Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

Literacki reportaż o wileńskich smakach

Souvlaki, tzatziki, Baba Ghanoush, dolmados, Vpilaf z chorizo, pannacotta, mus z mango i marakui I tunezyjska zupa jarzynowa z ciecierzycą. Oto co jedli w Warszawie polscy biznesmeni-patrioci 11 listopada na tegorocznym przyjęciu „Noc wolności” z okazji Święta Niepodległości Polski. Gdyby wpadła w ich ręce książka Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej pt. „Wilno.Rodzinna historia smaków” mogło być i smaczniej, i ciekawiej, i patriotyczniej. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to pierwsza od wielu miesięcy książka, którą wciągnąłem jednym tchem. Biorąc pod uwagę, że — było nie było — to książka kucharska, a ja z kuchnią mam tyle wspólnego, że umiem nastawić czajnik i zrobić sobie kanapkę z serem twarogowym — to wręcz czyn bohaterski. Oczywiście, żartuję, bo „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to nie jest wbrew pozorom książka kucharska, mimo, iż przepisy Genowefy Wołkanowskiej (oraz piękne zdjęcia Waldemara Gorlewskiego i Łukasza Falkowskiego je ilustrujące) stanowią blisko połowy objętości. „Wilno. Rodzinna historia smaków" — to przede wszystkim wspaniały reportaż literacki w najlepszych tradycjach polskiej szkoły reportażu, i tej pisanej dużymi, i tej pisanej małymi literkami, której zresztą Ewa Wołkanowska-Kołodziej jest adeptką i absolwentką. Powiem więcej: wydaje mi się, że Ewa Wołkanowska-Kołodziej — to najlepsze polskojęzyczne pióro reporterskie jakie Wileńszczyzna w ostatnich dziesięcioleciach wydała. Czytając jej książki i reportaże zawsze mam chęć odstawić pisanie na zawsze, bo czuję się jak nędzny wyrobnik przy mistrzu.

Książka, dzięki której kucharz zacznie czytać, a reporter gotować. Fascynująca rodzinna opowieść o Wileńszczyźnie, mieszkających tam Polakach i Litwie w ogóle. Ewa Wołkanowska-Kołodziej to zdolna reporterka, Genowefa Wołkanowska to znana na całej Litwie kucharka. Książka powstała z połączenia talentów matki i córki” — brzmi slogan reklamowy książki. Nie zacząłem po jej przeczytaniu gotować, ale to rzeczywiście niezwykle fascynująca opowieść o Litwie, Wileńszczyźnie, a przede wszystkim Polakach na Litwie. Bo o nas można pisać na różne sposoby. Można kreślić opowieści o kresowej Atlantydzie, mitologizować romantyczny obraz utraconego raju folwarków, zaścianków, chłopskich zagród, majestatycznych kościołów, zamków i cmentarzy oraz niezłomnych ludzi, trwających na swoich posterunkach obrony polskości. I mamy takich opowieści w bród. Można kreślić i obraz totalnej postsowieckiej apokalipsy, rozsypujących się zakładów, dróg i tkanki społecznej, bezsensu istnienia w porzuconych, zapomnianych przez władze i czas, zapijaczonych i zrusyfikowanych wsiach oraz miasteczkach. A można tak, jak Ewa Wołkanowska-Kołodziej, napisać czasami zabawny, czasami melancholijny, ale przepełniony przede wszystkim miłością (nawet do blokowisk z Karolinek!) przewodnik. Po miejscach, obyczajach, potrawach, ale też języku wileńskim.  

Ta książka stała się w Wilnie sensacją sezonu, a nie jest to na Wileńszczyźnie łatwe. Bo czyta się u nas mało, a polsku — jeszcze mniej. Stała się bestsellerem, mimo, iż w zasadzie nie jest skierowana wcale do wilniuków. My przecież i bez niej wiemy dlaczego smażony chleb jest najlepszą przekąską do piwa, jak smakują świńskie uszy, dlaczego prawdziwy Litwin-patriota nie powinien jeść cepelinów, gdzie się znajduje wileński Szanghaj oraz co to jest prinuka. Być może dlatego, że Ewa Wołkanowska-Kołodziej kreśli swoją historię smaków bez szablonowych zachwytów nad kresowym patriotyzmem i wileńska architekturą, ale z nieukrywanym szacunkiem do rodzinnych stron. A być może po prostu z powodu nieznośnej lekkość stylu, parafrazując Milana Kunderę, z jaką pisze autorka.

„W dzieciństwie z przyjaciółką Justyną Błaszkiewicz, z którą czasami oprowadzalyśmy polskie wycieczki, prawdę mówiąc, do turystów z Polski czułyśmy litość. Na każdym kroku powtarzali: „Jakie to Wilno piękne!", byłyśmy więc święcie przekonane, że ich rodzime miasta muszą być bardzo brzydkie" - pisze Ewa Wołkanowska-Kołodziej. Też miałem podobnie. Też kiedyś mnie to śmieszyło, dziwiło, bo przecież widziałem, jak wiele jeszcze Wilno powinno zrobić, naprawić, usprawnić, żeby dorównać przynajmniej Krakowowi, Gdańskowi, Wrocławowi, a co dopiero Wiedniowi czy Paryżowi.

Dziś nie ukrywam, że nie lubię właśnie tych turystów, pielgrzymów, gości Wilna — nieważne z Korony czy z innych miejsc — którzy nie są w stanie dostrzec uroku mojego miasta. Nie lubię tych, którzy dostrzegają w Wilnie tylko deszczową pogodę, ścisk w trolejbusach, dziury w jezdni i poszarpane budynki z wielkiej płyty. Och, proszę mi wierzyć, jestem świadom wszystkich problemów, niedociągnięć, wad i braków Wilna! Ba, piszę o nich non stop, bo uważam, że krytyka naszych problemów i wad — jest naszym, miejscowych mieszkańców obowiązkiem. Ale po obcych spodziewam się — niech będzie, że jestem łasy na komplementy — jednak miłych słów. Być może dlatego właśnie bardziej lubię, czytać o Wilnie relacje podróżników z Rosji czy Białorusi, dla których Wilno — to przedsionek Europy, którzy są w stanie dostrzec jego nieazjatycki klimat, atmosferę, europejski ordung i europejski luz, niż zachodnioeuropejskich trampów dla których jesteśmy tylko forpocztą Azji. Silącą się na europejskość, a więc nie wystarczająco egzotyczną i pociągającą, nawet w porównaniu z pobliskimi hardcore’owymi Mołdawią, Ukrainą czy Białorusią, a jednocześnie obcą i niezrozumiałą.

I być może dlatego tak przypadła mi do gustu książka Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej, nawet jeśli nie podzielam wszystkich jej zachwytów (np. nad przereklamowanym, moim zdaniem, Zarzeczem). Bo po jej przeczytaniu wielu koroniarzy na pewno zechce do Wilna pojechać, a dla nas, wilniuków, stwarza możliwość chociaż na kilka godzin zapomnieć o śniegu za oknem, o dziurach w jezdni i problemach polsko-litewskich, i zanurzyć się w Wilnie cepelinów, kołdunów, pierników i pogodnych ludzi. Bo takie Wilno przecież też istnieje.

Ewa Wołkanowska-Kołodziej, Wilno.Rodzinna historia smaków, Agora 2016

Ta recenzja ukazała się dziś (15 listopada) w Audycji Polskiej litewskiego radia publicznego LRT Klasika

wtorek, 15 listopada 2016, vile

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: SpEcjOlistka, 78.11.126.*
2016/11/16 12:03:08
Proponuję posiedzieć troszkę nad wizualną stroną tekstu (blog.hekko.pl/zatrzymac-czytelnika-stronie-dobrze-sformatowanym-tekstem/), bo merytoryczna jest w porządku, nawet bardzo. Przyciągasz użytkownika, ale jak wprowadzisz parę naprawdę drobnych zmian, zatrzymasz go na dłużej i skłonisz do powrotu.

PS Sorry, zboczenie zawodowe :D
-
Gość: Żana, *.dynamic.mm.pl
2016/11/17 10:01:13
Zgadzam się z tym komentarzem. Super blog, mozna graficznie zrobic, zeby wygladal bardziej profesjonalnie.
-
Gość: ano, *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl
2016/11/17 11:22:54
nie umieją żeby nie pouczyć.
-
2016/11/17 16:07:37
:-) Jeśli ktoś jest gotów za free stworzyć mojemu blogowi nową szatę graficzną - jestem otwarty na propozycje ;)