Menu

Inna Wileńszczyzna jest możliwa

Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich

Walls of division

vile
Przed dziesięcioma laty, gdy stosunki polsko-litewskie były jeszcze w okresie „strategicznego partnerstwa", a problemy wydawały się latwe w rozwiązaniu, napisaliśmy z Pacukiem opowiadanie, które wówczas wydawało nam się antyutopią, traktujące o tym, jak na fali nacjonalistycznych nastrojów — podsycanych przez litewskich i polskich nacjonalistów — dochodzi na Litwie do wojskowego zamachu stanu. Opowiadanie miało się ukazać w pewnej gdańskiej antologii, ale ostatecznie antologia się nie ukazała. Nie zmienia to jednak mego głębokiego przekonania, że flirt z nacjonalistycznymi emocjami, niezależnie od tego kto i w jakim celu go uprawia, zawsze stanowi zagrożenie dla demokracji. Ta zasada jest, moim zdaniem, tak samo aktualna w przypadku polityków polskich, polityków AWPL oraz polityków litewskich. Przed kilkunastoma dniami Tomas Venclova, bodajże najwybitniejszy z żyjących litewskich poetów i intelektualistów, został oficjalnie uznany za honorowego obywatela miasta Wilna. Podczas wręczania tego odznaczenia Venclova po raz kolejny powtórzył to, o czym mówi przez całe życie: wielonarodowy i wielokulturowy charakter litewskiej stolicy jest darem, skarbem i zaletą, a nie wadą. „Śmiesznym przeżytkiem wydaje mi się walka polityków i działaczy społecznych, określających siebie słowem „narodowi”, z językiem polskim i podwójnymi nazwami miejscowości, których domaga się mniejszość polska” — powiedział w wileńskim Ratuszu Tomas Venclova, zaś w wywiadzie dla „Lietuvos rytas" dodał: „Dla mnie strach przed językiem polskim, rosyjskim, angielskim pachnie ciemnogrodem. Są przecież europejskie zasady, które reglamentują te rzeczy. Jeżeli obok Šalčininkai napiszemy Soleczniki — język litewski nie będzie zniekształcony czy poniżony, gdyż przecież nazwa Šalčininkai nigdzie nie zginie, będzie tylko uzupełniona innym imieniem, również posiadającym swoją tradycję. Nie wyobrażam sobie, jak wilnianin, niezależnie od narodowości, może się bać lub nienawidzić język polski." Te słowa, wypowiedziane zaledwie po kilku dniach od sejmowego expose prezydent Dalii Grybauskaitė, która uznała polskie postulaty za „uderzające w integralność kraju”, były niezwykle ważne. „Gdy nawet prezydent poddaje się pokusie zadąć w zardzewiałą dudę antypolskich nastrojów, jeszcze lepiej widzimy, jak potrzebni są nam tacy ludzie jak Venclova” — napisał na łamach portalu lrytas.lt Valdas Bartasevičius.

O tym, że wbrew pozorom na Litwie jednak wiele się w ciągu ostatnich lat zmieniło, świadczy fakt, iż expose Grybauskaite pośrednio skrytykował nie tylko Tomas Venclova, ale i większość liczących się litewskich publicystów. Co ważne nawet tych kojarzonych z prawicą. „Dbać o język litewski należy poprzez oświatę, wzmożoną pracę z młodzieżą, także litewską. Sam miałem w szkole bardzo dobrą nauczycielkę języka litewskiego, dzięki temu do tej pory mówię i piszę poprawnie. Natomiast to, że obywatele Litwy będą mieli możliwość w określonych okolicznościach obok państwowego używać także języka ojczystego, nie stanowi żadnego zagrożenia dla litewskości. Największe zagrożenie dla języka litewskiego wynika z emigracji, a nie z powodu ulg na egzaminie z języka litewskiego dla maturzystów szkół mniejszości narodowych” — oświadczył wiceprzewodniczący litewskiego Sejmu Gediminas Kirkilas. „Grybauskaitė chciała przedstawić siebie w kontekście Białorusi jako rzeczniczkę polityki konstruktywnego sąsiedztwa. Ale przecież mamy również sąsiadującą Polskę, Łotwę, Rosję - o relacjach z nimi prezydent nie mówiła" — zauważył z kolei politolog Lauras Bielinis. Rimvydas Valatka, szef 15 min., był zaś jeszcze ostrzejszy: „Orędzie było wyjątkowo antypolskie, czasem wręcz nacjonalistyczne, a więc pseudopatriotyczne, uwzględniając biografię prezydent. Grybauskaitė obrała kierunek za wszelką cenę wzniecania emocji narodowościowych i w ten sposób uaktywniania swojego elektoratu, a to droga bardzo niebezpieczna dla Litwy jako kraju europejskiego". „Nie dostrzegłem zabiegów prezydent integrujących mniejszości narodowe z państwem litewskim. Kiedy D. Grybauskaitė mówiła o litewskim narodzie, jego osiągnięciach, wyglądało, że mówi o Litwinach jako ogóle etnicznym, nie o całości społecznej Litwy" – zauważył na łamach dziennika „Lietuvos rytas" Juris Beltė.

Można zrozumieć jakie przyczyny popchnęły Grybauskaitė ku takiej retoryce, trudno jednak nie zauważyć, że w imię własnych korzyści politycznych prezydent poświęca nie tylko relacje między Litwą i Polską, ale też pośrednio opowiada się po stronie zwolenników tylko etnicznej Litwy. I taki wybór uderza w dobro, które w expose uznała za jedno z najważniejszych — integralność kraju. Dzieli bowiem Litwę na dwie części — Litwę etniczną, która ma prawo do dbania i zachowania swojej tożsamości oraz języka, i Litwę nieetniczną, której prawa w tej dziedzinie nie są oczywiste. W ślad za etnografem Antonim Krohem mógłbym powtórzyć, że „uważam się za polskiego szowinistę, gdyż głupota polska razi mnie dużo bardziej niż niepolska", jednak to nie znaczy, iż nie razi mnie litewskie granie na nacjonalistycznych nastrojach i litewska głupota. Bo dobro Litwy leży mi, lojalnemu obywatelowi tego kraju, na sercu. Bo jestem przekonany, że flirty z nacjonalizmem po jednej stronie, budzą jego upiory i zachecają do identycznych flirtów po drugiej.

Niejednokrotnie pisałem, że moim zdaniem litewscy politycy, a przynajmniej znaczna ich część (skrajną prawicę i tych, którzy próbują na flircie z nią upiec własne kasztany, pomijam), w rzeczy samej  chcą porozumienia i dobrych stosunków z Polską, chce integracji litewskich Polaków w skład społeczeństwa litewskiego. Jednocześnie jednak większości z nich brakuje wizji, chęci i odwagi, aby zrobić cokolwiek namacalnego w tym kierunku. Bo karierę polityczną napędzają słupki popularności i poparcia. Lepiej więc być oportunistą, płynąć z prądem i mieć nadzieję, że problemy jakoś samoistnie się rozwiążą. Tak się jednak nie da rządzić krajem. Bo rządzenie wymaga podejmowania decyzji, w tym decyzji niepopularnych, które nie budują w krótkiej perspektywie społecznej aprobaty, a nawet przeciwnie – ją zmniejszają.

W amerykańskiej tradycji politologicznej istnieje — dosyć zaskakujące z punktu widzenia Europejczyka — rozróżnienie ustrojów na demokracje i republiki. Demokracja — to rządy większości, które najczęściej przeradzają się w tyranię większości. Tymczasem USA czyli Unia —zgodnie z myślą Ojców Założycieli — jest Republiką czyli rządami prawa, które gwarantuja poszanowanie dla praw mniejszości. Litewska ustawa zasadnicza nie jest tak przejrzysta i spójna jak Konstytucja USA, ale i w niej bez dużych problemów interpretacyjnych można wyczytać wszystkie podstawowe założenia ustroju republikańskiego: koncepcję narodu litewskiego jako narodu politycznego (a nie etnicznego), prawo obywateli do sprzeciwu wobec bezprawnych działań wladzy, ochronę prawa własności i wszystkich innych praw człowieka, system checks and balances itp. 

To, co czynię w związku z niewolnictwem i rasą kolorową, czynię, bo wierzę, że takie postępowanie pomoże ocalić Unię” — napisał niegdyś Abraham Lincoln. Rozwiązanie problemów mniejszości narodowych na Litwie nie wymaga aż tak drastycznych kroków i działań, ale bez ich rozwiązania, Republika będzie skazana na wewnętrzne konflikty, łatwe do wykorzystania przez „kraje trzecie". Jestem również przekonany, że i ci, którzy odkładają decyzje w nieskończoność, i ci, którzy budują swoje kariery tylko na etnicznych emocjach i sentymentach, niezależnie od narodowości i wyznawanej ideologii, podminowują przyszłość naszej Republiki.

Bo, jak słusznie zauważył podczas niedawnego przemówienia w Berlinie prezydent USA Barack Obama, nietoleracja rodzi niesprawiedliwość i uderza w nasze własne bezpieczeństwo, a broniąc wolności, praw i równości innych — bronimy także własnej wolności: „I'd suggest that peace with justice begins with the example we set here at home, for we know from our own histories that intolerance breeds injustice.  Whether it's based on race, or religion, gender or sexual orientation, we are stronger when all our people — no matter who they are or what they look like — are granted opportunity, and when our wives and our daughters have the same opportunities as our husbands and our sons.  When we respect the faiths practiced in our churches and synagogues, our mosques and our temples, we're more secure.  When we welcome the immigrant with his talents or her dreams, we are renewed.  When we stand up for our gay and lesbian brothers and sisters and treat their love and their rights equally under the law, we defend our own liberty as well.  We are more free when all people can pursue their own happiness.  And as long as walls exist in our hearts to separate us from those who don’t look like us, or think like us, or worship as we do, then we're going to have to work harder, together, to bring those walls of division down." Najwyższy czas zburzyć mury podziałów i w tej sprawie piłka — jak stwierdził w rozmowie z zw.lt nawet Adam Michnik — jest teraz najwyraźniej po stronie litewskiej.

Komentarze (9)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Astoria] *.nyc.res.rr.com

    Mniam, mniam - smaczne. Principled and well argued.

    PS. Czemu tego nie ma w pl.delfii? Ostatnio cię tam rzadko widzę.
    PS 2. Dział "Opinie" podupada, nie tylko z braku ciebie. B. dobry wywiad o Smetonie, ale poza tym niewiele. Maciążek, niestety, nie jest tytatem analizy geopolitycznej, msz, a i charakter jego eksperckiego pisania nie bardzo pasuje do portalu polityczno-rozrywkowego.
    PS 3. Co skłoniło mnie do zastanowienia, czy by czegoś samemu tam nie skrobnąć. Po wakacjach w Polsce, sobie myślę. Problem w tym, że jestem leniwy i chodzę na skróty i łatwiznę. Łatwiej komentować, niż systematycznie płodzić coś oryginalnego. Hmm.

  • vile

    do Astorii: Dzięki. Po poprzednim tekście na temat expose zrozumialem, ze mógł być róznie odczytany i należy klarownie przedstawić swój pogląd w sprawie.

    PS. Byłoby ciekawie przeczytać Twój dłuższy tekst, szczególnie że niektóre Twoje komenatrze są w zasadzie takimi felietonami.

  • Gość: [tomasz] *.internetdsl.tpnet.pl

    do Astoria: "Dział "Opinie" podupada, nie tylko z braku ciebie."
    Przypuszczam że możesz pić i do mnie. Najgorzej jak człowiek odwyknie. To mi się właśnie przytrafiło i z jednej strony dobrze mi z tym ale z drugiej....
    Wezmę się ponownie za pisanie pewnie w drugiej połowie lipca. Wtedy chyba się będę nudził a to dobra okazja aby się wciągnąć ponownie w pisanie. :)
    Popieram vile. Spróbuj.

  • vile

    do tomasza: no właśnie najwyższy czas, żebyś też coś napisał.

  • Gość: [tomasz] *.internetdsl.tpnet.pl

    Oj wiem. Przecież wiem. :)
    Wiecznie coś się dzieje.
    Napisałem kiedy.

  • Gość: [Astoria] *.nyc.res.rr.com

    @ vile:

    Byłem nieco zaskoczony, jak wielu litewskich publicystów krytycznie oceniło przemówienie prezydent, dostrzegając w nim przesadny nacjonalizm, tworzenie podziałów narodowych, hamowanie odwilży z Warszawą, etc., w tym np. Girnius. Dla Litwy byłoby lepiej gdyby publicyści zostali politykami, a politycy np. handlarzami truskawek. Wtedy mogliby zwalczać polskie truskawki i promować litewskie dla dobra narodu, państwa i czystości straganów.

    Mam zbyt pouczający i prowokujący (do myślenia?) styl jak na felieton. Co gorsze - nie jestem pewny, czy chciałbym go zmienić. Jednak komentowanie to nie felietonistyka.

    @ tomasz:

    Właśnie ciebie miałem na myśli. Cieszę się, że jesteś. Brakowało mi twoich felietonów bez przecinków ;-)

  • vile

    do Astorii; Rozumiem Twoje zaskocznie, bo polskie media przedstawiają nieco inną perspektywę. Ja zaskoczony nie byłem, może dlatego, że obcuje z nimi na codzień i dlatego mam nieco "skrzywioną" perspektywę, tj. bardziej optymistyczne spojrzenie. Politycy mnie rozczarowują, ale wierzę, że akcja publicystów jest nie mniej ważna niz działania polityków, bo ksztaltuje nastroje wyborców na przyszłość. I warto tej akcji pomoc, niestety dzis po strnie polskiej moze się mylę ale właśnie tego brakuje. Ale to raczej bardziej ogólny problem - braku przemyślanej startegii PR, braku speców od PR itp. Postaram się jakos na ten temat napisać w najbliższych tygodniach.
    PS> Felieton też może być. Ważne żeby pobudzał myślenie.

  • Gość: [Astoria] *.nyc.res.rr.com

    @ vile:

    Z publicystyki litewskiej znam to, co po angielsku, więc jestem ograniczony, ale widzę, że jest to publicystyka zwykle rozsądna. Po polskiej stronie są wolni strzelcy, trzymający stronę Litwy lub neutralni, jak Widacki, ale bez wpływu politycznego. Zasadniczo cały establiszment polityczny i dziennikarski popiera politykę Tuska/Sikorskiego. Jest to polityka marchewki i kija, szantażu gospodarczego. Polityka nieracjonalna, lecz emocjonalna. Jest nieracjonalna, bo RP nie ma z niej żadnych wymiernych, praktycznych korzyści, a tylko lekkie straty. Jest emocjonalna na zasadzie: myśmy dla was wiele zrobili, a w podzięce dostajemy nożem w plecy. Koniec więc z polityką przyjaźni, partnerstwa strategicznego i finansowo dla Polski nieopłacalnych wspólnych projektów energetycznych i transportowych. Jesteśmy na was obrażeni. Będziemy was trzymać na peryferii Europy, dopóki nas nie polubicie, choćby nieszczerze. To wet za wet nakręca konflikt polsko-litewski, rzecz jasna, ale nie jest jego przyczyną i bez niego ten konflikt mógłby być jeszcze ostrzejszy. Przypuśćmy bowiem, że Tusk/Sikorski porzucają politykę odwetu i wstawiania się za Polakami na Litwie na każde ich zawołanie, i w cudowny sposób zaczynają prowadzić politykę miłości ku Litwie, niezależnie od niezałatwionych spraw dyskryminowanej polskiej mniejszości. Łatwo sobie wyobrazić, jaki cyrk by to rozkręciło, pod hasłem zdrada narodowa! Pierwsi krzyczeliby Polacy na Litwie i cała opozycja w Polsce, po stronie której stanęliby jak jeden mąż publicyści, powołujący się na konstytucyjny obowiązek rządu bronienia Polaków na Litwie i na Traktat. Rozkręcenie sprawy w mediach dodałoby animuszu polskim narodowcom, po których można się wszystkiego spodziewać, włącznie z powrotem do piosenki "Nie oddamy Wilna...". Tak więc wet za wet jest też jakimś wentylem bezpieczeństwa, który trzyma konflikt na obecnym, wegetującym, niegroźnym poziomie. Nie jest już ważne, kto konflikt oryginalnie spowodował - choć dla mnie jest oczywiste, że winę ponoszą politycy litewscy - ale jest ważne to, że piłka jest teraz po stronie Litwy i bez jakiegoś konretnego spełnienia choćby jednego postulatu polskiej mniejszości konfliktu nie da się zażegnać. Wątpię, by rząd Butkeviciusa był zdolny do przełomu w pójściu na rękę Polakom, bo jest rządem programowo nic nie robiącym, tchórzliwym i pod pantoflem prezydent.

  • vile

    do Astorii; Mi sie wydaje, że problem nie jest ani w Tusku, ani w Sikorskim. Ich polityka, owszem, jest nacechowana - wg mnie - zbędnymi emocjami, ale w zasadzie jest też zrozumiala. Po 20 latach obietnic najwyższy czas, aby Litwa coś w sprawie polskiej mniejszości załatwila, a tymczasem mamy... reformę oświatową :( Ja jednak mówiąc o braku strategii PR mam na myśli Polakow na Litwie, którzy nie są w stanie ani klarownie przedstawić swoich postulatów, ani do nich przekonać przynajmniej tych Litwinów, którzy są do Polaków i Polski nastawieni przychylnie lub neutralnie. Dobrze, ze na ten temat próbuja mówić Venclova, Valatka itp., ale oni też nie są ekspertami i bardzo często sprowadzają problemy polsko-litewskie do literki "w".

© Inna Wileńszczyzna jest możliwa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci