Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

I walka trwa

vile
Jak tak się przyglądam przepychankom wokół polskich szkół w Wilnie to przypomina mi się stary kawał. Kowalski na budowie biega z pustą taczką w te i we wte. Widząc to kierownik pyta: „Kowalski, a ty co tak z tą pustą taczką latasz?“ „Panie kierowniku — mówi Kowalski – jestem tak zapracowany, że nie ma kiedy załadować.“ Jesteśmy tak zaangażowani w „walkę o polską szkołę“, że nie mamy nawet czasu się zastanowić nad sednem problemu, któremu próbujemy bohatersko podołać. Co więcej — jest coraz trudniej się zorientować w obecnej sytuacji polskich szkół w Wilnie i w naszych żądaniach z nimi związanych. Politycy i media używają na jej określenie lapidarnego skrótu myślowego — likwidacja polskiego szkolnictwa w Wilnie. Bo w ten sposób jest łatwiej trafić do opinii publicznej. „Będziemy stanowczo domagali się akredytacji wszystkich szkół mniejszości narodowych m. Wilna oraz utrzymania istniejących szkół podstawowych i placówek przedszkolnych!" — bardziej konkretnie piszą z kolei w swoim apelu organizatorzy niedawnych wieców. A więc szkoły nie są likwidowane, ale chcemy żeby wszystkie dotychczasowe zostały akredytowane oraz zachowane. Paradoksalnie tak czy inaczej wszystkie i zostaną akredytowane (co nie znaczy że wszystkie dostaną taki status o jaki ubiegają się), a i zamykanie przedszkoli i szkół podstawowych nie jest przewidziane. Więc o co protestującym chodzi? Pomijając niemającą dla Polaków większego znaczenia (polskich prywatnych przedszkoli w Wilnie nie ma, a do samorządowych nie ma kolejek) kwestię przyznania przez stołeczny samorząd 6 milionów euro dotacji prywatnym przedszkolom (100 euro miesięcznej rekompensaty za czynsz na dziecko, uczęszczające do prywatnego przedszkola), którą AWPL uważa za przejaw korupcji, ale która pozwoliła stworzyć w ubiegłym roku 1,5 tysiąca nowych miejsc w przedszkolach, problemy polskiej oświaty w Wilnie sprowadzają się do trzech kwestii.

Po pierwsze, zwłoki w akredytowaniu szkoły średniej im. Władysława Syrokomli. „Syrokomlówka” ubiega się o status tzw. długiego gimnazjum (a więc posiadającego klasy od 1 po 12). Taki status moze uzyskać  miescie tylko szkola o nauczaniu profilowym. Z jakichś powodów „Syrokomlówka" wybrała jeszcze na Litwie nieznany profil długiego gimnazjum z elementami szkoły katolickiej. Samorząd jest generalnie „za”, jednak Ministerstwo Oświaty i Nauki odmawia akredytacji dopóki nie znajdzie się drugi (obok samorządu) udziałowiec, reprezentujący organizację religijną. Zamiast takiego udziałowca znaleźć (biorąc pod uwagę jak często liderzy AWPL rzucają cytatami z Jana Pawla II przy ich wsparciu nie powinno to być zadnym większym problemem) społeczność szkolna stoi na stanowisku, iż jest on... niepotrzebny. Taki spór można rozwiązać jedynie w sądzie, który na pewno potrwa, a tymczasem czas ucieka (akredytacja powinna być zakończona do 1 września 2017 roku).  Być może się mylę, ale mam wrażenie, że w ten sposób się programuje kolejny problem, który pozwoli po roku 2017, jeśli „Syrokomlówka” nie zostanie akredytowana jako długie gimnazjum, na organizowanie kolejnych protestów pod ambasadami i napędzanie głosów przed wyborami.

Po drugie, kwestia budynku szkoły średniej im. Joachima Lelewela. Lelewel posiada obecnie dwa budynki: jeden na Antokolu (obliczony na 1200 uczniów; w którym obecnie uczy się około 350), drugi na drugim brzegu Wilii, na Żyrmunach (była szkolą im. Antoniego Wiwulskiego; obliczony na ca. 450 uczniów, obecnie posiada nieco ponad 150 uczniów). Samorząd zgadza się na akredytację Lelewela jako tzw. długiego gimnazjum (o profilu inżynieryjnym), ale pod warunkiem, że przeniesie się do jednego z tych budynków (mniejszego na Żyrmunach, gdyż na Antokolu sąsiedniemu litewskiemu progimnazjum brakuje miejsca (już w chwili obecnej progimnazjum „wynajmuje” u Lelewela połowę pomieszczeń)). Społeczność szkolna na to się nie zgadza. Argumenty padają różne — zaczynając na tym, że Lelewel wychował dwóch noblistów (co jest twierdzeniem trochę naciąganym), a kończąc na tym, iż przeniesienie Lelewela do budynku na Żyrmunach pozostawi Antokol bez polsko-rosyjskiej szkoły, a dzieci będą miały mniej wygodny dojazd do szkoły (co jest argumentem racjonalnym; co prawda przeniesienie dzieci z budynku na Żyrmunach do budynku na Antokolu też będzie miało negatywne skutki, ale wiadomo jest ich mniej i nie mają legendy o dwóch noblistach).

Po trzecie, tak na dobrą sprawę chcielibyśmy po prostu zachowania status quo (tj. aby wszystkie obecne szkoły polskie zostały zachowane w takim samym stanie w jakim są obecne najwyżej szkoły średnie zmieniłyby nazwę na długie gimnazjum). Co prawda tego status quo już zachować sie nie da m.in. także z uwagi na decyzje podjęte przez poprzednią radę w której rządzili Zuokas i AWPL (np. w sprawie nierkompletowania kals w szkole w Leszczyniakach czy szkole im. Szymona Konarskiego). Zresztą  podział (reorganizacja) dotychczasowych szkół średnich (klasy 1-12) na progimnazja (klasy 1-8) i gimnazja (klasy 9-12) jest jak najbardziej logiczny. Młodsze dzieciaki muszą się uczyć ze swoimi rówieśnikami, nastolatkowie — z nastolatkami. Podobny system został wprowadzony w Polsce (gimnazjum – liceum) i w większości krajów europejskich. Bo wymieszanie wszystkich z wszystkimi prowadzi do stresu, konfliktów i problemów. Niestety polskim szkołom brakuje uczniów, żeby stworzyć idealna (tj. leżącą w bezpośredniej bliskości domu) sieć takich progimnazjów i gimnazjów w Wilnie.

Jestem daleki od tego, żeby bronić polityki oświatowej obecnej ekipy rządzącej Wilnem. Moim zdaniem jest to — w odniesieniu nie tylko do szkół polskich — polityka buldożerowa i nieprzejrzysta, a decyzje są podejmowane bez przewidzianych przez prawo konsultacji ze społecznościami szkolnymi, na co podczas ostatniego (23 marca) posiedzenia rady samorządowej zwróciła uwagę nie tylko opozycja, ale i przedstawicielka rządu na okręg wileński. Notoryczne reorganizowanie, niepewność jutra na pewno nie wpływają pozytywnie na jakość nauczania w tych szkołach. Kwestie oświaty wymagają gracji i wyczucia, zaś kwestie oświaty mniejszości narodowych — jeszcze większej delikatności. Zepsuć jest tu bowiem łatwo, zaś naprawienie wyrządzonych szkód częstokroć niemożliwe. Każda decyzja zmieniająca status quo powinna być siedem razy wyważona oraz skonsultowana i dopiero wtedy podjęta. A jednym z priorytetów powinno być zachowanie jak największej liczby placówek oświatowych oraz jak najwygodniejszy dojazd do nich, a nie tylko rachunek ekonomiczny. Dotyczy to zresztą nie tylko szkół polskich w Wilnie, ale i litewskich w rejonach wileńskim czy solecznickim. Niestety radni rządzącej obecnie Wilnem koalicji zamiast tego wolą się czepiać akcentu swoich oponentów z opozycji...

Nie zmienia to jednak faktu, że w odróżnieniu od wspomnianych rejonów wileńskiego i solecznickiego, gdzie do polskich szkół uczęszcza absolutna większość dzieci z polskich rodzin (co prawda w tych rejonach nauczyciele z polskich szkół przed każdym rokiem szkolnym zagladaja do każdej rodziny mającej dzieci w wieku przedszkolnym i namawiają, i przekonują az do skutku), w Wilnie do polskich szkół uczęszcza nieco ponad 6 proc. ogółu uczniów, gdy tymczasem Polacy stanowią ponad 15 proc. ogółu wilnian. I dopóki sytuacja się nie zmieni, dopóki przynajmniej jeszcze 15-20 proc. dzieci z polskich rodzin, które dzisiaj uczęszczają do szkół litewskich lub — co jest jeszcze bardziej dziwaczne — rosyjskich, nie zacznie uczęszczać do szkół polskich, problemy polskiego szkolnictwa nie znikną (niezależnie od tego kto aktualnie będzie Wilnem rządził). Tak naprawdę więc na naszych wiecach i pikietach powinniśmy wznosić przede wszystkim apel do samych siebie: „Rodzice oddawajcie dzieci do szkoły polskiej!

Oczywiście czy szkoła wiecznie strajkująca i protestująca może być dla takich rodziców alternatywą, jest kwestią dyskusyjną. Jednak na pytanie kiedy rodzice oddadzą dzieci do szkoły polskiej de facto odpowiedział podczas ostatniego posiedzenia rady samorządowej (podczas dyskusji nad Planem ogólnym reorganizacji sieci szkół ogólnokształcących miasta Wilna w latach 2016-2020) radny z ramienia AWPL Artur Ludkowski: „Dla mnie jako rodzica bardzo ważne jest, żeby szkoła była jak najbliżej domu. Ale jeszcze ważniejsze, żeby zapewniała jakościowe nauczanie.” Nic dodać, nic ująć. Tylko że notoryczna praca nad polepszaniem jakości nauczania, poziomu merytorycznego nauczycieli, warunków, a przede wszystkim ciągłe przekonywanie każdego rodzica z osobna do tego, żeby oddal dziecko do polskiej szkoły jest pracą żmudną, trudną, wymagającą i, co gorsza, niedającą większych profitów politycznych. W odróżnieniu od organizowania raz na pół roku wiecu, pikiety bądź strajku. I walka trwa…

Komentarze (9)

Dodaj komentarz
  • Gość: [stasys] *.telenet.unc.edu

    komentaras.lt/naujienos/kaip-lietuva-ginsis-nuo-lenku-uzsipuolimu?lang

    Any comment?

  • bartek_wkl

    A władze litewskie nie mogą pokreować takie działania, aby stworzyć polskie klasy w litewskich szkołach (tam gdzie do polskiej daleko) i tym sposobem "wyssać" dzieci z rosyjskich szkół? O tym, że byłby to znacznie mocniejszy gest dobrej woli, niż obsługa po polsku w urzędzie (a właśnie, jak to dalej funkcjonuje?) to chyba oczywiste.

  • vile

    Obawiam się, że takie szkoly "wyssą" dzieci przede wszystkim ze szkół polskich, bo do rosyjskich rodzice oddaja dzieci na pewnoe nie z powodu "lepszego startu" czy "wygodniejszego dojazdu" :(

    Z tego co wiem to z ta obsługa bywa różnie. Raz sprawdzilem i działąło, ale ostatnio slyszałem narzekania, ze jednak nie działa albo system skierowuje do pracownika, który mówi po rosyjsku. Mer zapowiada, że zajmie sie tym problemem. Zobaczymy.

  • Gość: [ano] *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl

    jaki interes mają władze litewskie czy to samorządowe czy to państwowe w tym aby ułatwiać czy w ogóle dbać o szkolnictwo polskie na Litwie?

  • bartek_wkl

    Był kiedyś, chyba na Delfi.pl, taki artykuł w stylu "Litwa potrzebuje więcej prawdziwych Polaków". Nie mogę go jakoś teraz "wyczaić".
    Interes powinny mieć taki, żeby stworzyć swoim obywatelom takie warunki, że będą to państwo traktowali jak swoje i nie będą musieli zerkać w stronę Rosji.
    Tobie pewnie chodzi, że celem jest lituanizacja i asymilacja. Tylko wtedy to potrwa jeszcze wiele lat, a odbywać się będzie w atmosferze permanentnego konfliktu. No i oczywiście my w Polsce (w tym wypadku) tego sukinsynom nie zapomnimy.

  • vile

    Do ano: Zgadzam się z Bartkiem. Lojalność obywateli, a więc więszke bezpieczeństwo także tych władz. I ich większe zadowolenie z władzy. Wiem, że jestem naiwny, ale moim zdaniem celem państwa (demokratycznego) powinno być szczęście obywateli, szczególnie że to stwarza lepsze warunki dla rozwoju gospodarki, inwestycji, innowacji niż permaanentny konflikt. Poza tym wielokulturowość to też dodatkowa szansa na pozytywne wyróznienie. Jestem przekonany, że wielokulturowe, otwarte spoleczeństwa są tez bardziej innowatywne (np. Finlandia).

  • Gość: [ano] *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl

    ale jeśli spojrzymy to oczami Litwinów. 6% to jednak nawet nie 10%. A w polskich szkołach uczy się nie 6% ale pewnie 2%-3% ludności na Litwie. Choć pewnie można policzyć idealnie dokładnie ile.
    Można zatem podejść dwojako, bo dbanie i nie dbanie nie ma większego znaczenia dla Litwy jako całości. Skoro tak to z racji tego, że Polska nie wiele może zaoferować Litwie za dbanie. To dbanie z powodu profitów od Polski nie ma sensu.
    Rozumiem i tak to przyjmuję, że dbanie o mniejszość jest jakby miarką ucywilizowania i rozwoju społecznego większości. A niedbanie?
    Litwini jednak podeszli moim zdaniem do sprawy tak: skoro nie jest możliwe absolutnie abyśmy staliśmy się mentalnymi Finoszwedami nawet w ciagu 50 lat, to zysk jaki uzyskamy nie dbając o szkoły polski będzie podwójny. Cześć Polaków przeistoczy się w Litwinów, albo Litwinopodobnych, bo nie będzie miała już tak mocnych polskich serc i umysłów i będzie mocniej zintegrowana z litewskim społeczeństwem. (Oczywiście wkładamy w to permanentny konflikt jako koszt. Jednak dość mały, żeby nie powiedzieć maleńki). Więc ich lojalność będzie większa niż obecnie. A ta część która się nie da i pozostanie polska i nawet mocniej się "spolszczy" będzie jeszcze mniejsza niż jest obecnie. Wiec jej siła oddziaływania będzie mniejsza. Zatem niedbanie przyniesie o wiele więcej korzyści dla kraju.
    Natomiast dbając mocno o polskie szkoły nie ma gwarancji lojalności z definicji jednak zupełnie odmiennych spojrzeń na historię, kulturę, no i samą odmienną mentalność. Nie wiadomo czy zadowolenie wtedy Polaków przełoży się na lojalność. Jeśli w szkole będziemy wykładać historię Polski to będzie ona w wielu miejscach nie zgodna z litewskim punktem widzenia czy litewską racją stanu.
    Wydaje mi się ze Polacy idealnie traktują Litwę jako państwo swoje i zupełnie nie zerkają w stronę Rosji, bo po co? jako obrońcę? A może ci co zerkają to chyba jakieś 5% z tych 6% Polaków, te liczby są z nieba, ale tak na wyczucie. A że Polska nie zapomni Litwie, takich działań. Spoko, a co to za krzywda? Przecież właśnie Litwa nigdy nie zapomni Polsce Wilno. I co to za krzywda Polsce?

  • bartek_wkl

    Tylko na kim ma się oprzeć Republika Litewska i gdzie mieć przyjaciela, jak nie w Polsce? Na stronie TVP INFO można sobie puścić ostatnie Studio Wschód, gdzie wypowiadają się o idei Międzymorza. BTW nie wiedziałem, że Alvydas Nikžentaitis aż tak dobrze mówi po polsku.

    Twoje odzwierciedlenie litewskiego rozumowania jest pewno słuszne, ale to archaiczna polityka. Zresztą czas zacząć w końcu tworzyć i Polakolitwinów, i nową, wspólną wersję historii, zastępując antagonizm litewsko-polski konfliktem Nowilitwinów ze Starolitwinami.

  • vile

    do ano: zgadzam się z Bartkiem - najwyższy czas i na cywilizowane stosunki narodowościowe (nawet jeśli nie ma z tego profitów, chociaż jestem pewien, ze te profity są), i na zmianę narracji historycznej, żeby bylo w niej miejsce dla wszystkich.

    Natomiast niestety nie sądzę, żeby Litwini w jakikolwiek sposób tu kombinowali i mysleli o perspektywach etc. Juz kiedys pisałem - najwiekszy błąd który poperlniaja obserwatorzy z Polski i nasi lokalni bogoojczyźniani komentatorzy to ten, że istnieje jakaś antypolska startegia rządowa na Litwie i wszystkie te dzialania są jej skutkiem. Nie istnieje, a te działania są podejmowane po prostu ad hoc, bez żadnego celu strategicznego. Po prostu są rozwiązywane jakieś problemy taktyczne bez większej refleksji. np. poziom znajomości języka litewskiego jest słaby? ujednolićmy egzamin z litewskiego, będą musieli się nauczyć! litewskiemu progimnazjum brakuje pomieszczeń, a sąsiednie gimnazjum polskie stoi nawpółpuste? No to przenieśmy Polaków do innego budynku. Większość Litwinów autentycznie nie rozumie na czym polegaja problemy w tych sytuacjach, im się wydaje, że Polacy musza im podziekować. Bo przecież będą lepiej znać litewski, dostaną odremontowany budynek etc.

    To jest taki brak wrażliwości, który wynika z zadawnionych etnocentrycznych stereotypów i typowego dla politykow myślenia tylko o swoich wyborcach.

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci