Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Hospicjum Wileńszczyzna?

vile
Z Jarosławem jotem-Drużyckim — polskim etnografem, blogierem, dziennikarzem, publicystą, autorem zbioru reportaży o Polakach w Republice Czeskiej pt. „Hospicjum Zaolzie” — znamy się od dawna. Zaocznie. W roku bodajże 2002 lub 2003 w jego ręce wpadł numer wydawanego przez nas zine’u „W paszczu” i znany publicysta zareklamował nas, wileńskich anarcho-liberałów, na łamach „Opcji na Prawo”. Od tamtego czasu jesteśmy w kontakcie — raz on mi podrzucał jakieś ciekawe teksty czy gazetki, innym razem — ja mu, ale nigdy się nie spotkaliśmy. Aż do dzisiaj. Siedzimy na ławeczce przy ruinach szpitala na Subocz, patrzymy na piękną panoramę Wilna, a przede wszystkim Zarzecza skąd pochodzi ojciec Drużyckiego, pijemy piwo i gadamy o polskości. On od ośmiu lat mieszkający pomiędzy Warszawą a Zaolziem doskonale zorientowany w problemach świadomości pogranicza, świadomości kresowych, opowiada o Polakach w Czechach, ja — o Polakach na Litwie. „W roku 1920 mieszkańców Zaolzia, którzy przyznawali się do narodowości polskiej, było 120 tysięcy. Po 90 latach mamy ich tam około 30 tysięcy. Stopniowo, krok po kroku ludzie zaczynali mówić po czesku. Czasami było to związane z trudnościami w staraniu się o pracę. W niektórych zakładach wręcz wymagano zapisania dzieci do czeskiej szkoły. Polskość rzeczywiście tam ginie” – mówi Jarosław Jot-Drużycki. Polskość na Zaolziu aksamitnie umiera mimo, iż — zdaniem zwolenników świętości tabliczek ma idealne warunki — dwujęzyczność obowiązuje w Czechach już w gminach, w których mniejszości narodowe stanowią 10 proc. mieszkańców (najbardziej liberalne prawo w Europie!), lokalne polskie pismo „Głos Ludu” jest ładnym kolorowym, współczesnym wydawnictwem, a nie samie wiecie czym, największa polska organizacja społeczna na Zaolziu liczy 13 tysięcy członków (więcej niż ZPL; faktycznie co drugi dorosły Polak do niej należy), a generalnie prawie każdy Polak tutaj działa przynajmniej w dwóch-trzech organizacjach oficjalnych i w jeszcze kilku nieoficjalnych typu „bierklubów”. O tak prężnej i aktywnej polskości na Litwie możemy tylko pomarzyć. Niejednokrotnie podkreślałem, że dla przetrwania polskości na Litwie znaczenie mają nie tyle dwujęzyczne tabliczki czy zapis nazwiska w paszporcie, co tej polskości atrakcyjność dla miejscowych Polaków. Niestety nadal wołam na pustyni…


Drużycki w „Hospicjum Zaolzie” prowadzi nas przez Zaolzie, przez przydworcowe knajpki, wymarłe miejscowości, święta lokalne. Zabiera na leniwe pogaduszki przy piwie, niespieszne refleksje podczas spaceru, a nawet żale i ploteczki. W gruncie rzeczy pisze o małym heimacie, który czują jego bohaterowie. Bohaterowie wymienieni nie z imienia czy nazwiska, tylko z przydomków, ze tylko miejscowi mogą sie domyślic o kogo chodzi. Opisuje i tych, którzy walczą o dwujęzyczność Zaolzia, i tych, którzy tej walki nie rozumieją, bo „przecież i tak każdy wie jak wieś się nazywa“, więc po co ta polska nazwa?... Opisuje tustelan dla których i Czechy, i Polska są jednakowo obce, mimo iż mówią częstokroć nienaganną polszczyzną, i szkopyrników, którzy ukończyli polskie szkoly a jednak uważają się za Czechów i do dzieci juz mówia tylko po czesku.  Drużycki kreśli obraz polskości w Czechach, który jak ulał pasuje do obrazu polskości na Wileńszczyźnie: to samo gadanie przy kuflu piwa o tym, że nie ma na kogo głosować, bo wszyscy kradną, to samo narzekanie na trwonienie pieniędzy z Warszawy przez lokalnych działaczy. Czesi, którzy przy każdej sposobności powtarzają „tady neni Polsko” i stawiają na Zaolziu pomniki swoim bohaterom, którzy dla miejscowych Polaków wcale bohaterami nie są. Czescy neofici zamalowujace tablice z polskimi nazwami miejscowości. Ale też lokalni działacze, którzy o swojej polskości przypominają, gdy zaczynają się ubiegać o kofinansowanie swoich projektów przez Warszawę.  A przede wszystkim stan takiego błogiego spokoju, apatii, rozpadu i aksamitnej bohemizacji. Tylko krajobrazy inne: postindustrialna apokalipsa, porzucone kopalnie, hałdy, zapadające się pod ziemię miasta. A może wcale nie takie inne? Owszem nie ma na Wileńszczyźnie gór i kopalń, ale postkołchozowa apokalipsa w gruncie rzeczy tak samo prowadzi do aksamitnego umierania miast i miasteczek. Tylko ludzie gadają nieco inaczej: na Zaolziu po naszymu i w polsko-czeskim wolapiku, u nas po prostemu i na mieszance polskiego-rosyjskiego i litewskiego. No i ci dziennikarze z Polski, którzy opisują Zaolzie nawet nie zadając trudu, aby zgłębić jego złożoną naturę. Drużycki ustami Fotografa z mówi: „Przyjeżdża taki dziennikarz z jakiegoś tygodnika z Polski i chce zrobić reportaż o Zaolziu. O dwunastej ma spotkanie z prezesem Kongresu Polaków, o trzynastej z prezesem PZKO. Jedzie zaraz szybko do Jabłonkowa, bo na czternastą ma umówioną rozmowę z człowiekiem z Coexistentii, takiej partii mniejszosci narodowych, ale z nim rozmawia szybko, co chwila zerka naz egarek, bo już o pół do czwartej ma spotkanie z konsulem w Ostrawie. To co on wie o Zaolziu?”.

Niestety pasuje to jak ulał do sytuacji z reportażami czy publicystyka polską na temat Wileńszczyzny, Polaków na Litwie czy stosunków polsko-litewskich. Przed kilkubnastoma dniami w opiniotwórczej „Rzeczpospolitej” ukazał się tekst Jarosława Gizińskiego z kolejną dawką narzekań w stylu #towinatuska: „Sytuacja mniejszości polskiej na Litwie to trzykrotny powód do wstydu. (…) także dla państwa polskiego, nie potrafiącego bronić – albo nie wykazującego chęci zdecydowanej obrony – praw Polaków, którzy w odróżnieniu od emigrantów nigdy nigdzie nie wyjeżdżali i są sekowani we własnej ojczyźnie. Wreszcie to smutny dowód na ślepotę instytucji europejskich, które wolą udawać, że nic strasznego się nie dzieje, bo przecież nikt nikogo nie morduje. (…) To paradoks współczesnej Europy, że na więcej uwagi i na poparcie liczyć mogą muzułmańscy imigranci albo geje. (…) Lekceważenie praw Polaków tuż za miedzą to także skutek naszej obojętności. Kolejne rządy gotowe były poświęcić polskość Wileńszczyzny w imię mitycznego sojuszu strategicznego z Litwą albo – co jeszcze gorsze – wyrażając przekonanie, że to nie taki ważny problem. Nacisku społecznego też nie widać. (…) W tej sytuacji szanse na realizację najnowszego pomysłu litewskich nacjonalistów, czyli zniszczenia polskojęzycznej edukacji na Litwie są, niestety, dość duże”. Tych głupot, rozpowszechnianych z podania działaczy AWPL przez pseudodziennikarzy i publicystów marzących o „orlich piórach” i dotacjach (bo wiadomo na „wojnę” dotacje zawsze są większe i rozliczane mniej skrupulatnie niż na „pokój” vel „dialog”), o likwidacji „polskiej edukacji” na skutek drobnej poprawki w niemającej żadnego znaczenia prawnego i jeszcze nie przyjętej Ustawie o mniejszościach narodowych już nie mam sił prostować. Dlatego jedynie powtórzę: o być albo nie być polskiej oświacie na Litwie decyduje przede wszystkim jej jakość i atrakcyjność, zaś w sensie prawnym — Ustawa o oświacie, a nie nieistniejąca od 2010 roku Ustawa o mniejszościach narodowych. Poprawka konserwatystów — aczkolwiek jest symptomem choroby nacjonalizmu toczącej litewskie elity polityczne — niczego nie zmienia.

Nie wiem kiedy i dlaczego przyjęło się podejście, by Polaków na Litwie traktować jak dzieci. Podmiot zależny i niesamodzielny. Wbrew temu co pisze autor, problemów Polaków na Litwie przez lata nikt nie lekceważył i to był największy nasz błąd. Przez lata panowało przekonanie, że Polacy na Litwie zginą nie tyle bez Warszawy, co bez jej pieniędzy. Tym samym wytworzył się chory system pasożytniczy.  Należy wspierać Polaków na Wschodzie, takich głosów niemało. Tylko Litwa to już nie jest Wschód. Polacy na Litwie są bardzo dobrze zorganizowani w Związku Polaków na Litwie. Mają swoją partię, są nawet w rządzie! Funkcjonują w pełni kapitalistycznym państwie i jakby jednak nie patrzeć, demokratycznym państwie. Mogą zakładać firmy, stowarzyszenia, fundacje. Mogą protestować i startować w wyborach. Co najważniejsze - mogą działać, ale nie zawsze chcą. Przyjęło się bowiem, że działać można prawie tylko i wyłącznie za pieniądze, a je najłatwiej dostać z Warszawy. Z sentymentem wspomina się czasy, kiedy to Senat RP a nie MSZ przydzielał fundusze. Polskość Wileńszczyzny, o którą tak walczyć chciałby autor „Rzeczpospolitej" to często środek do pozyskania polskiego finansowania” — pisze na swoim blogu Agnieszka Filipiak. I ma rację. Po części. To prawda, że na Wileńszczyźnie wytworzył się chory układ, gdy chodzi o finansowanie polskich inicjatyw. Po części układ pasożytniczy, gdyż istnieje wielu działaczy i organizacji dla których jedynym celem ich egzystencji jest „rozpiłowywanie” forsy z Warszawy. Jednak problem nie w pieniądzach z Warszawy. Sad but true — bez nich faktycznie polskość na Litwie zginie. 

Po części dlatego, że 25 lat finansowania polskich inicjatyw na Litwie odzwyczaił wszystkich działaczy, nawet tych rzeczywiście zaangażowanych w społecznikowstwo nie dla pieniędzy, tylko dla idei (a takich jest bardzo dużo!), od poszukiwania alternatywnych źródeł finansowania swojej działalności. Po części dlatego, że litewski rząd nie jest ani zbytnio zainteresowany finansowaniem polskości na Litwie, ani ma ku temu możliwości finansowe. Dla 40-milionowej Polski 17 milionów złotych przekazywanych na potrzeby Polaków na Litwie to ułamek ułamka wydatków budżetowych, dla 3-milionowej Litwy 15 milionów litów to duże pieniądze. A po części dlatego, że lokalna wspólnota polska jest biedna, zrusyfikowana i po prostu finansowania swoich inicjatyw w takim zakresie jaki czyni to dzisiaj Warszawa nie udźwignie. Tak więc problemem nie jest finansowanie z Warszawy, tylko to w jaki sposób jest przyznawane i w jaki sposób jest wykorzystywane. Gdy na utrzymanie prezesów, zarządów i administracji fundacji z Polski rozdzielających forsę pomiędzy podmioty polskie na Litwie idzie niemal tyle samo forsy co na wszystkie polskojęzyczne media na Litwie, gdy brak jest publicznego dostępu do sprawozdań finansowych tych fundacji i podmiotów z ich wsparcia korzystających, gdy nie wiadomo co się za te pieniądze z polskiego MSZ się zrobiło i ile rzeczywiście kosztował każdy koncert, pokaz filmowy, festyn, wieczorek autorski — wiem jedno, że coś tu nie gra. Tam gdzie brakuje przejrzystości — rodzą się domysły, podejrzenia. I nie tylko domysły i podejrzenia, ale i przekręty.

Nie wiem, czy można jeszcze uratować polskość na Zaolziu. Wiem, że można to zrobić na Litwie, mimo iż co dziesięć lat znika nam blisko 30 tysięcy Polaków czyli tyle co na całym Zaolziu dziś mieszka. Rusyfikują się, lituanizują się, a przede wszystkim depolonizują się. Formalnie jest nas na Litwie 6,6 proc., ale już w pokoleniu do lat 18 — zaledwie 5,4 proc. Co ku temu trzeba zrobić? Już nie raz o tym pisałem: musi powstać silna polska klasa średnia, musi powstać atrakcyjne polskie szkolnictwo, muszą powstać polskie organizacje społeczne nastawione na poszukiwanie pieniędzy na swoje inicjatywy na Litwie, same zarabiające na swoje utrzymanie (jak choćby Dom Kultury polskiej w Wilnie). W wielu sprawach nie zgadzam się z Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim, ale co do jednego ma rację całkowitą: „Kluczem do sukcesu są bezpośrednie inwestycje w media, szkolnictwo polskie i inne inicjatywy kulturowe na Wileńszczyźnie. Nie można się ograniczać do TV Polonia i wsparcia dla lokalnej prasy polskiej. Polska obecność medialna na Litwie musi być masowa i wszechstronna od kultury wysokiej po popularną. Wyposażenie szkół polskich, system stypendialny dla uczniów i nauczycieli – warunki pracy i nauki muszą być lepsze niż w szkołach litewskich. Polska musi na te cele dać poważne, a nie symboliczne pieniądze. To byłaby znacznie bardziej realna polityka niż najostrzejsze nawet werbalne oskarżanie Litwy przez Polskę na wszelkich możliwych forach międzynarodowych. Nie chodzi wszak o to by sobie pogadać, poskarżyć się, lecz by osiągnąć wymierną poprawę losu litewskich Polaków. Na to potrzeba nie słów, które pozwoliłyby – gdyby były ostre – chodzić ich głosicielowi w glorii obrońcy polskości na Wileńszczyźnie, ale poza tym nic by nie zmieniały, lecz środków materialnych, które państwo polskie posiada i ma moralny obowiązek na ten cel wyasygnować.” Jestem sceptyczny co do tej teorii „moralnego imperatywu”, jednak rzeczywiście powstanie wykształconej, zamożnej, samodzielnej polskiej wspólnoty mającej niezależne media, niezależne organizacje społeczne i polityczne, mająca rzeczywisty wpływ na litewskie elity polityczne i opinie publiczną jest w interesie Polski. Niestety mam coraz częściej wrażenie, że nikomu na tym nie zależy ani w Warszawie, ani w Wilnie, ani w Solecznikach i jesteśmy skazani na aksamitne umieranie…

Na Zaolziu ciągle się podkreśla, że kluczem do zachowania polskości jest szkoła polska. I jest tych szkół sporo. U was też, ale jak podróżuję po Wileńszczyźnie to części j używam rosyjskiego niż polskiego. Rozmawiam z facetem, mówi że ukończył szkołę polską, ale i tak gada do mnie po rosyjsku… Szkoła nie może nauczyć polskości, jak i rodzina, czy jakiś związek Polaków. Ta polskość musi być atrakcyjna, pociągająca. W Czechach to raczej niemożliwe. No bo co może zaproponować pociągającego Polska Czechom — w ich mniemaniu dzika, biedna i uboga?... Na Wileńszczyźnie być może to jest jeszcze do zrobienia…” — dzieli się swoimi spostrzeżeniami jot po kilkudniowej wyprawie autostopem po Wileńszczyźnie. Wyprawie tak hardcore’owej, że na jej podstawie możnaby napisać coś na kształt „Mordoru…” Ziemowita Szczerka. Mam nadzieję, że ją kiedyś opisze. A ja sączę piwo i myślę: tylko kto to ma zrobić? Przecież działaczom w Wilnie i w Warszawie to do niczego nie jest potrzebne. Jest jak jest i jest dobrze. Forsa płynie, kółka różańcowe działają, orkiestry folkowe grają, a że jakaś młodzież się depolonizuje?... Młodzież nie głosuje…

Komentarze (10)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Paweł Sobik] 158.129.69.*

    Mniejszość polska na Zaolziu ma jeszcze jeden duży atut - Ewiczkę Farną. Można dziewczyny nie lubić, nie słuchać, ale jest ona przykładem polskiego sukcesu z Zaolzia, dodatkowo - zawsze w czeskich mediach, w doskonałym czeskim, podkreślająca że jest Polką mieszkającą w Republice Czeskiej. Jak trzeba było zrobić akcję deklarowania polskości w spisie - pomysł na twarz kampanii był oczywisty.
    www.youtube.com/watch?v=Zih-j2Z3-qY
    Po drugie, najpopularniejszym księdzem w Czechach jest Polak, ks. Czendlik z Lanskrouna, przyjaciel czeskich celebrytów i częsty gość mediów, reprezentujący nurt, bo trudno w Czechach inaczej, Kościoła otwartego.
    Nie wierzę, żeby przeciętny Czech kojarzył nazwisko pana Szymeczka, lidera Kongresu Polaków. I to też jest dość smutna konstatacja z porównywania Zaolzia i Wileńszczyzny.

  • vile

    do Pawła: 100 proc. racji. Najgorsze, że my na Wileńszczyźnie też mamy takie medialne twarze (Niemyćko, Saszenko, Niewierowicz), ale nie umiemy i nawet nie próbujemy tego wykorzystać. I dlatego polskość kojarzy się i Litwinom, i większości Polaków wyłacznie z Tomaszewskim :(

    Pisze o tym od lat, m.in. w ostatnim tekście dla EastWestu:
    www.eastwestinfo.eu/kultura/spoleczenstwo/item/216-polskosc-nie-atrakcyjna

  • Gość: [varsaviak] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Ja zaś podkreślam, że dopóki Wileńszczyzna, może dać takie jak blog Inna Wileńszczyzna, a to zjawisko kulturowe, które nawet nie rozgarniętego Koroniarza może zachwycić, to jeszcze kultura żyje. A kto to jest Tomaszevski, to ja nawet nie wiem, widać nie prowadzi bloga ;)

    My w Polsce też niejednokrotnie na pewne rzeczy źle patrzymy. Przykład - Do firmy Warszawie zgłasza się firma ze śląska czeskiego, w sprawie nawiązania współpracy. Przedstawiciele polskiej firmy prowadzą rozmowę po angielsku z przedstawicielami firmy czeskiej. Nagle jeden z "Czechów" przechodzi na język polski - mocne zbohenizowany, mówić, że "ma związki z polskim Śląskiem". Przedstawiciele polskiej firmy lekko skonsternowani i nie reagują lub wzruszają ramionami robiąc aha..., więc ta osoba wraca do języka angielskiego. Mogło zaboleć, ale zrobili to niecelowo - ci z polskiej firmy w ogóle nie zrozumieli komunikatu, bo żaden z nich nie wiedział co to Zaolzie.
    Gdybym mógł to bym przeprosił za tę sytuację.

  • vile

    do varsaviaka: Dzięki :)

    Takie sytuacje z tego co wiem zdarzają sie i w polsko-litewskich kontaktach gospodarczych, chociaż częściej o tym, ze np. strona litewska zna polski Polacy sie dowiaduja dopiero na kolacji po kilku toastach :)

  • Gość: [Paweł Sobik] *.tylda.net

    jeszcze jedna rzecz a propos Zaolzia mi się przypominała:
    gdy J.Niewierowicz obejmował stanowisko ministra w rządzie Litwy pisały o tym szeroko wszystkie polskie media, o tym, że w rządzie Jiriho Rusnoka ministrem przemysłu i handlu był pochodzący z Wędryni Polak Jerzy Cieńciała dowiedziałem się przez zupełny przypadek, gdy oglądając Udalosti Ceske Televize w czasie kryzysu gabinetowego chciałem sprawdzić, dlaczego nowy minister mówi po czesku z akcentem jak mój :) Posprawdzałem wiadomości i jedyną wzmiankę na ten temat znalazłem w lokalnej cieszyńskiej gazecie.

  • vile

    do Pawła: Po pierwsze, Polakom z Zaolzia w ogóle poświęca się niewiele uwagi. Po drugie, ten cały Jerzy Cieńciała nie był z lokalnej AWPL, bo akurat Polacy w Czechach takiej nie mają (jak tak patrzę na osiagnięcia ich i nasze - to moze i dobrze). Na Litwie w 1996 roku ministrem ochrony środowiska została Polka Aldona Baranauskien, ale ponieważ była nie z AWPL, tylko z Nowego Związku, więc o tym żadne polskie media nie pisały, a obecnie przedstawiają, że to Niewierowicz jest pierwszym Polakiem-ministrem. Bo prawdziwy Polak może zostać ministrem tylko z ramienia polskiej partii. Sad but true.

  • Gość: [Paweł Sobik] *.tylda.net

    Nowego Związku jeszcze wtedy nie było, jeżeli dobrze pamiętam do pani Baranauskienie do rządu weszła chyba z rekomendacji LDDP, a później startowała w wyborach z ramienia Partii Kobiet K.Prunskienie. Czytałem z nią wywiad w Słowie Wileńskim z ok. 1995r., ale był cały "branżowy" o budownictwie. O tym, że Polka jest ministrem na pewno pisał też p. Haszczyński w "Rz" w tym czasie.

    A w Republice Czeskiej kojarzę tylko partu Polaków wybieranych z list ogólnokrajowych, raz chyba panu Feberowi udało się wygrać w okręgu jednomandatowym do Senatu. W zeszłej kadencji zdaje się, że była z list TOP09 dwójka posłów, którzy ukończyli liceum z polskim językiem nauczania w Karwinej, ale nie wiem, czy deklarowali się jako Polacy.

  • vile

    do Pawła: Fakt, z tym Nowym Zwiazkiem coś mi się pomyliło. Oczywiście LDDP. Tak czy inaczej na Litwie o tym pisało sie mało lub wcale z tego co pamiętam.

  • Gość: [korona_] *.dynamic.gprs.plus.pl

    "Tak więc problemem nie jest finansowanie z Warszawy, tylko to w jaki sposób jest przyznawane i w jaki sposób jest wykorzystywane. Gdy na utrzymanie prezesów, zarządów i administracji fundacji z Polski rozdzielających forsę pomiędzy podmioty polskie na Litwie idzie niemal tyle samo forsy co na wszystkie polskojęzyczne media na Litwie." Przepraszam, ale nie jestem w temacie...o jakie sumy chodzi? Ile to pieniędzy?

  • vile

    do korony: Nieoficjalnie mówi się, że od 1,5 do 2,5 mln złotych rocznie. Oficjalnie... nie mówi sie nic :)

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci