Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Lord Voldemort Wileńszczyzny

vile
W książkach J. K. Rowling o Harrym Potterze istnieje taki antybohater lord Voldemort — czarnoksiężnik stojący na czele swoich popleczników nazywanych śmierciożercami. Przez lękających się – a takich przed pojawieniem sie Harry‘ego było najwięcej — najczęściej określany eufemizmami „Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać” oraz „Sam-Wiesz-Kto”. Na Wileńszczyźnie też mamy naszego lokalnego lorda Voldemorta, którego imienia porządni ludzie starają się nie wymieniać. Nie dlatego, że jest potężny i ktoś się go obawia, tylko bardziej dlatego, że dyskusja z byłym instruktorem KC Komunistycznej Partii, który obecnie jest największym tropicielem i „pogromcą" komunistów na Wileńszczyźnie, byłym prezesem ZPL, który dziś jest bojownikiem z „awupeelowskim genocydem", trochę przypomina — moim subiektywnym zdaniem — wsadzanie rąk w g...o: pożytku z tego żadnego, a smród pozostaje na długo. Jednak nie chciałbym, żeby milczenie zostało odczytane jako zgoda na szerzenie oszczerstw.

Nasz lord Voldemort lubuje się w wyszukiwaniu i gromieniu na łamach swojego „poczytnego" i „opiniotwórczego" polskiego (pewnie sam redaktor-fotograf-wydawca-publicysta-polityk w jednej osobie na nazwę „polskie" się obrazi) "medium" na Litwie wszelkiej maści agentów sowieckiej bezpieki oraz innych bolszewików. Agentami i komunistami wg niego są zresztą wszyscy, którzy się z nim nie zgadzają albo w jakiś inny — czasami wręcz niepojętny — sposób mu podpadli. W przypadku młodszych, którzy w żaden sposób nie mogli być za Sowietów bolszewikami (w odróżnieniu od samego tropiciela, który był w latach 1982-1990 członkiem Komisji Kontroli Partyjnej przy Komitecie Centralnym Komunistycznej Partii Litwy), ostatni „krajowiec" na Litwie przykleja im łatkę „faszystów" i „bandytów" lub zabiera się za tropienie agenturalnych powiązań ich krewnych. Co prawda sposób w jaki tropi agentów jest wielce niekonwencjonalny. Mianowicie posiłkuje się wyłącznie beletrystyką Józefa Mackiewicza (Mackiewicz to oczywiście pisarz wybitny, ale tropienie agentów na podstawie tylko rysopisów z „Drogi donikąd" to tak jak - nieprzymierzając - poszukiwanie Obcych na podstawie „X files"), a gdy i w niej brakuje jakichś poszlak — wlasną i bezgraniczną  (to trzeba mu przyznać) fantazją.

Od jakiegoś czasu — moment ten zresztą można określić dosyć precyzyjnie: jest to chwila, gdy Pacuk, a nie on, który od lat wysługuje się najgorszym szumowinom z litewskiej prawicy w wylewaniu pomyjów na litewskich Polaków, został redaktorem polskojęzycznej wersji delfi.lt, która przez to niestała się kolejnym (jak to określił niegdyś Walenty Wojniłło) portalem "w pogonach", tylko w zasadzie obiektywnym źrodłem informacji — nasz lord Voldemort z uporem maniaka powtarza brednie o np. naszym dziadku ni to z NKWD, ni to z KGB, ni to z jeszcze jakiejś innej służby. Miał już ten pochodzący z Pskowa mityczny dziadek na imię Nikołaj, potem zmienił je na Iwan, pewnie zaraz jeszcze jakieś inne imie się znajdzie.  I mogę teraz dowolnie tłumaczyć, iż nigdy nie miałem dziadka ani o imieniu Nikołaj, ani o imieniu Iwan, a z Pskowa nie tylko nikt z mojej rodziny nie pochodzi, ale i nigdy tam nie był (mój dziadek dziadek przybył na Litwę z Orszy dopiero po wojnie, a w 1940 roku miał 13 lat czyli w żaden sposób nie mógł być tym Raczenko, którego opisywał Mackiewicz). Podobnie jak nigdy nikt nie pracował w NKWD czy KGB, czy jakiejkolwiek innej sowieckiej czy niesowieckiej specsłużbie (pradziad ułan Żeligowskiego, jeden dziadek „kułak" wyrokiem „trojki" zesłany na Syberię, drugi - wrzucony do więzienia, stryjowie w AK a po odsiadkach w syberyjskich gulagach na emigracji w Polsce; oni i ich potomkowie byli zbyt „niebłagonadiożnyje", żeby pracować w elitarnych jednostkach reżymu, nawet gdyby o to zabiegali). Mogę nawet do sądu go podać i wygrać. I pewnie — choćby przez wzgląd na śp. dziadków — należałoby od tego publicysty od siedmiu boleści zasądzić odszkodowanie na poczet jakiegoś domu dziecka na Wileńszczyźnie w wysokości rocznego budżetu jego pisemka, ale obawiam się, że on tylko i czeka na możliwość stania się męczennikiem prześladowanym przez komunistów, AWPL, system i salon. Poza tym jest mi go w jakimś sensie żal — facet na własne życzenie przegrał swoje życie, roztrwonił zaufanie ludzi i  autorytet, stając się licho opłacanym okruchami z pańskiego stołu pajacem nadwornym litewskich nacjonalistów. Zaiste — jak powiedzial niegdyś Napoleon Bonaparte — Du sublime au ridicule il n'y a qu'un pas!

W tych wszystkich jego wyssanych z palca „sensacjach" jedno cieszy. Otóż do jednego worka z napisem „wrogowie, agenci, komuniści" wrzucił on i braci Radczenko, i Widtmanna,  i Tomaszewskiego (który akurat stał w „Szlaku Bałtyckim", a gdzie w tym czasie był dzisiejszy odważny pogromca „komunistów"?), i Okińczyca (któremu 11 marca 1991 r. wystarczyło odwagi cywilnej głosować za niepodległością Litwy — jak głosował dzisiejszy największy polskojęzyczny Litwin — chyba nie trzeba przypominać?), natomiast po stronie „prawdziwych patriotów" pozostawił jedynie siebie w kompanii Neringi Venckienė, Kazimierasa Garšvy, Gintarasa Songaily i Vytautasa Landsbergisa (chociaż tego ostatniego jeszcze niedawno oskarżał o spowodowanie swojej porażki w wyborach 2007 roku). Nie ukrywam, że już bardziej wolę być w tej pierwszej kompanii.

Komentarze (14)

Dodaj komentarz
  • Gość: [ewe] 62.212.207.*

    Vile, niepotrzebnie zrobiles piar, bo az weszlam! :)

  • Gość: [varsaviak] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Nie wiem, co zrobił tym razem ... ale chyba niepotrzebnie, byłem tam nie wiedząc o co chodzi - widziałem te wywody, i nijak mi nie pasowały.
    Poza tym znam tę historię z autopsji, bo gdzieś ją widziałem moich antenatów z przedwojennych socjalistów, przedstawiano jako "komunistów roznoszących komunizm po zaścianku", a robili to krewni będący nikogo innego jak prawdziwych przedwojennych komunistów.

    U tego niewypowiedzianego widzę tę samą chorobę ... jest nieuleczalna, pozostała tylko żółć, którą trzeba na kogoś wylać. A dziadkowie, spokojnie w niebiesiech i tak prawdę znają. A zagubionym, niech Bóg i Los wybaczy, bo nie warto się nimi zajmować... Po co dawać im sił do życia, jakimś pozwem, nawet wygranym. Szkoda życia i energii, którą można poświęcić np. aby komuś pomóc ;)

    Ale końcówka mi się podoba - i pewnie mogła by brzmieć "wolę być w pierwszej kompanii", bo życie pełne jest wyborów ;)

  • Gość: [tomasz] *.internetdsl.tpnet.pl

    A dla mnie wcale nie jest takie oczywiste to że nie ma sensu wytaczać gościowi procesu bo się z niego męczennika uczyni. Dla kogo męczennikiem się stanie? chyba tylko dla tych co już i tak takowego w nim widzą. Dla innych nie. Zatem ci co męczennika w nim widza i on sam zresztą też dalej za takowych się będą uważać czy proces będzie czy nie. Ale jeśli go przegrają to przynajmniej będą mieli jakąś też i karę.
    Inną sprawą jest to że wtedy jego rozgłos powiedzmy medialny by się trochę tam zwiększył. Może nawet więcej niż trochę. No ale z drugiej strony jest też argument że jak mu się procesu nie wytacza to znaczy że prawe napisał i dlatego rzekomo poszkodowani procesu nie wytaczają.
    Żeby była jasność - to nie jest argumnt ktory trafia do mnie ale właśnie taki "medialny".
    To nie mnie dotyczy więc nie mam prawa decydować i rozsądzać co byloby lepsze. Ot taka garść refleksji które zawsze mi się nasuwają przy tego rodzaju sprawach bo w końcu co jakis czas i w Polsce tez są podobne sytuacje. Ja bym jednak się procesował. Trudno. Nie będę brał pod uwage czyjegoś dobra lub jego braku bo na pierwszym miejscu stawiam swoje a ten je narusza.

  • vile

    do ewe: Wiem, ale jakoś mi tym razem podpadł :)
    do varsaviaka: Też mi się tak wydaje :)
    do tomasza: Wydaje mi sie, że w tej sytuacji nie ma dobrego rozwiązania. pewnie pewnego dnia wkurzy mię wystarczająco mocno i sprawa znajdzie się w sądzie. z drugiej strony zawsze jest ten moralny dylemat: uważam, że największy paranoik ma prawo do swego zdania i jego gloszenia. Pytanie jednak polega na tym gdzie sa (jesli są) grancie wolnosci wypowiedzi?...

  • Gość: [varsaviak] 94.42.188.*

    do Tomasz:

    Trochę rozumiem, ale jako prawnik - pewnie mam dystans do procesów, jako sposobu ostatecznego rozwiązania sporu, czy też źródła położenia kresu oszczercą. Z kilku powodów:

    1/ Bo jest to czas, wykrojony z naszego życia, który moglibyśmy poświęcić na inne wartościowe rzeczy - pisanie, czytanie książek. Myślę, że kto jak kto vile ma masę wartościowych spraw do zrobienia ... Prawo niczego tu nie zmienia, bo jest tylko instrumentem, tak jak sędzia człowiekiem, ale ten czas należy do nas.

    2/ Bo czasem, choć ręka świerzbi, warto odwoływać się do kodów zapomnianych dzisiaj, takich jak zdolność honorowa. Jeśli ktoś jej nie posiada, to nie warto z nim się potykać, nawet w sądzie. Bo to awans dla osoby, która tej zdolność chyba nie posiada ...

    3/ Bo jest przysłowie, co powiada - Nigdy nie walcz z idiotą, bo najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, i pokona doświadczeniem... Przekłada się na to, że to naprawdę zerowa przyjemność walczyć z idiotą lub paranoikiem ... no chyba, że finansowo go ukuje, ale i tak się nie zmieni.

    I nie chodzi o to, że zostanie męczennikiem. On się nie nadaje, a granic wolności słowa wyraźnie nie zna, i są mu całkowicie mentalnie obce, on się słowem wysyłanym w świat upaja - czy koślawym, czy prostym nie ma znaczenia, grunt, aby wysyłać. ;)


    Oczywiście, każdy autonomicznie podejmuje decyzję w tym zakresie, i vile ma pełne prawo zrobić to co uznaje za słuszne i właściwe. Tym bardziej, że już obiegał. Skoro tak
    jeśli musi, oby zrobił to z profesjonalnie tak, aby zainteresowany miał szansę zobaczyć ładną "szarżę kawalerii prawniczej", która wyznaczy granice, jakich nawet w bełkocie nie powinien przekraczać.

  • Gość: [tomasz] *.internetdsl.tpnet.pl

    do vile: To twoja sprawa a dylemat faktycznie jest.
    Moim zdaniem oczywiście że są granice wolności słowa. Są one w podobnym punkcie gdzie granice wolności. Czyli tam gdzie w sposób nieuprawniony a często nawet dla korzyści, narusza się cudze dobra.

  • Gość: [tomasz] *.internetdsl.tpnet.pl

    do varsaviak:
    1. No i to jest ten dylemat co uznajemy za ważniejsze. Rozumiem to.
    2. Ba. Dobrze by było jakby tak było. Niestety z moich obserwacji wynika że zdolność honorowa lub jej brak jest czymś na podobieństwo braku lub nie szabli przy sobie. Słowem przeżytkiem niestety.
    3. Nie tylko z idiotą walka nie jest przyjemnością. Ale czasem trzeba. I tu nie chodzi o to aby jego zmienić ale dla siebie.

    Pod reszta się podpisuję.

  • Gość: [varsaviak] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    do Tomasz:

    Z mojej strony też generalnie zgoda ;)

    Choć zdolności honorowej bym nie deprecjonował, jako archaizmu. To pewne uzupełnienie właśnie przysłowiowej "szabli przy boku". Bo tak kiedyś, tak i dziś - z każdym chudopachołkiem i nie trzymającym pewnej formy nie zawsze się potykać, nawet jeśli ma "szable przy boku"... ;)

    Sam się zastanawiałem nad tym, gdyby ktoś mi zrobił coś takiego, i myślę, że pomimo obiektywnych argumentów (wypowiadanych z boku) nie zdzierżyłbym w końcu, przygotowałby jakiś składny pozew, choć ... nie dla siebie, nie dla wolności słowa, ale dla pamięci dziadków..., czy też mojej pamięci o nich... Aby, ich imieniem ktoś takie gęby sobie nie wycierał.

    I w tym zakresie, pkt. 3 pełna zgoda. Bo czasem inaczej nie trzeba, nadchodzi taki moment, kiedy deliberowanie jest zbędne, pozostaje prać...

  • vile

    do tomasza i varsaviaka: Dziękuję wam za rady i spostrzeżenia, na pewno to sobie jakoś na trzeźwo i bez emocji przemyślę i podejmę decyzję.

  • Gość: [ZS] *.static.zebra.lt

    A ja z Tomaszem się zgodzę. Wytoczył bym sprawę o zniesławienie dziadków. jednak rodzina, a "za bazar otwietit'" i inspektorowi KC "nie w padłu".

  • Gość: [Pawel Kobak] 195.182.83.*

    Ja bym tez wytoczyl sprawę sadową. Tego pomylenca czas oprzytomnic. Rozwialbym przy okazji wątpliwosci co do rodzicow. Bo, jak widzę, u nikektorych są.

  • vile

    do Pawła Kobaka: Co do rodziców też są jakieś wątpliwości? :) Myślałem, że tylko dziadek podpadł kilku nawiedzonym czubkom. Proces sądowy to czas, pieniądze ir obienie temu paranoikowi niepotrzebnej reklamy. Waldemar Tomaszewski nie pozywa przecież za montany, gariunu klapciukas itd. i chyba ma rację, bo to jest jak ruszanie patykiem w gównie - poruszyłeś i smierdzi, a nie ruszasz - zaschnie i nie będzie smierdzialo. Ale kto wie... może faktycznie trzeba będzie jakiś pozew złożyć? Pytanie tylko kogo przekonam? I u naszych "krajowcow", i u naszych "patriotów" logika przecież jak u wilka z baśni Kryłowa: Tak eto był twoj brat - Niet bratjew u mienia - Tak kum il swat/I, słowom, kto nibud iz waszego że rodu :)

  • Gość: [Pawel Kobak] 195.182.83.*

    I tak i nie. Jak Respublika Tomaszewskiego za....a, akurat z tym samym idiotą, to poszedl po sądach. I narobil strachu wariatom, ze przepraszali.
    Inaczej nie mozna. Co robią z psem, ktory niepotrzebnie i długo ujada? Butem w mordę! Wtedy dłuzszy czas padalec pamięta, na kogo można wyć, a na kogo nie.
    Co do twoich rodzicow, to uwierz, to jest wyłącznie twoja sprawa. Ale jak krzywdzą, to nalezy bronić.

  • Gość: [Pawel Kobak] 195.182.83.*

    Rodzice - to tak, ogolnie. No bo dziadek, też rodzić?

Dodaj komentarz

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci