Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

Laudatio na cześć Polskiego Klubu Dyskusyjnego

"Polski Klub Dyskusyjny odrodził myśl intelektualną Polaków na Litwie. Niegdyś zniszczona przez bolszewików, następnie sprowadzona do poziomu nagłówków w gazecie Czerwony Sztandar, jeszcze później notorycznie punktowana przez patriotów-garszwistów ze stowarzyszenia „Vilnija“, ta myśl stała się dzięki Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu częścią składową politycznego i kulturalnego krajobrazu Litwy" — powiedział w swoim laudatio znany litewski historyk Eligijus Raila podczas wręczania Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu Nagrody Klanu Gailiusów. Przed kilkoma dniami byliśmy świadkami jak te słowa stały się faktem. PKD — oskarżany przez awupeelowskie trolle o działalność dywersyjną, agenturalną i antypolską — umiał wznieść się ponad podziałami i udzielić wsparcia decyzji radnych AWPL-ZChR z rejonu wileńskiego, którzy zostali zatakowani przez litewskich nacjonalistów z powodu nazwania ulicy imieniem Tadeusza Konwickiego. Za sprawą PKD takiego poparcia udzielili i politycy litewscy: konserwatysta Andrius Kubilius oraz liberał Remigijus Šimašius. Ostatecznie przed kilkoma dniami i przedstawicielka rządu na okręg wileński pod tą presją również uznała, że taka nazwa jest zgodna z prawem. Mer Wilna i były premier Litwy poparli i pomysł nazwania imieniem wybitnego polskiego pisarza i reżysera ulicy w Kolonii Wileńskiej, co skrupulatnie odnotowały lokalne polskie media. Równie skrupulatnie pomijając fakt, iż jest to również propozycja PKD. Te same zresztą media równie skrupulatnie pomijają informacje o tym, że to PKD zainicjował dyskusję na temat wznowienia nadawania na Litwie polskich telewizji, która powoli nabiera realnych kształtów. Pomijają, bo PKD zadał kłam całej ich dotychczasowej filozofii, że z Litwinami nie da się rozmawiać, a lokalnych polskich liderów nie można krytykować. PKD, jak to ujął Eligijus Raila i co wielu na Wileńszczyźnie nie w smak, "przeciwstawił wciąż żywej tradycji „Dzierżyńskiego i kołchozu czterech pancernych“ antysowiecki kulturalny paradygmat Józefa Mackiewicza — „Rojstów“, rozerwał czerwoną chustę Wileńszczyzny". Zresztą proponuje zapoznać się z całym tekstem jego laudatio. Nawet w moim nienajlepszym tłumaczeniu robi duże wrażenie.

Gdy Ojciec Wierszy z klanu Gailiusów zaproponował mi wygłosić mowę pochwalną na cześć Polskiego Klubu Dyskusyjnego, zgodę wyraziłem prawie bez żadnego zastanowienie się. Jeśli i pojawiła się we mnie najmniejsza wątpliwość, co do zleconego mi zadania — natychmiast ją przegonił impuls z głębi duszy, który mnie cofnął do tych czasów, w których ze wszystkich Polaków mieszkających na Ziemi znałem jedynie czterech pancernych i ich psa. Czterej pancerni z najsłynniejszego serialu telewizyjnego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej zamienili wówczas dla mnie cztery strony świata, cztery pory roku, cztery wiatry i nawet cztery kolory kart. Inaczej mówiąc, byli dla mnie systemem koordynat, w którym układały się wstępne znaki kultury polskiej. Trochę z przymrużeniem oka spoglądając na to z perspektywy dnia dzisiejszego, było to moje pierwsze zetknięcie się z zamkniętym, kameralnym, niskiego poziomu klubem na gąsienicach, który tworzyli pies i czterej mężczyźni o specyficznych zainteresowaniach, oglądający świat przez wyciętą czterokątną dziurę. Prawie w tym samym czasie w mój nastoletni wszechświat wdarli się, uzupełniając moją układankę polskich znaków, jeszcze dwaj członkowie: pochodzący z nowogródzkich stron Czesław Wydrzycki-Niemen, który swoim niesamowitym głosem przebił Kosmos, oraz urodzony w Solecznikach Władysław Kozakiewicz, który swoim niezapomnianym gestem Kozakiewicza podczas letnich Igrzysk Olimpijskich w Moskwie wysłał reżym sowiecki na zadupie historii.

O wiele później, gdy samodzielnie ucząc się języka polskiego, zacząłem czytać literaturę polską, zetknąłem się z innym klubem. Nie wiem jak to się stało, ale pierwszymi autorami, których odkryłem byli przetłumaczeni na język polski XIX-wieczni Francuzi – Prosper Mérimée i Théophile Gautier. Szczególnie zapadła mi w pamięć książka opowiadań fantastycznych tego ostatniego, ilustrowana przez Stasysa Eidrigevičiusa, w której odnalazłem niesamowicie lśniące opowiadanie, które się nazywało „Klub haszyszystów“. Ta makabryczna noc, którą bohater, po zjedzeniu zielonego pasztetu, spędził w pałacu Pimodan, mnie się ukazała jako wizja straceńczej, odwrotnej strony Romantyzmu, zalała mnie jak wszechogarniająca halucynacja historii, jak ryglująca pamięć konwulsja czasu. Ten utwór Gautiera utwierdził w mojej świadomości definicję klubu jako hermetycznego zespołu ludzkiego, który odgrywa pewne rytualne przedstawienie.

Krótko podsumowując, te dwa doświadczenia oparte na osobistych uczuciach — wizualna kultura telewizyjna i kinowa oraz emocjonalne przeżycia literackie — formowały, chociaż nie bezpośrednio, wizerunek polskości po tej (w sensie granic państwowych) stronie. Zaryzykuje stwierdzenie, iż sedno miejscowej polskości, które jest do przyjęcia dla większości — to ciągłe odgrywanie pewnego, jednoczącego wszystkich członków wspólnoty, rytuału. Podstawą tej rytualnej kultury, która się uformowała wciągu stulecia, stała się emblematyczność. Do dziś dnia pamiętam swoją wizytę w dworku w Pikieliszkach, który przekształcono w muzeum Józefa Piłsudskiego. Zobaczyłem tam mahoniową szafę, która imitowała mebel z początku XX w., z jej drzwi spozierał na mnie groźny wzrok narysowanego Marszałka. Jego wąsy były tak pyszne i żywe, że, wydawało się, czułem ciągnący od nich świeży zapach „Żubrówki”. Chociaż podejrzewam, że sprawcą tego zapachu był raczej stróż pałacyku, który wpuścił mnie do tej przesiąkniętej heroizmem pikieliskiej salki, a teraz stał obok, chyba nieco zmieszany otwartością swojego serca, tłumacząc, że jednak lepiej zna Dzierżyńskiego niż Piłsudskiego.

Musiało minąć blisko trzydzieści lat, zanim idąc drogą życia trafiłem wreszcie do takiego klubu, w którym, znalazłszy się w kręgu jego adekwatnie myślących członków i wciągnąwszy się w dyskusje uczestników, mogłeś wyraźnie poczuć niezmyśloną rzeczywistość wspólnego polsko-litewskiego życia, ostrą odę do politycznych i społecznych realiów. Ten klub — to nie projekt telewizyjny, nie serial partyjny i nie literacka fikcja. Ten klub nazywa się Polski Klub Dyskusyjny — laureat tegorocznej Nagrody Klanu Gailiusów. I chociaż znam niektórych członków Klubu osobiście, nie byłem ani wśród „ojców-założycieli”, ani wśród twórców platformy ideologicznej. Byłem kilka razy uważnym obserwatorem i wnikliwym słuchaczem dyskusji, i ta okoliczność, tak sądzę, pozwala mi, emocjonalnie i empirycznie nie utożsamiając się z działalnością klubową, wygłosić jej ocenę.

Jeśli mówimy o podstawowym celu Klubu, jego motto brzmiałoby następująco: „Inna Wileńszczyzna jest możliwa“. Klub wykonał dwa zasadnicze działania. Po pierwsze, przeciwstawił wciąż żywej tradycji „Dzierżyńskiego i kołchozu czterech pancernych“ antysowiecki kulturalny paradygmat Józefa Mackiewicza — „Rojstów“. I po drugie na wszelkie sposoby próbuje rozwiewać nacjonalistyczne halucynacje i zawroty głowy, wywoływane przez od świątecznego „poloneza“ tańczonego przy każdej okazji. Jak pisał na swoim blogu jeden z ideowych liderów „Innej Wileńszczyzny“ i wspomnianego zrzeszenia Aleksander Radczenko, początkowo Klub miał stać się niezależną platformę dialogu polsko-polskiego i polsko-litewskiego, jednoczącą ludzi, którzy nie boją się podnosić najaktualniejszych kwestii polsko-litewskiego współżycia.

Źródłem żywotności Klubu jest pokolenie, które większą część swojego życia spędziło w niepodległej Litwie. Wychowani na Litwie, studia ukończyli najczęściej w Polsce, oni wszyscy przyszli do Klubu jako osoby o europejskich horyzontach myślenia kulturowego, dążący do „Innej Wileńszczyzny“: aktywnej, świadomej, widzialnej, soczystej. Pragnący z Litwinami mówiącymi po litewsku wpływać na losy swojego państwa. Pozwólcie w tym miejscu zdefiniować pojęcie „dyskutować“ na podstawie zasad ludowej etymologii: „dy-skutować“ — oznacza „porwać na kawałki“. I klub to czyni sekwencyjnie i z zangażowaniem. Ideowo rozerwał czerwoną chustę Wileńszczyzny. Od chwili powstania zorganizowano już prawie 50 dyskusji, w których wzięło udział ponad 100 prelegentów, i około 1,5 tysiąca uczestników. Ale w tej sytuacji ważne są nie suche liczby, a sens platformy dyskusyjnej: klub odrodził myśl intelektualną Polaków na Litwie. Niegdyś zniszczona przez bolszewików, następnie sprowadzona do poziomu nagłówków w gazecie Czerwony Sztandar, jeszcze później notorycznie zwalczana przez patriotów-garszwistów ze stowarzyszenia „Vilnija“, ta myśl stała się dzięki Polskiemu Klubowi Dyskusyjnemu częścią składową politycznego i kulturalnego krajobrazu Litwy. Polską częścią.

Fot. Joanna Bożerodzka



czwartek, 20 kwietnia 2017, vile

Polecane wpisy

Komentarze
2017/04/23 15:30:18
Wszystko OK, tylko jaki jest dokładny sens tego zdania:
" I po drugie na wszelkie sposoby próbuje rozwiewać nacjonalistyczne halucynacje i zawroty głowy, wywoływane przez od świątecznego poloneza tańczonego przy każdej okazji." ???
-
2017/04/23 16:33:28
Nie wiem, to pytanie do Eligijusa. Według mnie sens jest nastepujący: PKD próbuje zwalczać każde nacjonalistyczne odchylenie. I polskie, i litewskie.