Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Rock weekend na Wileńszczyźnie

vile
„Jak wam się podobało?” — pytam młodą parę autostopowiczów, którą zabraliśmy z Pacukiem z Festiwalu Muzycznego Gėla wieczorem w piątek (29 sierpnia) do Niemenczyna. „Jakoś nie bardzo” — odpowiada dziewczyna. „Dlaczego?” — „Jakieś to wszystko… nudne” — pada odpowiedź. Niestety po części muszę przyznać jej rację. Miniony weekend na Wileńszczyźnie upłynął pod znakiem rockowych openairów w Niemenczynie oraz Solecznikach. W obu przypadkach pomysły były bardzo dobre, ale coś nawaliło przy ich wcielaniu w życie. Festiwal Muzyczny Gėla trwał przez dwa dni (29-30 sierpnia) i zgromadził sporo młodych i już bardziej znanych wykonawców, „Lato młodzieży 2014” w Solecznikach — zaledwie jeden wieczór, ale na nim także nie zabrakło gwiazd, chociaż i reprezentujących bardziej łagodne brzmienia. Obie imprezy mają już swoją historię. Solecznicki festiwal jest tradycyjny od kilku lat, także festiwal muzyczny na pożegnanie lata w Niemenczynie odbywa się już bodajże po raz trzeci, chociaż wcześniej miał miejsce w samym miasteczku, a w tym roku przeniósł się nad pobliskie jezioro Gėla.

Gėla — po polsku zawsze nazywaliśmy je „Giele” tylko nie wiem czy jest to nazwa poprawna — to dla mnie miejsce nieco mistyczne. Spędziłem tu sporą część swego dzieciństwa, znam tu każdy zakątek, uwielbiam to miejsce i nawet dziś często tu wracam, gdy chcę „doładować baterie”. Jeszcze w latach 90., gdy dopiero zaczynałem ciekawić się muzyka rockową, grać w lokalnych kapelach punkowych, marzyłem, aby zorganizować nad tym jeziorem festiwal muzyczny. Taki niemenczyński Woodstock lub Jarocin. Fajnie, że te dziecinne marzenia się spełniają. Nawet jeśli i bez mojego udziału…

 

Woodstock nad jeziorem Gėla?

Nad Gėlę przyjechaliśmy z Pacukiem w piątek około 18.30. Na parkingu kilkanaście samochodów. Wysiadamy z auta i spotykamy Roberta „Moro” Bieńkuńskiego, lidera indie rock kapeli Kite Art. „I jak tam festiwal?” — pytam. „Sam się przekonaj” — się uśmiecha Robert.

Na scenie duet Timohi. Dwaj bracia Rosjanie z Solecznik, którzy za sprawą litewskiej wariacji na temat „Idola” stali się jedną z najpopularniejszych kapel na Litwie. Grają wesołego comedy rocka. Zazwyczaj są w stanie poruszyć najbardziej sceptyczna publiczność. Tym razem jest jednak inaczej. Pod sceną zaledwie 30 osób, nieco dalej grupki starszych i młodszy przyglądają się popisom Timohi ze sceptycznym pobłażaniem na twarzach.

Po półgodzinnym graniu Timohi ustępują miejsca Kite Art. Jeden z najlepszych zespołów na Litwie, w niedzielę (31 sierpnia) wygrał prestizowy konkurs LRT Opus. Zespół długo stroi instrumenty, gra profesjonalnie i do scenerii leśnej jego transowa, melancholijna, jakaś taka niepokojąca muzyka pasuje jak ulał. Co jakiś czas kropi nieduży deszczyk, następnie spoza chmur i drzew ostatnimi promieniami błyska już jesienne słońce. Nad lasem wstaje tęcza. Baśniowa wręcz sceneria. Pod sceną o kilka osób więcej niż na występie Timohi.

O 20ej na scenę wdrapuje się kapela Sofa 42 z Wilna. Jakaś totalnie paranoiczna mieszanka wszystkich możliwych stylów muzycznych — od funku, punku i reggae po drum’n’bass — ze wskazaniem na hiphop. Zespół przywiózł ze sobą kilkunastu fanów, więc pod scena robi się nieco weselej. Powoli też ściągają nad jezioro fani Will’n’Ska. Rozglądam się po stronach. Są ławeczki, są kosze na śmiecie, dźwięk w zasadzie ok. (gdyby na scenie pościelono dywanik przez perkusją można by było uniknąć części problemów i notorycznego poprawiania „uciekających” przed perkusistami bębnów). Jest stanowisko z pizzami, hamburgerami i frytkami. W znajdującym się obok kiosku sprzedają… kwas. Come on, guys! Kwas? A gdzie jest piwo??? Piwa nie ma. Z drugiej strony biorąc pod uwagę, że teren festiwalu jest nieogrodzony, wstęp wolny, a na parkingu siedzą grupy tzw. marozów z bagażnikami samochodów wypchanymi alkoholem — może i słusznie że organizatorzy nie ryzykują. Szczególnie, ze nie widać też żadnych ochraniarzy na terenie festiwalu. Ryzyk-fizyk?

O 21ej zaczyna grać Will’n’Ska. Po raz pierwszy festiwal tego wieczoru zaczyna przypominać prawdziwy koncert rockowy. Ostra muza ze sceny, kilkaset osób skaczących, śpiewających, pogojących pod sceną. Jest dobrze. Wśród pogującej młodzieży spaceruje jedyny w Niemenczynie satanista z żona. Długowłosy, dumnie prezentuje koszulkę „Jesus fuck me”…  Po koncercie Will’n’Ska wyjeżdżamy do Wilna. Ale dyskoteka trwa do rana. Następnego dnia nad jeziorem Gėla impreza się rozpoczęła około południa występami młodych muzyków i wykonawców z Niemenczyna i okolica, zaś od godziny 17 — główny koncert, podczas którego zagrali Black Biceps, Boho, Magic Above oraz Ellse. My jednak tego dnia jedziemy do Solecznik.

Pożegnanie lata w Solecznikach

Tu będzie festiwal na poziomie!” — z przekonaniem w głosie mówi Paweł Żemojtin z zespołu StaraNowa, spotkany przez nas w Solecznikach. Ok, sprawdzamy. Ja przyjechałem wyłącznie, aby posłuchać solecznickiej kapeli Fly Right Now. Sporo o nich słyszałem dobrego. Trafiamy do stolicy rejonu solecznickiego w sobotę (30 sierpnia) tuż przed 16tą.

Festiwal „Lato młodzieży 2014” ma miejsce w amfiteatrze w parku miejskim. Dookoła placu koncertowego — stoiska lokalnych organizacji młodzieżowych, polskich i litewskich, kioski z żarciem i piwem. Stoliki, ławeczki. Jest dobrze. Tylko ludzi mało. Jeśli na Gėlą było około dwóch setek uczestników, w Solecznikach jest ich o setkę lub dwie więcej. Niewiele jak na koncert odbywający się nie w lesie, tylko w samym centrum miasteczka. Punktualnie o 16ej festiwal rozpoczyna Zdzisław Palewicz. Krótko, na temat i z sympatycznym ukłonem w stronę Litwinów — życzeniami wygranej dla litewskiej kadry koszykarskiej, która tego wieczoru rozpoczynała występ na mistrzostwach świata. W ogóle w Solecznikach spodobało mi się notoryczne podkreślanie przez organizatorów tak wielokulturowego charakteru miasteczka, jak i multikulturowości jako idei przyświecającej festiwalowi. Tej ideowości mi zabrakło w Niemenczynie. Multikulturowy charakter ma też nadzieja lokalnej sceny rockowej Fly Right Now, w której grają Polacy, Litwini i Rosjanie. Młode dzieciaki, tak na oko, po lat 17-18. Graja przede wszystkim dobrze znane wszystkim rovery: „Hit the Road, Jack”, „Sweet Dreams”, a nawet „Lambadę” w rockowych aranżacjach. „Dobrze grają. Za kilka lat, jeśli nie zarzucą grania będą z nich ludzie!” — kręci z uznaniem głową Paweł Żemojtin. I nie mam podstaw, aby mu nie wierzyć. Ostatecznie Paweł grał w niezliczonej liczbie najlepszych litewskich grup. Zaczynając na najpopularniejszym litewskim zespole folk metalowym Žalvarinis i kończąc na Avenue Acoustic, które pisało muzykę do najpopularniejszych litewskich seriali telewizyjnych.

Mi jednak w graniu Fly Right Now czegoś brakuje. Może doświadczenia scenicznego? Owszem jednakowe koszulki, dobre głosy wokalistów Aliny i Kosti — to wszystko super. Ale poza gitarzystą Olgierdem tak naprawdę nikt w zespole nawet nie próbuje wykorzystać możliwości dużej sceny, zrobić jakieś show. Także utworów własnych jest za mało, żeby wyrobić spójne zdanie o zespole. Wiadomo, ze chodzi o rocka, ale jakiego?... Tak czy inaczej trzymam za nich kciuki. Gdy zespół wyklaruje koncepcję swego grania — pewnie o nich usłyszymy. Nie tylko w Solecznikach, ale i w Wilnie.

Publiczność przygląda się występowi z pobłażliwą obojętnością. Kilka dziewczyn, „grzejących się” w promieniach lokalnego słońca czyli mera Zdzisława Palewicza, próbuje nieśmiało tańczyć. Po Fly Right Now scenę okupuje folk zespół Tegul Teka. Nie wiem nawet jak to opisać. Pewnie taka muzykę bardzo ciekawie grać, ale słuchać tego się po prostu nie da. Pod scena zostają tylko najbardziej wytrwali albo ci, którym nie ma dokąd Iść. My idziemy na piwo. Spotykamy przy barze zespół Will’n’Ska. Oni grają po mistrzach litewskiego folku.

Tradycyjna armia fanów Will’n’Ska do Solecznik nie dojechała. Jest nas pod scena zaledwie kilku. Z ciekawością przyglądam się jak zareaguje na wileńskich punków solecznicka publiczność. Palewicz i reszta lokalnych notabli już poszli sobie na piwo lub kawę, pod sceną młode rodziny z dziećmi, kilka babć, trochę młodzieży szkolnej, lumpów. Na oko ze sto osób maks. Rafa, wokalista Will’n’Ska zaczyna jak zawsze ostro: „Wybacz, że do kościoła nie chodzę…” Jak zawsze fajna, ostra, punkowa jazda. Solecznicka publiczność jednak słucha ich popisów z tą samą pobłażliwą obojętnością jak występu Fly Right Now czy Tegul Teka. Po każdej piosence skąpe oklaski, kilka dziewczyn tańczy w oddali. Rafał próbuje je na mówić, aby podeszły pod scenę. Dziewczyny zbliżają się nieco, ale i tak obserwują wileńskich punkowców z bezpiecznej odległości. Nawet sztandarowy hit Will’n’Ska „Pierwszy autobus” nie zmusza publiczności do wspólnej zabawy.

Takiego koncertu chyba jeszcze u was nie było?” — pytam chłopaków z Will’n’Ska po występie. „Bywało gorzej. Zdarzało się, że graliśmy dla trzydziestu osób” — uśmiechają się chłopaki. Po wileńska gra litewska funk rock sława Saulės Kliošas. Kiedyś ich wokalistką była miejscowa Polka, teraz to już kapela wyłącznie litewska. Profesjonalna muza, ale nie moja. Pod scenę podchodzi nieco więcej osób, ale tańczą nadal te same dziewczyny... Postanawiamy, że najwyższy czas zwijać się do Wilna.

 

Wnioski są smutne...

... lecz powiedzieć to muszę — śpiewał kiedyś Dezerter w piosence „Ile procent duszy?“. W ubiegłym roku byłem w Niemenczynie na festiwalu rockowym, który zorganizował Paweł Żemojtin, wówczas szef lokalnego Domu Kultury. Zorganizował za śmieszne pieniądze (niecałych 700 litów), na szkolnym boisku. Owszem było na tym koncercie sporo niedociągnięć, ale panowała też fantastyczna atmosfera. Takie totalne rockandrollowe DIY, totalny power, flow. Widać było, że impreza podoba się i publiczności, i zespołom, i organizatorom. W ciągu roku wiele się w Niemenczynie zmieniło. A przede wszystkim sam festiwal z Niemenczyna przeniósł się nad jezioro Gėla, zaś jego organizatorzy najwyraźniej dostali na swoją imprezę całkiem poważne dofinansowanie. Problem w tym, że niedociągnięcia pozostały, a nawet mi się wydaje ich liczba niestety zwiększyła się. Szkoda, bo nad Gėlą faktycznie można stworzyć niemenczyński Woodstock lub Jarocin. Miejsce piękne, przyroda dziewicza, dookoła żadnych mieszkańców, którym mogłaby przeszkadzać  głośna muza. Trzeba jednak odpowiednio wszystko zorganizować. Nie wystarczy postawić dwie biotoalety, dwa kioski i scenę. Należy odpowiednio ułożyć line up zespołów, przygotować pole namiotowe, parking, ochronę, ogrodzić miejsce festiwalu. Jakieś piwko lub cydr też by się przydały.  No i przede wszystkim zadbać o odpowiedni reklamę dla imprezy. Bo w tym roku mogło się czasami wydawać, że festiwal jest organizowany wyłącznie dla osób wtajemniczonych.

Innym problemem festiwalu w Giele jest moim zdaniem język. Łukasz Mikielewicz, który prowadził niemenczyńską imprezę, na prawdę był bardzo dobry i starał się ze wszystkich sił, aby nieliczną publiczność jakoś rozruszać, jednak z niewiadomego powodu prowadził całą imprezę tylko w języku… litewskim. Rozumiem, że to jest może niezbędne w Wilnie, ale w Niemenczynie? Było to o tyle absurdalne, że spacerując wśród publiczności nie usłyszałem ani razu języka litewskiego! Moim zdaniem już skoro impreza jest sponsorowana przez samorząd rejonu wileńskiego to warto ją poprowadzić w dwóch językach. Tak jak w Solecznikach. Ten sam zarzut mam i wobec Will'nSka, która z uporem prowadzi konferensjarkę po litewsku, chociaż śpiewa po polsku. Kiedyś usłyszałem zarzut, że mówimy ze sceny tylko po polsku i ludzie nas nie rozumieją. Ale trzeba będzie się zastanowić nad gadaniem w dwóch językach. Tylko czasami jest bardzo trudno z jednego na drugi się przestawić" — przyznaje Rafa. Bierzcie przykład z Moro z Kite Art, który zawsze przemawia do fanów w dwóch, a to i trzech językach. Przynajmniej jak gracie w Niemenczynie lub Solecznikach!... 

Natomiast problemem Solecznik jest trochę zbyt oficjalny charakter imprezy. Poza tym nie bardzo wiadomo w jaki sposób przyciągnąć na ten młodzieżowy festiwal… młodzież. Solecznickie „Lato młodzieży” bowiem bardziej przypominało imprezę z kategorii „dni miasta”, a jego prowadzący - przystojniejszą wersję „Piesni goda” na którymś z rosyjskich kanałów telewizyjnych. Mieszkańcy leniwie spacerują, dzieciaki bawią się, dorośli jedzą szaszłyka, pija piwo, a do tego przygrywają jakieś kapele, które prawie nikogo nie interesują. Uczciwie mówiąc nie wiem w jaki sposób to zmienić. Pewnie znowóż eksperymentując z line upem wykonawców oraz organizując dodatkowe atrakcje, konkursy. I być może warto zastanowić się nad zrobieniem jednego wspólnego openairu wileńsko-solecznickiego z odpowiednim budżetem (swoją drogą interesujące byłoby spojrzeć na kosztorys obu imprez), playlistą, atrakcjami, dźwiekiem?...

Tak czy inaczej to był fajny rockowy weekend. Cieszę się, że nasze lokalne samorządy powoli zwracają się w stronę młodszego pokolenia, starają się znaleźć dla niego odpowiednią ofertę kulturalną, w jakiś sposób go zaktywizować, zachęcić do wspólnej zabawy i pracy. Nie wszystko jeszcze się udaje, ale jeśli organizatorzy wyciągną wnioski — za rok lub dwa powinno być dobrze. 

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci