Aleksander Radczenko prywatnie o Litwie, Wilnie, Wileńszczyźnie, Polakach na Litwie i stosunkach polsko-litewskich
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

Autonomiczny „raj” Gagauzów

Od lat 90-ych ubiegłego wieku z „lekkiej” ręki Stanisława Pieszki, wówczas deputowanego do Rady Najwyższej RL i jednego z liderów tzw. autonomistów, a obecnie wiceprezesa ZPL, krąży po Wileńszczyźnie i raz po raz się odradza mit autonomicznego „raju” Gagauzów w Mołdawii. Pieszko w latach 90-ych jeździł do Gagauzji przejmować gagauskie doświadczenie w walce o autonomię i wrócił zafascynowany Gagauz Yeri, a swoimi fascynacjami podzielił się z dziennikarzami. I od tego czasu legendy o gagauskiej autonomii co jakiś czas się w głowach naszych lokalnych radykałów odradzają. Ja miałem okazję podróżować po Mołdawii, w tym po Gagauzji i Naddniestrzu (tzw. ПМР czyli Приднестровская Молдавская Республика; które akurat za wzór stawiali litewskim Polakom w latach 90-ych skupieni wokół Jana Ciechanowicza zwolennicy tzw. Republiki Wschodniej Polski), przez dwa tygodnie w listopadzie br. Muszę uczciwie przyznać, że gagauska autonomia – jak i cała Mołdawia — nie wywarła na mnie wrażenia raju na Ziemi. A nawet wręcz przeciwnie: i Gagauzja, i Mołdawia robią wrażenie kraju chaotycznego, zrusyfikowanego, zsowietyzowanego i sztucznego, zawieszonego między Wschodem i Zachodem, XXI wiekiem i Związkiem Sowieckim, targanego wewnętrznymi sprzecznościami i konfliktami etnicznymi, tkwiącego mentalnie, kulturowo, politycznie i ekonomicznie gdzieś w połowie lat 90-ych. Niewiadomo do końca dlaczego Mołdawianom ta ich niezależna państwowość się nie zbyt udała (być może zawinił konflikt zbrojny z Naddniestrzem, być może nieudolni politycy, a może wszystko naraz), jednak na tle Mołdawii Litwa jawi się swego rodzaju i w miarę zamożnym, i w miarę zadbanym krajem europejskim.

Początki autonomicznego ruchu Gagauzów są w czymś podobne do ruchu autonomicznego Polaków na Litwie. Odrodzenie narodowe Gagauzów (liczącego zaledwie 250 tys. osób — z tego około 180 tys. mieszka w Mołdowie — prawosławnego narodu pochodzenia tureckiego), którzy osiedlili się w mołdawskich stepach w XVIII w. na zaproszenie carów Wszechrosji, rozpoczęło się pod koniec lat 80. XX wieku i było dziełem młodej inteligencji gagauskiej, której przedstawiciele w lutym 1988 r. założyli w Komracie organizację społeczną pod nazwą Gagauz-halkı. Początkowo ruch był dosyć wyraźnie antykomunistyczny i miał po swojej stronie sympatie nawet części mołdawskich nacjonalistów. Ostatecznie jednak wezgłowili go byli komuniści i komsomolcy (symbolicznie zamieniono wówczas gagauską narodową flagę z wilkiem na niebiesko-biało-czerwoną flagę z trzema żółtymi gwiazdami, przypominająca flagi b. republik ZSRS). W roku 1989 dążące do niepodległości władze mołdawskie przyjęły niezwykle restrykcyjną Ustawę o języku państwowym, która doprowadziła do ostrych protestów w rosyjskojęzycznych Naddniestrzu, zaś Gagauzi proklamowali 19 sierpnia 1990 roku utworzenie Gagauskiej Autonomicznej Sowieckiej Socjalistycznej Republiki  w składzie Mołdawskiej SSR. Władze centralne w Kiszyniowie nie uznały autonomii, a 22 sierpnia 1990 r. zdelegalizowały Gagauz-halkı. Gagauzi odpowiedzieli blokadą pociągów, strajkami i wielotysięcznymi wiecami. W październiku tegoż roku w Gagauzji rozpoczęły się wybory do nieuznawanego przez Kiszyniów lokalnego parlamentu i  dwudziestotysięczny oddział mołdawskich nieuzbrojonych ochotników wyruszył z Kiszyniowa celem zaprowadzenia „porządku" w zbuntowanej prowincji. Natychmiast pojawili się w Komracie i Kozacy z Naddniestrza, na ulice wyszli bojowe drużyny Gagauzów. Dopiero wkroczenie sowieckich spadochroniarzy, wysłanych przez Moskwę, położyło kres napiętej sytuacji.

W sierpniu 1991 roku Mołdowa stała się niezależną i natychmiast przystąpiła do rozprawiania się z gagauskimi separatystami, aresztowano  ich liderów Stepana Topala i Michaiła Kendigelyana. Gagauzi z kolei utworzyli namiastkę swoich sił zbrojnych, tzw. batalion „Budżak" złożony z 400 ochotników, oraz na licznych wiecach domagali się zachowania jako urzędowego, języka rosyjskiego, protestowali przeciwko niepodległości Mołdawii oraz ostatecznie proklamowali utworzenie niezależnej Republiki Gagauskiej. W Komracie pojawili się natychmiast emisariusze również walczącego o niepodległość Naddniestrza z obietnicami wsparcia wojskowego i sojuszu. Władze w Kiszyniowie, po nieudanej próbie zbrojnego podporządkowania Naddniestrza w latach 1991 i 1992, postanowiły nie ryzykować wojny na dwa fronty. Z kolei Gagauzi przekonali się już wkrótce, że ich próby zdobycia międzynarodowego uznanania dla niezależnej Gagauzji nie powiodły się. Te przesłanki doprowadziły do historycznego kompromisu. 23 grudnia 1994 roku parlament Mołdawii przyjął Ustawę o specjalnym prawnym statusie Gagauzji (Gagauz Yeri), nadającą Gagauzom szeroką autonomię.

Gagauz Yeri („Miejsce Gagauzów”) liczy obecnie około 1800 km. kw i ok. 170 tys. mieszkańców (140 tys. to Gagauzi). Stolicą autonomicznej Gagauzji jest Komrat - nieduże (30 tys. mieszkańców), prowincjonalne, zaniedbane miasteczko, w którym jedynymi atrakcjami są nowoczesny (wybudowany za tureckie pieniądze) uniwersytet, pomnik Lenina przed gmachem lokalnego rządu oraz Aleja Gagauskich Sław, w której w dziwacznej symbiozie zlewają się posągi żołnierzy II wojny światowej, bohaterów pracy socjalistycznej, bojowników o gagauską autonomię, najszczodrzejszych sponsorów autonomicznej Gagauzji (m.in. byłych prezydentów Turcji i Azerbejdżanu) i... Aleksandra Puszkina (sic!). Ponadto w  skład regionu, składającego się z trzech niegraniczacych ze soba anklaw, wchodzą jeszcze dwa miasta oraz 27 wsi. Na czele Autonomii stoi prezydent (Başkan), będący jednocześnie posłem w parlamencie Mołdawii.  Gagauzja posiada także swój lokalny parlament Halk Topluşu, który ma prawo stanowienia prawa w zakresie spraw lokalnych i zawierania umów międzynarodowych (m.in. Gagauzja uznała niezależność Abchazji i Południowej Osetii). Swoich przedstawicieli w tym parlamencie – minimum jednego – ma każda miejscowość w Gagauzji, niezależnie od liczby mieszkańców. Dlatego w Halk Topluşu zasiada 35 deputowanych, wybranych na czteroletnią kadencję. Odpowiednikiem rządu w autonomii jest Komitet Wykonawczy. W momencie powstania autonomii, Gagauzja otrzymała prawo do secesji w przypadku, gdyby Mołdawia chciała się zjednoczyć z Rumunią. Jednak prawo to zostało de facto anulowane poprzez zmianę konstytucji Republiki Mołdawii w roku 2003. Językami urzędowymi na obszarze Gagauzji są gagauski, mołdawski (rumuński) i rosyjski. Jednak w języku gagauskim nie sporządza się żadnych dokumentów urzędowych, cała dokumentacja jest prowadzona po rosyjsku lub (rzadziej) mołdawsku. Gagauzja posiada także własny hymn, herb oraz flagę (ta ostatnia powiewa — obok flagi mołdawskiej — na każdym budynku lokalnej administracji).

Wbrew panującemu na Wileńszczyźnie przekonaniu, iż tylko w „jedności siła” w Gagauzji działa kilka, konkurujących między sobą partii, co prowadzi do okresowej wymiany ekip rządzących w autonomii. Przede wszystkim są to regionalne oddziały partii ogólnokrajowych: liberalnych demokratów, demokratów, socjalistów oraz komunistów (ci ostatni doniedawna panowali niepodzielnie w Gagauzji). Ale istnieją także regionalne ugrupowania typowo gagauskie — „Nowa Gagauzja” i „Jedna Gagauzja” — które formalnie partiami politycznymi nie są, gdyż w Mołdawii jest zabronione tworzenie partii etnicznych, a w wyborach ich kandydaci uczestniczą jako tzw. niezależni (we wrześniu br. niezależni z „Nowej Gagauzji”, która jest nazywana gagauską filią ogólnomołdawskiej Partii Demokratycznej, zdobyli absolutną większość mandatów w Halk Topluşu). Natomiast do parlamentu ogólnokrajowego Gagauzowie kandydują z list partii ogólnokrajowych, gdyż wszystkie partie obowiązuje 4-procentowy próg wyborczy (dla Gagauzów, którzy stanowią zaledwie 4,4 proc. ogółu ludności Mołdawii, w zasadzie nie do przeskoczenia). Wbrew pozorom taki system sprawia, iż Gagauzów w parlamencie jest więcej, niż mogłoby wynikać z ich udziału w ogólnym składzie ludności. Obecnie zasiada sześciu (ze 101) posłów gagauskiego pochodzenia (czterech we frakcji komunistów i dwóch z ramienia liberalno-demokratycznego Sojuszu na rzecz Integracji Europejskiej).

Paradoksalnie dziś Gagauzowie są największymi patriotami Mołdawii” — powiedział nam Dmitrij, mołdawski dziennikarz gagauskiego pochodzenia. To prawda największymi zwolennikami niezależnej Mołdowy są dzisiaj w tym kraju… mniejszości narodowe, a nawet nie tyle mniejszości narodowe, tylko tzw. rosyjskojęzyczni, bo etniczni Mołdawianie w znacznym stopniu czują się Rumunami i bardziej chcieliby się połączyć z unijną Rumunią niż budować własne państwo, którego 25 proc. PKB stanowią przelewy od rodaków pracujących zagranicą. Rumunii natomiast nienawidzą rosyjskojęzyczni – taka bardzo specyficzna grupa, która powstała w wielu byłych republikach sowieckich, odłamki Wielkiego Imperium dryfujące w niewiadomym kierunki w oczekiwaniu na cud. Ich narodowa samoidentyfikacja jest niejasna. „Moja matka była Mołdawianką, ojciec pochodził z Odessy. Nie jestem Mołdawianinem, jestem rosyjskojęzyczny” — ostro zaprotestował Stas z Kiszyniowa, gdy nierozważnie nazwałem go Mołdawianinem. Takich rosyjskojęzycznych w stolicy niepodległej Mołdawii jest blisko połowa. Gdy się idzie ulicami Kiszyniowa prawie ciągle słyszy się wyłącznie albo język rosyjski, albo mieszankę mołdawsko-rosyjską, trochę na wzór tej, której używają „Pulaki z Wilni”. Zresztą większość napisów publicznych, nazw ulic, prasy – mimo obowiązywania dosyć restrykcyjnej Ustawy o języku państwowym — jest w mołdawskiej stolicy po mołdawsku i rosyjsku, a bardzo często tylko … po rosyjsku. Rosyjskojęzyczni nie chcą unii z Rumunią, nie znają języka rumuńskiego (mołdawskiego), tęsknią za ZSRS i głosują na komunistów (obecnie najważniejsza siła opozycyjna, a przez wiele lat – rządząca partia w Mołdawii). Nie chcą też wyjechać do Naddniestrza, gdzie język rosyjski jest językiem państwowym (oficjalnie jednym z trzech obok mołdawskiego i ukraińskiego; faktycznie – jedynym). „Naddniestrze – to sowiecki syf i ubóstwo. Nawet w porównaniu z Mołdawią” — krótko kwituje Stas.

Gagauzi formalnie nie są rosyjskojęzycznymi, ale są nimi de facto. W Komracie, stolicy ich autonomicznego okręgu, wszystkie napisy (w tym nazwy ulic; a propos najważniejsze z nich noszą nazwy Lenina, Pobiedy i Tret'iakowa) są tylko i wyłącznie po rosyjsku (z wyjątkiem oficjalnych tabliczek przy urzędach autonomii, które są zawsze po mołdawsku, rosyjsku i gagausku). Języka mołdawskiego Gagauzowie nie znają albo znają go słabo. W 2011 roku doszło wręcz do konfliktu między władzami autonomii i rządem centralnym, gdy się okazało, iż absolutna większość absolwentów szkół Gagauzji nie zdołała złożyć egzaminu maturalnego z języka mołdawskiego i z tego powodu nie dostała świadectw maturalnych. Władze autonomii wydały im wówczas świadectwa własnego pomysłu, nieuznawane przez Kiszyniów. Między sobą mieszkańcy również rozmawiają zazwyczaj po rosyjsku, język gagauski zachował się jeszcze na wsi, ale i tam grozi mu wymarcie, gdyż nauczanie w szkołach w Gagauzji odbywa się w języku… rosyjskim. Szkół mołdawskich jest zaledwie kilka, istnieje też liceum tureckie. „Początkowo próbowaliśmy tworzyć szkoły z gagauskim językiem wykładowym, ale rodzice odmawiali posyłania do nich dzieci. Uważają, że po takiej szkole dzieci będą miały przechlapane w życiu. Znając rosyjski będą zaś mogły pojechać na zarobki do Rosji lub jakiegoś innego kraju WNP. Tak więc my, Gagauzowie, wygraliśmy autonomię, ale przegrywamy walkę o język, a wy przegraliście autonomię, ale paradoksalnie macie polskie szkolnictwo od szkoły początkowej po uniwersytet” — z pewną nutką zazdrości powiedziała nam Irina, kustoszka Muzeum Gagauskiego w Beşalma. Zaś Piotr z Komratu był jeszcze bardziej dosadny: „Autonomia? Nic ona nam nie dała. Kiedyś jeszcze emeryci od başkana dostawali jakiś dodatek socjalny, a teraz i to okrojono. Mówią, że przez kryzys. Młodzi masowo wyjeżdżają. Kto do Turcji, większość zaś do Rosji. Tu nie ma żadnych perspektyw.” Wraz ze śmiercią redaktora naczelnego i wydawcy Fedora Zaneta upadła ostatnio jedyna gazeta w języku gagauskim „Ana Sözü". Gagauski jeszcze można czasami usłyszeć w lokalnym autonomicznym radiu i telewizji, które mają obowiązek nadawać swoje programy w trzech oficjalnych językach Gagauz Yeri, ale jednak nie cieszą się u miejscowej ludności większą popularnością. Wszędzie natomiast grają popularne rosyjskie rozgłośnie - Russkoje Radio, Radio Retro itp., a w kablu - dziesiątki rosyjskich telewizji.

Gdy mówimy o autonomii, najczęściej przypominamy o turystycznym raju Katalonii lub ociekającej w naftodolary Szkocji. Jednak bardziej możliwe, że autonomiczna Wileńszczyzna byłaby dziś bardziej podobna do bliższej mentalnie, mającej podobną (sowiecką) spuściznę Gagauzji. Byłaby po prostu jeszcze bardziej zrusyfikowana, zsowietyzowana i zaniedbana, niż jest dzisiaj. Krach Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego doprowadził, o czym często sie zapomina, nie tylko do zmian negatywnych (rozparcelowania części obszarów rolnych, rozwiązania polskich samorządów itp.), ale też do pewnej – może niezbyt gruntownej – wymiany politycznych elit na Wileńszczyźnie, która wlała w polski organizm polityczny na Litwie sporo młodej krwi, pozwoliła przejąć bardziej postępowym działaczom ZPL rząd dusz polskiej ludności od komunistów Burokevičiusa. Całkiem możliwe, że autonomia, gdyby przetrwała, doprowadziłaby jedynie do zachowania u władzy kasty sowieckiej nomenklatury, dyktatury przewodniczących kołchozów i sowchozów, która i dzis ma się w wielu miejscach niezwykle dobrze, a na otarcie łez dostalibyśmy (wybudowany za białoruskie pieniądze) piękny budynek autonomicznej administracji gdzieś w Solecznikach, na skrzyżowaniu ulic Komsomolskiej i Radzieckiej pisanych w trzech językach…

Nie jestem przeciwnikiem autonomii i nie rozumiem litewskich obiekcji przed jakąkolwiek dyskusją na ten temat (co prawda niewiadomo ktoby miał tę dyskusję zainicjować, gdyż po stronie litewskich Polaków nie ma dziś żadnej poważnej siły dążącej do autonomii). Myślę, że każda grupa etniczna ma prawo dążenia do zagwarantowania sobie prawa stanowienia o sobie (w tym także prawa do autonomii), o ile realizowanie tego prawa mieści się w granicach prawa i przyjetego wśród narodów cywilizowanych dyskursu. Należy jednak pamiętać, że autonomia – to nie jakieś panaceum, tylko pewien instrument, służący do osiągania pewnych celów. I nie jest to instrument ani jedyny, ani najlepszy. Ostatnio w Mołdawii powstała grupa w Bielcach, drugim co do wielkości, w dużym stopniu rosyjskojęzycznym (jak większość mołdawskich miast), mołdawskim mieście, żądająca autonomii dla tego regionu. Oczywiście mołdawskie władze nie zgodzili się na spełnienie tych żądań, jednak znacznie rozszerzyły zakres samorządności dla wszystkich mołdawskich regionów. Wydaje mi się, że to jest słuszna droga także dla Litwy – decentralizacja władzy, przekazywanie jej na możliwie najniższy, najbliższy ludzi i ich problemów szczebel, utworzenie niezależnych samorządów gminnych, jak najszersze wykorzystanie instytutów demokracji bezpośredniej itp. Jeśli ta władza samorządowa będzie miała także uprawnienia do decydowania w kwestiach etnicznych (np. w jakich językach zawiesić tabliczki z nazwami ulic, czy w jakim języku prowadzić lekcje w miejscowej podstawówce), wydaje mi się, że będzie to o wiele lepsze i bardziej wolnościowe rozwiązanie, niż tworzenie jakichkolwiek etnicznych gett.

poniedziałek, 19 listopada 2012, vile

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: tomasz, *.internetdsl.tpnet.pl
2012/11/19 09:02:57
Ciekawy tekst. Ja także nie jestem przeciwko autonomii. No ale właśnie te realia. Jak sobie próbuje wyobrazić autonomię Wileńszczyzny teraz, dziś to mnie zimne ciarki oblatują. Na dzisiaj faktycznie lepsza jest decentralizacja.
-
2012/11/19 14:33:11
Republika Litewska (czy raczej jeszcze wtedy Litewska SRR) sama obiecywała polskim rejonom specjalny status i się z tego zobowiązania nie wywiązała.

Sytuacja Gaugazji jest pochodną sytuacji ekonomicznej Mołdawii. A także położenia geopolitycznego oraz mentalności społeczeństwa. Prawdopodobnie istniejąca od 20 lat autonomia ekonomicznie tylko by pomogła Wileńszczyźnie, a repolonizacja byłaby spora. Wiązałoby się z tym też większe zainteresowanie ze strony Polski i Polaków. Również w takich warunkach powstałyby ze dwie lub trzy partie polskie (tak jak jest w Gaugazji).
W każdym razie to Polacy odpowiadaliby za swój los i w ramach swoich kompetencji tylko d osiebie mogliby mieć pretensje.

A 5 "polskich" okręgów jednomandatowych to zawsze robi różnicę niż tylko 3 mandaty (w razie nie przekroczenia progu).
-
2012/11/19 18:29:59
do tomasza: mam podobne odczucia.

do Bartka: "W każdym razie to Polacy odpowiadaliby za swój los i w ramach swoich kompetencji tylko d osiebie mogliby mieć pretensje."

Z tym akurat się zgadzam w całości, niestety - z perspektywy mojego doświadczenia - nie mogę się zgodzić z resztą i czuje się trochę głupio, bo nie jestem przeciwnikiem autonomii (chociaż i nie jestem zwolennikiem). Uważam po prostu, iż decentralizacja (którą absolutnie popieram) powinna dotyczyć wszystkich grup i całego kraju, a nie poszczególnych narodów czy terytoriów.
Niewątpliwie sytuacja Gagauzji wynika i z ogólnego gospodarczego i geopolitycznego położenia Mołdowy, natomiast jeśli chodzi o mentalność to sądzę, że mentalnie bliżej nam do Gagauzów niż do koroniarzy czy tym bardziej Katalończyków. Sowiecka spuścizna. Nie widzę żadnych podstaw do twierdzenia, iż autonomia miałaby sugerowane przez Ciebie konsekwencje pozytywne. Autonomię tworzyły - chcemy tego czy nie - w dużym stopniu osoby związane nie z ówczesnym ZPL, tylko z Partią Komunistyczną na platformie KPSS. Tak więc niechybnie zachowanie autonomii właśnie tych ludzi (Czesława Wysockiego, Leona Jankielewicza, Walentynę Subocz i resztę partyjno-kołchozowej nomenklatury) zachowałoby u władzy (przynajmniej na jakiś dłuższy czas). Może jestem "człowiekiem małej wiary", ale nie wierzę by byli oni w stanie zapewnić Wileńszczyźnie sukces gospodarczy, raczej próbowaliby na wszelkie sposoby zakonserwować ten ustrój jaki znali. Zresztą można o tym sądzić po tym, że przecież część tych działaczy nadal w tzw. polskich samorządach sprawuje władzę - cudu gospodarczego jakoś nie widać. Nie widzę też żadnych podstaw do twierdzeń o "repolonizacji". AWPL sprawuje na Wileńszczyźnie władzę od 17 lat - jak dotychczas, wbrew twierdzeniom litewskich nacjonalistów, zakres polskości (kultury polskiej, szkolnictwa, używania języka polskiego) tylko się zmniejsza, natomiast pozycje języka rosyjskiego pozostają bez zmian (są na ten temat bardzo ciekawe badania), nikt jakoś tym się za bardzo z polskich polityków nie przejmuje (w autonomii pewnie przejmowaliby sie jeszcze mniej, bo przecież to "nasze, pulackie, więc co za różnica jak mówimy, czego słuchamy, co oglądamy?"). Oczywiście po części jest to wynik takiej a nie innej polityki władz centralnych, ale w nie mniejszym stopniu i nasze własne zaniedbania, apatia. Podobnie nie widzę dlaczego Polska by miała się bardziej zaangażować w autonomię niż obecnie angażuje się w pomoc Polakom na Litwie (skoro dziś nie ma pomysłu na tę pomoc, skąd niby go mogła wziąć w realiach autonomii?). Ba, sądzę że autonomia i dla Wilna, i dla Warszawy byłaby akurat świetnym pretekstem w ogóle do zmniejszenia zaangażowania w sprawy i pomocy dla Polaków na Litwie ("Macie autonomię, więc sami sobie radźcie") i ich miejsce powoli zajmowaliby Mińsk i Moskwa (co akurat się dzieje w Gagauzji; Turcja niby tę autonomię swoich pobratymców wspiera, ale tak po sierocemu (wydała chętnym swoje paszporty, wspiera uniwersytet, utworzyła liceum), zaś Kreml się angażuje na 150 proc. i z uwagi na wspólne dziedzictwo kulturalne-historyczne jest przyjmowany "na ura" czyli tak jak dzieje się na Wileńszczyźnie, gdzie ludzie wolą rosyjskojęzyczną prasę, telewizję, Russkoje Radio itp.).
Być może kreślę zbyt pesymistyczny scenariusz, pewnie nie byłoby gorzej niż jest teraz, ale napewno dla hurra-optymizmu nie ma żadnych podstaw.

PS. Jeśli chodzi o okręgi to odsyłam do dyskusji pod poprzednim postem: możliwe jest wykrojenie trzech bardziej pewnych okręgów (dla AWPL), a nie pięciu. Zresztą być może przy jakiejś okazji opiszę kiedyś bardziej szczegółowo w jaki sposób powinna być przeprowadzona reforma wyborcza.
-
2012/11/20 11:02:43
Olek, właśnie specjalnie wracam do dyskusji o JOW, bo jakoś nie widzę abyś się z tym zgadzał. Mimo, że przecież narysowałem w prosty sposób granice dla czterech mandatów, a Kempa WYLICZYŁ co i jak potrzeba aby wyszło 5 posłów. Swoimi obliczeniami poparłto też "JM", tylko niestety zrobił to w sposób nieprzejrzysty. Zamiast 5 czy iluś tam postów, przydałby się jeden z mapką wzbogacony statystyką (liczba wyborców + symulacja wyników).

Co do autonomii to wydaje się, że jej oktrojonowanie przez Litewską SRR, i podżyrowanie przez Polskę, w momencie uznania Republiki Litewskiej i potem potwierdzone w traktacie, mogłoby wymusić i wymianę kadr i większy zakres repolonizacji. Zresztąsam wymóg, że każdy dokument w autonomii musi być dwujęzyczny i wszędzie są dwujęzyczne napisy, w sposób oczywisty powodowałby większą użyteczność języka polskiego. Z kolei taki stan zachęcałby Polaków z Polski do wizyt nie tylko w Wilnie. Zapewne dużo o Wileńszczyźnie by się pisało i mówiło. Przecież teraz wiele osób, nawet z wyższym wykształceniem, gdzie wydawałoby się, że musi wiedzieć o mimo wszystko wciąż trwającej polskości Wileńszczyzny, po przybyciu tam jest po prostu zdziwione (nie mówiąc o sytuacji, gdy usłyszą o tym fakcie w Polsce). A co to by było, gdyby polskość była tam żywa i dominująca? Gdyby, co wydaje sięoczywiste, nie było żadnych ministerialnych szkół litewskich, a jedynie litewskojęzyczne klasy w ramach szkół z przewagą klas polskojęzycznych. Gdzie (w tych klasach litewskojęzycznych) może byłby nie obowiązek, ale trend do nauki języka polskiego jako przedmiotu.

A porównując do Mołdawii, to Litwa jest w UE, więc mimo wszystko jakąś to różnicę robi.
-
2012/11/20 18:44:10
Bartek, nie widzę podstaw dla Twojego optymizmu w sprawie autonomii, natomiast mój pesymistyczny pogląd wynika: a) z tego iż pamiętam kim byli jej liderzy (np. Wysocki w kwietniu 1991 r. w Kaspervizji na dwa dni przed Wielkanocą wymądrzył się: "Towarzysze, chce złożyc wam życzenia z okazji zbliżającego się wielkiego święta..." Okazało się, że... n-tej rocznicy urodzin Lenina! To rozwiało jakiekolwiek moje iluzje co do niego), a przetrwanie PKNT oznaczało zachowanie ich u władzy - w to że oni by rozpoczęli na raz akcję "repolonizacji" i zmiany gospodarcze wierzę nie bardziej niż w scientologię (zmiany zachodzą, gdy ktoś przegrywa, a nie kiedy zwycięża; zwycięzca dąży do zachowania status quo); b) nie widzę żadnych większych sukcesów (ani nawet pomysłów) w wymienionych dziedzinach u liderów obecnej (oczywiście bardziej okrojonej w prawach) "autonomii" w rejonach wileńskim i solecznickim, a przecież to już w większości ludzie innego, bardziej postępowego charakteru niż komuniści Burokeviciusa. Tak na dobrą sprawę to musimy podziękować Litwinom za wywalenie tej szajki na śmietnik historii (podobnie jak należy im się krytyka w innych sprawach np. reformy rolnej czy oświatowej). Niestety żadna inna grupa wówczas nie mogła stanąć na czele autonomii, gdyż nie miała wpływu. Poza tym - o czym już kiedyś pisałem - taka autonomia nie objęłaby swoim zasięgiem połowy polskiej ludności na Litwie (w odróżnieniu od Gagauzji w której mieszka 85 proc. mołdawskich Gagauzów; realia są więc zasadniczo różne). Polacy na Litwie powinni więc raczej wzorować się na rozwiązaniach fińskich, a nie mołdawskich.

Co się tyczy JOWów - jeśli dobrze zrozumiałem wywód JM to możliwe jest stworzenie trzech bardziej "polskich" okręgów, ale nowowilejski i ejszyski i tak pozostaną chwiejne. Tak więc obecna sytuacja z mandatami AWPL raczej się nie zmieni, być może miałaby Akcja o jeden mandat więcej przy sprzyjających okolicznościach (ale jest to możliwe i obecnie, jeśli się znajdzie sposób na Nową Wilejkę).

Jeślibym miał postulować jakieś zmiany w systemie elektoralnym - to bym zmniejszył liczbę posłów do 101 (tu się akurat zgadzam z Zuokasem i AWPL), zrezygnowałbym z systemu proporcjonalno-wiekszościowego na rzecz tylko większościowego (JOW) i zmniejszyłbym automatycznie okręgi wyborcze (pozwoliłoby to utworzyć na Wileńszczyźnie jakieś trzy okręgi z przewagą polskich głosów, jeszcze dwa "chwiejne" + Nowa Wilejka). W takim systemie AWPL mogłaby mieć od 3 do 6 mandatów, ale te mandaty miałyby większą wage niż dzisiejszych osiem. Zresztą nie chodzi mi o sukcesy AWPL. W systemie większościowym kandydaci lewicy i liberałów - startujący w Wilnie i Kłajpedzie - nolens volens musieliby zwrócić się twarzą do wyborców z mniejszości narodowych (około 30-40 proc. wyborców w każdym okręgu) i zacząć dbać także o ich interesy, jeśli chcieliby wygrać wybory. To by dopiero była rewolucja, która zmieniłaby cały nasz zerdzewiały system polityczny!
-
Gość: JM, *.internetia.net.pl
2012/11/20 21:41:27
uściślijmy:

w poprzednim wątku zamieściłem wyniki dwóch symulacji:

1. korekta granic JOW na Wileńszczyźnie, które AWPL dałoby też 3 mandaty, ale uzyskane w "łatwiejszy" sposób.

2. wariant najbardziej dla AWPL korzystny, który dałby szansę (ale nie pewnosc) na 5 mandatów (Solecznicki z r.orańskim, Nowa Wilejka z częścią r.wileńskiego)

można też wyobrazic sobie wariant z 1 mandatem:
przesunięcie do okręgu orańsko-ejszyskiego jeszcze kilku dzielnic wyborczych okręgu solecznicko-wileńskiego. Przesunięcie części dzielnic wyborczych okręgów 55 i 57 z najwyższymi wynikami wyborczymi AWPL do okręgu 56 (albo 54).
Przez ich odcięcie możliwe jest pokonanie kandydatów Akcji w II turze przez kandydatów partii ogólnolitewskich.

W okręgu Nowa Wilejka (który obejmuje też cześć Nowego Świata, w Nowej Wilejce jest 26tys. głosujących, na Nowym Świecie - ponad 13tys, na Antokolu/Dworczany - 3,6tys) w obecnych granicach istnieją szanse wyboru kandydata AWPL.
Istotne jest jednak, kto jest jego przeciwnikiem w II turze. Przypuszczam, że gdyby przeciwko Andrzejewskimu w tym roku kandydował Zingeris albo ponownie Melianas, frakcja Akcji miałaby kolejnego posła.
W okręgu Nowa Wilejka o zwycięstwie decydują głosy Rosjan, 4 lata temu skorzystał na tym Andrzejewski (chociaż bez finalnego sukcesu - casus Dworczan), w tym roku tym kandydat DP.

Pomysł z 101 albo 141 jowami jest interesujący. Mam tylko pewną obawę, czy wytyczanie granic nowych okręgów nie niosło by charakteru próby intencjonalnego dzielenia zwartych skupisk Polaków.
-
2012/11/21 06:00:23
do JM: "wariant najbardziej dla AWPL korzystny, który dałby szansę (ale nie pewnosc) na 5 mandatów (Solecznicki z r.orańskim, Nowa Wilejka z częścią r.wileńskiego)"

Mniej więcej to samo napisałem - trzy pewne i dwa niepewne mandaty. Szanse AWPL ma i dzisiaj na 4 mandaty.

"Przypuszczam, że gdyby przeciwko Andrzejewskimu w tym roku kandydował Zingeris albo ponownie Melianas, frakcja Akcji miałaby kolejnego posła. "

Tak naprawdę to murowaną szansą było jedynie spotkanie się w II turze z Algirdasem Paleckisem, na co Andrzejewski bardzo liczył.

"Mam tylko pewną obawę, czy wytyczanie granic nowych okręgów nie niosło by charakteru próby intencjonalnego dzielenia zwartych skupisk Polaków."

Jeśli uznamy, że wszystko się na Litwie robi w tej intencji. Jesli sie nie mylę 141 JOW istniał u schyłku lat 80-ych przy wyborach do Sejmu Odrodzeniowego, wówczas Polacy zdobyli 9 mandatów, jednak sądzę że 141 to za duża liczba posłów na 3-milionowy kraj. Przy wytyczaniu 101 JOWu nie dałoby sie tak podzielic okręgów by Polacw przynajmniej 4 nie stanowili większości.

-
2012/11/21 11:08:26
Pamiętajmy, że autonomia nie musi oznaczać państwa w państwie lub państwa obok państwa. To tylko połączenie decentralizacji z podkreśleniem odrębności narodowej, która jest w ten sposób zabezpieczana (przed różnymi Landsbergisami, Sągiełłami innymi Garszwami). Sytuacja ekonomiczna w okręgu byłaby odbiciem sytuacji ogólnej w państwie.

Tworząc taki okręg, RL, skonsultowana z RP, mogłaby powołać swojego pełnomocnika (np. w postaci Okińczyca) do jego ukonstytuowania się i zorganizowania. To z kolei mogłoby, a nawet powinno spowodować napływ nowych ludzi do administracji. Z tego mogłoby wyrosnąć konkretne środowisko polityczne. Całkiem możliwe, że w dalszej fazie sam byś się tam znalazł. :)

Oczywiście, że same zabepieczenie instytucjonalne nie wystarczy. Sama polskość musi być żywa, pielęgnowana i atrakcyjna. A z tym to nawet w Polsce mamy problem. Dlatego potrzebujemy was, bo jesteście trochę innymi Polakami. To nas wzbogaca, pozwala patrzeć z innych perspektyw. Tylko, że w obecnej sytuacji na mizerną skalę.
-
2012/11/21 16:41:49
Bartek, doskonale rozumiem Twój pogląd, reprezentujesz opcję optymistyczną i teoretycznie jest ona logiczna - tak mogłoby być w rzeczy samej i gdyby tak się stało - znalazłbym się pewnie w tym środowisku. Mój pesymizm wynika z tego, że pamiętam jak było (miałem wówczas 15-16 lat i mocno się w to wszystko angażowałem emocjonalnie): kto wodził prym w tym ruchu, jakie były nastroje większości społeczeństwa, jak bardzo byliśmy wówczas zrusyfikowani i zsowietyzowani... Autonomia - to, powtórzę, tylko instrument. W konkretnym przypadku Polaków na Litwie nieskuteczny, bo nie zapewniejący postulowanej przez Ciebie obrony "(przed różnymi Landsbergisami, Sągiełłami innymi Garszwami)." dla połowy litewskich Polaków.

A z ostatnim akapitem zgadzam się całkowicie.
-
2012/11/22 18:31:06
Uważasz, że Polacy z Wilna nie korzystaliby z polskości wokół Wilna? Przecież to nie odłączenie do innego państwa.

Nie byłoby rozszerzenia granic miasta z 1996 r., bo akurat to powinna zablokować autonomia.
W wersji optymistycznej obszar autonomii powinien też objąć Nową Wilejkę.

Myślę, że dzięki temu, w jakimś zakresie skorzystaliby z tego też Polacy z białoruskiej Wileńszczyzny.

Po pewnie nieco konfliktowych latach 90., po tak zwanym okresie "docierania się", Republika Litewska byłaby dziś silniejszym i ciekawszym państwem.
-
2012/11/22 19:29:47
Bartek, po prostu uważam, że model fiński (nazwijmy to autonomią kulturalną) w naszych realiach jest lepszy.