Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

Jak nauczyłem się litewskiego

Bardzo często ze strony Litwinów pada zarzut, iż nieznajomość języka litewskiego wśród Polaków na Litwie jest oznaką braku szacunku dla kraju w którym się mieszka. Po części przyznaję im rację, jednak uważam, że każdy taki przypadek należy jednak rozpatrywać jednostkowo, a nie wyciągać na jego podstawie wniosków ogólnych. Ostatnio gdzieś w Internecie natknąłem się na interesująca dyskusję w której miejscowi Polacy opowiadali dlaczego i jak nauczyli się języka litewskiego. Każda historia była inna i każda była interesująca. Zacząłem i ja przypominać o początkach swojej przygody z litewskim. W ogóle jestem zdania, że języka nie da się nauczyć ot tak po prostu. Jeśli nie widzisz potrzeby jego zastosowania lub używania w życiu praktycznym — zapomnisz wszystkiego w dwa tygodnie po ukończeniu szkoleń. Dlatego jest dla mnie doskonale zrozumiały dylemat starszego pokolenia litewskich Polaków, którzy nie znają języka litewskiego, bo w czasach, gdy byli aktywni zawodowo nie był on im po prostu potrzebny. A na Wileńszczyźnie poza Wilnem i dziś jest bardzo często swego rodzaju egzotyką. Pochodzę akurat z pokolenia, któremu w dzieciństwie litewski — jakkolwiek to zabrzmi dziwnie dla kogoś kto urodził się i niemal całe życie spędził w Wilnie — nie był zbytnio potrzebny. Na przełomie lat 70/80 ubiegłego wieku ponad połowę mieszkańców litewskiej stolicy stanowili Rosjanie i Polacy. Na podwórku wśród kilkudziesięciu moich przyjaciół w najlepszym razie było dwóch czy trzech Litwinów, z którymi rozmawiało się oczywiście w języku rosyjskim. W bibliotekach większość wartościowych książek była również w języku rosyjskim, sporo w polskim. Litewski był jakby na uboczu. Žemaitė, Biliunas, Vienuolis? Kogo to w wieku 12 czy 13 lat mogło interesować?

Uczęszczałem do szkoły polskiej. Formalnie języka litewskiego nauczano nas od bodajże klasy drugiej lub trzeciej, jednak w rzeczywistości było to jak nauczanie języka chińskiego. Pykšt pokšt
ant lentos, kibur vibur ant tvoros?
WTF? Beznadziejni nauczyciele nie mogli w nas w żaden sposób miłości do tego języka zakrzewić. Miałem dwie nauczycielki litewskiego. Obie Litwinki. Nazwisk wymieniał nie będę, ale ci co ukończyli „mickiewiczówkę” wystarczająco dawno temu pewnie doskonale je pamiętają. Jedna była wariatką cichą, najbardziej w życiu ceniła spokój i jeśli nie przeszkadzaliśmy jej spać na lekcjach to mogliśmy robić cokolwiek (grać w karty, szykować się do innych lekcji) i mieć „czwórkę” (wówczas obowiązywał system 5-punktowy) w trymestrze. Inna — legendarna „Karlsson”  — była wariatką agresywną. Nigdy nie było wiadomo co jej do głowy strzeli. Mogłeś za byle wierszyk dostać „piątkę” albo „jedynkę” tylko za to, że niezbyt równo narysowałeś w zeszycie litewski trójkolor albo Pogoń. Szesnastoletni faceci, a więc już w gruncie rzeczy całkiem dorosłe osoby, drżeli na korytarzu przed drzwiami jej gabinetu na kilka minut przed początkiem lekcji litewskiego.

Pamiętam, że na jednej z lekcji przeprowadziła wśród nas wywiad, kto i co chce studiować po szkole. Gdy powiedziałem, że chcę zostać prawnikiem, wybuchła: „Prawnikiem? Jakim prawnikiem, Radczenko? Ty najwyżej ulice zamiatać będziesz…” Gdy po wielu latach ukończyłem z wyróżnieniem studia prawnicze i zostałem najmłodszym redaktorem naczelnym na Litwie wpadłem do swojej „budy" na studniówkę/bal absolwentów (był to bodajże jedyny raz, gdy pokazałem się w szkole po jej ukończeniu) — jako pierwsza przybiegła do mnie po wizytówkę… To że takie osoby nauczały nas litewskiego — to niewątpliwie porażka Czesława Dawidowicza, bądź co bądź jednego z najlepszych dyrektorów jednej z najlepszych polskich szkół na Litwie. Świadczy jednak o tym, jak niewiele uwagi w owych czasach na nauczanie litewskiego zwracano. Niewątpliwie też takie metody jego nauczania nie mogły nas napełnić miłością do języka.

Tak na dobrą sprawę litewskiego uczyłem się nie w szkole, tylko od ś.p. babci Janiny Ejsmont, która mimo iż pochodziła z polsko-tatarskiej rodziny o tradycjach polsko-patriotycznych (jej ojciec walczył pod sztandarami Lucjana Żeligowskiego w elitarnej brygadzie jazdy Litwy Środkowej), nie tylko doskonale znała litewski, ale i lubiła go. Ona mnie nauczyła podstaw litewskiej gramatyki. Następnie zaś bodźcem to zgłębiania języka litewskiego stało się najpierw litewskie odrodzenie narodowe — pojawiło się mnóstwo interesujących programów radiowych, telewizyjnych, mnóstwo publikacji w języku litewskim, a ponieważ zawsze się interesowałem polityką volens nolens chciałem to wszystko przeczytać, zrozumieć, więc zasiadłem za podręczniki. Kolejnym bodźcem stał się fakt, że zostałem — mając bodajże lat piętnaście lub szesnaście — punkiem. A punk na Litwie był w zasadzie litewski. Owszem istniało kilka zespołów śpiewających po rosyjsku, jednak większość — a w samym Wilnie działało ich w latach 1991-93 bodajże pięćdziesiąt — śpiewała po litewsku. Turbo Reanimacija, SKAT, Erkė Maišė, Preservative Factory, Kančia, Anarchijos invazija, WC News… To Litwini organizowali nieliczne wówczas festiwale rockowe i punkowe — na których non stop dochodziło do bójek z metalami, dresiarzami i policją —jeśli chciałeś być częścią tego różnokolorowego, wybuchowego, otwartego na innych (w tym innych etnicznie) ruchu — musiałeś znać litewski. Chyba właśnie tam, w punkowym undergroundzie, zrozumiałem jaką siłą jest multikulturalizm, gdy nieważne z jakim akcentem mówisz, jaki masz kolor skory, a ważne jest czy jesteś człowiekiem, czy tylko jego namiastką, tautininkasem, narodowcem, nacjonalistą, faszystą. Jednym słowem boneheadem. Poza tym coraz mniej było literatury w językach polskim i rosyjskim, więc chcąc nie chcąc musiałeś sięgać po najnowsze powieści ulubionych autorów w języku litewskim. Powoli odkryłem też dla siebie pisarzy i poetów litewskich…

Po ukończeniu szkoły nie dostałem się na studia na Uniwersytet Wileński. Akurat nie z powodu języka litewskiego, bo egzamin maturalny (byliśmy bodajże pierwszą promocja szkół nielitewskich, która musiała składać już obowiązkową maturę z litewskiego) złożyłem bardzo dobrze, tylko z powodu „trójki” z fizyki (wówczas do średniej zaliczano wszystkie stopnie z atestatu). Przez jakiś czas współpracowałem z tygodnikiem „Słowo Wileńskie” jako m.in. sprawozdawca parlamentarny, co pozwoliło mi nie tylko zapoznać się osobiście z wieloma litewskimi politykami, zajrzeć za kulisy wielkiej polityki, ale też pogłębić znajomość litewskiego. Jednocześnie działałem w Klubie Polskiej Młodzieży Alternatywnej nastawionym na współpracę z litewskimi środowiskami alternatywnymi. Organizowaliśmy z nimi razem wspólne koncerty i festiwale rockowe (m.in. legendarny występ czołowej kanadyjskiej formacji hardcore’owej No Means No), sporo pisałem o litewskiej scenie rockowej dla „Słowa”...

Następnie wyjechałem na studia do Gdańska. Przez ładnych kilka lat nie miałem praktycznie żadnej styczności z językiem litewskim. Po powrocie przez ponad rok pracowałem w „Gazecie Wileńskiej” i dopiero w 2000 roku, gdy po uczestnictwie w 30 konkursach na różne stanowiska w sektorze prywatnym i publicznym zostałem wreszcie zatrudniony na okres próbny w litewskim Ministerstwie Sprawiedliwości (podczas konkursu ktoś z członków Komisji zapytał mnie: „No dobrze, panie Radczenko, po litewsku mówi pan — bądźmy szczerzy — z fatalnym akcentem, a jak pan pisze?” „Bez akcentu” — odparłem. I chyba właśnie poczucie humoru sprawiło, że dostałem to stanowisko, bo moje kwalifikacje były wówczas... teoretyczne raczej) pomyślałem, że warto litewski podszkolić.

Wynająłem korepetytorkę, która po kilku lekcjach uczciwie stwierdziła: „Nie jestem Panu do niczego potrzebna. Podstawy języka, gramatyki Pan ma, potrzebuje Pan jedynie praktyki…” Ta praktyka nie przyszła łatwo — starałem się jak najwięcej czytać i pisać po litewsku — ale tak się jakoś złożyło, że na swojej drodze zawsze spotykałem osoby, które starały mi się pomóc. Doradzały, poprawiały błędy. Nigdy nie spotkałem żadnego polonofoba, natomiast spotkałem wielu autentycznych polonofilów. Wiem, że moja znajomość języka litewskiego nie jest idealna, mimo iż wiecej mówię, czytam i pisze dzisiaj w nim niż po polsku, bo to nie jest mój język ojczysty, ale dziś bardzo czesto to ja — bardziej z racji stanowiska niż wewnętrznej potrzeby — poprawiam błędy językowe (i nie tylko) w pismach przygotowanych przez moich kolegów.

A wszystko się zaczęło od tego, że chciałem zrozumieć teksty kapeli Turbo Reanimacija…

czwartek, 25 września 2014, vile

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: lietpol, *.cpe.gov.pl
2014/09/25 14:35:13
Litewskiego się nauczył, ale żeby zrobić coś pożytecznego, np. pozamiatać ulice, to nie :)
-
2014/09/25 16:03:28
do lietpol: W swoim czasie i ulice zamiatałem :)
-
Gość: varsaviak, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/09/26 01:01:00
śp. babcia Janina, coraz bardziej mnie przerażasz ... też miałem, wspomnienia z nią związane to książki i długie rozmowy, których nikt nie rozumiał... Przestrzegała mnie tylko zawsze uważaj, co mówisz bo świat jest wielki, a każde słowo ma znaczenie ... w tym znaczeniu, jakie może mieć tylko osoba, która ma miłość kultury i wrażliwość, co musiał przejść przez meandry międzywojnia, przeżyć II Wojnę Światową, Powstanie Warszawskie, w tym rzeź Woli, wywózkę do Reichu, otrzeć się o stalinizm, a potem normalnie żyć... Aby potem zostawić mi to wszystko w spadku, wraz z obrazami, i tym ... czymś niewypowiedzianym ...

Świetny wpis, hmmm zastanawiam się ilu prawników było punk'ami - bo w to też wsiąkłem w innym życiu, aż dziś dziw ;)
-
2014/09/26 07:04:04
do varsaviaka: Hmm, interesujące :) A jeśli chodzi o punków - prawników. Chyba w naszych z Toba pokoleniach - całkiem sporo, nasza młodość przypadła na okres przełomowy bądź co bądź, więc naturalnie zwrócilismy sie ku bardziej rebelianckiej muzie. Punk zmuszał do dzialania na rzecz innych. To następne pokolenia już sie bardziej nakierowały na swój świat wewnetrzny, konsumpcjonizm, eskapizm, a więc i muze elektroniczną :)
-
Gość: varsaviak, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/09/26 08:51:02
Alternatywnie można było zostać skinem ;) Ale to nie smakowało, m.in. dlatego, że to nie była interesująca "oferta" ;)
-
2014/09/26 09:10:48
Za moich czasów w Wilnie skinów nie było. Pierwsi pojawili się dopiero gdzieś w roku 1995/96 a wówczas juz miałem uksztaltowany światopogląd :)
-
2014/09/26 10:36:10
Olek kiedyś Cię zachęcałem abyś napisał coś o tych realiach i w ogóle o życiu w Wilnie w latach 80.
Jest to jakaś ciekawa namiastka.
-
2014/09/26 12:18:17
Pamiętam o tym, Bartek, kilkakrotnie się za to zabierałem nawet, ale ciagle brakuje mi pomysłu jak to zrobić. No bo pisac wspomnienia iksińskiego? Jakieś to takie...
-
2014/09/28 17:12:57
Mogłoby to być coś w rodzaju autobiografii pod kątem miasta, jego przemian i polityki. Powiedzmy bez spraw prywatnych. Coś jak "Wspomnienia gdańskiego bówki" Zwarry.
-
Gość: marekkr, *.adsl.inetia.pl
2014/10/19 14:40:07
W latach '90 miałem intensywne kontakty z Litwą,ale poza wileńszczyzną/Śiauliai i Palanga/,zauwazyłem tam zupełnie inny stosunek do polskości,Tata mojego przyjąciela Rajmundasa,pchodził z polskiej rodziny w Śiauliaj,jako szlachcic i kułak,został wraz z rodzicami wywieziony na Syberię,jako jedyny z rodziny /mając13 lat/uciekł i przeżył.W '95 już kiepsko mówił po polsku,jak tłumaczył,na tamtych terenach lepiej było nie przyznawać się do polskości.Sam miałem wiele wątpliwości co do postawy Polaków na Żmudzi,przyznanie się hr.Tyszkiewicza do litewskosci,w pierwszej chwili mnie zdziwiło,ale po dłuższych rozmowach w Palandze,zrozumiałem,ze równie mogło mnie dziwić przyznanie się Beaty Tyszkiewicz do polskości.Niestety choroba przerwała moje kontakty w 2000 roku.Dzięki mojej pracy trzykrotnie odbyły się Dni Łodzi w Palandze,ruszyła pierwsza w wolnej Litwie produkcja musztardy,Palanga promowała się na Łodzkich Targach Turystycznych.