany mi serial telewizyjny, który przez osiem (!) sezonów zdołał utrzymać ten sam wysoki poziom. Owszem zdarzały się odcinki lepsze i gorsze, czasami historie się powtarzały, ale nigdy nie było nudnie. Formalnie „Good Wife” jest filmem prawniczym – każdy odcinek opowiada o jakiejś zagmatwanej sprawie sądowej - i jest to doskonały serial prawniczy. A być może nawet najlepszy. Jednak wątki polityczne są w nim niezwykle silne. Opowiada historię Alicii Florrick (Julianna Margulies), żony stanowego prokuratora z Chicago Petera Florricka (Chris Noth). Po kompromitacji przez publiczny seks i korupcję swojego męża, który trafia do więzienia, Alicia musi utrzymać rodzinę. Po 13 latach, spędzonych w roli gospodyni domowej, powraca do zawodu adwokata i zaczyna pracować w prawniczej firmie w Chicago. Okazuje się, że talentu nie da się ani przepić, ani zakopać w kuchni. Robi błyskotliwą karierę prawniczą, a następnie i polityczną. Serial udowadnia raz po raz, że świat dorosłych ludzi i ich emocje bywają szalenie skomplikowane, że świat nie jest czarno-biały, że jest w nim wiele odcieni moralnej szarości. Z drugiej jednak strony nigdy nie wpadł w otchłań moralnej nicości, lapidarnego skrótu, że wszyscy ludzie są z założenia źli i nie ma dla nich żadnej nadziei, zawsze pozostawiał furtkę z nadzieją na lepszą przyszłość, na poprawę, na to, że są ideały i idealiści. Na happy end. Zakończenie „Good wife" okazało się jednocześnie szczęśliwe i smutne, zaskakujące i nieuniknione, lekkie i trudne, ale przede wszystkim genialne. Tak inteligentnych dramatów w telewizji już nie ma.

Długo się zastanawiałem nad swoim piątym typem. Wahałem się pomiędzy dwoma serialami francuskimi „Les hommes d'ombre” z lat 2012-2016 (wart uwagi choćby dla pięknej Carole Bouquet) i „Marseille” z roku 2016. Wybrałem ostatecznie „MARSEILLE”. Z uwagi na mroczny charakter i doskonałego Gérard Depardieu w roli burmistrza Roberta Taro. Głównym tematem serii jest konflikt pomiędzy Robertem Taro, aktualnym merem Marsylii, a Lucasem Barresem (Benoît Magimel), jego zastępcą. Mężczyźni ze sobą współpracują od wielu lat – Barres jest protegowanym Taro, który niegdyś wziął go pod swoje skrzydła – ale w jednym momencie wszystko całkowicie się zmienia. Zbliżają się wybory nowego mera Marsylii. Taro, który miał ustąpić miejsca Barresowi, postanawia jednak startować przeciwko swojemu podopiecznemu. Z uwagi na to, że serial wyprodukował Netflix porównania do HoC są nie do uniknięcia. Oczywiście nie wyszło lepiej niż w HoC, ale serial zaciekawia, wciąga, ma w sobie coś specyficznego, „europejskiego”, rysuje bogate tło socjalne. Jest czymś podobny do „Bossa”, który uważam za najlepszy polityczny dramat wszechczasów. Poza tym soundtrack jest równie dobry.

A teraz mój osobisty TOP 10, z uwzględnieniem seriali omówionych w tekście „Political fiction w TV: USA, UK, Dania i Litwa”:

  1. Boss (USA)
  2. Yes minister/Yes, prime minister (UK)
  3. Veep (USA)
  4. House of Cards (USA)
  5. Billions (USA)
  6. Good Wife (USA)
  7. Marseille (Francja)
  8. Borgen (Dania)
  9. West Wing (USA)
  10. Gedimino 11 (Litwa)
poniedziałek, 19 czerwca 2017, vile
Tagi: kino tv USA kultura

Polecane wpisy